niedziela, 14 października 2018

Ażury i pompony ozdobne

"Ania zobaczyła, że Kicia bawi się w panią robiącą na drutach, jak to sama nazywała. Miała kłębek mocno przybrudzonej różowej włóczki i kościane druty. jej krótkie nóżki, w białych skarpetkach i pantofelkach zapiętych na pasek, poruszały się w takt pracowitego postukiwania drutów; od czasu do czasu marszczyła okrągłą buzię, odymała wargi i liczyła oczka."
Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami, Clare Compton


Cukiernię kupiłam skuszona serią Mistrzowie Ilustracji, ilustrowała ją Maria Orłowska-Gabryś. Już na okładce jest apetycznie - kuliste imbryki w wiśnie, cukiernice, łyżeczki, wałki, które nieodmienne zapowiadają coś słodkiego (odrywamy się tu od innych, małżenskich zastosowań), w środku podobnie grube, zamaszyste, fantazyjne kreski, które składają się na precyzyjne obrazy dziewczęcych warkoczy z ogromnymi kokardami, pękate kubki i dzbanki. Ilustracje tak charakterystyczne, że od razu przeniosły mnie w czas moich dawnych lektur.
Natomiast sama "Cukiernia..." jest dobra, ale nie pyszna (dobre, ale nie pyszne - tak opisała swoje wrażenia wnuczka profesora Raszewskiego, wypijając atrament).
Jest to sympatyczna historia dwóch sióstr, które niespodziewanie muszą spędzić pół roku u swojej nieznanej ciotecznej babki Zofii. Jadą tam pełne obaw i czytelnik w pełni te obawy podziela, zwłaszcza, że już wie z dośwaidczenia, jaki przebieg mają podobne historie.
Tymczasem jest zupełnie inaczej - dziewczynki trafiają do świata pełnego miętowych guziczków, drożdżowych babeczek, grzanek z masłem i herbaty, jak to w Londynie, bo właśnie w Londynie mieści się tytułowa cukiernia, której pierożek po przetłumaczeniu brzmi conajmniej dziwnie, no ale ja sie nie znam za bardzo, więc nie wiem, dlaczego placek z wiśniami stał się pierożkiem cukierniczym.

Poza wypiekami, mamy tu trochę książek, teatr, Szekspira, nawet dentystę (ale zupełnie bezbolesnego), wiatr porywisty nad morzem, zmoknięte parasole, no i druty, na których nie tylko udaje, że robi Kicia, ale naprawdę robi ciocia Klocia. Sympatyczna, lekka książeczka, w sam raz na jesienne wieczory, raczej dla małych dziewczynek, dorosłym nie polecam, chyba, że ktoś lubi ilustracje pani Marii i chce się poczuć na nowo małą dziewczynką.

Polecam za to robienie na drutach, niekoniecznie z przybrudzonej włóczki.



Włóczka ze swoimi frywolnymi włoskami, przewija się cicho przez palce i zawija magicznie w kolejne pętelki, niczym dnie i noce w kalendarzu. W moim temperaturowym kocyku już grudzień (bo to kocyk ubiegłoroczny jest), zrobiło się chłodno, więc zielono. Jeszcze tylko kilkadziesiąt rzędów i będę szydełkować brzegi i wytwarzać kolorowe pompony. Bo pompony dużo uroku dodają wszystkiemu, a kocykom zwłaszcza.
Dlatego mój drugi skończony projekt (profesor Bralczyk pewnie by się zgorszył, więc może powiem robótka), zatem moja druga, w ramach kończenia robótek, ukończona robótka jest malutką chustą, czapką z lokalizatorem (jak to trafnie określił kolega z pracy, kiedy w niedawny ziąb weszłam w niej do firmy) i a'la mitenkami (włąściwie to ocieplacze nadgarstków, uwielbiam je i można je zakładać na rękawiczki). Chustę ozdobiłam własnoręcznie trzema pomponami z bólem serca (bo pompony włóczkożerne są, a włóczka droga była, zakupiona w chwili niemieckiej słabości delegacyjnej). Czapka ma pompon kupny, ale jakże modny w kolorze.
Wszystko to wdziałam na siebie i na Bubulinę, które po długiej nieobecności z radością wepchnęła się wszystkimi swoimi okrągłościami w kadr i pozowała, jak zwykle wdzięcznie i gustownie.





