środa, 20 września 2017

Jedwabie codzienne

"Pewnego popołudnia, kiedy siedziałem przy stole kuchennym i z roztargnieniem bawiłem się solniczką i pieprzniczką, przyszło mi do głowy, że nie mam pojęcia, dlaczego ze wszystkich przypraw świata jesteśmy tak bardzo przywiązani akurat do tych dwóch. (...) Nagle mój dom wydał mi się pełen tajemnic.
Wpadłem więc na pomysł, aby odbyć podróż po domu, wędrować z pokoju do pokoju i spróbować znaleźć odpowiedź na pytanie, jaką rolę odegrał każdy z nich w ewolucji życia prywatnego."
W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku, Bill Bryson


Nie przypominam sobie chyba żadnej książki, której tytuł tak bardzo odbiega od zawartości. Może jedynie, no nie, nie przypominam sobie. Kiedy zasiadłam ze świeżo zaparzoną herbatą do świeżo pożyczonej lektury, spodziewałam się wdzięcznych opowieści o solniczce, o guzikach na rękawie marynarki, lub o herbacie, którą Anglicy drzewiej zaparzali w beczkach i trzymali w piwnicach niczym wino. Nie spodziewałam się historii o Crystal Palace, betonowych domach Edisona, wieżach Eiffla, handlu guanem, winnicach francuskich, alpejskich lodowcach i tapetach z arszenikiem.

I w sumie nie ma znaczenia, jak ścisły jest związek między lodowcem a solniczką, bo wszystkie te historie są niezwykle zajmujące. Ilość informacji przypadających na jedną stronę jest tak oszałamiająca, że na pewno większość z nich zapomnimy zaraz po przeczytaniu, ale to też niczemu nie szkodzi, bo zawsze możemy sobie "W domu" przeczytać jeszcze raz.
Wracanie bowiem do rzeczy dobrych nie jest złe.
Kierując się tą złotą myślą w swoich działaniach robótkowych, wkroczyłam powtórnie na szlak jedwabny. Zabezpieczyłam się tym razem przed maszerowaniem różnymi geograficznymi meandrami, włóczkę kupiłam nie tylko z jedwabiem ale z pokrzywami, druty wzięłam grube i wydziergałam jedwabną tunikę w tydzień, inspirując się znowu przepisem Knitolog w podróży.

Dziergałam w beskidzkich okolicznościach, było słońce, buki i niezapominajki.






 A potem przy pomocy bratniej duszy sfotografowałam się przy arystokratycznych klombach i sadzawkach:


Nie bez znaczenia w fotografii jest jak widać płeć bratniej duszy. Damska mianowicie dusza obrzuci nasze udziergi bacznym okiem, naciągnie gdzie trzeba i na czas sesji przytrzyma nasze liczne torebki.

Dane techniczne:
Giglio (50 % jedwab, 50% ramia)
druty nr 5
315 g
wzór by Knitolog w podróży

Dziękuję Wam wszystkim za słowa otuchy i za to, że jesteście - to bardzo ważne. :)
Dobrego dnia!

środa, 13 września 2017

Mija lato


W maju zmarł niespodziewanie mój młodszy syn. Ten, dla którego zrobiłam tyle czapek i szalików...

Najdziwniejsze jest to, że w rzeczywistości, w której zostałam, niezmiennie przychodzą i odchodzą niedziele i środy. A skoro ja jestem i skoro one się wciąż pojawiają, muszę, chciałabym, wiem, że powinnam zmierzyć się z nimi. Wykorzystać dany mi czas. Wrócić.



Najprędzej wróciłam do robienia na drutach. Druty ciche są i zgodne, zostawiają miejsce na myśli i na wspomnienia albo wręcz przeciwnie, angażują intelektualnie i manualnie i nie zostawiają wtedy miejsca na nic.
Przeszłam jedwabny szlak wymyślony przez Knitolog w podróży. Nie było łatwo. Szlak był chiński, wzór japoński i chociaż zaczęłam prawie równo z Knitologiem, on prawie od razu zamajaczył mi na dalekim horyzoncie i znikł z gotowym wyrobem. Ja natomiast szłam, szłam i szłam z drutami rozmiaru 2,5. Nie dochodziłam do mety, za to dochodziłam do różnych wniosków. Pierwszy był taki, że wzorcowa bluzeczka z krótkimi rękawkami składa się z biliona oczek mniej niż wymyślony przeze mnie sweter z długimi rękawami i z szerokimi połami. Drugi był taki, że ażur japoński przerabiany w okrążeniach wygląda zawsze tak samo, robiony na płask wygląda z każdej strony inaczej. Trzeci wniosek był taki, że chyba nie postąpiłam zbyt rozsądnie jak na debiutującego w jedwabiach. Czwarty wniosek był taki, że chyba idę przez Australię.
Aby przetrwać, obłożyłam się różnymi pomocami, pomysłami i samym jedwabiem.
Kupny jedwabny precelek zwinęłam w kłębek:


