środa, 31 grudnia 2014

Cykle i czapki

Dzisiaj środa, maiła być we wtorek, ale nie zdążyła, więc jest w środę. Czytanie z dzierganiem.
 
Wkręciłam się w wigilijne lepienie pierogów i świąteczne odpoczywanie pod choinką. Zostałam za to nagrodzona od Mikołaja nową częścią Jeżycjady, czyli "Wnuczką do orzechów" Małgorzaty Musierowicz.
Wnuczka kusiła niebieskim spojrzeniem i niebieskimi koralami, porzuciłam więc w połowie Papierowy świat i w pierwszym tomie Dwór wiejski i rzuciłam się w świat pewnej poznańskiej rodziny, która tym razem przeniosła się ze wszystkimi swoimi książkami na łono przyrody. Mówiąc w uproszczeniu.
Cykl Małgorzaty Musierowicz jest generalnie przeznaczony dla młodych panienek, ja trafiłam na niego przypadkiem, zainteresowana jej felietonami o książkach drukowanych w Filipince (to były czasy, nie ma już teraz takich pisemek, westchnę sobie). Zastałam zajeżycowana, chociaż mlodą panienką już wtedy nie byłam zdecydowanie, ale wcale się sobie nie dziwię.
Duży stół w kuchni, błękitne kubki, herbata w dużych ilościach, świeżo pieczone ciasta i wszędzie, wszędzie książki. Na regałach, na parapetach, na fotelach, w wannie (też się chyba zdarzyło). Pojawia się też wątek dziewiarski (jedna z głównych bohaterek dziergała swetry w spółdzielni, ale nie został on potem rozwinięty).

Musierowicz ma niezwykłą umiejętność zawierania w niewielkiej w sumie objętości nie tylko fabuły i cech postaci, ale ogromną ilość szczegółów, które, o dziwo, nie ciążą na tekście, ale są tak sobie od niechcenia. Zawsze wiemy jaka jest pogoda. Co Cesia niesie w siatce. Jakie kluski mają na obiad Lewandowscy. Pod jakim numerem mieszkają Borejkowie. Mieszkają na Roosvelta 5. Byłam tam zresztą oczywiście pewnego pięknego dnia siatką pełną książek, jakżeby inaczej:

  Nie tylko ja zresztą byłam, wielbiciele Borejków tak często nawiedzali prawowitych mieszkańców, że ci musieli się wyprowadzić. Bo to właśnie jest taka literatura - niby wiadomo, że zmyślona, ale będąc w Poznaniu cały czas miałam wrażenie, że jakaś rudowłosa Borejkówna wypadnie z zadrzewionej alejki.

"Wnuczka do orzechów" zatem. Przeczytałam ją w dwa dni i z ogromną przyjemnością. Mówią, że nowe tomy, to już nie to. Ja jednak nie narzekam. Pewnie, można ponarzekać na to i owo. Ale moje oczekiwania zostały spełnione - były książki, lasy bukowe, orzechy, upał, lody porzeczkowe, miłość od pierwszego wejrzenia i pulchne ciasteczka.
Miasta tylko było mało, bo "we wszystkich miastach świata jest tak samo". To prawda, zatem Wnuczkę zakładałam zakładką z choinkami.
W chwilach wolnych od odpoczywania nad książką, odpoczywałam nad drutami. Wyprodukowałam drugą czapkę dla dziecka:


Czapka ze słynnych owiec islandzkich, bardzo ciepła i bardzo gryząca, z zabójczymi włoskami:


Dziecku czapka w miarę się podoba, ale ma jeszcze jedną koncepcję, w związku z czym znowu czekam na paczkę. Tym razem ma być chyba bez wzorków i bardziej obcisła. Jeszcze chwila i będę mogła wziąć udział w akcji dwunastu czapek. Nieuchronnie zmierzam w cykliczne dzierganie czapek.
Zwłaszcza, że nabrałam chęci na czapkę dla siebie wzorem wypatrzonym u Maknety.

Dane techniczne czapki z włoskiem:
włóczka Alafosslopi 88g
druty nr 5

Dziękuję za odwiedziny i komentarze! Oraz szczęśliwego Nowego Roku! :)

środa, 17 grudnia 2014

Rzeczy lekkie

Jedną z moich ulubionych scen jest scena z filmu "84 Charing Cross Road", w której Helen Hanff czyli Anne Bancroft siedzi na środku pokoju ze szmatką w ręce. Jest otoczona książkami powyjmowanymi z półek. Trochę sprząta, czule przecierając szmatką zakurzone grzbiety, ale głównie podczytuje. Podczytuje i się do nich uśmiecha.
Uwielbiam ten film. Film o miłości do książek, o londyńskim antykwariuszu i amerykańskiej pisarce. O starych kamienicach w Nowym Yorku i złoconych brzegach książek.

Wzięłam dwa dni urlopu sportowego i spędziłam je uprawiając liczne dyscypliny typu mycie kloszy z przeszkodami, skoki z drabiną, rzut ścierką oraz odkurzanie książek na czas.
Ja nigdy nie podczytuję. Zdyscyplinowana, biorę tom za tomem, odkurzam, wycieram półkę, stawiam na nią książki z powrotem równo, bo u mnie musi być równo. Nie podczytuję, bo wiem, że pierwszy dzień świąt by mnie tu zastał i drugi. Wyjmuję i stawiam, pierwsza półka idzie lekko, druga podobnie, ale przy trzeciej i czwartej zaczynam czuć ich ciężar.
"Niech żyją rzeczy lekkie" pisała Tove Jansson. No ba!
Pamiętam kiedy zeszłego roku w Boże Narodzenie wczesnym rankiem czytałam jej biografię przy makowcu, serniku i dwóch świeczkach, bo była długa, długa awaria. Właściwie poczytałabym jeszcze raz. Jeszcze raz popatrzyła na jej zdjęcia i na jej ilustracje. Na dwóch tomach Anny Kareniny rysunek gorsetu i lokomotywy. Jaki ładny. Właściwie poczytałabym też Annę Kareninę, o śniegu na peronie, o ich pierwszym spotkaniu, pierwszym tańcu, o koszeniu łąki, o pszczołach i ogórkach z miodem.

"Chochoły" Szostaka o ucieraniu sernika, rytuałach, uszkach w czerwonym barszczu, o kamienicy trochę w Krakowie, a trochę nie, jej pokoje maleją, powiększają się, gubią się w labiryntach, a życie trwa niezmienne. Poczytałabym jeszcze raz, ale grzecznie odstawiam na półkę. I kiedy wreszcie przeczytam te listy Seneki, kupione gdzieś w kiosku, który mieszkał nad łaźnią i narzekał na hałasy. Najbardziej dokuczał mu wyrywacz włosów spod pach, bo równie głośno piszczał on, jak i jego klienci. Na półkę.
Surowe, posępne kolory okładki, to Homer po norwesku, jeden z mojej kolekcji Homerów zapoczątkowanej przez trochę żartem przywiezioną ze Szwecji Iliadę. Nie poczytam raczej, ale jak miło, że wszędzie wydają Iliady i Odyseje:
"Jako když rolnik zasadi v zákouti sadu
do vlhké pudy zelený výhonek olivy štihlé;
vyrostl, zazelenal se, kolébán jemnými vánky"

Vyhonek oliwy kolebie się na wietrze, a ja odkurzam Kubusia, jedną z pierwszych książek, którą przeczytałam i która jest ze mną już tyle lat. Wspominam swoje dawne prezenty gwiazdkowe, imieninowe, urodzinowe, późno, późno zaczęłam sama kupować książki, wychodzić z domu bez żadnej a wracać z jedenastoma po to, żeby były czytane i żeby walczyły o miejsce na półce, bo u mnie w domu o miejsce na półce nie jest łatwo. No ale przynosiłam je w upał i w śnieg i w ulewny deszcz, martwiąc się czy nie przemokną w szmacianej torbie. Laurę Diaz przywiozłam z Gorzowa, Hamleta z warszawskiego Empiku, Lata Virginii Woolf z największego antykwariatu w Europie, który był w Warszawie, a którego już nie ma. "Jestem w raju, jestem w raju" tak w tym antykwariacie odbierała telefon moja przyjaciółka i dlugo nie można było z nią potem nawiązać kontaktu.
Biografia Milne'a spadła ze sklepowej półki wprost pod moje nogi - czy to nie był znak? Dwa tomy Czechowa z lampą naftową na okładce, kupione wręcz darmo i Propp z jego teorią bajki magicznej kupiony całkiem nie darmo. Tylko przemożna chęć przeczytania mogła osłodzić mi tę cenę.


