środa, 26 kwietnia 2017

Dżamble w piórkach

"Snuj się, snuj bajeczko,
A było tak: niedaleczko, 
Właśnie tutaj, nad rzeczką, 
Mieszkała wdowa z córeczką.  

Córeczka, chociaż mała, 
Swej matce pomagała: 
Zamiatała podłogę, 
Pełła grządki ubogie, 
Chrust zbierała też czasem, 
Bo mieszkały pod lasem, 
Niosła proso dla kurek...  
A zwała się, po prostu, Czerwony Kapturek.
Czerwony Kapturek, Jan Brzechwa

Niektórzy czytali o Dżamblach, inni o Małych Księżniczkach, wszyscy (na ogół) czytali o Kubusiu Puchatku, znali Brzechwę i Tuwima. No i znali Dzieci z Bullerbyn. Niektórzy książki mieli w domu, niektórzy w bibliotece, ale wszyscy czytali sobie, kiedy byli mali. Co czytali, jak czytali i dlaczego zostało ustalone przez Ewę Świerżewską i Jarosława Mikołajewskiego oraz spisane w książce o tym samym tytule:

"Co czytali sobie kiedy byli mali?", Ewa Świerżewska, Jarosław Mikołajewskiego

Na liście odpytywanych znalazło się kilkanaście w miarę znanych osób - zadawane pytania są różne, a odpowiedzi ciekawe, ciekawsze i najciekawsze. W dodatku ozdobione graficznie w sposób zabawny i swobodny starymi, nostalgicznymi okładkami ulubionych książek, zdjęciami bohaterów wywiadów (na przykład profesor Bralczyk bez brody, ale za to w gustownym wózeczku czy Marek Kamiński prawdopodobnie nie na biegunach i na pewno w czapce z pomponem), współczesnymi portretami bardziej lub mniej podobnymi. Trochę żałowałam, że kupiłam ją sobie w e-booku, w dodatku w formacie Pdf i musiałam czytać na komputerze. Trudno, przeczytałam i tak bez naganiania, bo pełno tu różnych rytuałów, jak zaglądanie pod biblioteczne, szare okładki, czytanie od początku do końca albo odwrotnie, pełno przygód, a wszystkie dotyczące książek i czytania, pełno różnych radości i sentymentów. Są książki na bezludną wyspę i książki do zakopania w lodach Antarktydy, książki do podziwiania, zabawy i obserwacji, albo książki z motywacją, od której zostaje się astronomem albo poetą.

"Co czytali..." jest fajne w czytaniu, ale jest fajne też dlatego, że sami możemy sobie odpowiedzieć na stawiane te pytania, powspominać nasze dziecinne lektury i zastanowić, czym dla nas była książka, kiedy sami byliśmy mali.
Ja też sobie powspominałam i się zastanowiłam. Pierwszą książką, którą pamiętam był "Czerwony Kapturek". Brzechwa, Kwiatkowska i Hańcza - nic dziwnego, że mogłam jej słuchać na okrągło i duże partie tekstu pamiętam do dziś tak dobrze jak gramofon w starodawnym radiu u mojej babci i kręcącą się gładko płytą winylową.
Pamiętam też świąteczne poniedziałki (albo wtorki), kiedy można było wypożyczyć nową porcję w bibliotece, bo chociaż miałam sporo własnych książek, chociaż moja przyjaciółka sąsiadka (z którą na wzór dzieci z Bullerbyn zrealizowałyśmy pocztę w pudełku po cygarach i cudem nie powypadałyśmy z okien) miała pełen książek regał na całą ścianę, chociaż moja mama przynosiła mi książki ze swojej szkoły, to jeszcze mi było mało i regularnie wypożyczałam książki ze swojej szkolnej biblioteki. Czytałam w zdrowiu i chorobie, czytałam zamiast nauki i zamiast wyrzucania śmieci, czytałam na twardym stołku w kuchni, w miękkich pierzynach w salonie. Uwielbiałam doktora Dolittle i płakałam nad Małą Księżniczką.

Oczywiście miałam też etap autorski i z biernego czytania przeszłam do tworzenia. Pierwsza próba przepadła w niepamięci, więc nie wiem zupełnie czy była udana, za to do następnego dzieła zabrałam się już z mocnym wsparciem, czyli moją przyjaciółką. Chodziłyśmy wtedy do trzeciej klasy szkoły podstawowej i postanowiłyśmy napisać encyklopedię ilustrowaną. Zakupiłyśmy szesnastokartkowy zeszyt w kratkę i przystąpiłyśmy do dzieła. Ilustracje poszły nam dosyć gładko, chyba też stworzyłyśmy jakiś indeks, ale szczegółów nie pamiętam. Na pewno zrezygnowałyśmy z porządku alfabetycznego haseł, bo jednym z pierwszych (o ile nie pierwszym) była "trawa" jako mało skomplikowany i ogólnie znany element przyrodniczy. Po kilkugodzinnych debatach i sporach, obgryzaniach ołówka i głębokich namysłach uzgodniłyśmy tekst hasła, wpisałyśmy go kaligraficznie w zeszyt, po czym doznałyśmy ataku licznych śmiechów i chichotów. Hasło brzmiało "Trawa jest zielona" i w dużym stopniu przyczyniło się do zarzucenia projektu, co zresztą świadczy o naszym niewątpliwie ogromnym samokrytycyzmie i zdrowym spojrzeniu na własną twórczość.

Poprzestałam więc zdecydowanie na czytaniu. I na dzierganiu, jak to zwykle w środę z Maknetą.
W dzierganiu siedzę na prawie spakowanych walizkach w drodze na jedwabny szlak. Mam już wydrukowany wzór na rękawki i obliczone oczka do nabrania dekoltu. Wyszło mi dwa razy mniej oczek niż Knitologowi, więc wpadłam w przygnębienie i w nerwy i z tych nerwów kupiłam sobie bardzo gruby len z bawełną oraz postanowiłam skończyć piórkowy zaczęty rok temu (!!).


Na szlak zdecydowanie mam zamiar wstąpić w długi weekend, w którym dnie będą bardzo długie i bardzo niepracowite.
Tymczasem mimo deszczu i zimna, dziękuję Wam za odwiedziny i komentarze i życzę dobrego dnia!
:)

środa, 19 kwietnia 2017

Szlaki Zaczarowane

"I poszli trzymając się za ręce. I dokądkolwiek pójdą i cokolwiek im się zdarzy po drodze, mały chłopczyk i jego Miś będą zawsze bawić się wesoło ze sobą w tym Zaczarowanym Miejscu na skraju Lasu."
Chatka Puchatka, A.A. Milne

Miałam szczęście poznać Kubusia będąc małą dziewczynką, polubiłam go nad wyraz od pierwszego czytania, a on, z wdzięczności zapewne, został ze mną aż do teraz (czyli bardzo długo). Został razem ze swoimi garnkami miodu, gimnastyką na schudnięcie, mruczankami na śnieg, jagularami na gałęzi i parasolem na powódź. Wspomagał zawsze Mądrym Powiedzonkiem, humorem, może najmniej ortografią (bo z tym bywało różnie), zawsze za to ciepłem i Dobrocią. Bo tak jak z pszczołami nigdy nic nie wiadomo, to Kubusiem wiadomo zawsze.
A. A. Milne napisał dwa tomy o Puchatku i więcej już w ogóle nic. Wszystkich jego oddanych wielbicieli pociesza nieco myśl, że Krzyś i jego Miś bawią się zawsze na skraju lasu, przygnębia za to świadomość, że nowych przygód już mieć nie będą. Tymczasem nagle i niespodziewanie Nowe przygody pojawiły się znienacka w księgarni, niczym rozbrykany Tygrys we mgle. Po prostu nie mogłam nie kupić.


"Nowe przygody Kubusia Puchatka" autorów różnych, w tłumaczeniu Michała Rusinka. Przeszłam przez nie ze Zdumiewającą Szybkością. Cztery opowiadania, każde napisane przez innego autora, każde toczy się w innej porze roku. Czy są jak stary Kubuś? Oczywiście nie są. Czy dobrze, że są? Zostały napisane i przetłumaczone z miłości do Kubusia, więc chyba dobrze. Czy powinno się je porównywać z oryginałem? Nie powinno się, ale po prostu nie da się tego uniknąć.
Może na początek - Plan Opisu Przygód. Po pierwsze co mi się nie Podobało. Nie podobały mi się same przygody. W oryginale przygody niosą ze sobą cały szereg akcji, spotkań, każda postać ma swój plan, jest zawsze humor sytuacyjny i słowny. Każda przygoda ma nieoczekiwane (i zabawne) zakończenie i morał, albo kilka morałów czy prawd życiowych. Tutaj miałam wrażenie, że szkielecik każdej z czterech przygód jest wątły i mizerny, prawdy jakieś nieco oklepane. Wszystko obłożone dla niepoznaki klimatem i humorem słownym. Sytuacyjnego nie ma w ogóle. Na domiar złego, gdzieś z tyłu głowy kiełkuje podejrzenie, że część pomysłów jest cieniem z oryginału.
No i zarzut największy - nie ma już w nowych przygodach poezji, która z żartem, ironią i prawdą uczyniła z prawdziwego Kubusia dzieło genialne i wielowymiarowe.

Co mi się Podobało? Bardzo podobały mi się ilustracje - utrzymane faktycznie w klimacie (chociaż kolorowe, ale kolor im nie zaszkodził). Podobały mi się dialogi ze słownymi żartami (chociaż niewiele w sumie z nich wynika). Podoba mi się sam język - też bardzo w klimacie i tłumaczenie, mimo że źródła Nilu zostały wyrzucone, ponieważ nie zamieniają się łatwo w sos jak w angielskim oryginale. I podobało mi się, że dla tak wielu osób Kubuś jest Ważny.

Za to zupełnie nie Zdumiewająco Szybko idzie mi w dzierganiu (bo dzisiaj środa, czytamy i dziergamy z Maknetą). Poubierałam się w różne wełniane czapki, poncza i rękawiczki, albowiem wiosna nas nie rozpieszcza ostatnio, serwując śnieżne ekscesy i szrony wprost na białym kwieciu, zwinęłam kilometr jedwabiu w kłębek, wydobyłam z przepastnego pudła druty numer 2,5 i wstąpiłam na jedwabny szlak Knitologa. Ostrzeżona przed niemiłym Pruciem i ohydnym Skręcaniem, zrobiłam próbkę i resztką sił powstrzymałam chęć wpakowania się w ciepłe kołderki niczym Prosiaczek. Będę robić jedwabną bluzeczkę. Jedwab jest tak miły i nierozbrykany (na razie), że zrekompensuje mi, mam nadzieję, liczne z pewnością trudy na szlaku. Obdarte pięty i odciski oraz chłody i głody.

Nieliczne oczka próbki podtrzymywał z trudem malutki słonik, który nijak ma się do słoników Knitologa w podróży, ale stara się ja może, mimo braków w rozmiarach i urodzie. 



Kubusia nowego zakładałam dwiema zakładkami - świąteczną i Kubusiową.


I na koniec ilustracja w zbliżeniu, razem ze słonikiem, który tu wygląda jak żywy (czyli jak namalowany):

 
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

środa, 12 kwietnia 2017

Dzicz dla odmiany

"Dzicz nie jest dla kobiet. Kobiety się tutaj nie odnajdują."
Simona, Anna Kamińska

Chociaż ogólnie ta konstatacja nie jest prawdą, myślę sobie polerując świąteczne kurczaczki i zajączki, to akurat ja osobiście nie bardzo się odnajduję w dziczy. Nie ze względu na jej piękno, które mogę bez końca podziwiać w zachwycie, ale ze względu na skutki uboczne dziczy, od których wolę być przeważnie odgrodzona grubą podeszwą, oknem, parasolem, płynem przeciw komarom, albo, co najpewniejsze i najbezpieczniejsze, książką. Wtedy najwięcej cieszą mnie lasy, i żubry, i deszcze, i upały i miłośnicy przyrody. Nawet komary mnie wtedy cieszą i mrozy z zaspami. Bo tak naprawdę to ja bez reszty lubię się zanurzać w książce, w dzicz już nie za bardzo. Za to Simona, o tak, ona bez zanurzenia się w dzicz, w życie, w puszczę, nie wyobrażała sobie życia.
Książka "Simona Opowieść o niezwyczajnym życiu" Anny Kamińskiej trafiła do mnie trochę przypadkiem i pochłonęłam ją w dwa dni. Nie da się inaczej, jeżeli więc ktoś miałby jakieś terminowe zobowiązania, pracę etatową, albo wypieki czy obiady wielodaniowe w planach, to nie polecam, bo plany mogą być zagrożone, obiady nie ugotowane i wypieki niewypieczone.


Simona urodziła się w rodzinie znanej i cenionej, ale nie było to dzieciństwo łatwe. Miała być chłopcem - nie była. Miała mieć talent do malowania - nie miała. Miała zostać słynną pisarką - nie chciała. Od dziecka jednak kochała zwierzęta i kiedy przyszło wybierać drogę zawodową, wybrała właśnie związaną z nimi. Jako psycholog zwierząt zamieszkała najpierw w Białowieży, a potem w dzikiej leśniczówce należącej do Białowieskiego Parku Narodowego, tam się zakochała, przede wszystkim w puszczy i tam została do końca życia. Bezkompromisowa, niebanalna, trudna, oddana w pełni swoim sarnom i drzewom. Nic nie namalowała, napisała kilka książek, nakręciła kilka filmów, nagrała kilka audycji radiowych, pokłóciła się z kilkoma ludźmi. Bo ludzi Simona za bardzo nie lubiła.
 "Macie trzy minuty i zacznę strzelać".
(Zawsze miała powód)

Napisać o tak nietuzinkowej postaci, napisać w dodatku tak, żeby nie było laurkowo, a jednocześnie było mimo wszystko taktownie, nie jest łatwo,
"Chciałam napisać prawdę.
Starałam się zrobić wszystko, by rzetelnie zebrać informacje i potwierdzić fakty."
 Moim zdaniem, udało się. Książka jest starannie wydane z urokliwymi fotografiami Lecha Wilczka, który dzielił leśniczówkę z Simoną przez te trzydzieści lat, ma spis treści, indeks nazwisk, bardzo szczegółowe przypisy, informacje o źródłach fotografii i dokumentów (a wszystko w tej książce, każda rozmowa i opinia ma podane źródło), ma podziękowania i gustowne listki przy numerach stron. Ma styl. Gdyby ten styl miał powód i mógł strzelać, to z pewnością by strzelił. Rzeczowy, zwarty, obrazowy, żywy. Krótkie zdania. Prosty język. Naturalny. Wciągający. Ale przede wszystkim nie przesłaniający Simony, bo to ona tu jest najważniejsza.

"Simona miała na Dziedzince obraz Dama z łasiczką, zrobiony z bombonierki z goplanowskich czekoladek, bardzo pięknie oprawiony. -Ty, z Kossaków, masz taki obraz? - zapytałam ją kiedyś. Ona na to: -To jest arcydzieło, a ja nie mogę mieć oryginału, a uwielbiam Damę z łasiczką, więc mam taką!"
No i bardzo dobrze. To my ustalamy priorytety.
Moim priorytetem w dzierganiu (bo dzisiaj nieustająco dziergamy i czytamy z Maknetą) jest drugi rękaw w odwiecznym szarym sweterku. Sweterek ten sam od lutego, więc na pociechę i dla odmiany, kupiłam mu nowe markery:


Ożywiony tym prezentem, nabrał ducha i żwawo dobiega do mankietu. Potem jeszcze tylko wydłużenie dołu i będę mogła wkroczyć na jedwabny szlak z Knitologiem. Jestem już zaopatrzona w materiały, odwagę i dobre myśli. 600 m jedwabiu w 100 gramach, druty numer 2 - odwaga się przyda.

Simonę zakładałam zakładką trochę karnawałową, ale za to wyposażoną w podróżną gumkę. Nie mogłam przestać czytać, więc brałam ją do pracy (czytałam oczywiście tylko w drodze), a w podróż najlepsza jest zakładka z gumką. I jedwab na szlak.



Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Życzę wszystkim pogodnych, zdrowych, radosnych i ciepłych Świąt! :)


środa, 5 kwietnia 2017

Opory rogate

"Bądźcie zdrowi i nie zapomnijcie o mnie całkiem, kiedy już umrę; jesteście mi to winni, jam bowiem często o was myślał, by was uszczęśliwić, bądźcie więc szczęśliwi! - Ludwig van Beethoven"
Muzyka i cierpienie, Anton Neumayr


Uwaga, będzie długa dygresja osobista, bo moja droga do muzyki nie była łatwa, lekka ani oczywista. Długo nie uszczęśliwiała mnie ani muzyka van Beethovena, ani innych klasyków, brało się to najprawdopodobniej z powodu mojej muzycznej głuchoty, los jednak mnie w jakimś stopniu uleczył, nie uciekał się przy tym do wtykania w ucho watki natartej świeżym chrzanem (jak Beethoven na przykład). W pierwszej kolejności mój tata, mimo że na co dzień pełen poświęceń, odmówił stanowczo chodzenia do opery z moją mamą. Padło na mnie i jako nastoletnia grzeczna dziewczynka z bólem zgodziłam się na rolę damy towarzyszącej, wskutek czego często i srodze cierpiałam na różnych Dziadkach do orzechów i Madamach Butterfly. Mama robiła co mogła, żeby tylko mi się spodobało - pokazywała piękno dekoracji, zwracała uwagę na piękno fabuły, odwoływała się do mojego rozumu. No ale cóż, nie podobało mi się i dalej przeżywałam katusze w pięknie muzycznych okoliczności i dekoracji.

Wobec takiego oporu los wzmógł swoje starania i zbiegiem okoliczności, w nowej szkole zaprzyjaźniłam się z nową koleżanką z klasy. Przyjaźniłam się bardzo intensywnie od rana do wieczora, pech chciał, że koleżanka była również uczennicą szkoły muzycznej, musiała dużo ćwiczyć na pianinie. O skróceniu czasu naszych spotkań nie było mowy, więc przyjaźń została połączona z pianinem i nagle stałam się słuchaczką wielogodzinnych prób. Teraz dziękuję losowi, że nie grała na skrzypcach i że była prawdziwej dobroci, bo unikała gam i ćwiczyła naprawdę ładne (i łatwe) utwory. Z czasem zaczęłam je rozróżniać i prosić o "to z dzwoneczkami" - czyli któryś nokturn Chopina, aż w końcu z własnej nieprzymuszonej woli poprosiłam o pożyczenie płyty - wybrała mi koncert fortepianowy B-moll Czajkowskiego co jest naprawdę dobrym początkiem. Powoli, powoli, stałam się melomanem, aczkolwiek dalej głuchym - z pojęć muzycznych przyswoiłam sobie tylko głośno-cicho oraz wolno-szybko, cała banda ćwierćnut, tonacji, szesnastek i ósemek pozostaje czarną magią, co mi zupełnie nie przeszkadza radować się słuchaniem i uważać, że jeżeli cokolwiek oddaje w pełni piękno świata, jego tajemnice, uniesienia, radość, rozpacz i duchowość, to jest to właśnie muzyka (a zaraz potem literatura, gdzieś w dali matematyka z  fizyką). 

Tak przygotowana starannie w dalekiej przeszłości, kupiłam niedawno i prawie natychmiast przeczytałam "Muzykę i cierpienie" Antona Neumayra. Autor z wykształcenia jest lekarzem i pianistą, od lat zajmuje się popularyzowaniem biografii wielkich kompozytorów, zgłębia ich życie, twórczość i choroby. Książka omawia pięciu zmarłych przedwcześnie muzycznych tytanów - Mozarta, Beethovena, Brahmsa, Chopina i Czajkowskiego. W każdej części krótki, ale skondensowany, barwny i żywo opowiedziany życiorys, symptomy choroby i diagnoza. Napisane to stylem konkretnym, rzeczowym i przystępnym, tak więc nawet taki laik, jak ja jest w stanie zrozumieć, skąd się wzięła opuchlizna, a skąd osłabienie. (Swoją drogą, nasze ciało też mnie zadziwia swoją złożonością i mrocznością i czasem trochę żałuję, że nasze istnienie nie wyraziło się bardziej duchowo, a jednak mniej cieleśnie). W każdym razie, kluczowe jest tu to, że do tych nad wyraz szczegółowych oględzin przystępujemy w towarzystwie lekarza, wiec czujemy się mniej niestosownie niż byśmy byli zwykłymi gapiami żadnymi sensacji. Jeżeli nawet pewne zażenowanie w nas jest, to zdecydowanie silniej odczuwa się żal, że antybiotyków albo szczepionki przeciw gruźlicy nie wynaleziono te dwieście lat wcześniej.
Diagnoza jest szeroko omówiona, Neumayr przytacza szereg argumentów - czasem wydawało mi się, że ten sam fakt raz przytacza jako argument za a raz jako przeciw, no ale ja nie jestem lekarzem. I w sumie nie to było dla mnie najważniejsze. Najważniejsza była dla mnie możliwość przebywania przez jakiś czas z tymi, którzy całe życie, w zdrowiu i w chorobie gnani byli przymusem spisywania muzyki, która "tkwiła im w głowie i nie dawała spokoju". I dlatego cieszę się, że przeczytałam r\tę książkę. I że mogłam sobie w internecie puścić te utwory, które tam zostały wspomniane.  

Mnie spokoju nie daje koc (dzisiaj czytamy i dziergamy z Maknetą), więc został zesłany na karny taboret, tymczasem wyciągnęłam sweterek w ażury, który siedział zamknięty w robótkowej torbie. Zamknięty został nie bez powodu, otóż mianowicie, kiedy wyprodukowałam na koniec dołu ściągacz francuski, sweter ujawnił swoją rogatą naturę, zawinął się całym ściągaczem do góry i tak pozostał niewzruszony wobec licznych prób odwinięcia. Po dwóch tygodniach zebrałam się na odwagę, wyciągnęłam go z torby, postanowiłam, że nie mogę przegrać z prostym swetrem (nawet jeśli ma ażurek - bardzo ładny zresztą w przymiarkach). Postanowienia się trzymam, robię rękaw dla niepoznaki, a tak naprawdę obmyślam strategię walki z dołem.  

Wiosna już na dobre w zieleni i nawet w pierwszych kwiatkach i forsycjach, Muzykę zakładałam więc bardzo wiosenną zakładką:


Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)

środa, 29 marca 2017

Zdrowo w lesie

Jakie to wszystko mądre - mówiła moja babcia, która uwielbiała obserwować przyrodę na żywo i w telewizji, a potem zadziwiała się nad nią filozoficznie.
Właśnie tak mądra jest przyroda w "Sekretnym życiu drzew" Petera Wohllebena.


Tak, zupełnie dla siebie niespodziewanie i niezamierzenie wyszłam z niszy czytelniczej - czytam bestseller. Bestseller został napisany przez niemieckiego leśnika, który drzewa pokochał nietypowo, bo z pomocą turystów. Zadziwiony ich zachwytami, (tu trzeba dodać, że turysta na ogół zachwyca się krzywym i malowniczym, w przeciwieństwie do leśnika, która zachwyca się prostym i dochodowym), rzucił na swoje rewiry świeże spojrzenie, dostrzegł w nich życie, sekrety, piękno, siłę, determinację, przebiegłość, cierpliwość, chwycił za pióro i wszystko opisał. Już za to można mu wybaczyć, że napisał bestseller, bo pewnie się nie spodziewał. Bestseller jest niebanalny, emocjonalny, bezpośredni i wciągający pomimo braku fabuły.

Okazuje się, że drzewa doskonale sobie radzą bez fabuły. Mają moc. Walczą ze słońcem i o słońce. Walczą z wichurami, z deszczami i suszami. Walczą z grzybami, sarnami i dzięciołami. Cierpią w miastach. Ustalają pory roku bez kalendarza, produkują swoje własne nawozy, trują własnych wrogów i dokarmiają własnych przyjaciół. Dezynfekują otoczenie, wytwarzają chmury, regulują temperaturę, komunikują się chemicznie i dokarmiają poprzez korzenie. Mają swój rytm liczony w setkach lat. Rodzą miliony, miliony nasionek po to, żeby znikoma ich część przezwyciężyła tarapaty i kontynuowała las.

Nie będzie to odkrywcze, ale muszę powiedzieć, że "Sekretne życie drzew" zmienia. Poszerza wiedzę, ale nie to jest najważniejsze. Bo jeżeli nawet z czasem zapomnimy ile liści ma drzewo liściaste i ile w tych liściach żyje stworzonek, jeśli pomyli nam się mech z hubą a dzięcioł z sarną, to nic nie szkodzi. I tak od tej pory będziemy patrzeć na drzewa inaczej. Wdzięcznie i czule pomyślimy nad jego dzielnością i siłą - jakie to wszystko mądre.
Czasem nawet mądrzejsze od nas. 

