niedziela, 17 czerwca 2018

Kaczka z widokiem

"Człowiek o uśmiechu pogodnym jak letnie niebo, patrzył na ludzi jak Czechow."
Brzechwa nie dla dzieci, Michał Urbanek


Wychowałam się na jego wierszykach, myląc go trochę z Tuwimem (nie tylko ja zresztą) i ciesząc się tym rytmem, humorem suspensem (no, wtedy na pewno nie wiedziałam co to suspens, ale buraczki wokół zająca zaskoczyły mnie i tak), w kółko i w kółko kazałam sobie puszczać winylową bajeczkę o Czerwonym Kapturku i zazdrościłam Adasiowi Niezgódce, że może się myć w soku malinowym (niezbyt byłam praktyczna), a panu Kleksowi umiejętności gotowania przez malowanie (tego dzisiaj zazdroszczę mu jeszcze bardziej).
No ale o samym autorze nie wiedziałam nic. Wstyd się przyznać, ale nawet gdybym zobaczyła jego zdjęcie jeszcze tydzień temu, nie zgadłabym, że to Brzechwa. Brzechwa, czyli Jan Wiktor Lesman.

Urodził się na Kresach, chodził do szkół rosyjskich, jako nastolatek wrócił z rodzicami do Warszawy wskutek rewolucyjnych zawirowań. Od młodości chciał być poetą, oczywiście poetą dla dorosłych, ale niezbyt dobrze ta jego twórczość wypadała (zwłaszcza niedobrze w porównaniu do twórczości jego kuzyna, Bolesława Leśmiana, który zresztą wymyślił Brzechwę (a raczej użył jej jako pseudonim artystyczny, bo sama brzechwa była wymyślona już dużo, dużo wcześniej). Na wszelki wypadek został więc prawnikiem, który na boku pisał różne piosenki i skecze dla licznych kabaretów i teatrzyków przedwojennych, osiągając w tej pobocznej działalności pewny rozgłos i wzięcie. Zawodowo specjalizował się z bardzo dobrymi wynikami w ochronie praw autorskich, które w owych czasach praktycznie nie istniały.  Zapewne nigdy nie wpadłby na to, że tak naprawdę z powołania jest bajkopisarzem, gdyby razu pewnego nie zakochał się (a kochliwy był bardzo, tak bardzo, że Szancer nie mógł zilustrować pchły Szachrajki, tyle się zgłosiło do niego pierwowzorów) w pewnej uroczej przedszkolance. I jakby nawiązując do okoliczności napisał dla swojej ukochanej kilka wdzięcznych wierszyków. Jak to nieraz drobnym rzeczom zawdzięczamy zupełnie niedrobne.

"Nad rzeczką opodal krzaczka
Mieszkała kaczka-dziwaczka,
Lecz zamiast trzymać się rzeczki
Robiła piesze wycieczki"
Kaczka Dziwaczka, Jan Brzechwa

Było też o żuku, który szukał żony. Wierszyki nie od razu i nie zawsze miały się dobrze, bo na przykład żukowi zarzucono rasizm, sumowi nadmiar abstrakcji, a rzekom nadmiar ogólnie.
Całe szczęście, dzieci nigdy nie były tak wnikliwe jak krytyka literacka i pokochały Brzechwę od razu, co im zostało do dziś. No i bardzo dobrze i na szczęście, bo wierszyki dzisiaj też mają czasem pod górę. Otóż bowiem jak się okazuje, przynajmniej dla mnie się okazało, Brzechwa był również autorem zaangażowanym i pisał wiersze zaangażowane. O pochwale spółdzielni i przewadze kooperatywie zwierzątek nad niedźwiedziem kułakiem. Wszystko to Michał Urbanek opisuje sprawiedliwie i nienapastliwie. I wydaje mi się, że Brzechwie taka obrona się należy. W całym tym trudnym okresie powojennym nigdy nikomu nie zaszkodził, przeciwnie, starał się ludziom pomagać. "Patrzył na ludzi jak Czechow" - i to mi wystarcza. I te jego wysnute bajeczki.