Włóczka Yak Tweed firmy Lang, pół na pół wełna jaka i merynosa - bardzo mi się podoba, nie gryzie, ale ma ten charakterystyczny wełniany dotyk, ciepła i oddychająca. Jak nie cierpię czapek, tak w tej mogłabym chodzić bez przerwy (i pompon nie jest tu kluczowy).
Ma oczywiście wady, a konkretnie dwie - droga i mało wydajna. Ale już zbieram sobie w skarbonkę na sweter. Może na gwiazdkę? Kto wie.

W nagrodę za skończenie kompletu tweedowego, nabrałam dziś na druty czarne merino. Będzie sweter, taką mam nadzieję, bo konstrukcja wyrafinowana i trochę się boję - Softly Hani Maciejewskiej.
Ażurek zapowiada się bardzo ozdobnie, oczywiście na czarnym mało widać:



Cukiernię zakładałam małą zakładką magnetyczną w subtelne wzorki:


Za oknem niespodziewanie pogoda, słońce, wiatr, suche liście szeleszczą, jesień ze swojej najlepszej strony.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! :D

niedziela, 7 października 2018

Spacer na wietrze i inne przyjemności


 Szwedzi mówią o gökotta, czyli o wstawaniu rano, żeby usłyszeć pierwszy śpiew ptaków, Norwegowie o friluftsliv - życiu zgodnie z naturą. Bardzo podoba mi się też holenderskie słowo uitwaaien, które oznacza spacer na wietrze dla przyjemności."
Tim Lomas, brytyjski psycholog w wywiadzie dla Przekroju

 Co prawda wstawanie o czwartej rano budzi raczej zdecydowany sprzeciw i o tej porze większość z nas ma kłopot z docenianiem piękna ptasich treli, ale już spacer na wietrze, czy japońskie kąpanie się w lesie (shinrin-yoku) wywołuje znacznie większy entuzjazm. 
O nieprzetłumaczalnych słowach opowiada właśnie w tym wywiadzie Tim Lomas. Szuka ich w różnych językach, zbiera i zastanawia się, co one mówią o danej społeczności. Opowiada, jak słowa wynikają z kultury, religii czy klimatu i jak zmienia się ich znaczenie, kiedy zostają przeniesione do innego kraju.

Dla mnie niezwykle ciekawe jest patrzenie na poszczególne słowa w sposób tak niezwykle wnikliwy, nie ograniczający się do samego słownikowego znaczenia, ale osadzanie tego słowa w szerokim kontekście z różnymi tłami. Tak jakby opisywanie liścia nie ograniczać tylko do koloru, ilości nerwów i pola powierzchni, ale opisać gałąź na jakiej rośnie, drzewo, z jakiego ta gałąź wyrasta, mech na korze, leśne ścieżki i pomykającą sarenkę czy zająca. Rozkładamy się na kocu, z herbatą w termosie, z robótką w torbie płóciennej, patrzymy na słoneczne plamy i możemy sobie pomyśleć o takich słowach rodzimych, nieprzetłumaczalnych, a które oznaczają rzeczy i stany przyjemne (nieprzyjemne raczej przychodzą do głowy, kiedy stoimy w zakorkowanych spalinach albo stoimy na przystanku w zimny deszcz, a bus nie przyjeżdża).