Tymczasem garniec z marcem dobiega końca, ostatnia marcowa środa z Maknetą - czytamy i dziergamy. Dziergam koc, ale mam niejasne wrażenie, że o tym chyba już wspominałam. Trzy chude motki na zdjęciu powyżej nie są ostatnimi motkami, zatem do drugiego brzegu jeszcze trochę. Ale jestem jak młody buczek - nie spieszę się. Poza niespieszeniem, odżywiam się niezdrowo własnoręcznie upieczonymi i nieudekorowanymi ciasteczkami:


  odżywiam się zdrowo zakupionymi własnoręcznie warzywami:


fotografuję się w dawno udzierganym sweterku (w odróżnienia od koca ma oba brzegi i jest skończony):


 Sweter na bazie Rosiny, zamiast liści jest ażurek i ma trochę węższy kołnierz. Robiłam z Bomull-Lin (bawełna i len), drutami nr 5, waży 572g.

A najlepiej na pocieszenie i bez pośpiechu jest kupić sobie książkę. I Książkę.


Minimalizm książkowy całkiem w lesie, koc w lesie, ale nawet trudno mieć o to pretencje, bo wiadomo, że w lesie jest fajnie. I zdrowo.
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze (speszyłam się), dobrego dnia! :)

środa, 22 marca 2017

O demonach, kocach i Babilonach

"I chociaż góry te były wysokie i porośnięte straszliwymi krzewami, poszedłem naprzód"

I ja poszłam naprzód jako ten dzielny król babiloński. W "Życie codzienne Babilonu i Asyrii" Georgesa Contenau. I oczywiście w koc (bo dziś środa, czytamy i dziergamy z Maknetą).
Historia ma to do siebie, że z czasem wpada wszystko do niej niczym do głębokiego szybu, prasuje się tam, spłaszcza i tylko czasem jakiś król błyśnie koroną, jakaś wojna stuleciem, granice się ustalą i znowu zmienią, daty przeminą w pędzie. Dlatego tak lubię książki z dawnym życiem codziennym, bo w nich wieśniak ma czas iść na pole i na podwórko, wyhodować ptaka, co znosi jedno jajko dziennie i zawieźć go do Egiptu, ma czas pomalować ściany czerwoną farbą (od uroku a zwłaszcza od karaluchów), ozdobić dywan frędzlami, ma czas usiąść przy stole i z przyjaciółmi zjeść rybę, szarańczę albo kawał sera, ma czas się uczesać i ogolić oraz popatrzeć na księżyc (jak go widać akurat).

"Życie codzienne Babilonu i Asyrii" napisał Francuz, Francuzi, jak ogólnie wiadomo, nawet jeśli piszą o rosyjskim kawiorze, to zawsze na ogół piszą o Francji. Byłam więc na to przygotowana nawet w starożytnym Babilonie, ale i tak mnie zaskoczył wieśniak francuski na samym początku i Giełda paryska nieco później. W sumie autor był dzielny i skromny, zdecydowanie więcej jest tu Asyrii i Babilonu. Wstępnie Contenau zakreślił ramy czasowe, których dalej praktycznie wcale się nie trzymał, czasem stosował określeń "dawno i bardzo dawno temu", ale nie przeszkadzało mi to za bardzo, zwłaszcza jeżeli wzięłam pod uwagę bałagan,jaki mieli w chronologii sami Babilończycy i Asyryjczycy. Przecież i tak najważniejsze jest to, że palma miała bardzo wiele pożytków, król jako atrybut miał berło, broń i oganiaczkę od much, liczbą doskonałą było sześćdziesiąt, prawdziwego imienia nie należało zdradzać, żeby ktoś nie rzucił uroku, a na grobie należało napisać modlitwę w postaci zagadki albo krzyżówki, bo tylko wtedy przechodzień ją przeczytał z ciekawości i wprawił w moc i w czyn.

Nie wiem, czy byśmy teraz dogadali się z takim Babilończykiem, sprawia wrażenie dosyć obcego i zasklepionego w swoim świecie, obdzierał jeńców ze skóry i otaczał się straszną ilością demonów, ale zadziwia mnie i wzrusza fakt, że do dzisiaj wiążemy (w chwilach słabości) czerwone wstążeczki od uroku, godzinę dzielimy na sześćdziesiąt minut i w dalszym ciągu meteorologia ma trochę z magii i wróżbiarstwa. No i to on miał pierwszą bibliotekę z listami, bajkami i potopem. Na każdego, kto wyniósł z niej książkę, spadała bardzo nieprzyjemna klątwa.
Koc. Koc na początku dzierga się niezwykle żwawo i entuzjastycznie. Nie waży dużo i przybywa szybko. Potem długie tygodnie tkwi się niezmiennie w połowie. Aż wreszcie trzeba posadzić go na osobnym krzesełku. Nie nadaje się na robótkę podróżną. Nie wydaje się, żeby kiedyś się skończył. No ale przecież każdy koc ma dwa końce, więc i ten chyba też. Będzie miał i będzie lepszy niż najlepsze czyste masło. Idę więc naprzód. Gdzieniegdzie szare kotki w zielonych listkach i same listki bez kotków. Wiosna też idzie, nieunikniona.

Asyrię z Babilonem zakładałam idealną zakładką - w dalekim tle gotuje się obiad, w pierwszym planie siedzę przy stole, czytam o Asyrii i macham beztrosko nogami. W Asyrii Isztar ma złote lwy na granatowych frontonach świątyni.


Dziękuję bardzo za przemiłe komentarze i odwiedziny, dobrego dnia! :)

środa, 8 marca 2017

Przedwiosenne sentymenty

Wszystko się jakby zatrzymało i zwolniło. Koc w połowie (cały czas ma tylko dwa frędzle), wiosna w uwerturze (zielone prawie pączki na badylach, kotki i morze błota), sweterek za pasem, starożytny Babilon z Asyrią na sto dwudziestej stronie, a ja na przystanku, tuż obok kiosku Ruchu. Kiosk był zatrzymany z natury i za szybą miał "Przekrój".