Snuj się, snuj, bajeczko!
A było tak: niedaleczko,
Właśnie tutaj, nad rzeczką,
Mieszkała wdowa z córeczką
Czerwony Kapturek, Jan Brzechwa
(Jak to dobrze, że można tego dziś posłuchać sobie w internecie, bo obsada jest genialna - wilka zwłaszcza uwielbiam)


No ale nie można tylko czytać i snuć, nawet jeśli ma się urlop, trzeba coś robić pożytecznego rękoma. Robię więc. Zaczęłam dzisiaj sweterek z lnu i bawełny, robi się jak ze sznurka, ale len tak ma.
Dalej też robię brązową Tantę z Malabrigo:


Merino z kolei ma to do siebie, że zapominam o mojej ogromnej skromności i wpadam w zachwyt nad idealną równością oczek.
A poza tym mam piękny widok z balkonu w słońce i w deszcz:


Mam piękny widok na balkon:


I piękne widoki na róże, lawendy i inne kwiatki pomniejsze w kształcie szczoteczek do butelek oraz nie tylko:








czego i Wam życzę. Dziękuję bardzo za wizyty i za komentarze, dobrego dnia! :)

niedziela, 10 czerwca 2018

Frazy i obrazy

"Nic nie przebije jednak frazy pewnego ośmiolatka, który usłyszawszy, że jestem z Krakowa, przyjrzał mi się badawczo i powiedział: "Pan jest zbok".
Trochę to mną wstrząsnęło, więc spytałem najuprzejmiej, co ma na myśli. "Zbok Wawelzgi" - wyjaśnił, wycierając nos rękawem."
Pypcie na języku, Michał Rusinek

Siedzę sobie w pięknych wiosennych okolicznościach urlopowych, siedzę bez kataru, więc nikogo nie wyzywam od smoków ani tym bardziej od zboków. Słońce świeci, wszystko kwitnie i się zieleni, strumyk szemrze, ptaki śpiewają. Czytam o pypciach.
Pypcie mogą być bolesne, mogą być obraźliwe (zwłaszcza jak się ma katar), mogą być zabawne. Autor jednak nie dla zabawy, ani tym bardziej nie dla wyśmiewania się je zbierał; ale dlatego, że przez pypeć najlepiej widać język. To łatwo można sprawdzić na samym sobie - normalnie, kiedy wszystko jest poprawne, stosowne i zdrowe, języka nie czuć. Jeśli tylko natomiast pojawi się pypeć, od razu wiemy, że język mamy. Skąd wziąć pypcia do doświadczeń, to już nie wiem, czasem sam się zjawia, można wtedy go wykorzystać znienacka.

Pana Michała Rusinka uwielbiam od momentu, kiedy go zobaczyłam w telewizji jako sekretarza Wisławy Szymborskiej (film "Czasami życie bywa znośne" - świetny swoją drogą) i jak tylko coś napisze, to kupuję natychmiast jak to wyjdzie albo jak tylko zauważę, że wyszło.
Pypcie wychodziły wcześniej w gazetach jako felietony, ale ponieważ ja gazet nie czytam, więc teraz z uciechą wielką i wygodą przeczytałam je zebrane w książce.
Pypcie były lekkie, śmieszne, kulturalne, życiowe, nostalgiczne, wirtualne, współczesne i komórkowe. Zapożyczone też były, a w nich wyałtsorsowane i dedykowane (mój osobisty wróg wśród pypci, przyznam z dumą niejaką, że w firmie rodzimej wypleniłam i teraz mamy nasze produkty przeznaczone, a ewentualne wiersze dedykowane).
Z językoznawczych pypeć "nieogar" nawet mi się podoba i może używałabym go, gdybym była młodsza i bardziej bezpośrednia w opiniach.

Trochę więc się pośmiałam w jedno słoneczne popołudnie, trochę poubolewałam nad mową naszą ojczystą, ale skoro taki pypeć, to znak, że ona żyje, to trudno, niech jest.


źródło:  www.znak.com.pl

No ale nie samymi pypciami człowiek na urlopie żyje, dziergam więc też oczywiście. Dla przełamania długich szarych rządków jedwabnych, nabrałam dzisiaj na druty bardzo nieszare Malabrigo. Wybrałam dla niego wzór Tanta Hani Maciejewskiej i chciałam udziergać kawałek, a potem zrobić mu śliczne zdjęcie w miękkim świetle popołudniowym. Tymczasem światło zbiesiło się nieco, przyszła burza z deszczem i chmurą czarną, w związku z tym zdjęcie jest prawie śliczne.


Widać jednak jak równe oczka to Malabrigo produkuje i jakie jest miękkie i niegryzące (no, to może mniej widać). Wbrew pozorom jest to kołnierz, a nie plisa z dziurkami odguzikowymi.
Poniżej ptak śpiewający (tylko akurat nie w momencie sesji fotograficzne):


oraz kwiatki kwitnące (te akurat w czasie sesji jak najbardziej):


Dziękuję bardzo za wizyty i komentarze, idę kontynuować swoje aktywności i hobby, czego i Wam życzę. Dobrego dnia! :D 

niedziela, 3 czerwca 2018

Kiermasz i cuda, cuda, cuda



"Pamiętam stół, pokryty wyszywaną kapą, i olbrzymi fotel (siedzenie podwyższano dwoma poduszkami, abym mógł pisać i oglądać książki, bo panna Zofia przygotowywała mnie do szkoły). Naprzeciw moich oczu stała wielka, szklana szafa pełna cudownych książek, a między nimi właśnie trzy grube tomy ze złoconymi napisami na grzbiecie: Dramaty, Tragedie, Komedie.
Nie pamiętam, czy się czegokolwiek nauczyłem. Nie wiem czy przebrnąłem poza pierwszą stronę elementarza z literą A i obrazkiem anioła prowadzącego dzieci po górskiej kładce, wiem tylko, że w trzech grubych książkach zobaczyłem po raz pierwszy w życiu te cudowne, drzeworytnicze ilustracje, prawdziwy teatr. Pani Zofia opowiadała mi o niezwykłych sprawach, rozgrywających się na kartach książek, które napisał niejaki Szekspir.
W ten sposób poznałem Hamleta i Otella, zabłąkałem się w lesie „Snu nocy letniej”, zakochałem się jak Spodek z oślą głową w Tytanii, Ofelii, Desdemonie."
Curriculum Vita, Jan Marcin Szancer

Mam kilka lat, odświętną sukienkę z białym kołnierzykiem, sandałki, małą plastikową torebkę. Jest słoneczny dzień wiosenny i idę z tatą na kiermasz książek.
Długo, praktycznie aż do tej pory słowo kiermasz jest dla mnie synonimem słońca i święta. Nie pamiętam żadnych szczegółów, mglisty obraz długich straganów, zapach świeżo zadrukowanego papieru i lakierowanych okładek, może jakaś woda z sokiem prosto z szumiącego saturatora. Jedyne co pamiętam, to dziwne koło, kręcę nim mocno, obraca się z furkotem najpierw szybko, potem coraz wolniej, aż wreszcie plastikowy języczek zatrzymuje się między dwoma dużymi gwoździami, tata się śmieje, pan od koła też i zdejmuje wielką, grubą książkę.
Wracamy do domu, w objęciach taszczę z trudem wszystkie przygody Pana Kleksa. Nie umiem czytać, więc tylko oglądam obrazki. Dziwny staruszek (pewnie miał około czterdziestki) w obcisłej kamizelce i kraciastych spodniach i rozwianej brodzie, balansuje na krześle, osłuchuje zegar i od razu z okładki obiecuje baśniowe, szalone, niezwykłe przygody i historie. Cuda, cuda, cuda zapowiada.

Polubiliśmy się od razu. Ja i te wiotkie postaci, pełne wdzięku kwiaty, pękate krasnoludki. Pewnie długo trwało, zanim się dowiedziałam, że wszystkie moje najbardziej ulubione ilustracje są dziełem jednego autora. I że to właśnie jemu zawdzięczam tak wiele dziecięcych radości. Kolor, sugestywność postaci, zachwycające szczegóły, orientalne dzbany ze smukłymi szyjkami, swojskie kaczki na zabłoconym podwórku, mały Kaj uczepiony do wielkich sań Królowej Śniegu, ogromne poduchy na ziarnku grochu, Podziomek z zatkniętą za pas kopyścią, buchająca parą lokomotywa i krzepka rzepka w ogrodzie.
Te ilustracje w znacznym stopniu budowały moje widzenie świata, wspomagały moją wyobraźnię. I chociaż pewnie bez nich baśnie byłyby tak samo baśniowe, ptaszki równie radosne, ale z Janem Marcinem Szancerem jakoś łatwiej i przyjemniej było to wszystko zobaczyć. Kiedy więc wyszły ponownie jego wspomnienia, kupiłam od razu i bez ociągania.