Oczywiście nie każdą historię pamiętam w szczegółach. Zdejmuję w zdumieniu gruby zielony tom. To ja go kupiłam w czerwcu? Zatem jak dobrze, że nie kupiłam go drugi raz we wrześniu i trzeci raz w listopadzie.
"W dawnych, dawnych czasach, kiedy życzenia jeszcze się spełniały, żył król, którego wszystkie córki były bardzo piękne, ale najmłodsza była tak urocza, że nawet słońce, które wiele przecież widziało, dziwiło się, ilekroć spojrzało w jej twarzyczkę. W pobliżu zamku królewskiego rósł wielki, ciemny las, a w tym lesie pod starą lipą była studnia."
Bohater o tysiącu twarzy, Campbell

Co to ja miałam, ach, podczytywać nie miałam, kończę odkurzanie, ustawiam aniołki, zimowe pozytywki, choinki, moją ukochaną zimową zakładkę z herbatą i z oknem. Patrzę na połyskujące porządkiem okładki. Nie są lekkie, ale co tam, i tak niech żyją.





  Bubulina przetrwała porządkowy armagedon ulokowawszy się z Misiową w fotelu wśród licznych poduszek i gdyby umiała mówić, na pewno upomniałaby się o zdjęcie, bo to dziś środa czytania z dzierganiem. Robię zdjęcie.


A książka?! Powinna być jeszcze książka! Robię zdjęcie z książką.


I z robótką.


Sama nie mogę w to uwierzyć, ale dziergam kolejną czapkę dla młodszego dziecka. W sumie to dobry patent na kupienie włóczki wtedy, kiedy żadna przyzwoitość na kupowanie włóczki już nie pozwala.
Zapytać dziecko, czy ciepło mu w czapce żakardowej dwustronnie.
- W sumie ciepło. Raczej.
- A jak wieje?
- To trochę zimno.
- Jest taka wełna z islandzkich owiec, ponoć bardzo ciepła... czy może
 - OK

Wtedy głośno powtarzając w stronę męża - dla dziecka, kupuję na czapkę dla dziecka - wrzucam swobodnie trzy (przecież mnie też się coś należy) motki w koszyk. I dziergam ścisło, żeby nie było przewiewających dziur. Wełna doskonale równiutka, ale szorstka nieco. Lekko nie jest. Wzorek się obmyśla. Muminki siedzą w dolinie.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze, miłego dnia! :)

środa, 10 grudnia 2014

Roboty we dworze

Nastał szalony czas. Czas porządków, zakupów oraz gotowania. A ja, zamiast myć pudełka do ryżu i kaszy, oddzielać w szufladzie widelce od łyżek, przecierać kafelki, znosić ze sklepów mąkę, mak, gęsi, łososie, rozpuszczać miód na piernik i obsmażać mięsa na bigos, siedzę w wyrzutach sumienia i czytam o tym, jak radzić sobie we dworze. Od tego czytania gęsi w lodówce mi nie przybywa, ale za to wyrzuty sumienia mam coraz mniejsze, albowiem uświadamiam sobie jasno, ile pracy mnie ominęło w naszych nadobnych czasach.
Otóż bowiem nie muszę doglądać leniwej służby, nie muszę wyposażać pokoi gościnnych w białe pościele i naczynia nocne, firanek obszywać w perkaliki, nie muszę pcheł przeganiać z porzuconych w kącie ubrań dziecięcych, nie muszę z zagranicznych wojaży przywozić kucharzowi chustek do nosa, żeby palcami go nie obcierał.

Nie muszę gniazda obrzydliwego w kredensie likwidować, gdzie "panuje najczęściej zasłużony stary brudny kredencerz z dwoma adjutantami, jeszcze brudniejszym chłopakiem i bosym strożem, uzbrojonemi w tak nazwane kwacze; tam stoi brudne łoże i brudniejsze leżą sienniki, tam psy, koty, obiadają ogryzki, tam co wieczór gawęda, gdzie prócz lokai, ogrodnik, strzelec, stangret, przybywają, gdzie włodarz, ekonom, gajowy, czekają na rozkazy pana, tam z schowanych resztek potraw i z tylu gości, tworzy się zaduch najobrzydliwszy z melonowym zapachem". Nie muszę pilnować, żeby mi pomyj z kredensu przez jadalnię noszono, ani żeby go raz na tydzień winem myto.
Nie muszę uważać, żeby czepka o kaptur ogniska nie walać, ani żeby do pracy mieć gorset krótki. Mogę gorsetu nie zakładać wcale, a w tym zaoszczędzonym szczęśliwie czasie siedzieć w fotelu i czytać dalej "Dwór wiejski". Wyrzutów sumienia już nie mam praktycznie wcale. Martwi mnie jedynie moja podłoga w kuchni, która nie ma rynewki.

"Wracając do innych przedmiotów w kuchni, radzę ci mieć w niej podłogę ceglaną; z małą rynewką przez środek, lub bokiem. Co dzień kuchenna dziewka zleje podłogę wodą po obiedzie i zamiecie ją, mocno wycierając naprzod miotłą, potem ścierką na starej osadzoną szczotce. Woda tą rynewką spływa do ścieku, który z kuchni rurą przez mur przeprowadzoną idzie do ogólnego w podwórzu kanału, o którym niżej. Bez tych wygód ani myśl o czystości w kuchni, w podwórzu i nigdzie"

No trudno, szmatą będę musiała przetrzeć i to bez dziewki. Tymczasem czytam dalej


DWÓR WIEJSKI. 
Tom 1     
dzieło poswięcone gospodyniom polskim, przydatne  i osobom w miescie mieszkającym     
przerobione z francuzkiego     
Pani Aglaë Adanson     
z wielu dodatkami i zupełnem zastosowaniem do naszych obyczajów i potrzeb,     
przez Karolinę z Potockich Nakwaską,     
w 3 Tomach.

Jak pięknie się wtedy wydawało książki, autorka zbierała od chętnych czytelniczek przedpłaty, a potem pisała dzieło i umieszczała ich listę na początku.
Czapska z Czapskich.  Dembowska z Witosławskich.  Drohojewska z Bawarowskich.  Działowska z Jezewskich.  Dzieduszycki Henryk,  Grabowska z Wyganowskich.  Łączyńska z Ponińskich.  Łączyńska z Biernackich.  Małowiejska z Morawskich.  Morawska z Szczanieckich.  Miączyńska z Potockich.  Nakwaska z Krajewskich.  Ossipowska, Józefa.  Pawlikowska z Jaworskich.  Potocka z Branickich.
Czytały "Dwór wiejski" tak jak ja, gotowały rosół na otwartym ogniu, pieczyste piekły na rożnie z kołem i spodziewam się (jak mówiła pani Nakwaska), że lubiły robótki.
To bardzo dobra lektura na ten szalony czas:

"Stoliki postaw do gry w miejscach próżnych.
Kanapę jedną dużą, drugą małą. Fortepian, jeżeli go masz. Stolik do pisania, drugi do roboty (bo spodziewam się, że roboty lubisz), niższą serwantkę na nóty. Stół okrągły lub owalny, z sukiennym nakryciem. Otóż bawialnia ładnie urządzona. Miej w niej jeszcze różne gry na czas jesienny, szachy, warcaby, krążki, twierdzę, świeże pisma czasowe, jakie albumy, karykatury; słowem wszystko, co gości rozerwać może."