 Kupiłam z sentymentu, bo dziś już praktycznie nie czytam gazet. Przekrój był w naszej rodzinie od początku, a nawet jeszcze wcześniej i chociaż pojawiał się zimą, jesienią czy wiosną, i chociaż były w nim Filutki, Kamyczki, Hemingway w grubym swetrze i kobiety w eleganckich szpilkach, to najbardziej kojarzy mi się z pewną słoneczną niedzielą, syrenką na pustej ulicy, filiżanką po kawie z fantazyjnie odłożoną łyżeczką i stroną z krzyżówką. No i moją mamą w białym kołnierzyku.


 Po prawej fragment okna do mojego pokoju, w którym byłam bardzo małą dziewczynką. Pokój miał żółte ściany w kolorowe kółka i półkę z książkami. Przy tym oknie czytałam wciąż i wciąż Kubusia Puchatka, doktora Dolittle jego papugą i prosięciem, Sierotkę Marysię z garem pełnym krupniku, Akademię pana Kleksa z łazienką sokiem malinowym płynącą. Wciąż i wciąż patrzyłam, jak dzieci wsadzają złą Babę Jagą do pieca, a łabędź przepływa płynnym ruchem lśniące leśne jezioro. Wciąż i wciąż, bo to właśnie jest przywilejem dzieciństwa, że czasu jest całe morza i oceany i można czytać tyle razy ile razy potrzeba, a wiadomo, że Kubusia Puchatka trzeba czytać wiele, wiele razy. Albo i więcej.

Przekroju niczym nie zakładałam, za to w sieci znalazłam zdjęcia moich starych książeczek, tak, tak, te dwa krasnale tańczyły w lewo i w prawo:


źródło: Podróż przez życie

Jadłam jabłka, powidła śliwkowe prosto ze słoika, landrynki z blaszanego pudełka. Dobrze czasem, niezbyt często, zatrzymać się na chwilę i spojrzeć trochę wstecz.

"A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.

Wejść tam nie można."
Nadzieja, Czesław Miłosz

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrej środy (z Maknetą)!

czwartek, 2 marca 2017

Zapominanie z jedwabiem w tle

"Nigdy nie czytam książki, o której mam napisać. Tak łatwo się zasugerować."
Oskar Wilde
"Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?" Pierre Bayard

 
Ja przeczytałam. I to z trzech powodów - po pierwsze, nie jestem Oskarem Wildem. Po drugie, jest dziś środa (a właściwie czwartek), więc ogólnie dziergamy i czytamy z Maknetą. I po trzecie, nie przeczytałam tej książki, żeby o niej napisać, ale piszę o niej, ponieważ ją przeczytałam. 

Podobała mi się. Podobała mi się mimo iż autor jest okropnie bluźnierczy i przewrotny, stawia straszne tezy, a najgorsze w tym jest to, że ma rację i opiera się na faktach z życia wziętych (trochę też z literatury, ale tak prawdziwych, jakby z życia były). Fakty przy tym są bardzo przepiękne i bardzo błyskotliwie omówione. Jest na przykład przytoczony Michał z Montaigne, i Człowiek bez właściwości, i Hamlet, i Stracone złudzenia, i Dzień Świstaka (który to film obejrzałam zresztą natychmiast po skończeniu książki, tak jest pięknie opisany). Dużo też jest o zapominaniu i wtedy zwłaszcza jest o Michale z Montaigne.

"Wraz z Montaigne'em zadamy sobie pytanie, czy jeśli przeczytaliśmy książkę i zapomnieliśmy, a nawet zapomnieliśmy, że ją kiedykolwiek czytaliśmy, nadal możemy powiedzieć, że ją czytaliśmy.(...)
Już w trakcie lektury zaczynamy zapominać to, co przeczytaliśmy przed chwilą. Proces ten trwa nieprzerwanie aż do chwili, w której okazuje się, że wszystko wygląda tak, jakbyśmy danej książki nigdy nie czytali; stajemy się na nowo nie-czytelnikami, a przecież mogliśmy nimi pozostać od początku, gdybyśmy tylko działali bardziej świadomie."

"Czytanie jest przede wszystkim nie-czytaniem. Nawet gdy prawdziwy czytelnik, czyli taki, który czytaniu poświęca całe swoje życie, bierze do ręki książkę i otwiera ją, gestem tym maskuje zawsze gest przeciwny - równoczesny, w związku z czym umykający naszej uwadze. Ten gest odwrotny, mimowolny, to gest pominięcia i zamknięcia wszystkich innych książek, które przy innym ułożeniu losów świata mogłyby znaleźć się na miejscu tej szczęśliwie wybranej."


Trudno nawet powiedzieć, czy te konkluzje to żart, czy nie. I czy nie lepiej czasem być bibliotekarzem Musila (który z miłości do książek ich nie czytał, za to wszystko o nich wiedział ogólnie). W sumie to i tak nie ma dla mnie znaczenia. Jestem czytelnikiem z wyboru i z nałogu, będę czytać, choćbym miała wszystkie zapominać łącznie z tytułem. One i tak przeze mną przepłyną i osadzą swoje najbardziej żyzne cząsteczki.
""Nie tylko bowiem mieścimy w sobie te wewnętrzne biblioteki, lecz także jesteśmy nimi - jesteśmy tymi wszystkimi nagromadzonymi w nich książkami, które nas stopniowo stwarzały. Nie możemy się od nich bezboleśnie oddzielić."
Wszystkie cytaty z "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?" Pierre'a Bayarda.

Książkę zakładałam oczywiście stosikiem książkowym, nie-czytaniu wbrew: 


W wolnych od czytania chwilach dziergam sweterek z jedwabiu (nie wygląda, może dlatego, że ma też merino):


Włóczka Kimono, druty numer 3, co jest miłą odmianą po  numerze 10 w kocu (koc się też dzierga w tle).

Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

środa, 22 lutego 2017

Sekretne i niemoralne


Wieje wiatr, śniegi topnieją w połyskliwe kałuże, koniec karnawału zbliża się razem z zapachem smażonych na jutro pączków, tymczasem środa z Maknetą, więc długie (no, powiedzmy, że długie) godziny po ciężkiej pracy urozmaicam sobie posypywaniem chrustów cukrem pudrem, robótkami ręcznymi i czytaniem książek, prawie zupełnie jak młode kobiety w czasach wiktoriańskich. Różnica jest taka, że ich robótki były bardziej przymusowe niż moje, a moja młodość jakby trochę bardziej miniona.
Ale rzecz nie jest ani o młodości, ani o robótkach, ale o Dickensie, a właściwie o jego sekretnej kochance i ma tytuł "Sekretna kochanka Dickensa", autorką jest Claire Tomalin. Na okładce jest Dickens w pierwszym planie i sekretna kochanka w tle.

