środa, 30 lipca 2014

Małże w alkowie



Uległam ostatnio swojej nieuleczalnej słabości do rzeczy pięknych i miłych w dotyku i zrujnowałam się na notes pewnej znanej irlandzkiej firmy. I kiedy przyszedł do mnie w dwóch kopertach, w tym jednej z bąbelkami, i kiedy wyjęłam go na światło dzienne, otworzyłam zmyślny zameczek i dotknęłam okładki, grzbietu kartek wszystkich naraz oraz kartki samej w sobie, zrozumiałam, że muszę się do niego przenieść z całym moim wieloletnim pisaniem przez czytanie czyli czytaniem przez pisanie.

 Zatem spędzam czas upalny pracowicie przepisując z moich dotychczasowych zgrzebnych zeszycików wypisane ubiegłymi laty passusy. Zaczęłam te praktyki jakieś dziesięć lat temu i to bardzo pożyteczny i przyjemny obyczaj. Kiedy czytamy bowiem książkę i coś nas zachwyci, uderzy celnością albo rozśmieszy, to zaraz potem z prawdopodobieństwem bliskim pewności ulegnie zapomnieniu. I w takim przypadku nasz magiczny notes rusza na pomoc. I dobrze, bo jak inaczej pamiętałabym, że najbardziej u Eliana zachwyciły mnie jego skojarzenia i czekające na rozkoszny wietrzyk małże.


Albo czy pamiętałabym, dlaczego czytamy?


albo, że lampy wyrastają ze ścian - bardzo bliska mi koncepcja mimo, że jestem, jakby nie patrzeć, elektrykiem.



Tymczasem wieczorami Oleńka przybiera w okolicy rękawów, staram się bardzo, więc i oczka ma coraz mniej krzywe. W tle natomiast Kmicic szykuje się na kolubrynę, a bramy klasztoru trzymają zamknięte.



Jest upał i w związku z tym wszystkie sesje w swetrach zostały odwołane, czarny Safranek ma przyszyte guziki i niejakie braki urody w szwach. Bawełna jest trudnym przeciwnikiem ze względu na swoją sznurkowatość - wszystko na niej widać. Powzięłam więc zemstę, zamówiłam nową porcję Safranu, tym razem popielatą i ja mu jeszcze pokażę.

Serdeczne i gorąco pozdrawiam :)

środa, 23 lipca 2014

Kwiatek czyli Potop

Oleńka "miała piękność białego kwiatu", niech więc ogoniastemu będzie Oleńka.



Jak łatwo się domyślić, dziergam ogoniastego ecru i słucham do niego Trylogii, aktualnie Potopu w ramach środowego dziergania z czytaniem u Maknety i poza tymi ramami też.


Ogoniasty vel Oleńka cudnej urody, póki co oczka ma nieco potargane i krzywe, ale mam nadzieję, że to wskutek sprężystości i cienkości włóczki i że się w praniu i blokowaniu wyprostują. 

A Sienkiewicz. No cóż, pisali o nim wielcy i mali, że pierwszorzędny wśród drugorzędnych, że opera nieznośna. Zgoda. Ale jaka to opera. Język polski w niej lśni, połyskuje i się mieni. Opowieść toczy się żwawo. No i wielkie dzięki za Zagłobę, Rzędziana, Kmicica. Lanie wody na łeb, dziadowe śpiewanie przy lutni i różne po chlewach i nie tylko przygody.
Sienkiewicz czytany z papieru jest porywający, a dobrze czytany na głos po prostu wprawia w błogostan. Oczka się dzieją, Dniepr się rozlewa szeroko, lasy wiśniowe kwitną, a Kmicic zaraz porwie Radziwiłła. Błogostan.

Dzięki za odwiedziny i życzę miłego dnia! :)

środa, 16 lipca 2014

W drodze


"Udać się w drogę, dokądś daleko... A gdy się jedzie dalej, wszystko to, co zostało za tobą, jest nieodwracalne i definitywne, a to do czego się zbliżasz, jeszcze nie określiło swoich wymagań. Podróżując, przez krótką chwilę jesteś wolny."
Tove Jansson

Lubię podróże, lubię moment, kiedy zapinam pasy i samochód rusza uwalniając się już od miejsc gdzie byliśmy, nie zniewolony jeszcze miejscami, dokąd jedziemy. Lubię moment, kiedy wyglądam oknem, rozlega się charakterystyczny zgrzyt, jęk i peron za oknem powoli rusza w przeszłość.

Właściwie w podróży mogłabym być cały czas. A jeżeli nie być w podróży, to przynajmniej o podróży czytać i właśnie teraz czytam "Życie codziennie w podróżach po Europie w XVI i XVII wieku". Książka wydana przez PIW dawno temu w serii z życiem codziennym. Bardzo starannie podany materiał w tematycznych rozdziałach, cudne sztychy z gospodami, stare mapy, przepaście w Alpach, dużo obszernych cytatów z różnych dzienników podróży. Dürer siedzi w gospodzie i szkicuje poduszki albo siedzi nad rzeką i szkicuje żaglowce.



