wtorek, 20 maja 2014

Naturalnie ściągając

Dziś środa i wspólne dzierganie. Udziergało się u mnie mało, wpadłam kilka razy machinę czasu, która stanowi obiekt westchnień wielu, wielu pokoleń, ale przydarzona w czasie dziergania oznacza po prostu nie tyle powrót do czasów utraconego dzieciństwa, ale prucie i spotkanie oko w oko z kolejnym nabieraniem oczek.
Dalej Safran ściągaczem, więc układa się na jedzeniu wdzięcznie. Czytam "Historię naturalną i moralną jedzenia". Dobrze się czyta. Dużo ciekawostek. Dużo jedzenia. Duży przekrój czasowy. Dużo źródeł - jest i Pliniusz, i Juliusz Cezar, i Engels nawet. Denerwuje mnie tylko lekki chaos spowodowany nagromadzeniem wielu miejsc i odległych czasów na jednej stronie. I denerwuje mnie słoik miodu przyniesiony Demokrytowi. Nie przypuszczam bowiem, żeby Demokryt widział w swoim życiu słoik, który jest z definicji szklany i ma nakrętkę. Albo pokrywkę z gumką.
Sam słoik normalnie mnie nie denerwuje, wręcz przeciwnie nawet. Lubię patrzeć na wymyte słoiki napełniane śliwkami, wiśniami, zasypywane cukrem, wypełniane ogórkami, dekorowane koprem. Kwintesencja zbieractwa. No ale żeby Demokryt też miał słoik?






Zakładka do jedzenia naturalnie z jedzeniem:



I mój znoszony, ulubiony sweterek z ogonami na dole i rozwłóczonymi rękawkami, które się wzięły chyba z grubszych drutów. Mam nadzieję, bo tak dziergam, na razie czwórki, potem przesiadam się na dwa i pół i nastąpi chwila prawdy. 


Wszystkim dziękuję za odwiedziny, komentarze i życzę miłego dnia. :)

poniedziałek, 19 maja 2014

Nitka bez labiryntu

Gdybym była Ariadną. Gdybym była Ariadną, to mój Tezeusz mógłby iść i iść w labirynt nieprosto do Minotaura. Miałby całą torbę moich kłębuszków wełnianych, lnianych, bawełnianych, jasnych i ciemnych. Szedłby szybko i zdecydowanie, a nitka obiecywałaby mu powrót przez zakręty. I wyszedłby "z ścieżek wprzód nieprzebytych i skreślonych zdradnie".

W weekend wpisałam swoje zapasy do tabelki. Czterdzieści kilometrów nitki. Bardzo bardzo dużo kroków. Tyle nagromadziłam dobra włóczkowego ulegając pierwotnemu instynktowi zbieracza. Zbierać owoce i orzechy, żeby przetrwać głód. Zbierać wełnę, pamiętając o chłodach. Zbierać kłębki na wypadek Tezeusza. Gdybym była Ariadną,

No ale nią nie jestem, bliżej mi raczej do Arachne, od dobrobytu wpadłam w kompleks i niepokój. Czarny Safran trochę wiał nudą i nie tym wymiarem, trochę sprułam, wymiar się od tego poprawił, ale nuda jakoś nie minęła, zaczęłam inne wzory, inne włóczki, popadłam w przygnębienie od nadmiaru.


To jest najgorszy etap. Wzór nie pasuje do koloru, kolor do fasonu, dżersej nie napawa optymizmem, ażurki wychodzą raczej krzywe, len wychodzi jak kolczuga, zupełnie jak u Prachetta.
I zupełnie daleko jest od pełnego harmonii obrazka, w obrazku fotel bujany, kłębek się odwija z koszyka radośnie i miarowo, a na kolana opadają kolejne rzędy sweterka. Sweterka w harmonii. No i wtedy mnie olśniło. Trudno, nowe techniki reglanowe muszą poczekać, chcę mieć sweter z nadmiarem, sweter który za mną powiewa, miękki i lejący. No i wyciągnęłam swój starożytny sweter kupiony dawno dawno temu, nabrałam oczek po raz kolejny i robię na wzór. Jestem zdeterminowana. Dziergam ściągacz i bawełna wreszcie nabrała miękkości. Nie dała się tylko sfotografować nawet na tle mojego sfatygowanego swetra.