Wspomnienia szczodrze ozdobione są ilustracjami, na nich możemy podziwiać nie tylko Pinokia ale i samego Janka, który z rodzicami ubranymi w gustowne stroje wypoczywa w Zoppoth i ciągnie małego ułana na małym drewnianym koniku, wydrę, która była a właściwie nie była krokodylem, czy też profesora języka niemieckiego w licznych serpentynach i konfetti.
Szancer już od koszyczka miał zmysł artystyczny i poczucie piękna i dlatego bocian upuścił go w Krakowie, przynajmniej tak opowiadała matka Szancera, jednak droga jego do malarstwa nie była taka oczywista, miał być poważnym matematykiem albo aptekarzem, a obrazki malować w wolnych chwilach. Dopiero kiedy zapałał miłością do teatru, rodzina wyraziła zgodę na studia plastyczne. Widać lepszy malarz niż aktor.
Na szczęście dla nas wszystko potoczyło się dobrze, od cioci dostał paletkę z farbami, od losu natomiast zlecenia na ilustracje.

I tak dorastał, studiował, podróżował, spał na katafalku, marzył o wielkich obrazach, retuszował fotografie, trochę pisał, trochę balował po nocach, wymyślał Płomyk, prowadził wojnę przeciwko disney’owskim schematom i kolorowankom dla nierozgarniętych dzieci, bawił się w teatr i tworzył telewizję. Odnosił sukcesy ale ponosił też porażki.  Malował w chwilach radosnych i bardzo ciężkich.
Namówiony przez żonę opisał wszystko w dwóch tomach. Niezbyt grubych, chciałoby się więcej.
„Notuję w zeszycie gamę ugrów, szarości, rudozieleni, wrysowuję białe mury domków i wysokie, proste formy dzwonnic. I tylko w miejscu rzeki stawiam znak zapytania, a obok piszę: lapis lazuli+kobalt+błękit pruski, a w przebłyskach trochę zieleni Veronese’a.”
Teatr cudów, Jan Marcin Szancer

Tymczasem u mnie same przebłyski zieleni. Beskid nowosądecki, potok, słońce, chmury, znowu słońce, ptaki śpiewają w przydomowym gaiku, kwitną dzwonki i dzikie bzy, krowy muczą, owce pobrzękują dzwoneczkami. Siedzę zanurzona w urlop i w tę zieleń, dziergam szary sweterek na chłodne wieczory, patrzę sobie na zalesione, łagodne góry i na wijącą się wśród nich dolinę.
Zakładki mam też urlopowe. Tu nawet nie wypada zakładać innymi.



 Przymierzam sweterek - rozmiar wydaje się być dobry. Taki mój mały cud dziewiarski.




Czego i Wam życzę. Samych dobrych rozmiarów i urlopowych nastrojów niezależnie od okoliczności!
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :))

PS. Wymyśliłam wreszcie sposób na uporządkowanie markerów - wystarczy parę agrafek i zawsze mam komplet.

niedziela, 27 maja 2018

Wakacyjne stany skupienia


Od pewnego czasu wakacje zaczynają się dla mnie wcześnie. Dzisiaj teoretycznie walizki powinny być wyjęte z szaf, sandałki odkurzone, przewiewne bluzki, wygodne spodnie, skarpetki i polary powinny teoretycznie czekać na spakowanie w schludnych kostkach. Praktycznie natomiast mam gotową wstępną listę włóczek przeważnie jedwabnych, mglisty plan drutów i markerów oraz prawie naładowany czytnik. Bo tak najbardziej lubię pakować się w ostatniej chwili, przechodzę wtedy w stan wyższego skupienia (nie mylić z ciałem stałym) i koncentracji, nie martwię się, czy poprzedniego dnia już zapakowałam szampony, bo wszystko pakuję w czasie jak najbardziej teraźniejszym i krótkim.