Historia pewnie jakich wiele, wyróżnia ją to, że zdarzyła się w czasach, które stały się symbolem o ile nie moralności, to na pewno pruderyjnego zakłamania i dotyczyła mężczyzny, który był moralnym punktem odniesienia i kobiety, która była zawodową aktorką, czyli z obyczajowych nizin o ile nie gorzej.
Zrozumiałe więc, że wiele osób dokładało wielu starań, aby rzeczony romans (który w zasadzie był raczej na pewno) ukryć, listy spalić, powstające tu i ówdzie plotki zdementować. Tym większy podziw należy się autorce, która z ogromną determinacją pozbierała szczątki dowodów i umieściła w dosyć grubej książce.
Bo choćby nie wiem jak bardzo wielcy krytycy literaccy, a tym bardziej sami pisarze próbowali nas odwieść od badania życia autorów, to jednak życie to interesuje wielu, a czytanie książek przez pryzmat rzeczywistych przygód autora jest nadzwyczaj ciekawe.

W niniejszej biografii Dickens nie wypadł zbyt korzystnie poza tym, że był wręcz wielbiony przez swoich rodaków i dwa razy odmówił zaproszeniu królowej Wiktorii, twierdząc że jest zajęty. Tytułowa Nelly początkowo jawi się jako nieco bezbarwne młode dziewczątko, potem nabiera barw i wigoru.
Ogólnie bardzo sympatyczna lektura, można się zamyślić nad zmienną koleją rzeczy i obyczajów.


i tylko faworki pozostają niezmiennie słodkie, a róże ozdobne.
Na drutach koc, do czego już zdążyłam się przyzwyczaić i pogodzić. Jeszcze pewnie trochę na nich pobędzie, więc dla przełamania szarej hegemonii skończyłam czapkę bordo z włóczki Fabel, której wyszło strasznie dużo, nawet jeśli uwzględni się wielki pompon. Poniżej ustrojona w 300 gramów czapki, Bubulina. Jak zwykle w dobrym nastroju:


Za to na froncie stosikowym bez zmian, a nawet lekkie pogorszenie - stosik pnie się do góry zamiast kulturalnie zanikać:


Na froncie zakładkowym mało sekretne, ale niemniej urodziwe, niemieckie fasady:


Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia i całej sterty polukrowanych pączków! :)

środa, 15 lutego 2017

Elf versus kwark

"Czy kwarki się je? Czy możesz nimi przykryć swoje łóżko, kiedy nadchodzą chłody?"
Rozplatanie tęczy, Richard Dawkins


O Dawkinsie słyszałam już dawno, ale nie przejawiałam chęci zgłębiania jego książek, ponieważ nie lubię osób, które wiedzą wszystko najlepiej na świecie, kiedy jednak "Rozplatanie tęczy" pojawiło się w zasięgu rąk, postanowiłam zaryzykować, pożyczyć, przeczytać i zweryfikować moje uprzedzenia. Pożyczyłam więc, przeczytałam i zweryfikowałam - uprzedzenia okazały się nad wyraz słuszne.
Przez pół książki autor "Rozplatania" lamentuje jak to niecni, głupi i złośliwi ludzie na całym świecie wyśmiewają i nie poważają naukowców. Przez drugie pół ubolewa nad niecnymi, głupimi i złośliwymi ludźmi, którzy nie podzielają jego poglądów i podziwiają tęczę samą w sobie, a nie zasady rozszczepiania światła. Nie może się nadziwić Yeatsowi, że sfrustrowany pisał o elfach i pogańskich marzeniach zaledwie o godzinę drogi od największego wówczas teleskopu. Nie może się nadziwić wszystkim dokoła, że patrząc na koc widzą koc, a nie kwarki. I że są takimi ignorantami.

No cóż, może jestem ignorantką, ale kiedy w kinie oglądam Brada Pitta, staram się nie myśleć, że jest w nim 75 kilometrów żył (czy czegoś podobnego), zawsze przykrywam się kocem i naprawdę mało mnie porywa fakt, że kręcą się w nim miliardy kwarków. I chociaż szanuję naukowców, podziwiam fale grawitacji i równania Maxwella, to jestem z gatunku tych osób, które prędzej pocieszą się elfem niż odległą galaktyką, spalającą się gdzieś dawno dawno temu w ciemnościach i chłodzie.
Czytając, tak bardzo zmęczyłam się arogancją autora, że ledwie zauważyłam kilka niewątpliwie ciekawych rzeczy, jak jelito termita, bakterie na lewym czułku mrówki albo trójwymiarowe obrazy, które mózg tworzy nam w głowie (przeważnie z przyzwyczajenia) i kilka rzeczy ewidentnie nudnych, jak chociażby obliczanie współczynnika płetwowości za pomocą komputera. Za karę rozpoczęłam post cytatem, który tak naprawdę jest wypowiedzią pewnego naukowego sceptyka, cytowanego przez zbulwersowanego autora tęczy.

Wracając do koca, bo to dzisiaj środa - czytamy ale też dziergamy z Maknetą - dziergam dalej i udziergałam pewnie tryliony kwarków (czyli ponad połowę). Koc jest robótką o tyle wdzięcznego gatunku, że pełni swoją funkcję nawet wtedy, kiedy nie jest skończony (albo nawet skończony połowicznie, jak w moim przypadku) - ponieważ umiejętnie rozpostarty grzeje przemarznięte od zimy kolana. Zrobiłam mu dwa frędzle, żeby już teraz dodawały mu urody.
W nieskończoności oczek prawych oddaję się rozmyślaniom różnym, a także refleksjom ogólnym. Jedna refleksja jest taka, że kiedy idę do pracy, jest już dawno po wschodzie słońca:


i że jak jest mróz, to wszystko jest zamrożone:


 Poza tym sfotografowałam się w puchatym sweterku:




Sweterek jest bardzo, bardzo milutki, wcale nie gryzie, ma równe rękawy (co nie zawsze jest takie oczywiste) i dłuższy tył metodą rzędów skróconych (mój pierwszy raz).