No i znowu chyba wymiar odbiega od ideału, nie wiem jak to się dzieje, ale matematyczne proporcje, które dają radę we wszystkich innych dziedzinach, łącznie z wypiekiem ciast, w zderzeniu z drutami zawodzą. Trudno. Jestem zdeterminowana. Chcę mieć za długie rękawy i guziki. Jeszcze nigdy nie dziergałam guzików. A raczej dziurek. Ale jestem zdeterminowana. Skoro nie jestem Ariadną.


wtorek, 6 maja 2014

Czajką i Safranem

Dzisiaj środa, zatem Gloger płynie czajką, a Czajka dzieje Safranem.


Po kilkudziesięciu latach intensywnego czytania zyskałam niejakie rozeznanie w moich książkowych preferencjach. Okazało się mianowicie, że lubię stare, ładne, mądre, dowcipne, z obyczajami i koniecznie w okolicznościach liściastej przyrody nad rzeczką. Kiedy więc zobaczyłam w taniej księgarni "Dolinami rzek" Glogera, którego kojarzyłam jako autora Encyklopedii staropolskiej i miłośnika różnych ludów oraz obyczajów, pomyślałam, że to dla mnie. I czytanie jak najbardziej to przypuszczenie potwierdza. Gloger płynie z przyjacielem i orylem starą, cieknącą czajką, zbiera narzędzia łupane oraz starożytne skorupy, rysuje ruiny, zachwyca się przyrodą, litewskimi słowami, śpi po dusznych karczmach albo pod gwiazdami. W dodatku opisuje to wszystko z niewymuszonym dowcipem.
A na drutach letni Safran, który przy odrobinie szczęścia ma szansę przekształcić się drutami 2,5 w reglan, czyli mój pierwszy od góry sweterek:

Wspomagam się bardzo intensywnie kursem Intensywnie Kreatywnej oraz tabelką do dodawania oczek Intensywnie Kreatywnego Ślubnego. Reglan jest przepisowo osadzony na prowizorycznym łańcuszku (jak bardzo on jest przepisowy okaże się w czasie prucia) i przerabiany dżersejem, ale mam dla niego plan w postaci ażurowych muszelek lub listków.
Druty do zdjęcia zabezpieczone gustownymi zatyczkami, bo już kilka razy zauważyłam, że w ferworze pozowania robótki można ją wylać z kąpielą czyli zsunąć z drutów.

Safran z e-Dziewiarki i z mojej góry planów na lato. Góra wygląda tak:


Obmyślam w związku z tym różne sweterki bambusowe i lniane, a tymczasem czas leci i mija, niedawno minął razem z majówką. Bardzo pracowicie, albowiem postanowiłam wykorzystać ją na skończenie chusty. Pogoda była niezwykle sprzyjająca - szum deszczu za oknem i ogólnie ziąb.

Deszcz padał, ziąb ziębił, kłębek zanikał niepokojąco szybko, kwiatków przybywało, zaczął się border, z borderem dziesiątki nupków, mijały kolejne godziny z kolejnymi markerami aż wreszcie dnia drugiego zaczęłam zamykać trzysta pięćdziesiąt oczek szydełkiem. Bardzo przytomnie zabezpieczyłam wolny drugi drut i mozolnie w zapadającym zmroku zamykałam oczko za oczkiem. Jeszcze dwadzieścia, dziewiętnaście, piętnaście i w tedy nagle z rąk osłabłych dzierganiem wysunął się drut pierwszy i spadł bezgłośnie na dywan. Zamarłam. Drops Lace jest włóczką cudownie sprężystą, chusta jest robiona najrozmaitszymi ażurami, więc i uwolnione niespodziewanie oczka sprężyły się cudownie ożywione i wykręciły we wszystkie możliwe kierunki. Nie oddychając, z wizją prucia całej chusty, nabrałam oczka z lewej na jeden drut, oczka z prawej na drugi, oczka z środka na szydełko. A potem tylko poukładałam je mniej więcej kolejno i dobrnęłam do ostatniego oczka. Nic się nie spruło i cała chusta na pomarańczowym tle wygląda tak:



ona we fragmencie na czarnym tle i ja w połowie swojej okazałości wyglądamy tak:



A tutaj jeszcze niewyprasowana na tle starożytnego domu w "Dolinach rzek":


 Technicznie chusta waży prawie 100 gramów surowego Drops Lace, został maleńki kłębuszek, jest cudownie miękka i ślicznie połyskliwa oraz elegancka i żeby się w nią ubrać muszę chyba kupić bilet co najmniej do filharmonii.

I tradycyjnie jeszcze zakładka, tym razem  francuska zakładka prosto ze Szwecji: