środa, 21 lutego 2018

Kawa bez dymu


"...kiedy mam wykonać coś kreatywnego, w domu ciężko mi się zdyscyplinować, ciągle jem i zawsze jest coś do posprzątania. Lubię więc pracować w pociągach i w hotelach, bardzo często pracuję w Costa Coffee i w Ikei. W Ikei jest optymalnie. Jak się rano kupi kawę, to do dziesiątej jest darmowa dolewka."
Jak oni pracują, Agata Napiórska


To nie jest poradnik. A jeżeli nawet tę książkę potraktować jako swoisty wzór, to nie jest to wzór dla każdego odpowiedni. Ja na przykład piję tylko jedną małą kawę i to bardzo rano (nawet przed otwarciem Ikei), więc praca tam nie byłaby atrakcyjna ani dla mnie, ani (podejrzewam) dla mojego szefa, ani (co bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę liczne kubki) dla mojego portfela. Poza tym niektórzy nie ograniczają się do kawy, ale palą papierosy (o ile nie gorzej), zmywają czy też w ogóle się nie myją. W dodatku wszyscy są artystami. Wszyscy, czyli rozmówcy Agaty Napiórskiej, autorki.

Rozmowy są raczej krótkie (po kilka stron na osobę), a osób dużo, bo ponad pięćdziesiąt. Pytania są bardzo krótkie, odpowiedzi raz mówione, raz pisane, dłuższe, krótkie, ale wszystkie sprawiają wrażenie szczerych i otwartych. Widać pani Agata potrafiła stworzyć swoim  rozmówcom odpowiednią atmosferę. Dba zresztą również o to, żeby czytelnik też czuł się dobrze - na początku opisuje okoliczności spotkania - czy to kawiarnia, skype, czy też czerwone fotele prywatnego mieszkania. Wiemy czy wino było białe czy czerwone i co za płyn był w brązowej buteleczce. na koniec zawsze podane jest imię i nazwisko artysty (na początku zresztą też, ale do końca można zapomnieć), kiedy się urodził i co robi. Jak to robi, możemy się dowiedzieć z pomiędzy (czyli z wywiadu).
Przyznam, że to "jak" jest oszałamiające - nie spodziewałam się aż tak różnorodnych sposobów na tworzenie. Można wykorzystywać piórka, kredki, klawiaturę, ołówki, notesy, zeszyty, telefony (to akurat nie jest zaskakujące), stare gazety, papier ze śmieci (to już nieco bardziej). Można pracować twórczo rano, albo w nocy. Można dwie godziny bez przerwy, można też kilka kilka miesięcy (odbija się to jednak niekorzystnie na higienie osobistej i, co za tym idzie, wyglądzie).
Można pracować w porządku i w zupełnym nieładzie. Z dziećmi, bez dzieci, z kotem, z psem, w hałasie albo w ciszy. Rozmaicie.

Człowiek jakoś tak jest skonstruowany, że lubi patrzeć na innych. W najlepszym razie patrzy po to, żeby się czegoś dowiedzieć o sobie, innych, o świecie i czegoś nauczyć, doznać jakiegoś zdziwienia, zaskoczenia, radości albo refleksji. W najgorszym, żeby potem poplotkować (o jeszcze gorszych nawet nie wspominam). Jednym słowem takie patrzenie nie jest złe. W przypadku tych wywiadów też nie - spędziłam czas bardzo sympatycznie. Miałam też jedną refleksję Właściwie dwie, ale tylko jedną zapamiętałam.
Bardzo, bardzo wielu ludzi trudzi się, żebyśmy mieli co poczytać przed snem, albo na co popatrzeć, albo nawet czego posłuchać w reklamie. Można by w ogóle zdziwić się jak wielka to liczba, ale w sumie igrzyska od zawsze były przecież zaraz za chlebem. Nawet nie ma znaczenia to, że o większości z nich nigdy w życiu nie słyszałam - co prawda w jednym przypadku okazało się, że chociaż nazwisko mi kompletnie nic nie mówi, to znam dobrze jego prace, kilka nawet mam w portfelu - otóż od pięćdziesięciu lat wszystkie banknoty rysuje ostrym pędzelkiem jeden człowiek. I tak było fajnie dowiedzieć się, jak oni pracują.