Muszę się obejść bez miejsc próżnych, bez nót na niższej serwantce i stołu do roboty. Robotę za to mam jak najbardziej i robota ma już przody, tyły i kawałek rękawa. Moje milion pęczków z Dropsa


Muszę się też obejść bez gęsi, na szczęście i tak nikt u mnie gęsi nie lubi.
Zatem w dobrym samopoczuciu, przy nieco już ciemnej środzie, dziergam i czytam nie tracąc spokoju w ten nieco szalony, przedświąteczny czas. Czas zimowych kubeczków i oszronionych gałęzi.

Dziękuję za odwiedziny i komentarze. Miłego dnia! :)

środa, 26 listopada 2014

Motyle z maszynkami

 Czasem napadnie nas jakaś myśl, najczęściej jest to myśl z chęcią i najczęściej kończy się to w koszyku. To mi się właśnie przytrafiło, kiedy zobaczyłam niechcący pewien sweter Dropsa. Sweter miał mało dosyć wełny w sobie, dużo włosków i jakoś mnie całkiem zauroczył i oszołomił. Akurat była impreza urodzinowa Dropsa, obniżki i chociaż miałam obiecane sobie nie kupować, kupiłam. Kupując motek obejrzałam jak nigdy video, bo byłam ciekawa co też na takim video o motku można pokazać. Otóż można pokazać głównie mizianie, poklepywanie i przytulanie motka, co każda dziewiarka zna z autopsji. Dobrze jednak, że obejrzałam, bo dzięki temu zaoszczędziłam sobie szoku. Motek był duży. Paczka szła do mnie i szła dniami i nocami, aż podejrzewałam, że może motek się rozwinął na którejś stacji kolejowej, ale nie.
Listonosz przyniósł go w dużej paczce i w całości. Video jednak nie kłamało. Motek był duży.

Nie dało się go upchnąć, jak inne chudziny, w szufladach, ani na półce między  bluzką a rękawiczką. Jedyne co mogłam zrobić, to posadzić go w fotelu i sama przysiąść na pufie. Nie było rady, trzeba było sobotnim rankiem usiąść tuż obok motka na kanapie i rozpocząć jego znikanie.


I nic to, że w różnych szmacianych etui mam niezmierzone ilości drutów długich i krótkich, oczywiście do tej włóczki pasowały jedynie druty na krótkiej żyłce, skarpetkowych tego rozmiaru oczywiście nie mam wcale, więc znowu (jakby to delikatnie napisać), znowu czekam na paczkę, tymczasem w determinacji, bo ile można siedzieć na pufie, nawet jeśli z fotela wygryza cię milusi motek, nauczyłam się raz dwa (powiedzmy) techniki magic loop, żeby zacząć dekolt. I po licznych trudach, po czterokrotnym zaczynaniu metodą luźną włoską, po żmudnych ustaleniach który drut pracuje, który zwisa luzem i które pętelki trzymamy palcem, voila, uzyskałam magicznego motyla:


Po dwóch dniach dziergania i myślenia nad kolorami (ale obiad tym razem się nie przypalił i nawet zrobiłam surówkę), kiedy tak szary jak popiół, nieco mroczny, ustępował rozpalonemu czerwonemu, też mrocznemu, przyszła mi na myśl Medea:

Wtem ujrzała Jazona i zgasły żar ożył;
a przejmując jej serce, zapłonął na twarzy,
Jak gdy iskrę w popiele uśpioną, rozżarzy
Nagle wzbudzony wicher, ta wzdęta powiewem,
Rozpala się i silnym wybucha płomieniem.
Przemiany, Owidiusz

Medea. Tragiczna, nieszczęśliwa postać, piękna królewna, zakochana na śmierć w Jazonie, ile zbrodni dla niego popełniła, a on ją zdradził niecnie i podle. 

Dziś miałabym pewnie półtora rękawa co najmniej, no ale póki co druty do rękawów w drodze:


Sweter jest bardzo lekki, trochę gryzie, ale i tak nie mogę się doczekać, kiedy go wypiorę i założę. Na górze będzie miał osobno golf.
Czytam do niego "Kraj z księżyca"


Wspomnienia napisane przez Australijczyka, który przyjechał do Polski w początku lat dziewięćdziesiątych i  co wtedy zobaczył, to zapisał. Nie jest to obrazek miły. Szczerze mówiąc, mnie osobiście przygnębił na tyle, że nie wiem czy przeczytam ostatnie sto stron. Śmieci wyrzucane przez okno pensjonatów, gangi złodziei wysadzających grupowo pasażerów z tramwaju, setki pijaków na ulicach  i w ogóle wszędzie. Niby wiemy, że mniej więcej tak była, ale opisane przez obcego bardziej boli. Trochę też jest o Chopinie (ale ja już czytałam o Chopinie raz czy dwa), bo autor to miłośnik Chopina, trochę o Walewskiej.
W sumie trochę nudno i niezbyt porywająco. Odrobina przygód z językiem - tych mogłoby być więcej. Zwłaszcza dziewiarskich, kiedy to autorowi ukradziono malucha, policja spisała ukradzione z nim rzeczy i przetłumaczyła dzielnie na angielski:

"Mozolne zabiegi translatorskie zaowocowały powstaniem dość osobliwego opisu skradzionych przedmiotów:
- Czerwono-czarna (jak moja Medea całkiem) robiona na drutach nylonowa elektryczna maszynka do golenia z rurką
- Brązowy tweedowy garnitur donegal ze starą nasadką pióra i czarne irlandzkie buty"
Kraj z księżyca, Michael Moran

A w czytanym w tle "Papierowym świecie" Sumerowie właśnie patrzą na żetony do liczenia owiec i wymyślają pismo. Wiedziałam, że owce maczały w tym palce! Owce i pisanie. Czytanie i dzierganie.
Dziękuję za odwiedziny, za komentarze i życzę miłego dnia! :)

środa, 19 listopada 2014

Pęczki bez słów


Nie lubię komiksów. I w sumie nie wiedziałam do niedawna dlaczego. Bo wszystko osobno lubię jak najbardziej, czyli książki lubię, opowieści lubię i obrazki w książkach wprost uwielbiam.  Ale komiksów jakoś nie i  związku z tym nigdy nie czytałam żadnego poza Małpką Fiki Miki. 
Aż tu nagle w zeszłą sobotę, w pewnej łódzkiej Pozytywce na spotkaniu moli książkowych, na stole pośród sterty książek (bo mole książkowe zawsze mają przy sobie sterty książek w różnych siatkach i torebusiach) błysnął ciemnym brązem komiks. Zerknęłam na niego zza stołu, posłuchałam jak się go dobrze czyta, ile minut, co ma w sobie dobrego i czego zupełnie nie ma, czyli tekstu. Potem wzięłam go do ręki, był miły w dotyku jak malabrigo, otworzyłam i jakoś nabrałam chęci, żeby go przeczytać. Czy komiks można czytać? Złożone pytanie, moim zdaniem można. Próbowałam się do niego dobrać już w powrotnym tramwaju, ale jakoś poczułam, że wymaga stosowniejszej oprawy w postaci co najmniej fotela z co najmniej jedną poduszką w koronkach.