Musimy takie słowa wymyślić, bo Tim Lomas z polskiego podaje tylko poprawiny, przyjemne skądinąd, ale nie wiem czy bardzo chwalebne.
Gdybym była narodem, albo całą kulturą, to wymyśliłabym sobie taką na przykład pogwiazdkę. Pogwiazdka oznaczałaby siedzenie w fotelu z otwartą książką, kiedy naczynia po wigilijnej kolacji są już pozmywane, serniki upieczone, bigosy i szynki świąteczne nagotowane, a prezenty poukładane w zgrabne stosiki. Albo taką zaszybę, która oznaczałaby siedzenie w fotelu z otwartą książką, kiedy kaloryfery cicho szumią, lampa się świeci łagodnym światłem, a za oknem pada zimny deszcz.
Albo (w nawiązaniu do szwedzkiej gökotta) taki dokocyk, który oznaczałby wstawanie rano, żeby dziergać kolejny rząd kocyka z ciepłej wełny o włoskach ozdobnych i kolorach żywych.
Albo alakotę, która oznacza leżenie w ciepłym miejscu i delektowanie się drzemką a'la kot.

Możemy też, skoro już siedzimy w lesie i nie mamy pilnych obowiązków, nie wymyślać nowych słów, ale dobudowywać sobie tła, okoliczności i skojarzenia do słów już wymyślonych. Bo na przykład miedza oznacza przecież nie tylko granicę między obszarami rolnymi, ale nieodłącznie z zakurzoną ścieżynką wśród zbóż, czy ściernisk, z nieodłączną gruszą na tle nieba, z Rzędzianem i jego procesem. 



Tymczasem dzięki moim codziennym dokocykom, moja robótka rośnie i przybywa. Jestem już na początku listopada, w dodatku dzięki swojej niespodziewanej pomysłowości, mam pochowane luźne nitki w gustowne pęczki. Przeraziła mnie wizja miliona nitek do ukrycia na koniec roboty, grzecznie więc chowałam je systematycznie i prawie ich nie widać: 
 

Artykułu w Przekroju niczym nie zakładałam, więc zamiast zdjęcia z zakładką może być zdjęcie, które ilustrowałoby słowo oznaczające spacer po górskiej ścieżce niedzielnym wieczorem  i niemyślenie z niechęcią o nadchodzącym poniedziałku:


Byłoby to całkiem prawdopodobne, gdybyśmy pracowali w takiej gospodzie:


Szczęściarze. W poniedziałki mają zamknięte.
Dziękuję bardzo za odwiedziny, uskrzydlające komentarze. Dobrego dnia! :D

niedziela, 30 września 2018

Leżenie na mchu


"Nigdy, nigdy nie znudzą mi się te pachnące w słońcu sosny, to leżenie na mchu i patrzenie na niebo z przepięknymi, białymi, letnimi obłokami. A te wieczory, ta najrozkoszniejsza pora, kiedy (zwłaszcza po upalnym dniu) nagle przychodzi takie dziwne uspokojenie, bydło wraca z łąk, pachnie mlekiem, podlewają kwiaty, niebo różowieje i jest jakieś coraz bardziej wysokie...
Naprawdę wtedy czuję się jak dziecko, napełniona jakąś błogą, rozpierającą, nie uzasadnioną radością. A potem te noce zapadające powoli, gwiazdy zapalające się, wiatr ustaje zupełnie, osiki nawet nie drżą, słowiki zanoszą się od śpiewu, a z daleka żaby, psy poszczekują, całe to nieskończenie banalne, a zawsze tak samo piękne, tak nieskończenie piękne scenarium, to widowisko dane nam ku największej naszej radości (les joies gratuites, jak mówiłysmy z Casellą), które nigdy nie przestanie nas zachwycać."
Dzienniki, Anna Iwaszkiewicz

Poza ślicznymi passusami o przyrodzie, uroku lata i srogości zimy, w Dziennikach było również dużo o muzyce, (Iwaszkiewiczowie przyjaźnili się z Karolem Szymanowskim, a Anna grała na fortepianie), dużo o literaturze, w tym bardzo pięknie o Prouście, trochę o literatach, trochę o podróżach, budzącym się faszyzmie. Dużo refleksji i spostrzeżeń różnej natury.
Wszystko podane w formie bardzo eleganckiej, subtelnej i kulturalnej. Język niewymuszony, zgrabny, różnorodny i tak naturalnie poprawny.
Czytając czułam się tak przyjemnie, jakbym osobiście siedziała w dobrym towarzystwie, na werandzie, świeże kwiaty w wazonie, lekkie wino w kieliszkach, no i te słowiki w zaroślach.
Jedyny zgrzyt to właśnie ekskluzywność dobrego towarzystwa i bardzo przykre sądy o ludziach prostych, którzy dla autorki byli po prostu ludźmi prymitywnymi. Co zresztą wywołuje pytanie o ekskluzywność sztuki w ogóle. I z czym to się wiąże.

A ja niespodziewanie długo siedziałam w rzeczywistości, tak długo, aż lato się skończyło, słowiki poleciały do lasów deszczowych, a noce teraz zapadać będą coraz częściej.
Rzeczywistości miałam różne i przeważnie przyjemne. Na samym jej początku spotykałam się z ludźmi zaczytanymi, czyli byłam na biblionetkowym zlocie. Zlot polega na tym, że trzy dni przemieszcza się albo pozostaje przy stołach i ogniskach w mniejszych i większych grupach i nieustająco rozmawia się o książkach, albo o sklepach z książkami, albo o półkach na książki, albo o fabułach w książkach. Jednym słowem o nałogu czytania i jak się z niego nie leczyć, bo jest taki przyjemny.
Na zlocie lansowałam swój niedawny urobek rękodzielniczy i powiem nieskromnie, że bardzo był podziwiany. 


Warto zwrócić uwagę również na okoliczne koszulki - dwie bardzo książkowe i jedna bardzo podróżnicza.

Po zlocie miałam urlop i wtedy już w ogóle nie rozmawiałam o książkach, ale czytałam i robiłam na drutach różne rzeczy jedwabne i merynosowe.
Piłam też herbatki w malowniczych knajpkach, chodziłam na wystawy, targi ekologiczne, zwiedzałam wirydarze, jadłam domowe chleby i miody oraz wdychałam świeże powietrze jeleniogórskich lasów bukowych.








 Język polski jest tak prześliczny:


a wyznawcy trendów eko mają ciężko, bo muszą jeść omszałe torty i myć zęby trawiastymi proszkami.


Po urlopie wróciłam w domowe pielesze, zapadłam na nieżyty górnych dróg, zwane powszechnie katarem i kaszlem, leżałam więc otoczona chustkami, syropami, dużymi ilościami witamin oraz herbat gorących.
Przeważnie kichałam, ale trochę też myślałam o porządkach i nieporządkach. Co prawda, Anna Iwaszkiewicz pisała, że "pojęcie nieporządku jest właściwie fikcyjne, widzimy zawsze jakiś porządek, tylko czasami inny niż ten, którego się spodziewamy", jednak nie udało mi się tej teorii wcielić w życie, bo kiedy patrzyłam na niedokończone od roku mitenki, jakoś nie pocieszał mnie fakt, że one są skończone, ale w innym stopniu, niż się spodziewam.

Nie można bez końca leżeć na mchu, przemogłam słabości, zawzięłam się, kończę pozaczynane robótki i ogólnie wprowadzam porządki. W dzisiejszym odcinku szare, alpakowe, jedwabiste w dotyku mitenki w sam raz na październikowe stukanie w służbową klawiaturę:




Sesja była bardzo niespodziewana, ale nitki już są pochowane.
Jestem tak zadowolona z siebie i ze swoich zdecydowanych poczynań, że w nagrodę kupiłam sobie kilogram wełny miłej w dotyku i niegryzącej.
Czekam więc na paczkę, tymczasem nowa robótka pięknie komponuje się kolorystycznie z moim nowym nabytkiem ceramicznym. Jak widać, trudno wrócić z podróży bez świeżo nabytych skorup dużej piękności. Tak samo trudno siedzieć w porządkach zupełnie bez paczki.

Dzienniki zakładałam śliczną niemiecką zakładką:


Proust, stosik książkowy i filiżanka dobrej herbaty - idealny zestaw październikowy, czego sobie i Wam życzę.

Dziękuję za wizyty i za przemiłe komentarze (lecę jeszcze odpowiedzieć na nieodpowiedziane, przepraszam, że tak długo). Dobrego dnia! :)

wtorek, 21 sierpnia 2018

Cukry i cynamony różne

"Za pierwszymi drzwiami tej szafy chowano herbatę, cukier, różne tam żelatyny i cynamony. Była to domena rezydentki - panny Agaty, której jedyną ważną czynnością było zaparzanie herbaty i rąbanie cukru z głowy. Za drugie drzwi "odstawiano z obiadu". Tam to się biegło koło piątej  z otrzymanym od babki wyślizganym przez lata kluczykiem.
Klucz otrzymywało się niezmiennie z dwoma napomnieniami: "kręcąc ciągnij do siebie" i "nie łasuj zanadto".
Szczenięce lata, Melchior Wańkowicz

Każdy ma takie swoje drzwi, za którymi lubi sobie połasować, czasem zanadto nawet. Cukry, likiery, golonki, wyroby tytoniowe, zakupy, seriale, prawda to oczywista i wiadoma. Rzadko szafa osobista jednodrzwiowa jest, na ogół tych drzwi więcej. Moimi ulubionymi niezmiennie od ponad pół wieku drzwiami są te, za którymi jest literatura. Kiedy tam wpadam kręcąc kluczykiem do siebie, to niepotrzebne mi prawdziwe podróże, przełęcze malownicze, jeziora migotliwe, przygody, czekolady, kremówki, szarlotki, placki żółciuchne, nogi świńskie, torty rozkoszne, żurki tradycyjne, ćwikiełki, pulardy i pierniki.

Taka więc "Kuchnia literacka", którą wybrał i opracował Jan Tomkowski wraz z Barbarą Jakimowicz-Klein to dla mnie pozycja idealna. Każdy rozdział zaczyna się obszernym fragmentem o jedzeniu wyciągniętym oczywiście z dzieł bardziej i mniej znanych, wszystkich polskich (tu szkoda trochę, że nie z całego świata, ale może za gruba byłaby). Po cytacie mamy kilka przepisów adekwatnych i ozdobionych gustownymi, choć skromnymi ilustracjami.
Na końcu jest indeks rzeczowy i jeżeli ktoś szuka sękacza z tortownicy, łatwo znajdzie. Spis treści też jest, można sobie zobaczyć, jakie rolmopsy przypisano do Tuwima, a jakie bigosy do Mickiewicza.
Kuchnia wydana jest starannie, okładkę ma w paseczki, kartki zszywane, bo w sumie jako książka kucharska może być, więc nie może się rozpaść po dwóch obiadach. Jedyny minus to układ poziomy - nijak na półkę ulokować jej nie da. Albo wystaje z szeregu, albo grzbiet ma odwrotnie. 

Poczytałam sobie jak Mikołaj Rej rzepami i kapustami zarządzał, Kochanowski nalewkami częstował, dowiedziałam się że ogórkowa to rosolnik, kaszanka to psi przysmak, którym tylko Duńczycy się zajadają, że staropolski pączek potrafił oko wybić, że barszcz z rurą to jak najbardziej jadalny jest i nawet nabrałam ochoty na "Nad Niemnem", co mnie nieco zaniepokoiło, bo nigdy "Nad Niemnem" nie lubiłam. No ale skoro utuczyć się na takiej kuchni literackiej nie da, to jakiś mały skutek uboczny może być. 
Poza kuchnią lato w pełni. Swetry moje wszystkie zakurzyły się, długie rękawy tak samo. Nawet jedwab do dziergania za gorący, więc mało go przybywa. Siedzi sobie w filiżance z "Przyjaciół" i czeka na lepsze czasy. 
Kocyk dotarł do czerwca, zaczerwienił się i zbrązowiał od gorąca i też w stronę jesieni oraz Bożego Narodzenia zmierza ze swoimi wszystkimi wełnianymi oczkami.


Kuchnię zakładałam zakładką z parującym kubkiem herbaty, bo herbata i do obiadu i do tortów, jak najbardziej stosowna jest:



Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, życzę różnych miłych chwil za drzwiami i nie tylko. Dobrego dnia! :)

niedziela, 12 sierpnia 2018

Pożytki, przesyty i pocieszenia

"Taka jest treść tej książki. Oczywiście, jej autor nierzadko mija się z prawdą historyczną, lecz nic nie stoi na przeszkodzie, żeby czytelnicy wybrali sobie to, co jest pożyteczne, a resztę pominęli z pobłażaniem."
Biblioteka, Focjusz

Wybierać i pomijać - właściwie jest to doskonały przepis na zawsze zadowolonego czytelnika niezależnie od okoliczności. Czytam niestrudzenie Focjusza, a Focjusz niestrudzenie opisuje swoje lektury i czasem musi być bardziej niestrudzony ode mnie, bo przeczytał prawie całe Zestawienie zwycięzców olimpijskich i kronik Flegonta. Przesyt odczuł dopiero przy sto siedemdziesiątej siódmej, w której między innymi "Hekatomnos z Miletu odniósł trzykrotne zwycięstwo w biegu na jedną długość stadionu, w biegu na dwie długości stadionu i w biegu w zbroi hoplity, Hipsykles z Sykionu zwyciężył w wyścigu długodystansowym, Rzymianin Gajusz - również w biegu długodystansowym".
W przerwach czytam lekturę znacznie mniej wymagającą, idealnie dopasowaną do wysokich temperatur, mniej może stosowną dla poważnego wieku, ale kto powiedział, że w poważnym wieku należy czytać tylko poważne książki? Nikt. A nawet jeśli ktoś powiedział, to albo nie słyszałam, albo nie pamiętam.


Króliczka Piotrusia zauważyłam pewnego razu w księgarskiej witrynie. Było to wkrótce po moim powrocie z urokliwych zagranicznych małych miasteczek i przygnębiała mnie myśl, że moje miasteczko nie ma kolorowych kamieniczek, migotliwych okien z zalotnymi doniczkami, ukwieconych skwerków i fontann w obfitości. Ma natomiast liczne patologie, obdrapane tynki i dziurawe jezdnie. Kiedy więc spojrzałam na tego słodkiego króliczka w niebieskim kubraczku i złotych literkach, od razu kupiłam go sobie na pocieszenie.
Króliczek wydany jest bardzo starannie, ma twardą okładkę z miękką poduszeczką, zdobny w liście grzbiet, zszywane kartki, kolorowe ilustracje na każdej stronie, liczne historyjki z różnymi bohaterami, a przed każda historyjką jest historia jej powstania. Historyjki są autorstwa Beatrix Potter, (która poza pisaniem historyjek o zwierzątkach, zajmowała się hodowlą owiec w Krainie Jezior), powstały na początku dwudziestego wieku a ich bohaterami są głównie myszki, króliki, ropuchy.
Proste przygody, prosty język, ujmujące, pastelowe ilustracje, aczkolwiek elementy grozy też się pojawiają. Pani Potter nie ukrywa faktu, że można być przerobionym na pasztet, trafić do kanapki, albo zostać zjedzonym bez dodatkowej obróbki. (Jakoś nie wiem czemu, ale wizja pasztetu jest dla mnie najbardziej drastyczna.) Groza jednak szybko mija, wszystko dobrze się kończy herbatą rumiankową albo chlebem z mlekiem i jeżynami i każdy ma gustowne ubranka, przytulne łóżko do spania oraz fotel do bujania.

Jeśli więc ktoś ma chęć poczytać coś sympatycznego małym dziatkom lub wnuczętom albo ma potrzebę poprawy nastroju, to historyjki jak najbardziej się do tego nadają.
Książkę zakładałam magnetyczną zakładką z Piotrusiem, którą kupiłam sobie dawno temu ze względu na uroczy obrazek i teraz się okazała jak znalazł:



 Żeby jednak nie ograniczać się do jednego pocieszenia, w ramach pocieszeń dodatkowych, dziergam koc. Taki koc niesie doprawdy wiele pocieszeń; pociesza kolorami, fakturą, niedzielami, które oddzielone godzinami dziergania, ale systematycznie się pojawiają, pomponami, które będą doszyte na brzegach. Jakby i było mało tych pocieszeń do zapisania kolorów użyłam kalendarzyka, z którego normalnie nie korzystam, bo nie mam co wpisywać, a tu siedzę sobie, patrzę jaki mam wybrać kolor i podziwiam rysunki mojego ulubionego grafika.