W przerwach między wywiadami i ja pracowałam poniekąd artystycznie. Przełamałam kryzys białej kartki (czy może raczej pustych drutów) i opracowałam koncepcję sweterka z zielonego merynosa. Nabrałam oczek w ilości ile potrzeba i zaczęłam kilkutygodniowy etap przerabiania w natchnieniu (myję się jednak regularnie, nie jem zupek chińskich i nie palę w ogóle nic dymiącego). Sweterek przyrasta w normie (za to szaliczek leży odłogiem, no ale coś leżeć musi), wygląda coraz powabniej i bardzo polubił się kolorystycznie z moimi nowymi bransoletkami z nienowego bursztynu na reumatyzm (lubię tę myśl o ich wieku i o tamtych drzewach, z których kapały w słońcu) i z żółtą okładką "Jak oni pracują".
Wiem, wiem, mamy luty, ale przecież nikt nie zabroni nam pomarzyć sobie o takiej drodze czy o trawkach większych i mniejszych:




     Książkę zakładałam marokańską zakładką z bardzo baśniową karawaną i gustownym chwościkiem:



Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze! Dobrego dnia. :)

środa, 7 lutego 2018

Cukier w szpic

"Wczoraj dzwoniłam do Ciebie, ale nie mogłam złapać sygnału. Poza tym nieźle mi się tu wiedzie, w pokoju cieplutko, na śniadanie bywa kiełbasa, a dziś nawet kilka cieniusieńkich plasterków polędwicy. Do tej koperty wkładam środek z kartki cukrowej, na który podobno można dostać kawałek mydła. Tutaj nie mogę zrealizować, bo mydło wydają tylko dla stałych mieszkańców Boże Boże!), jeśli więc będziesz miał w Krakowie jakąś bezkolejkową okazję, to mi to wykup."
Najlepiej w życiu ma Twój kot, Wisława Szymborska Kornel Filipowicz


Jeżeli ktoś spodziewa się głębokiej lektury, okraszonej filozoficznymi cytatami, ogólnie szanowanymi literacko nazwiskami, złotymi myślami, to się zawiedzie srodze. Czego ja się spodziewałam, zupełnie nie pamiętam. Skusiło mnie zdjęcie na okładce (dalej myślę, że Szymborska z radością wyciąga krówkę, ale to z pewnością jest papieros), na którym tak świetnie został uchwycony pewien słoneczny moment dawno minionego lata i minionych letnich sukienek bez rękawów (o minionych przystojnych intelektualistach nie wspomnę), skusił mnie tytuł. Listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza oszałamiająco intelektualne nie są, ale równie skutecznie, jak to zdjęcie na okładce chwytają moment, chwilę teraźniejszą i na ogół prozaiczną, Wytartą uszczelkę w lodówce, pękniętą fatalnie piżamę, knedle z cukrem na kolację, robaki na ryby. Deszcz, wiatr, zimno. Listy, rachunki za prąd i palenie na czczo.

Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz, poetka i mistrz opowiadania byli partnerami życiowymi i pisali do siebie z wyjazdów i nie tylko (zawsze mieszkali osobno), szczegóły odkładając na później (trochę to szkoda, bo mamy wrażenie, że dostaje nam się jedynie ułamek). Pisali z humorem (Szymborska) albo rzeczowo (Filipowicz), wrzucali listy do zardzewiałych skrzynek, co teraz nie tylko młodym, ale i starszym nie mieści się już w głowie, tęsknili do siebie, rysowali długopisem trójkolorowym albo flamasterm i wycinali kolaże z gazet.
Zbierali stare pocztówki i czasem je sobie wysyłali.