Kiedy więc tylko do takiego dotarłam, zapadłam się w niego i w komiksową historię. Historia w sumie jest prosta, pełna emocji, ale też pełna ciszy. Trudno na początku się zdecydować co to za świat, bo trochę jest baśniowy a trochę realny, potem okazuje się, że baśniowość jest właściwie na marginesie i świat jest najbardziej nasz swojski. Trochę straszny, trochę piękny, jak to świat. Nie ma tekstu, więc w naszą pamięć nie zapadają słowa, ale obrazki. I jakoś potem dziwnie w tej pamięci siedzą i jest z tym przyjemnie. Obrazki są nieco nostalgiczne, trochę smutne, o dużej urodzie. I bardzo udane w zakresie uczuć i w zakresie szczegółu. Czasem do któregoś wracałam, żeby wytropić sznurek od balonu i sam balon. I wiem, że zanim oddam "Przybysza", jeszcze raz go przeczytam.
Długo myślałam i doszłam do wniosku, że to brak zupełny tekstu pozwolił mi przełamać niechęć do komiksu. I takie poczucie, że tekst komiksowy jest jakiś kulawy, nie mogący się rozwinąć w pełni, wygryziony.Tu mamy piękno samych obrazów, żadnych ogryzków.

Książki są różne, fajne, nudne, ciekawe, głębokie, grube, cienkie, do niektórych w kółko wracamy, do niektórych nie, ale są takie, po których lekturze człowiek jest jakiś inny, trochę jakby ulepszony, pogłębiony, uduchowiony, zupełnie jakby wyszedł właśnie z koncertu. I taki jest właśnie "Przybysz".
Dziergam do niego sweter z miliona pęczków, czyli z alpaki boucle. Pęczki w czasie dziergania żyją własnym życiem, wchodzą na druty przed oczkiem, wchodzą za oczkiem, raz są z poprzedniego rzędu, raz z następnego. Trzeba mieć oczy dokoła głowy i czujność wszędzie, bo tu w ogóle nic nie widać co jest prawe, a co lewe. Widać tylko morze pęczków. 
Sweter z takiego morza zapowiada się bardzo przytulny i bardzo miły w dotyku.
Nic dziwnego więc, że Bubulina się w niego opatuliła natychmiast i usadowiła bez uszu naprzeciwko obiektywu:


Następnie usadowiła się z uszami, co zdecydowanie poprawiło jej humor, samoocenę i pewność siebie:


W końcu dała się sfotografować razem z książką, bo to przecież środa  z Maknetą


Nocami natomiast walczyłam z pomponami. Bo, jak pisałam niedawno, pompon do żakardowej czapki był za mały.  Pozostało mi więc porzucić zbyt małe profesjonalne gadżety do robienia pomponów i skonstruować własny z tekturki. Jako cyrkiel posłużyła mi miarka do drutów, szpilka i ołówek. Przezornie na pierwszy ogień poszedł kłębek akrylu. Pompon wyszedł piękny, ale nieco za duży. Dziecko zdecydowanie zaprotestowało przeciwko doszyciu go do czapki. Pocieszyło mnie natomiast, że może kiedyś go wykorzystam, taki jest fajny. No nie wiem, może z czasem zaprzyjaźni się z Bubuliną i będą mi rano przynosić kapcie i kawę, zupełnie jak stworek z okładki "Przybysza".
Zrobiłam więc drugi gadżet, tym razem z dwiema innowacjami czyli przecięciem i nitkę wiążącą pompon wsadziłam między krążki do nawijania, bo ja nie jestem zbyt szybka i nitki pompona rozbiegały mi się po domu w czasie cięcia. Na drugi gadżet nawinęłam już włóczkę właściwą. Dziecko popatrzyło na efekt bez przesadnego entuzjazmu i westchnęło - a może dwa milimetry mniejszy?
Sama widzę, że mniejszy. Obudziłam w sobie całą miłość macierzyńską i zrobiłam trzeci gadżet. Pompon wyszedł dobrej wielkości, kształtu nieco walcowatego, nie wiem czemu, bo gadżet rysowałam tym razem nabytym specjalnie cyrklem za trzy złote pięćdziesiąt groszy.  

 
Czwarty pompon został zaakceptowany, a ja poleciałam do apteczki opatrywać pęcherze na palcach  - cięcie kilku warstw włóczki nie przychodzi łatwo. 
- A może byś mi zrobiła do kompletu rękawiczki? - usłyszałam znad plastrów.
W sumie. Dlaczego nie. Dwustronny żakard, sześć drutów, dziesięć palców. Dlaczego nie. Przynajmniej w rękawiczkach męskich nie ma pomponów. 

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze. Miłego dnia! :)

środa, 12 listopada 2014

Papier i szal

Długie weekendy sprzyjają dzierganiu i nawet koc, zwany dla niepoznaki szalem, udaje się skończyć. Dzieje się to co prawda kosztem prania, mycia podłóg i innych przyjemności, ale kiedy przyjdą mrozy, to żadna umyta podłoga nam nie pomoże, za to szal wełniany jak najbardziej.



Tak mniej więcej wygląda. Włóczka Delight Drops w strasznych ilościach (siedem motków), druty 4.0

Skończyłam szal, zaczęłam "Papierowy świat", jedno złożone w kostkę, drugie założone zakładką, tak mniej więcej mijały się w biegu:

Dla niektórych wstrzemięźliwych w pławieniu się w rozkoszach, książki o książkach to zbyt wiele szczęścia na raz, oczywiście nie dla mnie. Bo skoro już się pławić, to dlaczego połowicznie? Zatem lubię książki w ogóle, lubię książki o książkach, lubię książki o ludziach, którzy lubią książki i je czytają albo mają na półkach czy pod stołem.
Lubię książki o czytaniu i o pisaniu. "Papierowy świat" jest właśnie o tym. Jest książką naukową (nawet nie popularną), no ale nikt nie jest doskonały. Tytuł zrozumiałam bez sięgania po słownik wyrazów obcych.
Zapowiada się bardzo interesująco, aczkolwiek nieco zaskakująca może być teza autora. Pamiętam jak kiedyś, nie tak w sumie dawno, rozmawiałam z przyjaciółką o książkach, o piśmie i jakie piękne jest jedno i drugie, i że alfabet jest wręcz magiczny i cudowny, że ma swojego boga, który go wymyślił. I zastanawiałyśmy się, co człowiek zapisał jako pierwsze  i że musiało to być coś nieziemskiej urody, jakiś poemat na pewno.W tyle głowy kołatała mi się mglista myśl o kreskach stawianych na glinianej tabliczce - każda kreska za worek zboża, worków coraz więcej, główny spichrzowy ogarnia się w nich poprzez coraz sprytniejsze kreski, takie w stronę pisma, ale dałam się porwać w rozmarzeniu mitowi. Pierwsze zapisane słowo musiało być poetyczne, piękne, ważne i nadzwyczajnie mądre.

Właśnie takie mity obala Olson w "Papierowym świecie". Otóż okazuje się, że pismo wcale nie jest takie ważne, jak nam się wydaje i wcale nie działa tak dobrze na mózg. Mózg działa dobrze i bez niego.
I że zawsze od litery ważniejsze jest to, co za nią stoi, czyli wiedza, opowieść albo myśl. I że mniej się liczy to, gdzie jesteśmy na mapie, niż to gdzie jesteśmy w rzeczywistości. 
"Tuż za drzwiami mojego biura znajduje się mapa(...) blisko środka znajduje się strzałka wraz z napisem "Tu jesteś". Jak wszystkie udane mapy, umiejscawia ona patrzącego w budynku.
Jednak w głębszym, niedostrzeganym zazwyczaj sensie napis ten jest anomalią. Nie potrzebuję mapy mówiącej mi, że gdzieś się znajduję: wiem, gdzie jestem, jestem dokładnie tu gdzie stoję".
Papierowy świat, David R. Olson

Na pewno po tej książce moje spojrzenie na świat będzie szersze i świeższe. Trochę szkoda, bo papier jednak tak magicznie szeleści. Pozostanę więc jeszcze troszeczkę w dawnym kulcie litery i włóczki (znowu się pakuje w paczki, kto by uwierzył?), czytam i dziergam, bo przecież dzisiaj środa z Maknetą
Miłego dnia!