Siedzę więc sobie tuż przed urlopem, myślami trochę jestem w domu, a trochę na wakacyjnym tarasie. Mam plan dziergać tam godzinami  ubrania letnie i kolorowe, czytać nieprzebrane zapasy skrzętnie nagromadzone w czytniku, jeść truskawki albo morele i gapić się na góry zielone oraz strumyk szemrzący.
Jakoś nie mogę się doczekać. I skupić przez to. 
Dziękuję Wam bardzo za odwiedziny i komentarze i życzę długich, słonecznych urlopów. Dobrego dnia!
PS. Mam nadzieję mieć nad strumykiem internet i odzywać się blogowo. :D

niedziela, 20 maja 2018

Wielkie formaty nie tylko jedwabne



"...z ubitego i wydeptanego asfaltu ogólników zbaczałem na ścieżki leśne pełne niespodzianek, które mogą zaprowadzić wszędzie,"
Tumult i widma, Józef Czapski

Nie poprzestawał na ogólnikach, nigdy też nie zatrzymywał się na powierzchni rzeczy - zawsze starał się wnikać w głąb, dotrzeć do sedna i zrozumieć. Amerykę, Rosję, poetę, polityka, drugiego człowieka.
Szlachetny, sprawiedliwy, inteligentny, kulturalny, wrażliwy, uczciwy, skromny, jednym słowem człowiek wielkiej miary. Aż chciałoby się powiedzieć, że teraz ludzi takiego formatu już nie ma. Może już sam format przemija i ustanawiają się inne. Tym większa radość, że pozostali w książkach.
Co ja mogę o nim powiedzieć? Nic za bardzo mądrego, nie będę więc dużo mówić, mogę się tylko cieszyć, że miałam okazję przeczytać te szkice. Historia, podróże, literatura - nieraz jest trudno, boleśnie, zawsze ciekawie.

I tak jak jego, w ucywilizowanej, zorganizowanej i utylitarnej Ameryce wzruszał "pisk tłustych mew, gnieżdżących się w czekoladowych skałach, głęboko u spodu wodospadu, i huk nieustanny wody, przypomniały mi, że jeszcze istnieje natura nie spreparowana.", tak samo mnie za każdym razem wzrusza fakt, że istnieją prawdziwe wartości i sedna. Wystarczy tylko z wydeptanego asfaltu zboczyć w ścieżki leśne.

Poza asfaltami i lekturami skończyłam szaliczek. Dziergałam go na drutach 4, nie wiem ile było kilometrów, bo na metce nie opisano, więc nie wiem też czemu tak długo go dziergałam - od połowy stycznia, mogę być wdzięczna, że jesień mnie nad nim nie zastała.
Najpierw się trochę pomoczył w pianie:


potem powdzięczył na Bubulinie:



Bubulina siedzi na mojej nowej skrzyneczce, która jest wreszcie na tyle duża, że pomieściła wszystkie moje markery i gadżety dziewiarskie.
Szaliczek jest milutki i lejący, jak na jedwab przystało, ale sama włóczka (Maharaja Silk Yarn ) mnie bardzo rozczarowała, bo była tak powiązana pęczkami, że zamiast jednego łączenia, mam ich chyba dziesięć. Albo mi się trafiły pechowe motki, albo to pechowy producent. Jestem zła, bo nie bardzo umiem chować nitki w takich delikatnych szaliczkach.
Jednak długotrwałe robótki są nieco nużące, nic więc dziwnego, że jak tylko wsadziłam go do piany, od razu i z ulgą rzuciłam się na szary sweterek. Tu też jedwab, ale z merynosem, lekko włochaty, bardzo miękki, wymyśliłam dla niego ażurek, a ponieważ lubię ażurki i inne rokoka w ozdobach, więc dziergam i podziwiam.



Tumulty zakładałam świeżym prezentem prosto z Wiednia:


Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)

niedziela, 13 maja 2018

Zakurzona rzeczywistość

"Istotą życia Ojca były książki. Ojciec czytał ciągle. Czytał przy jedzeniu, czytał w pociągu i w tramwaju, i na przystanku. Czytał po południu w fotelu, wieczorem w łóżku.
Najważniejsze obowiązki życia odwalał - można by powiedzieć - szybko, uczciwie i precyzyjnie, nie wkładając w to serca ani zapału. Odwalał je też cierpliwie, nigdy się nie buntując, ażeby kupić sobie prawo do zatracania się w książkach podczas godzin należących do niego."
Przyślę Panu list i klucz, Maria Pruszkowska

Długi, długi szereg obowiązków da się prawie bezboleśnie i prawie bez skutków ubocznych odwalić uczciwie albo na czas albo w lekkim poślizgu. Przypalone ziemniaki dają się zastąpić chlebem, opóźniony obiad kolacją, opóźniona kolacja herbatą, nieprzespaną noc kawą, tydzień nauki do bardzo ważnego egzaminu dniem bardzo intensywnej nauki, przejechany przystanek zdrowym spacerem.
Ale czasem przychodzi odwet i do mnie też przyszedł. Moja ulubiona praca, która charakteryzuje się drogą wśród kwitnących krzewów (jedynie w niektóre pory roku zabłoconych albo w zaspach), śpiewem ptaków zza oknem i ogólnym brakiem pośpiechu i nerwów, moja ulubiona praca nagle zbiesiła się i zasypała dokumentacją.
Nie było rady. Mąż w swojej dobroci (miał co prawda po drodze, ale zawsze) zawoził mnie do biura skoro świt i wywoził późną nocą. Z kalendarza znikły magicznie soboty, niedziele i inne ekstrawaganckie majówki. Porzucona na fotelu książka przykryła się kurzem. Robótka zastygła w połowie oczka, blog zastygł w połowie kwietnia, a lodówka zaczęła obfitować w schaby, boczki oraz liczne pęta wymyślnych kiełbas, jako że na męża spadły obowiązki aprowizacyjne, a mąż, jak to na ogół z mężami bywa, nie uznaje innego menu poza mięsnym, wszelkie warzywa i owoce traktując podejrzliwie i z pogardą.

Trochę trwało, zanim zostałam wypluta na brzeg normalności. Wyjrzałam za okno - był upał i wiosna, wytarłam książkę - była bardzo głęboko intelektualna i nagle poczułam, że w tym stanie ducha i wyplucia potrzebuję czegoś, co wrzuci mnie z powrotem w mój spokojny świat książek opartych o cukiernicę.


"Przyślę Panu list i klucz" Marii Pruszkowskiej jest właśnie idealną książką do takiego celu.
Lekko i z humorem opowiedziana historia rodziny w przedwojennej Warszawie. Jednak ta historia, ich obiady, szkoła, praca, podróże, wakacje, wszystko to jest na drugim planie, bowiem tak naprawdę liczą się przede wszystkim książki i to wokół książek wszystko się kręci.
Książki mieściły się w dwóch bibliotekach. W pierwszej o nazwie "Miesiąc Zatajony", oszklonej i zamkniętej na klucz kryły się skarby, czyli książki ukochane i czytane ciągle. W drugiej, nazwanej "Dary Księżycowe" znajdywały się książki przypadkowe, do których nikt nie miał zamiaru wracać (chociaż z mojego doświadczenia wiem, że nie ma co się zarzekać).

I tak powoli zaczęłam rozmyślać o moich Miesiącach Zatajonych i Księżycowych Darach, o Stefciach Rudeckich i panas Kmitasach, Liliach Wenedach i Balladynach i tak pomału wróciłam do rzeczywistości. Zajrzałam do koszyka z robótką, a tam ciągle jedwabny szaliczek, który mam nadzieję skończyć lada dzień i podarować pewnej Kasi. Szaliczek idealnie nadaje się na dalekie wakacyjne wypady i jeżeli będzie miał sesję zdjęciową w plażowych okolicznościach, nie omieszkam jej tu umieścić.
W koszyku znalazłam szary zaczątek jedwabno - wełniany. Po dłuższym namyśle okazał się być ażurowym sweterkiem, ale o nim w następnym odcinku.

Książkę zakładałam leciutką zakładką, żeby nie uszkodzić jej stareńkich kartek:



Biegnę jeszcze odpowiedzieć na komentarze, przepraszam za poślizg. :)
Dziękuję bardzo za nie i za odwiedziny i życzę Wam zaczytania, kwitnących akacji, bzów i wszystkiego wiosennego. Dobrego dnia!

środa, 11 kwietnia 2018

Tumult w zachwycie


"Ile pustyń, tyle różnych pejzaży. Bogactwo oświetleń, bogactwo gamy barwnej, zależnej od pory roku, pory dnia, różnic gleby i różnego jej ukształtowania.
Pustynie pomiędzy Meszhedem a Teheranem z wyrastającymi nagle z piaszczystej płaszczyzny jak z morza skalistymi górami-rafami, to niebieskoszarymi, to liliowymi, różowymi czy nawet cytrynowymi, pustynie piaszczyste Transjordanii, z setkami lekkich wielbłądów, kawowych, białych, chrupiących kolczaste nędzne krzaczki, albo dziesiątki mil równo zasypanych czarnymi kamieniami, tak że nic nie widać więcej jak te kamienie czarne, z lekka nabierające fioletu i czerwieni o zachodzie."
Tumult i widma, Józef Czapski

Dawno, bardzo dawno temu czytałam "Europę w rodzinie. Czas odmieniony" Marii Czapskiej i tak dowiedziałam się o istnieniu Józefa Czapskiego, jej brata. Z książki nic już nie pamiętam, ale nazwisko zapadło mi w pamięć z bardzo pozytywnymi konotacjami. Potem czytałam "Czytając" i Józef Czapski na trwale skojarzył mi się z głęboką refleksją, niezwykłą kulturą i z Marcelem Proustem. Bardzo mile, jednym słowem. Nie byłam więc przesadnie zaskoczona, gdy na targach książki dwa lata temu, wbrew niekupowaniu, wysupłałam ostatnie pieniądze na pierwszy tom listów Józefa Czapskiego. Pięknie wydane przez Terytoria. Drugi tom miał się pojawić lada dzień. I faktycznie, niespełna dwa lata później - pojawił się. Kupiłam oczywiście, bo trudno mieć pierwszy tom i nie mieć drugiego. Przy okazji nawinął się Tumult. Chyba to jasne, że wpadł do koszyka bez walki.
Zapakowany w paczkę razem z listami, obwiązany taśmą klejącą, błyskawicznie przebył do kiosku w moim pobliżu i tuż przed busem do pracy zdążyłam go odebrać.

Lubię paczki z Arosa, bo książki w nich są bezpieczne, a jednocześnie nie są nadmiernie zabarykadowane. Z łatwością i bez połamania paznokci dają się rozbroić gołymi rękami. Do Tumultu zajrzałam więc już w busie i tak, kartkując,  śmiałam się i wzruszałam całą drogę do pracy. Czeka mnie piękna lektura. Prosto z "Kultury".
 Tymczasem w domu udziergałam przepiękną chustę. Wpadłam w zachwyt już w czasie zamykania oczek, chociaż przy pierwszej setce myślałam, że na zakończenie zużyję dodatkowy motek i z jakieś dwa miesiące. Nie było tak źle. Do zachwytu przyznaję się bez skrupułów, bo w sumie ja tylko przekładałam oczko przez oczko i tyle było mojej zasługi. Włóczkę wymyśliła Danonk, kolory dobrał Lane Mondial, wzór wymyślił Drops, a zakończenie Makunka.
Efekt końcowy tak mi przypadł do serca swoją miękkością, sprężystością, urokiem bąbelków, że chyba będę w niej chodzić bez przerwy. W dodatku mam w planie wyprodukowanie kolejnych chust w tym fasonie. Primavera ma jeszcze tę zaletę, że kończy się kolorem białym, więc przypomina bezy. A raczej bitą śmietanę. Albo lody waniliowe. A właściwie wszystko naraz. No co ja poradzę? Naprawdę uwielbiam bąbelki. A waniliowe tym bardziej. 
Zrobiłam jej zdjęcia, ale nic nie odda jej uroku - na żywo podoba mi się nawet bardziej, niż na Bubulinie.





Nawet na mnie mi się podoba:




Tu niewiele widać, poza tym, jak złotem się trochę mieni:


Dane techniczne:
Primavera 0854, bawełna, mikrofibra 150g
Druty nr 4

Włóczka składa się z czterech sznurkowatych, luźnych nitek, ale w efekcie daje wyrób bardzo miękki i lejący. W dodatku nieśliski, czyli po omotaniu pozostaje w pozycji omotanej. I nie gniecie się! Ale to zasługa wzoru chyba.

Bardzo dziękuję za komentarze i wizyty. Dobrego i coraz bardziej wiosennego dnia! :)