Czytanie cudzych listów jest sprawą dziwną. Intymną, ale przede wszystkim dziwną. Wchodzimy w zupełnie inny świat, w zupełnie inny, prywatny język pełen różnych znaczeń, w inną pamięć zdarzeń, w inne chwile. I wtedy nasz świat i nasz czas zostaje cudownie poszerzony, Miniona bezpowrotnie przeszłość dostaje nowy aspekt i nową przestrzeń. Możemy się w niej na nowo dostrzec - miałam osiem lat, moja lalka siedziała na tapczanie w czerwonym sweterku, a tymczasem Szymborska pisała z Zakopanego list i wklejała w niego szczupaki wycięte nożyczkami ze starych niemieckich gazet.
To się z trudem mieści w głowie, podobnie jak te kartki na niemal wszystko. "Brakuje coraz śmieszniejszych rzeczy" - pisała poetka.
W pakiecie dostajemy też nie tylko postacie rzeczywiste minione, ale nie minione, bo całkiem fikcyjne. Urocze w pisowni "będą czekać na Pana zafsze". Pojawiają się też wymyślone hrabiny, które wypowiadają się bardzo stylowo i stosownie do swoich dawnych czasów.

"Kiedy wychylam kielicha - widzę nad głową gwiazdy"
Takie to pomieszanie prozy z poezją. Bardzo miło spędzony czas w latach 1966-1985.
A tymczasem chwila obecna, współczesna, nie ma problemów z cukrem, ani z komunikacją - można powiedzieć, że nawet niejaki nadmiar się pojawił. Cukier zwykły, drobny, do wypieków, wanilinowy, z trzciny cukrowej, z wanilią prawdziwą (i na pewno eko). Komunikacji praktycznie chyba nikt nie ogarnia rozumem i czasem, zatem chwila obecna, dziergać wypada. Właściwie do robić na drutach, bo dzierga się w Poznańskiem tylko.
W drutach za to nadmiaru brak, kryzys można wręcz powiedzieć i niedobór. Nie wiem skąd się wziął, mam niejasne podejrzenia, że z minimalizmu. Skoro oczyszczam przestrzenie z nadmiaru, to wyprodukowany sweterek musi mieć tak zestaw zalet, że każdy nawet największy minimalista uzna konieczność takiego w garderobie. Wymagania mnie nieco speszyły, a myśl moja zawikłała się i utknęła w lekkim paraliżu twórczym. Włóczkę mam zieloną i bardzo milutką. Po trzech tygodniach myślenia nad formą, wzorem i rozmiarem, z entuzjazmem złapałam druty i wyprodukowałam malutki, dżersejowo smutny kawałek kołnierza.



Popatrzyłam na niego i zrozumiałam, że dżersej do tej gładkiej wełny merino nie pasuje - musi być francuz żywy i radosny,. Powziąwszy to stanowcze postanowienie, mam nadzieję ruszyć z impetem do przodu. Tylko jeszcze rozważę, czy dekolt w szpic, czy może na okrągło.
Oczywiście, kiedy tylko nie myślę nad szpicem robię dalej jedwabny szaliczek, na niemyślenie jest bardzo przydatny, ale jak długo można pisać o szaliczku bez szkody dla wartkości akcji? Nie piszę zatem.
Za to z zakładkami nie mam problemu w ogóle - tutaj prosto z Niemiec, śliczny rysunek w stylu wieku XIX i malutki pelikanek w rogu dolnym. Przyznam, że ładna zakładka to dla mnie zawsze duża estetyczna przyjemność.


Doznania estetyczne natomiast, to nie jakieś fanaberie kobiece, ale (tak wierzę razem na pewno z amerykańskimi naukowcami) autentyczna potrzeba życiowa. Czego i Wam życzę. Dobrego dnia!
(I dziękuję za odwiedziny i komentarze!!)
:)

środa, 24 stycznia 2018

Różne przemiany widelca

Kreacja świata rozpoczyna się od środka (pępka), a każda konstrukcja, każda produkcja winna rozpoczynać się od jakiegoś środka, dokładnie naśladując ten podstawowy wzorzec. Rytualne rozpalenie ognia jest odtworzeniem narodzin świata. Dlatego właśnie gasi się wszystkie ognie pod koniec roku (odtworzenie kosmicznej Nocy) i z powrotem zapala w pierwszym dniu Nowego Roku (powtórzenie kosmogonii, powtórny początek świata).
Kowale i alchemicy, Mircea Eliade


Wszystko dzisiaj jest tak bardzo zwyczajne. Wbijamy widelec w panierowany kotlet schabowy albo sojowy (zależnie od upodobań i przekonań) i nawet przez myśl nam nie przejdzie, z jakich głębokich wnętrz matki Ziemi został wydobyty, ani w jakich kotłach i w ogniach się gotował i przemieniał.
Żyjemy sobie wśród fabryk, oswojeni z różnymi technologiami, komputerami, windami i samolotami i nie w głowie nam zaczynanie czegokolwiek od środka (nawet sweterek zaczynamy na ogół od góry, czasem od dołu). Rzemiosło stało się pracą, nie ma wtajemniczenia ani inicjacji, jest po prostu szkoła, godzina lekcyjna i wyczekiwany z niecierpliwością dzwonek. Wszystko bardzo ludzkie i przyziemne.