środa, 5 listopada 2014

Kometa nad czapką

"Wychodził zawsze z książką pod pachą, a często wracał z dwiema."
Nędznicy, Wiktor Hugo

Natomiast ja, niespodziewanie, wyszłam z dwiema robótkami, a wróciłam z trzecią, czyli ze skończoną czapką, bo tak bardzo chciałam coś skończyć. Szal ze swetrem skończę przecież niebawem.

Czapka z niecałych 50g Delight i około 150 metrów Vivaldi Dropsa, druty 4,5. Wzór Dropsa. Komin dziergany latem i dżersejem. To moja pierwsza czapka damska i jestem niezwykle z siebie dumna, bo doprawdy, doprawdy, biorąc pod uwagę te szuflady w szafach i torby po kątach pełne włóczek, nie wypadało, żebym chodziła w spranej, zmechaconej, akrylowej czapce.


Trzy wieczory (długie dość, do samej północy) i mam. Bubulina wygląda na bardzo ocieploną.
Do czapki Muminki czekają na kometę, Mama Muminków wyciera kurz z liści bzów, Włóczykij gotuje kawę nad ogniskiem i gra na organkach, a ja sobie właściwie myślę o tym, czy można być za małym na klasykę, tak jak w zeszłą środę napisała Moniczka z inspiracjami. I myślę, że nie. Niezwykłość wielkich, klasycznych książek polega na tym, że mają wiele poziomów, a skoro wiele poziomów i każdy pisany w prawdzie, to jest szansa, że znajdziemy coś dla siebie. To coś czego szukamy w książkach. Ja osobiście czytam książki na poziomie emocjonalnym, szukam w nich prawdy, wspólnych doświadczeń, estetyki, przyrody, humoru (bo humor jest ważny), sugestywności obrazu, pięknego języka. Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że jedną z moich ulubionych książek stanie się Odyseja, bardzo bym się zdziwiła, bo wtedy myślałam, że Homera nie da się czytać. Bo to jest dopiero wielka klasyka. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Homer jest tak blisko życia. I wcale mi nie wstyd, że najbardziej w Odysei lubię pranie.

 Zawsze czyste strumyki, pranie bez jednej plamki rozkładane na wietrze, żeby schło. Cyklop robi sery w koszykach i zna wszystkie swoje kozy i owce, wie która zawsze pierwsza idzie na łąkę, która ostatnia. Pies Odyseusza, który czekał na niego dwadzieścia lat i jako jedyny go poznał. Ten cudny gaik u Kalipso z cyprysami, winem i fiołkami. Telemach, który wybiera się w podróż w tajemnicy przed matką, żeby się nie martwiła. Helena ze swoim koszyczkiem pełnym motków. I Hektor, który zdejmuje hełm ze straszną kitą, żeby jego roczny synek się nie bał. No, ale to już Iliada.

Jednym słowem, nie ma co się zrażać metkami. Jak ktoś powiedział wychodząc z teatru - Nawet fajny, mimo że Szekspir. I kolejny czas z dzierganiem i czytaniem u Maknety.
Miłego dnia!

środa, 29 października 2014

Pęczki i kryzki

Czytamy i dziergamy u Maknety. Bo znowu środa.

Wpadłam w projekty giganty. Entrelac rośnie i rośnie, kwadraty kładą się w lewo i prawo, a wciąż brakuje mu z metr. Kozeta zakręca, zakręca, ma już prawie trzysta oczek, a jeszcze się nie oddzieliła od rękawów. Nędznicy tom za tomem i wciąż tysiące stron na horyzoncie. Wszystko piękne i przejmujące, ale gigantyczne. W związku z tym, ukradkiem, po nocach, czytam sobie Żywoty Cervantesa i robię próbki z pęczkowanej alpaki.


W pęczkach dzierga się bardzo śmiesznie, bo w ogóle nie widać oczek, ale jest taka miła, że można jej to wybaczyć.

U Cervantesa za to magnolie i cyprysy.
"Choćby tylko dlatego, że w Kordobie można napotkać ów melancholijny i niewyraźny cień, który cechuje dzieła Cervantesa, przyjmijmy, że i on znalazł się w dawnej stolicy kalifatu. Każdy, kto widział Kordobę musi pamiętać owe zmierzchy przerywane jedynie sygnaturką któregoś z klasztorów i piskiem czarnych jaskółek krążących nad granatowymi magnoliami i cyprysami w cienistych ogrodach. W takich momentach człowiekowi przepełnia się dusza i wszystko, co było w niej już tylko ruiną, okrywa się bluszczem i czystym pięknem."
Żywoty Cervantesa, Andres Trapiello

Żywoty napisane są bardzo żywo, nie ma dużo takich cienistych fragmentów, o Cervantesie wiadomo bardzo niewiele. Wiadomo, że walczył, był ranny, pisał komedie z miernym powodzeniem, był porwany, bo wtedy po morzach pływali prawdziwi piraci, spędził pięć lat w arabskiej niewoli, mieszkał w ciasnych domach ze swoimi siostrami, żoną, przyjaciółkami, córkami, służącymi. Pracował jako poborca podatkowy, mój Boże i chciał wyjechać do Ameryki, ale mu nie pozwolono. I nagle, na starość, nie wiadomo skąd zupełnie, napisał don Kichota i nawet nie wiadomo czy miał świadomość tego co stworzył. Co prawda już za jego życia don Kichote z Sanczem mieli różne przygody po jarmarkach i festynach, ale wieści wtedy rozchodziły się wolniej, nie było Googla ani Facebooka, trudne do uwierzenia.

Podoba mi się w tej biografii to, że autor zawsze przyznaje się, że trochę zmyśla. I podoba mi się Cervantes na okładce razem z tę swoją śliczną kryzką, której prasowanie pochłaniało wtedy majątek. Zakładam sobie jego Żywoty małą serweteczką:


przywiezioną dawno dawno temu z Brugii. Byłam tam w pewien słoneczny dzień zimowy, zwiedzałam, patrzyłam jak woda płynie kanałami i pamiętam do dziś jak śmiał się mój przewodnik i gospodarz z mojego oszołomienia, kiedy mnie zaprowadził do sklepu z koronkami. Te parasolki, najbardziej zapamiętałam parasolki, bluzki, kapelusze, rękawiczki, serwety, serwetki, czego tam nie było, a wszystko śnieżno białe i lekkie jak puch, jak pajęczynka. Zapytał mnie, co chcę i wybrałam ze skromności najmniejsze dwie serwetki, zresztą gdybym musiała sama sobie coś kupić, to pewnie stać by mnie było właśnie na nie. I tak naprawdę nie zakładam nimi książek, ale trzymam w pudełku owinięte w papierki.
Teraz, w dobie internetu i Youtube, mogę poterminować kilka lat i sama sobie zrobię cienkim jak igła szydełkiem belgijską koronkę.

Swoją drogą, natknęłam się niedawno na Druterele razem ze sztrykowaniem w telewizji. Obejrzałam dwa odcinki i z jednego nauczyłam się zakręcać warkocze bez drutów pomocniczych, a z drugiego zaczynać ładnie robotę w okrążeniach. Autorka bloga jest wielce entuzjastyczna - bardzo polecam.

Nie ukradkiem natomiast słucham dalej Nędzników i jak dobrze, że mało pamiętam i mogę przeżywać zupełnie na nowo. W ogóle mi nie przeszkadza, że jest to powieść z tych umoralniających, społecznych i ukazujących krzywdy oraz drogę właściwą. Łatwo tu popaść w sentymentalizm albo wręcz śmieszność. Ale nie Hugo. Bardzo przeżywałam, kiedy Jean Valjean jechał nocą na rozprawę i jak uszkodził koło i szukał stelmacha i jak błądził po błotnistych rozjazdach.
Jean Valjean urodził się w Faverolles. I czy Francuzi nie mają szczęścia? Mieć tyle przecudnej wymowy słów?