Czytam o drogach, jakie były błotniste i zakurzone, czytam o gospodach, w których czasem spało się w jedwabnej pościeli, a czasem krowa przez noc wyżarła słomianą poduszkę spod głowy. Polska nie wypada w tym okresie zbyt dobrze, najlepiej było w Gdańsku, gdzie raz na tydzień przynosili wodę do umycia nóg i świeżą pościel.
Tymczasem dalej czekają na mnie koszty (na przykład zapiwo), higiena, lektura w siodle, bandyci, zarazy, bajki i dziwy, słowa obyczajne, kurtyzany oraz refleksja społeczna i filozoficzna.


A w dzierganiu jak w podróży. Mój czarny Safran definitywny, chociaż w sumie odwracalny, tuż przed blokowaniem i przyszyciem guzików. Przede mną ogoniasty ecru Drops Lace. "Tak mi się chce na statek, na wolność" pisał Czechow i mnie tak się chciało z czarnego się przenieść w jasne. A tu nagle rodzina jak jeden mąż odmówiła współpracy przy zwijaniu motka w kłębek i groziło mi pozostanie na zawsze w Safranie. Od czego jednak poduszki, jak mawiał czy raczej rysował przepięknie Dürer. Olśnienie przyszło wczorajszym bladym świtem, posadziłam swoją ogromną poduchę na krześle, uformowałam brzusiec i rogi, nadziałam motek poczęłam miarowo i okrężnie kiwać się nad ową konstrukcją i w pół godziny później mogłam dziergać.


Nabrałam radośnie 260 oczek i jestem w drodze do rękawów.

"- Chłopie! - pytał [Zagłoba] starego pidsusidka - a daleko stąd do Łubniów?
- Oj, daleko, pane! - odparł chłop.
- Na rano można by stanąć?
- Oj, nie stanie; pane!
- A na południe?
- Na południe prędzej."

No i pewnie ja na któreś popołudnie do rękawów dotrę.

Miłej środy i miłego czytania z dzierganiem!

wtorek, 8 lipca 2014

Laska z kołnierzykiem


Mój blog nazywa się alezaraz i nazywa się tak, ponieważ ale zaraz jest moim ulubionym i najczęściej używanym zwrotem. Francuzi bardzo prześlicznie określają tę przypadłość jako L'esprit de l'escalier, co oznacza, że błyskotliwa odpowiedź przychodzi do nas na schodach tuż po wyjściu z przyjęcia. Do mnie przyszła w okolicach kołnierzyka, kiedy to rozłożyłam wydziergane przody, tył i rękawy i powiedziałam nad nimi - Ale zaraz. To przecież reglan.
No i tym sposobem, wskutek zapóźnień w olśnieniach, nie mam równego sweterka w jednym kawałku robionego moją ulubioną od niedawna metodą od góry. Ale nic to, mam wgrany program niezałamujący, więc pospinałam w pocie czoła liczne części szpilkami i poleciałam się przeglądać w przedpokojowym lustrze. Było nieco ciemno, wytężyłam więc wzrok przez nowe okulary i wynik okazał się zadowalający. Okręciłam się kilka razy ostrożnie nabijając się na szpilki, które rodzina znajdywała w różnych miejscach jeszcze tydzień potem i zadowolona z efektu pokazałam się w czarnej krasie młodszemu dziecku.
- Wygląda jak sweter - powiedziało młodsze dziecko z męską powściągliwością, co utwierdziło mnie w poczuciu, że sweter daje radę. Pobiegłam w stronę warsztatu, czyli w stronę deski do prasowania i tam zaczęłam zamieniać szpilki na fastrygę.
- Ale zaraz.

Fakt, że sweter wyglądał jak sweter mając w miast przodu rękaw, a w miejsce rękawa przód, napawa mnie w sumie optymizmem. Jak bowiem cudnie wyglądał będzie mając pachę pod pachą i dół na dole.
W tej chwili czeka mnie dokończenie zszycia i dodzierganie kołnierzyka.

Na tle czarnej bawełny czytam "Laskę nebeską" Mariusza Szczygła, znanego mi do niedawna tylko w roli telewizyjnej persony. Okazuje się jednak, że w pisaniu radzi sobie świetnie. Jakiś czas temu zauroczył się Czechami i daje temu wyraz z entuzjazmem. Czytam więc i wprowadzam się w dobry nastrój.
"Zresztą mam czasem wrażenie, że po to właśnie zostali wymyśleni Czesi. Żeby wprowadzać Polaków w dobry nastrój."
Láska nebeská, Mariusz Szczygieł

Książkę stanowi zbiór tekstów pisanych do kolekcji czeskich książek wydawanych niedawno przez Agorę, ale nie jest to rzecz tylko o tych książkach, jest to zbiór refleksji, obserwacji, wydarzeń uzyskanych metodą bliższych i dalszych skojarzeń. Zdjęcia czeskiego fotografa bardzo ułatwiają wprowadzenie w klimat. A czeski klimat zawsze wprowadza mnie w dobry nastrój. Nie wiem z czego to wynika, bo nie zawsze jest śmiesznie. czasami jest smutno, czasami strasznie.
Dobrze jednak jest o nich poczytać i pomyśleć sobie, jak ludzie są różni.
Szczygieł podarował "Śmierć pięknych saren" dwudziestu czterem osobom. "To najbardziej antydepresyjna książka świata".
Napisana przez człowieka, który cierpiał na depresję. Bo musi być pięknie i śmiesznie, nawet jeżeli nie jest.