Zrobiłam sobie ściągę o dwóch oczkach razem po prawej stronie i dwóch oczkach razem po lewej stronie. Podzieliłam wzór na dwie części. Jedną pomalowałam na zielono i nazwałam zieloną, drugiej nie pomalowałam i nazwałam białą. Na część zieloną robótki założyłam dwa zielone markery, na część białą dwa białe. Oznaczyłam strzałką w lewo kierunek z prawej do lewej i strzałką w prawo kierunek z lewej do prawej.


  Po siedemdziesięciu ośmiu dniach pochowałam nitki i sfotografowałam się w arystokratycznych ruinach.










Zdjęcia trochę tego nie oddają, ale sweterek jest cudownie miękki, jedwabisty (w końcu nazwa zobowiązuje) ażurowy i lejący.
Wyszło 177 g. Maharaja Silk Lace, kolor 299, druty nr 2,5

Po pewnym czasie wróciłam do czytania. Zaczynałam różne książki i odkładałam, aż w końcu wymyśliłam sobie czytanie baśni.
"Baśnie pomagały dzieciom zasnąć i przejść, jak po czarodziejskiej drabinie, ze świata rzeczywistego w świat snu."
Iwona Taida Drózd
Są więc niczym kołysanka, nawet jeżeli zostały zebrane przez braci Grimm.



"Pewnego upalnego dnia siedział sobie krawiec,skrzyżowawszy nogi, na swoim stołeczku przy oknie."
Wszystkie baśnie i legendy, Bracia Grimm

No i tak właśnie sobie siedzi przez ponad 1000 stron. I nie tylko krawiec, ale Jaś z Małgosią, Tomcio Paluch, królewna Żabka, kogucik z kurką, pieczona kiełbaska oraz garnek ze smalcem.
Zostali zebrani z książek kupowanych przez młodych wtedy braci za ostatnie pieniądze i z opowieści przy piecu oraz w sadzie. Ozdobieni ilustracjami. Zapisani.
Dlaczego je czytam? Lubię ich kanoniczny schemat, który zawsze zaczyna się pewnego razu i na ogół kończy się długo i szczęśliwie. Lubię ich koloryt pełen upalnych dni, wrzecion, pieców chlebowych i popiołu. Lubię zawartą w nich prawdę o nas, o dawnych czasach, dawnych wyobrażeniach.
Lubię powtarzające się w nich motywy i lubię zastanawiać się, dlaczego rozstaje dróg, dlaczego czerwone buciki i taniec.
Tak, baśnie pomagają zasnąć, ale pomagają również wrócić do rzeczywistego świata. Taką mają moc, chociaż nie wiem, skąd ona się bierze.
Na zdjęciu powyżej baśnie siedzą na kocu, który udało mi się skończyć po czterech miesiącach (ale nie nieustającego) dziergania. Koc powstał z trzech włóczek: Alize bamboo fine (100% bambus), Lima Drops (65% wełna i 35% alpaka) oraz Drops Delight (75%wełna, 25% polyamid). Druty nr 10. Razem z frędzlami waży 1600g. i mierzy około 140x190cm.

A za oknem czarny bez zaczyna być czarny. Mija lato.

 Dobrego dnia!