Dziękuję za odwiedziny i za komentarze. Vale! (Jakby powiedział Cervantes)
:)


środa, 22 października 2014

Misérables z warkoczami


"Odziana była w łachmany, na gołych nóżętach miała drewniane chodaki, przy odblasku ognia robiła na drutach wełniane pończochy dla małych Thénardierek."
Nędznicy, Wiktor Hugo

To lubię w dziewiętnastowiecznych powieściach, że przeważnie jest kominek z odblaskiem ognia. Czasem są łachmany oczywiście, nieraz z musu, a nieraz z wyboru. Są też srebra do obiadu, różyczki na aksamicie fotela i meble wygięte w kształcie łabędzej szyi. Trud podróżowania w górach na osiołku, trud podróżowania pieszo z okutym kijem. 
Nędzników słuchałam już raz, teraz słucham po raz drugi, starając się, żeby było uważnie, bo warto. Póki co biskup Myriel jest bardzo dobry, skromny, mądry, ufny i święty, ma drzwi zawsze otwarte, a w miasteczku Digne pojawia się Złoczyńca.  Opowieść snuje się szczodrze. Ze szczegółami, z dygresjami, z Napoleonem, z listami do przyjaciółek i z tłustym świstakiem obłożonym przepiórkami. No, akurat świstak może jest najmniej pociągający w tym zestawie. Siedzę więc w niepodartych ciuchach casual, siedzę niedaleko kaloryfera, tej nowoczesnej namiastki ognia, słucham Nędzników i dziergam warkocze w czerwonym swetrze. Jak Kozeta. W sumie to dobre imię dla swetra. 

Warkocze zaczęły się niewinnie ściągaczem francuskim, ale nagle opis Dropsa okazał się jakby w innym języku, gorszym nawet od francuskiego, od celtyckiego na pewno też. W sobotę wieczorem bliska byłam poddania się. Zrobię sobie Kozetę dżersejem, myślałam sobie, tam nic się nie przekręca, nie musi być jedno obok, a drugie nad, bo w dżerseju wszystko jest obok i nad samo z siebie. Jednak w niedzielę rano wstałam w nastroju bojowym - nie poddam się kilku warkoczom, niechby nawet były celtyckie. Odpaliłam laptop, włączyłam mój ulubiony program liczący, wstawiłam oczka, wstawiłam zakręcane warkocze w prawo i w lewo i wtedy mnie oświeciło, gdzie są plecy w swetrze, gdzie są plecy w człowieku i dlaczego jedne. Wzbogacona tą wiedzą, poczyniłam zapiski w zeszycie i tym sposobem Kozeta zaczęła zakręcać po celtycku i zwyczajnie. Na Bubulinie, która uwielbia przymierzać moje robótki z czytnikiem i bez czytnika, wygląda tak:





Warkocz celtycki na plecach wygląda tak i to jest kolor najbardziej podobny do rzeczywistego:


Kozeta robiona od góry, moja ulubiona metoda i nie mogę się doczekać rozdzielenia rękawów. Dziergam z Karismy drutami 3,5. Karisma jest czystą wełną, równo, ale luźno (nieco się rozwarstwia) skręconą i miłą, nie tak miłą co prawda, żeby się w nią otulić gołym ciałem. Reszta się okaże w praniu, ale to daleka przyszłość.

A w tle urodziny moje, e-dziewiarki. Synowie, na moje cienkie aluzje zamówili mi włóczkę wysnutą z alpaki i zawiniętą w śliczne pętelki. Mam jeszcze niespodziewany bon od męża i mogę wydać Nacochcę (co prawda na hasło włóczka spojrzał na mnie groźnie, a przecież nie wie co siedzi w głębi szafy, ale co tam). Myślę o luksusach typu Malabrigo albo Filcolana Cinnia i bardzo to jest przyjemne myślenie.  

Przyjemnego zakręcania ogólnie i z środową Maknetą

Bardzo dziękuję za odwiedziny i za komentarze. :)

środa, 15 października 2014

Owce w powodzi

"...jakby kto kobierce flandryjskie z lewej strony oglądał; nawet kiedy można rozróżnić figury, są one pełne nici poplątanych i nie wychodzą tak czysto jak z prawej strony"
Don Kichote, Miguel de Cervantes Saavedra

Na pewno nie o mojej czapce mówił don Kichote, bo moja czapka niespodziewanie czysto wyszła z jednej i z drugiej strony. Pompon ma trochę za mały, będę musiała wyprodukować większy, ale to koniec chwilowy żakardów. Bardzy ciepły zresztą, na moje zmarznięte oko nadaje się na mrozy poniżej dziesięciu stopni.



Niecałe dwa motki Fabel Drops, druty 3,25
To różowe i czarne, co wystaje spod ostatniej czapki, to dzisiejsza paczka od e-dziewiarki. :)

Ponieważ od ponad miesiąca siedzę w różnych odcieniach niebieskiego, od razu rzuciłam się na cokolwiek innego, cokolwiek okazało się czerwoną wełenką i dziergam sweter z warkoczami. Warkocze póki co są w planie, a konkretnie w następnych rzędach.


Z lektur ostatnich "Małe trolle i wielka powódź" Tove Janssen. Nie czytałam Muminków w dzieciństwie, bardzo to dziwne, bo czytałam większość z tej większej i pomniejszej dziecięcej klasyki. Ale o Muminkach dowiadywałam się dorosłą już będąc z różnych źródeł, aż w końcu, zaintrygowana, kupiłam jeden tomik dziecku, przeczytałam mu na głos, potem kupiłam "dziecku" resztę tomów i odtąd powtarzałam sobie lekturę Muminków co jakiś czas, najczęściej jesienią, bo Muminki są jak igliwie, którym dobrze wypełnić sobie brzuszki na zimę. Bronią przed zimnem, przed chłodem, chlapą i ciemnicą.  No i oczywiście są nie tylko dla dzieci.
Coś w tym jest, że dziecięca literatura skandynawska jest taka dobra, chyba właśnie dlatego, że z racji klimatu Skandynawowie naprawdę potrzebują wsparcia.

Najlepiej Muminki czytać po kolei, Małe trolle to pierwsze w ogóle opowiadanie o Muminkach. Napisane w czasie wojny, kiedy dookoła było tak ciemno i zimno, że Tove marzyła o tym, żeby zdarzyło się coś bardzo dawno temu i bardzo daleko. Muminki mają tu jeszcze długie nosy, są bardziej smukłe i mniej urokliwe, ale Mamusia ma już swoją torebkę, a Tatuś ma swoje aktywności, oficjalnie buduje dom dla rodziny, czyli oczywiście wałęsa się z Hatifnatami w poszukiwaniu przygód. Bo niektórzy tatusiowie szukają przygód, a niektóre kotki wolą mruczeć w słońcu, bo nie warto szukać guza bez potrzeby.
To pierwsze opowiadanie i nie najlepsze, ale i tak warto poczytać jak to się wszystko zaczęło. I jak fajnie jest spać pod czekoladowym krzaczkiem, gdy niedaleko szemrze strumyk pełen mleka albo lemoniady a kamyki są z marcepanu. I jak dobrze mieć w torebce tabletkę na ból brzucha, bo wtedy zawsze wszystko się dobrze kończy.
Trolle zakładałam starą zakładką z Empiku, dziwnym trafem z owcą.

Coś dużo owiec mi się pcha w obiektyw, siedzą na segregatorze, na puszce z herbatą i na kubku. Mają własne czapki, albo dziergane przeze mnie. Coś mi się wydaje, że po kątach kryje się ich więcej. Tak samo jak uprzędzionych z nich moteczków.








Bardzo dziękuję za odwiedziny i za przemiłe komentarze! Dobrego dnia dziergania i czytania z Maknetą!