Jak więc widać, jestem pocieszona na tak wiele sposobów, że właściwie nie przeszkadza mi upał, ani deszcz, ani patologie, ani obdrapane kamienice. Siedzę sobie nad kocem i snuję różne filozoficzne myśli, ale zaraz potem je zapominam, więc nie wiem czy to się liczy, bo w sumie jakbym ich nie snuła. Chyba.
W każdym razie koc w słońcu wygląda mniej więcej tak:


na krześle tak:


Dziękuję Wam wszystkim za odwiedziny i przemiłe komentarze i chociaż niedziela już się kończy, co jest trochę smutne, to zaraz będzie środa, a środa w tym tygodniu jest bardzo miła, bo świąteczna i to jest prawdziwie pocieszające.
Dobrego dnia! :)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Lato czyli koc

"Autor pisze, że w rzece Indus żyje gad z wyglądu podobny do gąsienicy, która normalnie przebywa w figowcu, tyle że jest długi na siedem łokci; może też być dłuższy lub krótszy. Co do grubości, to jak powiadają, dziesięcioletni chłopiec z trudem objąłby go rękami. Te gady mają dwa kły, jeden w górnej, drugi w dolnej szczęce, i pożerają wszystko, cokolwiek nimi schwytają. W ciągu dnia przebywają w mule rzecznym, w nocy wyłażą i ten z nich, który zastanie na brzegu wołu czy wielbłąda, chwyta go kłami, porwanego wciąga do rzeki i tam pożera go całego z wyjątkiem wnętrzności."
Biblioteka, Focjusz


Czytam Bibliotekę Focjusza, czyli "Katalog i wykaz przeczytanych przez nas książek, których treść chciał dzięki nam poznać w ogólnym zarysie nasz ukochany brat Tarazjusz. Liczba ich wynosi trzysta pomniejszone o dwadzieścia jeden"

Niestety dla mnie, Focjusz mało czytał książek o gadach, Scytach, smarowaniu się masłem, Psiogłowych, skomplikowanych nad wyraz romansach czy o dzikich osłach z jednym rogiem, za to głównie czytał książki teologiczne (te słuszne i te mniej słuszne), historyczne, listy i mowy polityczne. Czytanie więc o tym, co czytał Focjusz nie jest łatwe - dużo nazwisk (w ogóle mi nieznanych), dużo miejscowości, spisków, bitew i dużo skomplikowanych koligacji rodzinnych - ale w jakimś stopniu jednak przyjemne.
Zwłaszcza, kiedy bardzo precyzyjnie i z wdziękiem opisuje styl swoich autorów.

Czytam więc sobie pomału (w taki upał zresztą nawet nie wypada nic robić szybko) i pomału dziergam temperaturowy kocyk. Kocyk jest w 40% wełniany, co wspaniale wzmacnia odczuwanie panujących obecnie temperatur, w dodatku dotarłam do ciepłych, kwietniowych kolorów, więc mam lato w jego zintensyfikowanej esencji. Słońce, wełna, koc, czerwony, słońce, słońce, koc. Wełna.
Mózg pracuje jakby gorzej niż normalnie, myśli sobie płyną leniwie, patrzę jak ładnie kolory układają się w paseczki i wspominam swoją delegację, gdzie nie było gadów zupełnie, były za to ładne domki, katedry i fontanny nawet w drodze do pracy.













 Bibliotekę zakładam zakładką podróżną, czyli z gumką - bardzo praktyczna, w czasie podróży nie wypada z książki, a w dodatku ma liska i górę książek - co jest zawsze przyjemne niezależnie od okoliczności.