Kiedyś to było inaczej (powtarzam tylko po różnych uczonych, nie to, żebym pamiętała te czasy). Rudy metalu były utożsamiane z zarodkiem, ziemia z łonem matki, a kowal miał moc i panował nad czasem. Miał swoje mity, rytuały i symbole. Od razu trzeba powiedzieć, że na ogół straszne.
O tym jest pierwsza część książki, druga omawia alchemie chińskie i hinduskie, ogień jako środek przemiany. Ogólnie wszystko to jest bardzo ciekawe, ale w moim odczuciu laika, nieco zawile i rozwlekle. Zamiast więc napawać się przyjemnością czytania, marzyłam o końcu i o nowej lekturze, w którą mogłabym zapaść i trwać bez końca (ponoć są takie książki, w przypadku których marzymy, żeby się nie kończyły, ale wobec mojej kolejki kupionych a nieprzeczytanych, taki stan nierozważny jest mi obcy zupełnie).
Przy takich lekturach zawsze trochę żałuję, że nie jestem albo mądrzejsza, żeby z łatwością docenić różne zawiłe naukowe meandry, albo przynajmniej mniej skrupulatna, żeby nad niektórymi pasusami prześlizgnąć się okiem niedbale. 

Prawie tak samo mam z szaliczkiem, który nie tyle mi się dłuży, co blokuje rozpoczęcie sweterka, a dojrzałam już wreszcie do niego i mam chęć ogromną zacząć go nawet od środka.


Póki co siedzę w śniegu, marzę o nowej lekturze, nowym swetrze i nowych prześlicznych zakładkach z różnych miejsc zagranicznych, które dostałam właśnie w prezencie. W jednym z tych miejsc siedzą na dachach nasze bociany, a po plażach hasają zupełnie nie nasze wielbłądy, Jest dużo kotów, dużo tadżniów z gliny i bardzo dużo przypraw. Zdjęcia nie moje, ale co tam, warto się wydobyć z chłodów i sobie popatrzeć na marokańskie klimaty.












Tymczasem ja w temacie podróży ma robótkową torbę podróżną uszytą przez Urbasię. Bardzo milusia nawet w domu. :)


Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)

środa, 17 stycznia 2018

Maglowanie z podkurkami

"Im dzień dłuższy, tym podkurek potrzebniejszy", przypominał imć Onufry Zagłoba u Sienkiewicza.
Zapomniane słowa, Magdalena Budzińska


 Słowa, słowa, słowa. Towarzyszą nam od urodzenia i potem idą krok w krok przez wszystkie nasze lata. Przychodzą do nas z teraźniejszości i z przeszłości, z zagranicy i z dużego pokoju, przychodzą do nas z książki, z telewizji i z internetu. Opisują nam rzeczy, ludzi, zdarzenia, rośliny, zrastają się z nami i stają się nieodłączną częścią naszego świata.
W pewnym momencie okazuje się niespodziewanie, że nasz świat podstępnie mija, a razem z nim mijają też słowa. Mijają z różnych względów - jedne mijają razem z rzeczami, które opisują, inne mijają wskutek mody lub z bliżej nieznanych przyczyn i przygód. Magdalena Budzińska wpadła na pomysł zapisania ich w książce. W tym celu zwróciła się do różnych osób z prośbą, żeby o takich zapomnianych słowach coś napisali.
Powstał leksykonik, w którym słowa poukładane są alfabetycznie a opisane bardzo rozmaicie. Jedne krótko, inne długo (niektóre nawet rozwlekle). Niektóre mają akcent osobisty, wspomnieniowy, niektóre filozoficzny, etymologiczny (te najbardziej chyba ciekawe), gwarowy.
Szmizetka, harmider, ponowa, szadź, pozłotka, samopiąt, skucha.
Jak to, skucha zapomniana? Wspominam swoje podwórkowe gry rozmaite, bo wspominanie jest przy takiej książce nieuniknione. Dlatego też na końcu jest miejsce, gdzie można sobie na poliniowanej stronie wpisać ołówkiem lub długopisem własne słowo.

W dzień prania z kuchni buchały kłęby pary, bielizna pościelowa, koniecznie biała, wycięta w romby obszyte koronką (z tych obkoronkowanych rombów inlet wyglądał bardzo ozdobnie i kontrastowo) gotowała się w wielkim kotle z podwójnym dnem. Babcia od czasu do czasu mieszała w kotle ogromną, drewnianą kopyścią. Potem bielizna wyłowiona szczypcami lądowała we Frani, następnie w wannie, by wreszcie, wypłukana i wyżęta wyżymarką na korbkę, zawisnąć na balkonie. Tam powiewała na wietrze, aż wyschła. Składałyśmy ją z babcią energicznie rozciągając - najpierw kilka razy lewe rogi, potem prawe, a potem po przekątnej. Zawsze wtedy było śmiesznie i trzeba było uważać, żeby nie zostać przeciągniętym . A potem, sztuka po sztuce, układało się pościelowe i ręczniki w kostkę, zawijało w zasłonkę i spinało agrafkami. Ten zgrabny tobołek niosłyśmy do najbliższego magla.
- Wiesz co to magiel? - pytam kolegę z pracy, jak zawsze kiedy chcę sprawdzić naocznie, czy różnica pokoleń to plotka.
- Nie.
- Nie? - dziwię się, jak zawsze, kiedy okazuje się, że różnica pokoleń faktycznie istnieje. - A "maglować" wiesz co to?
- Maglować na egzaminie? Wiem.

Jak dziwnie. Magiel z maglownicą pewnie przeminą, zastąpione przez profesjonalne prasowalnice , a studenci i biedni uczniowie dalej będą maglowani w oderwaniu. Taka przygoda.
Tymczasem uprawiam dzielnie minimalizm, redukuję rzeczy zbędne, pakuję nudne książki w torby i stare telewizory w kartony. Oczyszczam szafki i głowę, potrzebna mi zatem robótka prosta i wdzięczna. Znowu więc robię szalik, tym razem wersja letnia. Za oknem niby śnieg, ale lato przecież chyba znowu będzie. Jak i kiedyś było:



W oknach jest coś przyjemnego - pewnie przez to, że są nadzieją na światło. I na świat.


Bardzo, bardzo dziękuję za odwiedziny i za komentarze. Dobrego dnia! :)

środa, 10 stycznia 2018

Z kanapą przez świat


"... w podróżach nie chodzi o scenografię, ale o związaną z podróżowaniem myśl."
Trzeci biegun, Marek Kamiński

Szalik chevron zawsze kojarzył mi się z pociągiem, samolotem i dalekimi w meksykami, ponieważ to właśnie tę prostą robótkę Knitolog w podróży zabiera w podróż. 
Moją scenografią przeważnie jest niezmienna kanapa, więc bardzo mnie ucieszyła opinia, że nie powinnam się tym przesadnie martwić, ale skupić się na myśli. Myśl bowiem czasami nie jest mi obca. 
Zwłaszcza obca myśl. W każdym razie siedziałam sobie na kanapie, dziergałam szalik chevron i czytałam o tym, jak Marek Kamiński wyruszył w pielgrzymkę do Santiago de Compostela, przeszedł pieszo cztery tysiące kilometrów i wrócił z powrotem.  

Jako kanapowy laik, wyobrażałam sobie, że mnie byłoby trudno się zerwać z kanami, obuć w gustowne obuwie i ruszyć na szlak, zwłaszcza że przecież "nie trzeba by nigdzie iść. Można by leżeć na kanapie i czytać książkę albo spacerować z rodziną lub oglądać jakiś film. Po co iść z tym wielkim plecakiem i się męczyć?"
Ale taki podróżnik wytrawny i polarny, jak Marek Kamiński, po prostu trenuje cały rok wokół jeziora, a potem idzie sto dni, wraca, pisze książkę i wypoczywa. Takie miałam przekonanie, a książka jest o tym, jak bardzo się myliłam.
I jeszcze jest o duchowych wzlotach i upadkach, o utracie sensu, o determinacji, o wierze, o ludziach. O ludziach bliskich, obcych, spotkanych i mijanych w drodze. O pokonywaniu słabości. No, czasem nie można, więc wtedy po prostu siedzi się dziesięć dni w hotelu i czeka na świt.
"Ciemna noc wciąż trwa, ale do brzasku coraz bliżej. Tak czuję. Bardziej czuję, niż wiem."
I jeszcze "Nie doczekasz świtu, nie odbywszy drogi przez noc"

Krzepiąca jest świadomość, że siedząc na kanapie w ciemnościach, niekoniecznie jesteśmy nieudacznikami - czasami po prostu czekamy na świt, tak jak przytrafia się to największym polarnikom i świętym. Ważne, żeby w końcu wstać.

"Zaczynać dzień od rzeczy, które dają nadzieję."

Zwłaszcza w zimę "trzeba rano wstać, trzeba się doprowadzić do porządku i trzeba iść dalej. Bo kiedy przychodzi zima, należy sobie uzmysłowić jedno: że ciepło nie będzie."
Nasza zima jaka jest, każdy widzi, więc żeby nawiązać jakoś do odpowiedniej skali temperatur, wyciągnęłam ze swojego archiwum fotki znad morza.






Były to dawne czasy, kiedy myślałam, że jestem stara, a byłam młoda (stosunkowo) i kiedy myślałam, że ubieram się ciepło, a ubierałam się w kupne akryle. Samopoczucie w akrylu można mieć, jak widać, całkiem dobre.

Teraz jestem stara (stosunkowo), dziergam szaliki chevron ze stuprocentowej wełny. Kto by pomyślał. Szalik jest ciepły i lejący. Wdzięcznie owija się wokół Bubuliny.


W czasie podróżowania na kanapie, wszystkie moje myśli się ułożyły w porządku, stresy od bisiorów mniej więcej przeminęły, wyklarował się pomysł na sweter z ciemnozielonej merino. Tylko muszę wstać, wyciągnąć wzór i nabrać oczka na druty.

Dane techniczne, bo dawno nie było:
Włóczka: Magic Yarnart, 100% wełna
Druty: nr 5
Waga: 400 gram
Nabrać na druty 114 oczek i przez dwa metry przerabiać wzorem zygzakowym.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia!

środa, 3 stycznia 2018

O szalikach i małych dziewczynkach

"- Nie wiadomo, czego się trzymać, żeby czuć się bezpiecznym...
- Ach, Strączku! - rzekła Dominika z oczyma pełnymi łez. - I coś ty wtedy zrobił?"
Kłopoty rodu Pożyczalskich, Mary Norton

Nie będę ukrywać, że zapadłam się w fotelu z kocem pod samą brodę i chciałam być znowu małą dziewczynką. Spod każdego koca trzeba kiedyś wyjść, nawet jeżeli ma w składzie bambus i bawełnę, w wyglądzie urzekające kolory i został pracowicie zrobiony własnoręcznie na drutach. Wyszłam zatem. Ubrałam pachnącą choinkę w mnóstwo strojnych zabawek, upiekłam piernik nieco twardy, ale w sumie nazwa zobowiązuje, nasmażyłam ryb i nakupiłam pierogów z grzybami jak prawdziwa dorosła. Jednak, żeby tak całkiem nie porzucać możliwości małych ucieczek pod koc, zamówiłam u Mikołaja nowe wydanie Małej Księżniczki (w starym tłumaczeniu i w starych ilustracjach), kolorową Cukiernię pod pierożkiem i "Kłopoty rodu Pożyczalskich" Mary Norton.


I to była bardzo dobra decyzja. Z Pożyczalskimi i z samą autorką zetknęłam się po raz pierwszy - w prawdziwym dzieciństwie jakoś mnie te lektury ominęły. Nie szkodzi jednak, bo i na starość można się nimi ucieszyć.
Książka poza urokliwą okładką jest bardzo starannie wydana i świetnie zilustrowana przez panią Emilię Dziubak.
Mamy tu wszystko, co małe dziewczynki (i te w czasie rzeczywistym i te w czasie minionym) uwielbiają. Stary dom, dziurę pod zegarem, malutki kredens z prawdziwego drzewa, filiżanki z czapeczek żołędzi i kołdrę z kawałka rękawiczki. Do tego mamy malutkiego Tatę, malutką Mamę i ich córkę Ariettę. Też, oczywiście, malutką.
Mamy różne przygody, niebezpieczeństwa, dobre i złe charaktery. Mamy optymistyczne spojrzenie na świat i jak najbardziej pesymistyczne. Jednym słowem - samo życie, bardzo udatnie podpatrzone.
Polubiłam się z bohaterami, zwłaszcza z przebojową Ariettą, ale też ze Strączkiem. Może najmniej z się polubiłam z Dominiką, mimo tego, że robi na drutach.

Z drutami bowiem też miałam malutki kłopot. Nakupiłam drogocennych kaszmirów i bisiorów (no, prawie bisiorów) i teraz nie mogę się zdecydować jaki wzór wybrać, żeby było pięknie i zachwycająco. Z tego niezdecydowania przez trzy dni nie robiłam nic. Aż w końcu mnie olśniło, że muszę nerwy uspokoić jakąś robótką dla początkujących, czyli wełnianym szalikiem. Wyciągnęłam więc dawny zakup, który miał być przerobiony chyba na chustę. Zakup troszeczkę gryzie, ale wynagradza to bajecznymi kolorami i zygzakowatym wzorem.
Pomysł dziergania szalika był świetny, dalej nie mam pomysłu na bisiory, ale za to stres trochę minął.
W dodatku od zamiejscowego Mikołaja dostałam istną Ariettę. Nie moczy co prawda stóp w kieliszku z absyntem, ale zadomowiła się na półce z książkami i przez całe dnie macha nogami w gustownych futrzanych botkach.



Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze i pozdrawiam bardzo serdecznie na ten Nowy Rok! Dobrego dnia! :)

środa, 6 grudnia 2017

Morze, czapka i wiatr


"Mama Muminka zeszła z krzesła.
- To czasem trwa. To może nawet bardzo długo trwać, zanim się wszystko ułoży - powiedziała.
I wyszła do ogrodu."
Tatuś Muminka i morze, Tove Jansson

Dla mnie właśnie ta przedostatnia część o Muminkach jest najstraszniejsza. Bo chociaż w poprzednich tomach los w postaci autorki (czy też odwrotnie) nie szczędził świata małych, pulchniutkich trolli, to jednak zawsze miałam silne przekonanie, że wszystko się ułoży. Mogłam, jak mama Muminka, zawsze powiedzieć z uśmiechem: wiedziałam, że sobie poradzicie. Albo, jak moja koleżanka stwierdzić z duszą na ramieniu: coś się przecież zaradzi. I faktycznie. Niezależnie od tego, czy to była kometa, powódź, okropna przemiana sztucznej szczęki Piżmowca (tak okropna, że nawet nie została opisana ogólnie, a co dopiero w szczegółach), zima na jawie, zawsze był jakiś sposób i zawsze każdy miał jakąś wełnianą czapkę (niektórzy, co prawda, podartą), niebieską puszkę kawy czy wszystkomającą torebkę. A nawet gdy ta zaginęła, to wszyscy jej szukali i na koniec był festyn. 

W tej części na pozór nic groźnego się nie działo. Tatuś się trochę gniewał.
"Jak się gniewać, to się gniewać - stwierdziła mała Mi, obierając ziemniaka zębami. - Trzeba czasem być złym, każde najmniejsze stworzenie ma prawo być złe. Ale tatuś gniewa się nie tak, jak trzeba. Nic nie wydmuchuje z siebie, tylko wciąga do środka."
Wciągał do środka, czuł się niepotrzebny (u tatusiów czucie się niepotrzebnym jest właściwie jeszcze gorsze niż katar) i marzył o wielkim pożarze, z którego mógłby uratować całą rodzinę. Albo o czymś równie groźnym, co wzbudziłoby ogólny podziw i zachwyt. U Prousta podobne marzenia miała ciocia Leonia (ta sama, która karmiła małego Marcelka magdalenkami maczanymi w naparze z kwiatu lipowego), ale o ile u Prousta wszystko skończyło się na marzeniach, u Jansson mamusia Muminka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i wrzucić wszystkich w życie szczęśliwe i pełne kłopotów. Jednym słowem, metaforycznie wrzucić ich w pożar. I to pomimo tego, że wiedziała od samego początku, że będzie to trwać długo, zanim tatuś ich z niego wyciągnie. O ile w ogóle.