środa, 8 października 2014

Naukowe ogonki

"Następnym symbolem drogi życiowej jest nić (...) Kołowrotek i krosno tkackie z uwagi na równomierny ruch obrotowy uchodziły za symbol niezmiennej prawidłowości; wylania się z nich nić żywota, losu.
Wszystko co się kręci, porusza, jest obrazem drogi - obojętne, czy to będzie kołowrotek, koło u wozu czy koło fortuny."
Przesłanie symboli w mitach, kulturach i religiach, Manfred Lurker

U mnie kręci się motek w dzbanku i motek obok dzbanka, wysnuwają się dwie nici, nabieram je sześcioma drutami, przeciągam, nabieram, przeciągam, pogoda odroczyła mrozy, no ale nie na zawsze, więc dalej wysnuwam dwie nici na czapkę. Całą sobotę tak wysnuwałam, aż dotarłam do głównej części wzoru, zatem w niedzielny poranek usiadłam na chwilkę do komputera, żeby go rozrysować i wydrukować. Mniej więcej dwanaście godzin później wzór miałam wydrukowany i zaakceptowany.
- To przecież prototyp - mówiłam błagalnie, kiedy znowu górny ogonek wyszedł całkiem niepodobny do dolnego.
- Ale ja będę w nim chodził - odpowiadało bezlitośnie dziecko.

Poprawiałam więc ogonki, przesuwałam ząbki, zaostrzałam kąty, rozsuwałam osie najpierw w Excelu, potem na kartce w kratkę, potem w profesjonalnym programie do projektowania maszyn i tam wzorek wyszedł najśliczniejszy, ale nie dał się przerobić na oczka, przerobiony siłą nie mieścił się nawet na trzech czapkach, więc na koniec pogodziłam się z Excelem.
Tymczasem kaczki upiekły się same, ziemniaki, jako zdecydowanie niższe w ewolucji, przypaliły się same, na szczęście garnek dało się uratować.
Za to czapka ma już siedem rzędów wzorku, widać pasek akcentujący i kawałek dolnego ogonka.


Dziergam z nowym naparstkiem, jest w miarę wygodny, tylko dosyć długo się podpinam do robótki, zanim poprzewlekam nitki przez kółka i zanim przypomnę sobie, na który palec mam je ponawijać. Porobiłabym więc coś innego niż czapkę. Nie to, że czapkę robi się źle, ale robię ją już dosyć długo. I poczytałabym może coś innego niż popularna nauka. Nie dlatego, że o symbolach czyta się źle, ale czytam już o nich dosyć długo. 

Jednak w obliczu nadchodzącej zimy i w obliczu moich ostatnich zakupów raczej nie mogę spodziewać się szybkiej odmiany. 


Cały mój front robót wygląda tak:


Jednak nie mam co narzekać, robiona ukradkiem chusta przystroiła się w nowe markery - są śliczne, kolorowe i bardzo wygodne w przekładaniu


a Lurker pisze o tańcu. I jak to pięknie, że ludzie od wieków widzieli wszędzie taniec. W ruchu żurawi, cietrzewi, w locie owadów i w ruchach ciał niebieskich.

"Tańczmy przeto niby gwiazdy"

Tańczmy naprawdę bądź metaforycznie, to wychodzi mniej więcej na jedność, jak powiedziałby Franciszka pana Prousta, ale to już zupełnie inna historia.

Miłego wieczoru!

środa, 1 października 2014

Środy i rzepy


Znowu środa, co spojrzymy na kalendarz, to znowu środa, jakby tydzień składał się z samych śród. Liczymy ile mamy wydzierganych oczek, ile przeczytanych stron, ile minęło dni, ile wyrosło rzep. A nie, przepraszam, rzepy liczy Liczyrzepa w Klechdach i, biedny bardzo, nie dostanie pięknej królewny, zupełnie jak ja. Królewna dawno już bowiem wyjechała z pięknym królewiczem zupełnie jak nie ja, bo czas wyjazdów na razie minął i walizki zapadają w sen zimowy na pawlaczu.
Szuram więc coraz bardziej żółtymi liśćmi w drodze do pracy, przygarniam lśniące brązowe kasztany w drodze do domu i potem deszcz za oknem pada a ja czytam sobie Klechdy i dziergam czapkę.

Klechdy są dobre na październik, prawie tak dobre jak bajki magiczne, Poznań się zakłada, koziołki wskakują na ratusz, Barbara ratuje Gołańczę, piękna Jegle zostaje żoną króla jeziora, do wdowiego domu wraca szczęście i tylko biedny Liczyrzepa liczy rzepy.
Jak to dobrze, że dalej lubię bajki i klechdy, w słuchaniu ciągle tych samych wątków jest jakaś magia i mantra.


Czapki przybywa powoli, bo ma małe oczka, ale przybywa i gdyby nie mankiet to miałabym pół całej czapki. Tymczasem mam mankiet i teraz dziergam pod jego spodem. Jako typowa kobieta mylę oczywiście kierunki i nieodwołalnie mankiet mi wyszedł do góry nogami, w ostatnim momencie ludzikom z wzoru zrobiłam głowę na górze a nogi na dole czyli po bożemu, a teraz cały czas się skupiam na tym, żeby nad mankietem czapka była też niebieska z białymi wzorkami a nie odwrotnie. Ciężkie jest życie dziewiarki, musi panować nad kierunkami, nad kolorami, nad sześcioma drutami, nad pracą w okrążeniach, gdzie oczko lewe wygląda jak prawe. 

W podawaniu mam za to porządek, włóczki podają mi się w sposób bardzo zdyscyplinowany - ecru z kosmetyczki a niebieska dodatkowo z dzbanka.



 W odbieraniu od niedawna też panuje ład i karność - niebieskie z jednej strony a ecru z drugiej strony pierścionka.




Z pierścionkiem dzierga się o niebo lepiej niż bez, włóczki się nie skręcają wreszcie, w dodatku jest przyjemnie popatrzeć na biżuterię, ale postanowiłam kupić sobie jednak naparstek dziewiarski w e-dziewiarce, tym bardziej, że i tak muszę kupić przyrząd do pomponów, bo czapka ma mieć pompon. Wrzuciłam je sobie do koszyka i wtedy przybłąkały się malutkie moteczki na markery. Całe w kolorach, nie wyrzucę ich przecież na mróz. I znowu będę czekać na paczkę. :)
W tle (czyli w tajemnicy przed dzieckiem, które bardzo kontroluje postęp prac nad czapką) robi się entrelac i biedny don Kichote ma różne przygody.

Dziękuję za bardzo miłe komentarze i miłego dnia!

środa, 24 września 2014

Kozy na brzegu

 "...dostrzegł przecież rybaka, który miał małą łódkę, ale tak małą, że w niej tylko jednego człowieka i jedną kozę pomieścić było można. Pomimo to jednak, w pośpiechu zawarł z rybakiem umowę o przeprawienie siebie i swoich trzystu kóz. Rybak tedy przyprowadził statek i przewiózł jedną kozę, powrócił i przewiózł znów drugą, powrócił znów i przeprawił trzecią. Wreszcie, panie — mówił dalej Sancho — liczcie dobrze, bardzo proszę, ile rybak przeprawia kóz, gdyż ostrzegam was, że jeśli choćby o jedną tylko pomyłka zaszła, cała historia się kończy i diabeł wie tylko, gdzie jej wątku szukać by potrzeba. Otóż ponieważ przeciwny brzeg rzeki był bardzo śliski i pełen błota, każda przeprawa rybaka i kozy trwała dość długo, ale jednak, że szło jakoś tam powoli i rybak przewiózł znów jedną kozę i jeszcze jedną, a potem jeszcze jedną znów…
— I czemuż nie powiesz od razu, że przeprawił je wszystkie — rzekł Don Kichot — a wodząc tak tam i sam po kolei każdą, nie skończysz i przez miesiąc pewnie."
Don Kichot, Miguel de Cervantes Saavedra

