poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Elegancja do lasu


Niespodziewanie eleganckie koło, a wydawał się takim swetrem tylko do lasu. Skończyłam i pochowałam wszystkie (prawie) nitki. I to prawda, że reklama kłamie. Przede mną jeszcze do opanowania wrabianie rękawów zwłaszcza w aspekcie okiełznania ażurów, które przy rękawach stały się dziurami. Sam fason bardzo mi się podoba. Wyszły niecałe cztery motki czterdziestki Arelan. Na pewno zrobię powtórkę i będę ćwiczyć na Juście, włóczce z Warmii.

Skończyłam też mitenki, zostały przekazane koleżance, spotkały się raczej z przychylnym przyjęciem i zostały obfotografowane w świeżym manicure i w srebrnej biżuterii.



wtorek, 15 kwietnia 2014

Totalnie bez palców

Dziegam mitenki. Czytam Kubusia. Mitenki są rękawiczkami bez palców, Kubuś jest książką totalną.




Książka totalna w moim pojęciu to książka, w której jest wszystko i którą można skomentować wszystko. I taki właśnie jest Kubuś Puchatek. Opowiada o ludziach i że jedni mają rozum, a drudzy po prostu nie mają, o życiu, jak to spadają niespodziewanie na nas jagulary i że lepiej może na nie nie patrzeć. I że czasami mamy statek, a czasami Katastrofę. I że fajnie jest siedzieć na mostku i gapić się na płynący strumyk. 
- Nieczęsto się spotyka takie książki - powiedział Krzyś
- W każdym razie nie teraz - wtrącił Prosiaczek
- Nie o tej porze roku - dodał Puchatek
Tak naprawdę rozmawiali o Słoniach, ale czy to ma jakieś znaczenie? A ja tak naprawdę czytam Winnie the Pooh i cierpię od obrazków. jest to wydanie rosyjskie Kubusia po angielsku, ale czy można coś takiego robić dzieciom? Obrazki w tym wydaniu wyglądają tak:


Angielski na szczęście jest tu oryginalnie śliczny.
Udało mi się dzisiaj sfotografować wrzosowe mitenki w całości bez kwiatka jednak, bo kwiatek okazał się nazbyt ozdobny.



Koło ma jeden rękaw skończony. Odetchnęłam, bo mogłam skupić sie nad szarymi mitenkami. Nie lubię mieć na drutach za dużo naraz, bo jestem w stresie, dziergam jedno, myślę o drugim. Najlepszy dla mnie stan to jeden projekt na drucie  i plany w myślach. 
A w planach mam samo lato, czyli bawełna, bambus, w drodze len. Szukam wzoru ażurowych sweterków.

Święta jakby już za pasem, na razie nie mam za bardzo porządków z wyjątkiem szuflady. Udało mi się zorganizować jedną wielką pustą szufladę (nie było łatwo) i teraz wszystkie (praktycznie wszystkie) włóczki mam w niej poukładane rodzajami. Jaki komfort!

Miłego dnia. :)


środa, 9 kwietnia 2014

Marquez w koło

Sweter w koło i Miłość w czasach zarazy. Sweter ma już koło właściwe z miejscem na rękawy i ma plisę. Nawet, ku mojemu zaskoczeniu, fajnie leży. To znaczy na grzbiecie, chociaż na kocu też nie najgorzej. Plisa - ściągacz francuski z przekręcanych oczek prawych - jest mile lejąca i ładnie się wywija. A najfajniejsze w tym fasonie jest to, że po zdjęciu z drutów niczego nie trzeba przyszywać. Tylko dodziergać rękawy.
Natomiast Marquez. Marquez jest mistrzem detalu. Jest też mistrzem fizjologii. Miłość w czasach zarazy zaczyna się od końca, czyli od śmierci, która właściwie jest początkiem miłości, a właściwie jej końcem. Bo początek i koniec w życiu czy w miłości, zupełnie jak w kole, nie ma znaczenia. I ciągle jest kwiecień i Fermina haftuje na tamborku w cieniu migdałowca, a na tyłach pasmanterii Florentino pisze do niej list. Siedemdziesiąt stron zachwytów.
Marquez jest też mistrzem gawędy, wystarczy więc dać się ponieść jej nurtowi i dać się ponieść w jej meandry. I nic wtedy nie dziwi, ani magia w realiach ani realia w magii.
Marquez jest też mistrzem słowa. Słowa w Miłości są orzeźwiające jak powietrze po burzy, są przejmujące jak zapach gorzkich migdałów, są wygadane jak papuga Urbina. I nawet jeśli mówią o sikaniu na deskę klozetową, to i tak zachwycają. Tak, można tak powiedzieć, Marquez to mistrz. 


Zakładka zgodnie z czasem, wiosenna. :)




W tle dziergają się również szare myszki mitenki, których na razie jest pół.



A tu koło w okazałości swojej, czyli z góry.

Bardzo Wam dziękuję za miłe komentarze i odwiedziny. :)

wtorek, 1 kwietnia 2014

Wiatraczek nad Prypecią


"Dla dziewczynek coś kolorowego" pisał w liście Antoni Czechow.
Jak wiedział. Dziewczynki lubią podziwiać groszowe pierścionki z czerwonymi, zielonymi, niebieskimi oczkami, kolorowe piłeczki na gumce, korale. Zawsze z odpustu przynosiłam celuloidowy wiatraczek.
Teraz już nie chodzę na odpusty, a wiatraczek mam na drutach. Po polsku co prawda nazywa się bardziej prozaicznie, bo sweter z koła.




Robię go z czterdziestki Arelan (40% wełny i 60% akrylu), którą kupiłam jakiś czas temu na kocyk. Myśl o kocyku jednak mi przeszła bezboleśnie. Włóczka miła w dotyku, równa nitka, ale kolory ma niestety dziwne - źle się komponują. Skoro jednak zaczęłam, to skończę mam nadzieję. Najwyżej sweter potraktuję jako wprawkę i będzie "do lasu".
W drodze na pociechę jest Justa z Warmii w kolorach brąz i rudy i te kolory zapowiadają się faktycznie ładnie.
Sweter z koła zaczynałam według przepisu pani Doroty najpierw na cienkich drutach skarpetkowych, potem przerabiałam grubszymi aż przesiadłam się na okrągłe szóstki.Nitkę wiążę magicznym supełkiem, jaka fantastyczna metoda. Jest jeszcze bardziej fantastyczna, której nauczyła mnie koleżanka, córka prawdziwej dziewiarki z miasta Łodzi, ale tę metodę jeszcze muszę przećwiczyć.

A skoro środowe czytanie z dzierganiem, to wiatraczek jest nad Prypecią:

 

Co za świat! Puszcza, rzeka, pałac z oficynami, panny apteczkowe, słodkie szafki w sypialni. Liczne salony, podchodzenie cietrzewi i polowanie na niedźwiedzia. Dopiero zaczęłam i bardzo dobrze się czyta te wspomnienia spisane szczerze i ze swadą.

Entrelac skończony, za nic nie chce się sfotografować w całości, kolory płowieją i blakną, ale na żywo jest lekki, ciepły i delikatnie cieniowany. Idealny na chłodne poranki.




Dziękuje za miłe komentarze i życzę słonecznej środy!