I tym sposobem popłynęli na wyspę. Tu okazała się skalista rzeczywistość bez kwiatów i bez ozdobnych muszelek. Tu, mrożąc po drodze morskie fale, przywlokła się też Buka. Popsute, strome schody, popsuta latarnia morska, popsuty rybak, zapatrzone w siebie koniki morskie. Ale nie to wszystko było najstraszniejsze. Najstraszniejsza dla mnie w tej książce jest zupełna utrata sensu. Wobec takiej beznadziei nie jesteśmy w stanie już nic zrobić, nie jesteśmy w stanie niczego oswoić, pozostaje tylko ucieczka w głąb siebie, ucieczka w jakiś wymyślony, urojony sad pełen namalowanych, urojonych jabłek.

Czytałam i czytałam, i było mi coraz ciężej na duszy (i coraz bardziej nie lubiłam tatusia, przykro mi, ale nawet jego praca naukowa o morzu jest bardzo mało naukowa, w ogóle nie odkrywcza i nikomu niepotrzebna) i zastanawiałam się, dlaczego to jest w ogóle książka dla dzieci, i jak bardzo Tove opisała tu swojego tatusia i swoją mamusię, i swoją wyspę. I myślałam sobie, jak bardzo związki są trudne, chyba trudniejsze niż Buka, i że tak naprawdę wszystko dzieje się w nas, nawet jeżeli zazwyczaj dzieje się na zewnątrz.
"A gdyby tak wyspa oderwała się od dna i nagle któregoś ranka znalazła się, pluskając w wodzie, koło pomostu u nich w dolinie. Albo gdyby płynęła coraz dalej i dalej, przez wiele lat, aż spadłaby poza skraj ziemi niczym filiżanka spadająca ze śliskiej tacy...
Mała Mi doceniłaby to"
No tak, najlepiej jest być małą Mi, gwizdać sobie przez zęby i na wszystko patrzeć ironicznie i trzeźwo.




 
Tymczasem u nas przyszło zimno ze śniegiem, potem śnieg stopniał, a zimno zostało. W porywach jesiennego wiatru i w strugach mikołajkowego deszczu czekam na przystanku autobusowym i myślę sobie, że wybrało mnie dobre hobby, o wiele bardziej przydatne niż pisanie prac naukowych o morzu.
W wełnianej czapce i w wełnianym swetrze gwiżdżę trochę na wiatr i deszcz. Wiatr to nie do końca cała rzeczywistość, na którą można byłoby gwizdać, ale dobre i to.

Do prezentacji czapek zaprzęgłam (właściwie nadmuchałam) balona, który nie narzeka na brak fotogeniczności i nie twierdzi, że lewy profil ma lepszy. Nie wpłynęło to jakoś na światło za oknem, za to wpłynęło korzystnie na kulistość czapki.



Powyżej czapka magnolia - bardzo zgrabna w projekcie, moja jest z alpaki Dropsa i wyszła może trochę za subtelnie (zwłaszcza do zdjęć), ale wdzięcznie. Natomiast poniżej nie obyło się oczywiście bez Bubuliny, której nie zraziło wcale to, że prezentuje czapkę w formie naleśnika, ani to, że siedzi koło koleżanki w formie balona.
W końcu sama jest chińską pamiątką z Zakopanego (ale o tym jej nie mówię, żeby jej nie zrobić przykrości). W końcu nikt nie jest doskonały.


Bardzo, bardzo dziękuję za odwiedziny i za przemiłe komentarze! Trzymajmy się tacy i prezentów (dzisiaj to nawet wypada), dobrego dnia! :)