I tyle trzeba mieć w zapasie - miesiąc albo i dłużej, żeby wysłuchać Don Kichota. Tutaj nikt się nie spieszy i my się spieszyć nie powinniśmy. Powinniśmy się nastroić przyjaźnie i cierpliwie patrzeć, jak robi się przyłbicę z kartonu, jak się oddziela książki dobre od złych, jak się pasuje na rycerza, jak się odróżnia prostą Dulcyneę od garbatej a podskoczkę od hrabiny, jak się podskakuje na kołdrze a jak się bierze kije od mulników albo kułaki od mulników, jak na dębach dojrzewają słodkie żołędzie. I jak się walczy z wiatrakami. Nie wolno się spieszyć.
Rybak wozi jedną kozę za drugą, wprowadza na stromy i śliski brzeg, a my zaprzyjaźniamy się z Don Kichotem, tym szalonym rycerzem, właściwie coraz mniej nas śmiech bierze a coraz bardziej ogarnia współczucie, aż w końcu już nie wiemy kto jest bardziej szalony, nasz bohater z Manczy czy świat dokoła. 
I Miguel de Cervantes Saavedra staje nam się bliski i czujemy wdzięczność, że wymyślił Don Kichota, który jest bardziej rzeczywisty niż rzeczywistość.
Słucham Don Kichota, czyta Andrzej Szczepkowski i nie spieszymy się.

Rybak przewiózł znów jedną kozę i jeszcze jedną, idzie to jakoś powoli, bo brzeg jest śliski i pełen błota, a ja dziergam oczko za oczko w czapce z dwustronnym żakardzie i nie spieszę się.
- Coś tej czapki mało przybyło - powiedziało moje młodsze dziecko patrząc z dezaprobatą na nieliczne rządki. - Już właściwie październik, a zaraz grudzień, mrozy i śniegi, potrzebuję czapki, a tej czapki mało przybywa.  

Trzeba więc będzie porzucić kozy, skupić się na nieco przykrótkich drutach skarpetkowych, skupić się na prawych niebieskich i lewych białych i podgonić dwustronny żakard w weekend. Żeby dziecko miało na mróz.
Ale dobrze tak czasem nie spieszyć się. Popatrzeć jak rybak przewozi kozy na drugi brzeg, a Don Kichot walczy z wiatrakami. 

Dzisiaj środa i nieustające dzierganie z czytaniem u Maknety. Miłego dnia! :)

środa, 10 września 2014

Rodzina z turkusami

Dzisiaj środa u Maknety, a ja wrzuciłam na druty fiolety z turkusami. Dawno temu kupiłam je na mitenki. A kiedy przyszły w paczce całe takie śliczne i turkusowe, pomyślałam, że muszę dokupić trochę jeszcze na chustę. A kiedy zabrałam je w góry, pomyślałam, że zrobię z nich szal. No i teraz czekam na paczkę, bo szal jest większy jednak i od mitenek i od chusty. Mój drugi entrelac dzierga się dużo lepiej, choć wolno i póki co, Bubulina cała się owija, powiedzmy cały przód, bo jest mała, ale naprawdę bardzo bardzo okrągła, , ja się mogę owinąć w bardzo małej części.


Do szala słucham "Rodziny Połanieckich" Sienkiewicza i mam uczucia mieszane. Bo to romans jest, miły i z tłem nieco społecznym i z postaciami, ale romans. Ani tu za bardzo szczegółów scenograficznych, które tak lubię, ani za dużo przyrody. Wszystkie panie i panny bardzo niewinne. A szczytem zła jest wpijanie się wąsami w usta. No, taki czas. Czas, kiedy panna nie robiła, ale czyniła, kiedy narzeczona dostawała w prezencie riwierę, co było niezwykle miłe, nawet jeżeli dalsze losy narzeczeństwa toczą się bardzo dramatycznie.


Obejrzałam też, jako bardzo dobra matka dziecku, kurs Intensywnie Kratywnej o wyrabianiu kota z dwóch stron na jeden raz. Zaczęłam odważnie i z rozmachem rząd rozbiegowy podwójnego żakardu, wprowadziłam sprawnie drugi kolor, ukształtowałam je w nogi kota, ale kiedy po jednej stronie nogi były niebieskie, a po drugiej ecru, kiedy mialy się rozpocząć rzędy z ogonem i tułowiem, to pomyślałam, ze równie dobrze nauczę się podwójnego żakardu na kocie znacząco uproszczonym, powiedzmy, do dwóch kwadratów. Poza umownością kota cała reszta jest zgodna ze sztuką.
Na prawo mamy białe w niebieskim, a na lewo niebieskie w białym.


Teraz tylko muszę wprowadzić wzory norweskie, druty skarpetkowe w liczbie sześciu i mogę dziergać czapkę dla dziecka.
Tymczasem czekam na paczkę i Wam wszystkim życzę miłego dnia!

środa, 3 września 2014

Dramat w błękicie

Jestem na Podhalu i wpadłam oczywiście w amok turystyczny, a właściwie w amok turystycznych zakupów - nabyłam owcę chińską prosto z Zakopanego, owcę na ołówku, owcę na zakładce, góralskie torebki, kolorowe korale i inne pomniejsze cudne pamiątki z Tatr. Dokoła widoki z balkonu i widoki z wycieczek, 





ale w wolnych chwilach czytam i dziergam, bo dziś środowe dzierganie z Maknetą.


W czytaniu, a właściwie w słuchawkach "Błękitny zamek" L.M. Montgomery. Jej Anię z Zielonego Wzgórza i zielonych, w porywach, włosach zna chyba każda dziewczynka, ja też, moje egzemplarze rozpadły się od ciągłego czytania. Ale "Błękitny zamek" czytałam po raz pierwszy. Nie jest to lektura, którą trzeba przeczytać koniecznie, ale jest to książka, którą przeczytać przyjemnie. Montgomery cudownie pisze o sosnach, o strumykach i bezludnych wyspach, o śniegu za oknem i kotach przed kominkiem. Akcja oczywiście bardzo przewidywalna, ale to nie kryminał i nikt nie spodziewa się Sinobrodego. Ciepła, optymistyczna rzecz. Trochę za mało humoru i trochę za dużo o urodzie, L.M. miała chyba jakiś kompleks, tak często podkreśla, że i bez posągowej urody można być fajnym.

W miarę jak losy Joanny toczyły się spodziewanym torem, na drutach dziergała się Baśka, której udało się jednak wcisnąć między liczne bagaże i jej losy przebiegały burzliwie. Na samym wstępie straciła przyczepione już do korpusu rękawy, albowiem z damską łatwością pomyliłam prawe z lewymi. Najbardziej ekstremalnie i dramatycznie było tuż przy dekoldzie, gdyż okazało się, że wzór Dropsa ma błędy, że o niejasnościach nie wspomnę. Jednak gdy w końcu udało mi się dobrnąć z pomocą matematyki wyższej do końca i paski oczek lewych grzecznie przeplatały się z paskami oczek prawych, efekt kompletnej Baśki okazał się być bardzo zadawalający. Połączenie Safranu z połyskującą lekko Wiskozą jest cudownie miękke, miłe i lejące. Sweter wymiary ma idealne - nic się nie ciągnie, nic się nie wybrzusza. Można założyć go prosto z drutów na siebie  i jechać w plener. 


Jedyne na co trzeba uważać, to na otwory technologiczne przed zeszyciem. :)


I tradycyjnie wątek zakładkowy - zakładka oczywiście nie dość, że tubylcza i z owcą, to jeszcze z rękodziełem, albowiem jest wyhaftowana. 


Bardzo dziękuję za odwiedziny, przemiłe komentarze (niezwykle mnie ogromnie cieszą) i życzę miłego dnia. A ja biegnę trochę w blogi a trochę na huśtawkę.