środa, 10 maja 2017

Gawron nad brzegiem

"Skąd zatem wiem, że przyszła wiosna? Od gawrona. Trzy tygodnie temu nastąpiły pierwsze zmiany: usłyszałam klekot i stukot plastikowych pojemników wleczonych po parkiecie. To Kurczak rozpoczął swój niewytłumaczalny, od niedawna coroczny rytuał przenoszenia misek na jedzenie z domku w gabinecie do kuchni – proces, który trwa do teraz z przerwami na pokrzykiwanie, jedzenie, spanie i budowę gniazda pod kuchennym stołem."  
Corvus. Życie wśród ptaków,  Esther Woolfson

A skąd ja wiem? Hm. Od kalendarza, który grzecznie wyświetla się codziennie w rogu mojego monitora. I od trawników, które całe żółcą się od mleczy. Bzy też zebrały się na odwagę i kwitną wzdłuż mojej drogi do pracy. Ptaki przesypiają w ciszy poranne przymrozki i zaczynają świergoty o ósmej. No ale nie ma co narzekać, najlepiej robić swoje, zwłaszcza w środę, bo środa, jak wiadomo, z Maknetą. Dziergam więc, czytam, klekoczę miskami w stronę kuchni mentalnie, a wiosna przecież w końcu przyjdzie z ciepłem i niepadaniem.


Tak naprawdę dziergam swój szlak jedwabny, długi, cienki, nad wyraz ekskluzywny i miły w dotyku. Jest tak miły w dotyku, że natychmiast wybacza mu się, że jest tak cienki. Pogoda sprzyja bardziej dzierganiu koca niż lekkich sweterków, więc  nie zapominam o nim i do końca mam już trzy nieduże motki. Jest nadzieja na drugi brzeg.

Corvus za to sprzyja czytaniu. Napisany przez miłą panią, która niechcący została wkręcona w ptasie przygody w ogrodzie i w domu, daje nam okazję spojrzeć z bliska jak to jest mieć gołębnik z gołębiami, trzymać w domu podskakującą srokę, wrzeszczącą papugę i pomieszkiwać kątem u gawrona w swoim dawnym gabinecie. Jakbyśmy tam byli, w tej zimnej, północnej Szkocji, w kamiennym domu. Jakbyśmy tam byli. Oczywiście nie dotkniemy miękkich piórek Kurczaka (czyli gawrona), ale też nie spadnie nam nic na głowę, chociaż podobno to nic strasznego i można się przyzwyczaić. Jak bowiem się okazuje, życie z ptakami za pan brat jest piękne, zwłaszcza z krukowatymi, które są bardzo mądre ale wymaga też wielu wyrzeczeń.  Lekturą byłam w pełni usatysfakcjonowana. Był dowcip, wdzięk, były refleksje natury ogólnej, liczne historie (na ogół śmieszne i pogodne, bo jeżeli tak bardzo kocha się ptaki, to nawet dziurę w ścianę przyjmuje się z filozoficznym spokojem i zrozumieniem). Legło też w gruzach kilka romantycznych wizji, głównie taki, że Przyroda nie jest kurczaczkiem wielkanocnym, słodkim i puchatym ani gołąbkiem pokoju. I że jednak zawsze jesteśmy z jakiejś opcji, ptasiej albo kociej. Albo nawet szpaczej czy krogulczej. Trzeba się z tym pogodzić.

Pogodzona zatem z przyrodą, dziergam koc ku drugiemu brzegowi, a pogoda bardzo mi sprzyja. I kocom.   Dziękuję bardzo za odwiedziny i za przemiłe komentarze. Życzę Wam dobrego dnia, ciepłego koca i gorącej herbatki. :)  

Moja powielkanocna borówka:


Aktualizacja dla Honoratki (i nie tylko) czyli z drogi do pracy:


środa, 3 maja 2017

Jedwab, papier i szloch

"umiemy poznać książkę, kiedy ją widzimy."
Książka, Keith Houston

Toteż od razu ją poznałam - stała niewinnie gruba na księgarskiej półce i emanowała tytułem. Miała złotą tasiemkę do zakładania, złote, granatowe i czarne obrazki na tekturowej okładce i bajecznie kolorowe obrazki w środku. Niektóre chińskie, a niektóre średniowieczne. Miała kartki z papieru bezdrzewnego, trzydziestodwustronicowe składki, wyklejki przednią i tylną, wstęp, kolofon, podziękowania, indeks i wybraną bibliografię. Nie mogłam jej nie kupić i nie przynieść do domu. A skoro przyniosłam, to i przeczytałam, zwłaszcza, że dzisiaj jest środa - czytamy i dziergamy z Maknetą.



Książkę czyta się bardzo szybko, chociaż proces jest spowalniany przez różne niezbędne aktywności wyzwalane lekturą - trzeba zajrzeć jej pod grzbiet, obejrzeć przód, przeczytać stopkę, pogładzić papier z tekstem i papier z ilustracją, odetchnąć z ulgą, że nie została umocniona woskiem z ucha ani moczem. Trzeba też zajrzeć do swoich pozostałych książek starych i nowych, czy się nie kruszą, czy nie siedzą w nich psotniki albo czy nie zachodzą w nich procesy chemicznie szkodliwe. Trzeba też się powstrzymać od ich ratowania poprzez wystrzelenie biblioteki w powietrze, tak jak niegdyś NASA w Ameryce. Wtedy wszyscy doszli do wniosku, że NASA powinna jednak pozostać przy wystrzeliwaniu rakiet a nie ratować książki. Ja poprzestałam na sprawdzeniu, czy książka nie została zszyta po koptyjsku i czym pachnie. Pachnie czymś bardzo ładnym. Nic się nie wystrzeliło.

W połowie czytania z badaniem, zauważyłam, że znam autora i czytałam nie tak dawno o sekretnym życiu znaków jego autorstwa. W "Książce" Keith Houston jest równie błyskotliwy, o ile nie bardziej. Uwielbiam taki styl żywy, nieco ironiczny i przewrotny. Poza tym potrafi opowiadać, w wyniku czego siedzimy z otwartymi szeroko ustami, w oszołomieniu zapoznając się z przygodami na śmietnikach, cmentarzach, w lesie, na dworach i w pałacach. Siedzimy razem z umęczonymi mnichami w zimnych skryptoriach, trzymamy ociekającą papierem ramę z chińskim chłopcem, malujemy pędzelkiem po papirusie i skrobiemy piórem po pergaminie. A kto raz coś napisze na pergaminie choćby zwykłym długopisem, nie będzie chciał już pisać na czymkolwiek innym (chyba że się dowie z czego jest pergamin).
Z wypiekami na policzkach czytamy o zbrodniach i romansach, o niezliczonych czcionkach Gutenberga i jeszcze bardziej niezliczonych czcionkach chińskich, o tuszu, o rewolucjach chemicznych i fotograficznych, o prasach, o biszkoptach z uszami, o wytwórcach lusterek i o książkach do pociągu, które powstały oczywiście długo, długo przed pociągami. W głowie nam się nie mieści ile pasji, ile ludzi, ile determinacji i ile historii złożyło się na to, żebyśmy mogli wziąć książkę do ręki.

Poza tym wszystkim z "Książki" możemy się dowiedzieć dlaczego jest prostokątna (to jest straszne akurat i wynika z prostokątnej krowy), dlaczego niedobrze mieć lekarza bibliofila (to jest jeszcze straszniejsze, bo bibliofil wielbił nietypowe oprawy - książkę zresztą do dzisiaj można wypożyczyć, ale tylko za specjalnym pozwoleniem. Nie wiem, czy bym chciała), że czasem na swoim hobby możemy zarobić i po stu latach zostać niezwykle cenionym Audubonem i że niełatwo jest wynaleźć podpórkę do ramy z ociekającym papierem i wieki całe trzeba w niewygodzie trzymać oburącz ramę nad wanną.
Mniej się teraz dziwię, że dziesięć lat męczyłam się wystawiając z górnej szafki trzy małe pojemniczki, chcąc wyjąć z tyłu sól wsypaną w większy pojemniczek zanim mnie olśniło. Przesypałam sól z większego w mniejszy, większy pojemniczek z produktem niezwykle rzadko używanym  stoi teraz z tyłu (bo u mnie pojemniczki i książki muszą stać według wzrostu), a do soli używanej na co dzień mam teraz łatwy dostęp.  Gdybym miała tysiąc lat, to moze też wymyśliłabym papier i stojak na ramę.
No i oczywiście żywię nadzieję, że i kiedyś mój udzierg zapakowany w mahoniową skrzyneczkę zostanie sprzedany za jedenaście milionów dolarów.

Co prawda nie jest to takie pewne, albowiem z przyczyn trudnych do ustalenia odłączyłam się od stada, a raczej od Przewodnika zwanym w kręgach dziewiarskich i podróżniczych Knitologiem w podróży. Przewodnik doświadczony w obu dziedzinach, podał dokładny przepis na szlak i na udzierg, tymczasem ja wymyśliłam udzierg płaski i szlak z długimi rękawami. Jeżeli więc gdzieś z chińskiego buszu i drzew morwowych będzie dolatywał szloch na przemian ze zgrzytaniem - ta będzie to mój szloch i płacz. Pozostałam tylko przy ażurze, rosyjskim zresztą, więc przypomniałam sobie z trudem wszystkie w mieście i wszystkie osobno, porobiłam opisy, które są pochylone na prawo, a które na lewo. I dziergam. Mahoniowej skrzyneczki nie kupuję na razie, żeby nie zapeszyć.

Tymczasem długi weekend prawie minął w zimnie i w deszczu, słońce raz wyszło, więc pojechałam do lasu, żeby się sfotografować w moim niedawnym szlaku jedwabnym Szlak jest w połowie, w drugiej połowie jest merynos. Miałam też biżuterię starannie dobraną, ale z racji niekorzystnego światła nie wyszła. :)




  
Słońca było dużo, były też jagody, ale jeszcze niedobre. No i brzozy w delikatnej zieleni, ptaki w wiosennym ferworze. Niebo niebieskie i dróżki leśne.


Dane techniczne sweterka z knotem celtyckim z przodu i z tyłu:
Włóczka:
Kimono Merino / Silk Zitron kolor 4006
100g/300m

Druty:
nr 3

Wzór:
Celtic Knot 177-5 Drops


Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

środa, 26 kwietnia 2017

Dżamble w piórkach

"Snuj się, snuj bajeczko,
A było tak: niedaleczko,
Właśnie tutaj, nad rzeczką,
Mieszkała wdowa z córeczką. 

Córeczka, chociaż mała,
Swej matce pomagała:
Zamiatała podłogę,
Pełła grządki ubogie,
Chrust zbierała też czasem,
Bo mieszkały pod lasem,
Niosła proso dla kurek... 
A zwała się, po prostu, Czerwony Kapturek.
Czerwony Kapturek, Jan Brzechwa

Niektórzy czytali o Dżamblach, inni o Małych Księżniczkach, wszyscy (na ogół) czytali o Kubusiu Puchatku, znali Brzechwę i Tuwima. No i znali Dzieci z Bullerbyn. Niektórzy książki mieli w domu, niektórzy w bibliotece, ale wszyscy czytali sobie, kiedy byli mali. Co czytali, jak czytali i dlaczego zostało ustalone przez Ewę Świerżewską i Jarosława Mikołajewskiego oraz spisane w książce o tym samym tytule:

"Co czytali sobie kiedy byli mali?", Ewa Świerżewska, Jarosław Mikołajewskiego

Na liście odpytywanych znalazło się kilkanaście w miarę znanych osób - zadawane pytania są różne, a odpowiedzi ciekawe, ciekawsze i najciekawsze. W dodatku ozdobione graficznie w sposób zabawny i swobodny starymi, nostalgicznymi okładkami ulubionych książek, zdjęciami bohaterów wywiadów (na przykład profesor Bralczyk bez brody, ale za to w gustownym wózeczku czy Marek Kamiński prawdopodobnie nie na biegunach i na pewno w czapce z pomponem), współczesnymi portretami bardziej lub mniej podobnymi. Trochę żałowałam, że kupiłam ją sobie w e-booku, w dodatku w formacie Pdf i musiałam czytać na komputerze. Trudno, przeczytałam i tak bez naganiania, bo pełno tu różnych rytuałów, jak zaglądanie pod biblioteczne, szare okładki, czytanie od początku do końca albo odwrotnie, pełno przygód, a wszystkie dotyczące książek i czytania, pełno różnych radości i sentymentów. Są książki na bezludną wyspę i książki do zakopania w lodach Antarktydy, książki do podziwiania, zabawy i obserwacji, albo książki z motywacją, od której zostaje się astronomem albo poetą.

"Co czytali..." jest fajne w czytaniu, ale jest fajne też dlatego, że sami możemy sobie odpowiedzieć na stawiane te pytania, powspominać nasze dziecinne lektury i zastanowić, czym dla nas była książka, kiedy sami byliśmy mali.
Ja też sobie powspominałam i się zastanowiłam. Pierwszą książką, którą pamiętam był "Czerwony Kapturek". Brzechwa, Kwiatkowska i Hańcza - nic dziwnego, że mogłam jej słuchać na okrągło i duże partie tekstu pamiętam do dziś tak dobrze jak gramofon w starodawnym radiu u mojej babci i kręcącą się gładko płytą winylową.
Pamiętam też świąteczne poniedziałki (albo wtorki), kiedy można było wypożyczyć nową porcję w bibliotece, bo chociaż miałam sporo własnych książek, chociaż moja przyjaciółka sąsiadka (z którą na wzór dzieci z Bullerbyn zrealizowałyśmy pocztę w pudełku po cygarach i cudem nie powypadałyśmy z okien) miała pełen książek regał na całą ścianę, chociaż moja mama przynosiła mi książki ze swojej szkoły, to jeszcze mi było mało i regularnie wypożyczałam książki ze swojej szkolnej biblioteki. Czytałam w zdrowiu i chorobie, czytałam zamiast nauki i zamiast wyrzucania śmieci, czytałam na twardym stołku w kuchni, w miękkich pierzynach w salonie. Uwielbiałam doktora Dolittle i płakałam nad Małą Księżniczką.

Oczywiście miałam też etap autorski i z biernego czytania przeszłam do tworzenia. Pierwsza próba przepadła w niepamięci, więc nie wiem zupełnie czy była udana, za to do następnego dzieła zabrałam się już z mocnym wsparciem, czyli moją przyjaciółką. Chodziłyśmy wtedy do trzeciej klasy szkoły podstawowej i postanowiłyśmy napisać encyklopedię ilustrowaną. Zakupiłyśmy szesnastokartkowy zeszyt w kratkę i przystąpiłyśmy do dzieła. Ilustracje poszły nam dosyć gładko, chyba też stworzyłyśmy jakiś indeks, ale szczegółów nie pamiętam. Na pewno zrezygnowałyśmy z porządku alfabetycznego haseł, bo jednym z pierwszych (o ile nie pierwszym) była "trawa" jako mało skomplikowany i ogólnie znany element przyrodniczy. Po kilkugodzinnych debatach i sporach, obgryzaniach ołówka i głębokich namysłach uzgodniłyśmy tekst hasła, wpisałyśmy go kaligraficznie w zeszyt, po czym doznałyśmy ataku licznych śmiechów i chichotów. Hasło brzmiało "Trawa jest zielona" i w dużym stopniu przyczyniło się do zarzucenia projektu, co zresztą świadczy o naszym niewątpliwie ogromnym samokrytycyzmie i zdrowym spojrzeniu na własną twórczość.

Poprzestałam więc zdecydowanie na czytaniu. I na dzierganiu, jak to zwykle w środę z Maknetą.
W dzierganiu siedzę na prawie spakowanych walizkach w drodze na jedwabny szlak. Mam już wydrukowany wzór na rękawki i obliczone oczka do nabrania dekoltu. Wyszło mi dwa razy mniej oczek niż Knitologowi, więc wpadłam w przygnębienie i w nerwy i z tych nerwów kupiłam sobie bardzo gruby len z bawełną oraz postanowiłam skończyć piórkowy zaczęty rok temu (!!).


Na szlak zdecydowanie mam zamiar wstąpić w długi weekend, w którym dnie będą bardzo długie i bardzo niepracowite.
Tymczasem mimo deszczu i zimna, dziękuję Wam za odwiedziny i komentarze i życzę dobrego dnia!
:)

środa, 19 kwietnia 2017

Szlaki Zaczarowane

"I poszli trzymając się za ręce. I dokądkolwiek pójdą i cokolwiek im się zdarzy po drodze, mały chłopczyk i jego Miś będą zawsze bawić się wesoło ze sobą w tym Zaczarowanym Miejscu na skraju Lasu."
Chatka Puchatka, A.A. Milne

Miałam szczęście poznać Kubusia będąc małą dziewczynką, polubiłam go nad wyraz od pierwszego czytania, a on, z wdzięczności zapewne, został ze mną aż do teraz (czyli bardzo długo). Został razem ze swoimi garnkami miodu, gimnastyką na schudnięcie, mruczankami na śnieg, jagularami na gałęzi i parasolem na powódź. Wspomagał zawsze Mądrym Powiedzonkiem, humorem, może najmniej ortografią (bo z tym bywało różnie), zawsze za to ciepłem i Dobrocią. Bo tak jak z pszczołami nigdy nic nie wiadomo, to Kubusiem wiadomo zawsze.
A. A. Milne napisał dwa tomy o Puchatku i więcej już w ogóle nic. Wszystkich jego oddanych wielbicieli pociesza nieco myśl, że Krzyś i jego Miś bawią się zawsze na skraju lasu, przygnębia za to świadomość, że nowych przygód już mieć nie będą. Tymczasem nagle i niespodziewanie Nowe przygody pojawiły się znienacka w księgarni, niczym rozbrykany Tygrys we mgle. Po prostu nie mogłam nie kupić.


"Nowe przygody Kubusia Puchatka" autorów różnych, w tłumaczeniu Michała Rusinka. Przeszłam przez nie ze Zdumiewającą Szybkością. Cztery opowiadania, każde napisane przez innego autora, każde toczy się w innej porze roku. Czy są jak stary Kubuś? Oczywiście nie są. Czy dobrze, że są? Zostały napisane i przetłumaczone z miłości do Kubusia, więc chyba dobrze. Czy powinno się je porównywać z oryginałem? Nie powinno się, ale po prostu nie da się tego uniknąć.
Może na początek - Plan Opisu Przygód. Po pierwsze co mi się nie Podobało. Nie podobały mi się same przygody. W oryginale przygody niosą ze sobą cały szereg akcji, spotkań, każda postać ma swój plan, jest zawsze humor sytuacyjny i słowny. Każda przygoda ma nieoczekiwane (i zabawne) zakończenie i morał, albo kilka morałów czy prawd życiowych. Tutaj miałam wrażenie, że szkielecik każdej z czterech przygód jest wątły i mizerny, prawdy jakieś nieco oklepane. Wszystko obłożone dla niepoznaki klimatem i humorem słownym. Sytuacyjnego nie ma w ogóle. Na domiar złego, gdzieś z tyłu głowy kiełkuje podejrzenie, że część pomysłów jest cieniem z oryginału.
No i zarzut największy - nie ma już w nowych przygodach poezji, która z żartem, ironią i prawdą uczyniła z prawdziwego Kubusia dzieło genialne i wielowymiarowe.

Co mi się Podobało? Bardzo podobały mi się ilustracje - utrzymane faktycznie w klimacie (chociaż kolorowe, ale kolor im nie zaszkodził). Podobały mi się dialogi ze słownymi żartami (chociaż niewiele w sumie z nich wynika). Podoba mi się sam język - też bardzo w klimacie i tłumaczenie, mimo że źródła Nilu zostały wyrzucone, ponieważ nie zamieniają się łatwo w sos jak w angielskim oryginale. I podobało mi się, że dla tak wielu osób Kubuś jest Ważny.

Za to zupełnie nie Zdumiewająco Szybko idzie mi w dzierganiu (bo dzisiaj środa, czytamy i dziergamy z Maknetą). Poubierałam się w różne wełniane czapki, poncza i rękawiczki, albowiem wiosna nas nie rozpieszcza ostatnio, serwując śnieżne ekscesy i szrony wprost na białym kwieciu, zwinęłam kilometr jedwabiu w kłębek, wydobyłam z przepastnego pudła druty numer 2,5 i wstąpiłam na jedwabny szlak Knitologa. Ostrzeżona przed niemiłym Pruciem i ohydnym Skręcaniem, zrobiłam próbkę i resztką sił powstrzymałam chęć wpakowania się w ciepłe kołderki niczym Prosiaczek. Będę robić jedwabną bluzeczkę. Jedwab jest tak miły i nierozbrykany (na razie), że zrekompensuje mi, mam nadzieję, liczne z pewnością trudy na szlaku. Obdarte pięty i odciski oraz chłody i głody.

Nieliczne oczka próbki podtrzymywał z trudem malutki słonik, który nijak ma się do słoników Knitologa w podróży, ale stara się ja może, mimo braków w rozmiarach i urodzie. 



Kubusia nowego zakładałam dwiema zakładkami - świąteczną i Kubusiową.


I na koniec ilustracja w zbliżeniu, razem ze słonikiem, który tu wygląda jak żywy (czyli jak namalowany):

 
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

środa, 12 kwietnia 2017

Dzicz dla odmiany

"Dzicz nie jest dla kobiet. Kobiety się tutaj nie odnajdują."
Simona, Anna Kamińska

Chociaż ogólnie ta konstatacja nie jest prawdą, myślę sobie polerując świąteczne kurczaczki i zajączki, to akurat ja osobiście nie bardzo się odnajduję w dziczy. Nie ze względu na jej piękno, które mogę bez końca podziwiać w zachwycie, ale ze względu na skutki uboczne dziczy, od których wolę być przeważnie odgrodzona grubą podeszwą, oknem, parasolem, płynem przeciw komarom, albo, co najpewniejsze i najbezpieczniejsze, książką. Wtedy najwięcej cieszą mnie lasy, i żubry, i deszcze, i upały i miłośnicy przyrody. Nawet komary mnie wtedy cieszą i mrozy z zaspami. Bo tak naprawdę to ja bez reszty lubię się zanurzać w książce, w dzicz już nie za bardzo. Za to Simona, o tak, ona bez zanurzenia się w dzicz, w życie, w puszczę, nie wyobrażała sobie życia.
Książka "Simona Opowieść o niezwyczajnym życiu" Anny Kamińskiej trafiła do mnie trochę przypadkiem i pochłonęłam ją w dwa dni. Nie da się inaczej, jeżeli więc ktoś miałby jakieś terminowe zobowiązania, pracę etatową, albo wypieki czy obiady wielodaniowe w planach, to nie polecam, bo plany mogą być zagrożone, obiady nie ugotowane i wypieki niewypieczone.


Simona urodziła się w rodzinie znanej i cenionej, ale nie było to dzieciństwo łatwe. Miała być chłopcem - nie była. Miała mieć talent do malowania - nie miała. Miała zostać słynną pisarką - nie chciała. Od dziecka jednak kochała zwierzęta i kiedy przyszło wybierać drogę zawodową, wybrała właśnie związaną z nimi. Jako psycholog zwierząt zamieszkała najpierw w Białowieży, a potem w dzikiej leśniczówce należącej do Białowieskiego Parku Narodowego, tam się zakochała, przede wszystkim w puszczy i tam została do końca życia. Bezkompromisowa, niebanalna, trudna, oddana w pełni swoim sarnom i drzewom. Nic nie namalowała, napisała kilka książek, nakręciła kilka filmów, nagrała kilka audycji radiowych, pokłóciła się z kilkoma ludźmi. Bo ludzi Simona za bardzo nie lubiła.
 "Macie trzy minuty i zacznę strzelać".
(Zawsze miała powód)

Napisać o tak nietuzinkowej postaci, napisać w dodatku tak, żeby nie było laurkowo, a jednocześnie było mimo wszystko taktownie, nie jest łatwo,
"Chciałam napisać prawdę.
Starałam się zrobić wszystko, by rzetelnie zebrać informacje i potwierdzić fakty."
 Moim zdaniem, udało się. Książka jest starannie wydane z urokliwymi fotografiami Lecha Wilczka, który dzielił leśniczówkę z Simoną przez te trzydzieści lat, ma spis treści, indeks nazwisk, bardzo szczegółowe przypisy, informacje o źródłach fotografii i dokumentów (a wszystko w tej książce, każda rozmowa i opinia ma podane źródło), ma podziękowania i gustowne listki przy numerach stron. Ma styl. Gdyby ten styl miał powód i mógł strzelać, to z pewnością by strzelił. Rzeczowy, zwarty, obrazowy, żywy. Krótkie zdania. Prosty język. Naturalny. Wciągający. Ale przede wszystkim nie przesłaniający Simony, bo to ona tu jest najważniejsza.

"Simona miała na Dziedzince obraz Dama z łasiczką, zrobiony z bombonierki z goplanowskich czekoladek, bardzo pięknie oprawiony. -Ty, z Kossaków, masz taki obraz? - zapytałam ją kiedyś. Ona na to: -To jest arcydzieło, a ja nie mogę mieć oryginału, a uwielbiam Damę z łasiczką, więc mam taką!"
No i bardzo dobrze. To my ustalamy priorytety.
Moim priorytetem w dzierganiu (bo dzisiaj nieustająco dziergamy i czytamy z Maknetą) jest drugi rękaw w odwiecznym szarym sweterku. Sweterek ten sam od lutego, więc na pociechę i dla odmiany, kupiłam mu nowe markery:


Ożywiony tym prezentem, nabrał ducha i żwawo dobiega do mankietu. Potem jeszcze tylko wydłużenie dołu i będę mogła wkroczyć na jedwabny szlak z Knitologiem. Jestem już zaopatrzona w materiały, odwagę i dobre myśli. 600 m jedwabiu w 100 gramach, druty numer 2 - odwaga się przyda.

Simonę zakładałam zakładką trochę karnawałową, ale za to wyposażoną w podróżną gumkę. Nie mogłam przestać czytać, więc brałam ją do pracy (czytałam oczywiście tylko w drodze), a w podróż najlepsza jest zakładka z gumką. I jedwab na szlak.



Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Życzę wszystkim pogodnych, zdrowych, radosnych i ciepłych Świąt! :)