Zakładałam książkę zakładką z królikiem Piotrusiem,

 
któremu w śliczności i dobremu samopoczuciu wcale nie przeszkadza ani fakt, że nie istnieje, ani fakt, że istnieje pan Dawkins, tęcza oraz pryzmat.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

środa, 8 lutego 2017

Czas zupy i czas koca

- Zdążysz przed końcem zimy?
- Nie wiem.

Zima wydaje się niekończąca ze swoim śniegiem i lodem i minusami w temperaturze, ale koc, bo robię na drutach koc, również wydaje się być nieustający. Najlepszy do takiego koca byłby Proust, którego Poszukiwanie trwa i trwa przez siedem grubych tomów drobną czcionką, ale takie trio - zima i koc i Proust - mają z pewnością moc zatrzymywania czasu, a że trochę głupio zatrzymać czas w zimie i ciemności, więc żeby mieć choćby minimalne złudzenie mijania długich ciemnych nocy i szybkiego marszu ku wiośnie i słońcu, najlepiej czytać coś à la. Jeszcze lepiej jeżeli à la jest w ilości czternastu sztuk i nadaje się do jedzenia.



Jeżeli więc mamy dużo wolnego czasu, ale w lwiej części przeznaczyliśmy go na dzierganie koca i chwilowo nie starcza nam na Prousta, Homera czy nawet na Kafkę (o ile nie chcemy czytać w pracy, a tego nie chcemy, to znaczy może nawet chcielibyśmy, ale nie bardzo wypada), najlepiej sięgnąć po "Zupę Franza Kafki" Marka Cricka, a on nam szybko i przyjemnie  przypomni te frazy, ten rytm, ten klimat i te okoliczności przyrody. I doda humoru, bo bez humoru nie ma dobrego pastiszu, a pastisze Cricka są bardzo dobre i niech nas nie zwiedzie fakt, że okładkowa zupa jest z puszki. Tak naprawdę jest z pasty miso, tofu, czterech pieczarek i kilku listków suszonych alg. 
Nie dosyć bowiem, że mamy tu pastisz, to jeszcze w formie przepisu kulinarnego jako bonus.

Jak się okazuje przepisowi nie przeszkadza mocne światło, upał, liczne owady i różne fizjologiczne czynności (Marquez Garcia oczywiście), dygotanie, tortury i upadki (markiz de Sade), dysputy z sąsiadką, przechadzki czy deliberowanie o wyższości herbaty nad kawą (Jane Austen), ani nawet łyskacz i papieros z karaluchem (Raymond Chandler).
Oczywiście znajomość przedrzeźnianych autorów podnosi w nas poziom rozbawienia i wzmaga chichoty, ale nie jest konieczna - i tak po przeczytaniu całej tej historii literatury, czujemy się tak, jakbyśmy ich znali.

"Wszechwładny Agamemnon zjawia się nareszcie,
Kroi obie cebule. Łzami zaszły oczy,
Płyną wnet jak ten strumień co ze skał się toczy.
Rozsierdził się król wielce - co i nie dziwota;
Wszak nie przystoi królom tak nędzna robota.
Achilles usiekł czosnek; i w kociołku czystym
Prażył go wraz z cebulą na kolor złocisty.
Dodał też pomidory, liść lauru, jarzyny,
Przecier; na małym ogniu grzał go ćwierć godziny."
Zupa Franza Kafki, Mark Crick

I tak mogłabym aż do końca, ale nie chcę, żeby mnie świt zastał, więc tylko zerkam na obrazek (obrazki w Zupie też są ładne):


Pstrykam zdjęcie płatkom śniegu na wystającym spod kurtki sweterku (uwielbiam widok tej konfrontacji wełny z zimą, szkoda tylko, że ta nadzwyczaj ciepła włochatość jest tak gryząca):



I rzucam okiem na pracowicie szyty patchwork, który może nie jest idealnie równy, ale jestem dumna, że tak praktycznie wykorzystałam górę przeznaczonych na śmietnik dżinsów:



Narzuta w miarę powiększania wymusza doskonalenie technik szycia i cięcia - okazuje się, że krzywe w małym jest mało widoczne, natomiast w dużym krzywe jest bardzo, bardzo, bardzo krzywe. No ale może dam radę do końca tapczanu.

I to w wszystko w środę, w czas czytania i dziergania z Maknetą, czas zupy i czas koca. Idę zajrzeć co u was.
Dziękuję za odwiedziny i za przemiłe komentarze, dobrego dnia!

środa, 1 lutego 2017

Równoległy dysk i koc

"Mieszkałem kiedyś niedaleko głazu-ostańca, który przy pełni księżyca i w noc przesilenia tańczył po polu, przypadkiem pozostawiając niestrzeżony garniec złotych monet. W teorii garniec ten był dostępny dla każdego, kto ośmieli się go porwać i potrafi z nim biec szybciej niż głaz. Oglądałem ten głaz za dnia, ale z jakiegoś powodu nigdy nie znalazłem czasu, by wybrać się na krótką nocną wycieczkę i sprawdzić jego taneczne umiejętności. Teraz zdaję sobie sprawę, że to ze strachu - bałem się, że jak wiele spotkanych wcześniej głazów  nie zechce zatańczyć. Jakaś część mnie pragnęła, by mimo specjalistów od planowania, dyrektyw unijnych i policjantów, głaz mógł nocą tańczyć. I gdzieś tam, podejrzewam, ukrywa się instynkt folkloru. Powinno istnieć takie miejsce, gdzie głazy tańczą."
Folklor świata Dysku, Terry Pratchet i Jaqueline Simpson


I dla wszystkich o podobnych potrzebach, Terry Pratchet stworzył właśnie takie miejsce, w którym nic nie trzeba sprawdzać, ponieważ wiadomo, że głazy tańczą, sm
oki są w dwóch udokumentowanych gatunkach, a bagaż... No, akurat Bagaż jest prawdziwy nawet w naszej ziemskiej rzeczywistości, może tylko jest mniej przywiązany do właściciela i nie aż tak nieśmiertelnie niebezpieczny.
Właściwie nie jestem miłośniczką fantasy, lubię kiedy głazy tańczą w naszym swojskim folklorze, kiedy konik Garbusek mieszka pod prawdziwą lipą, Tytania jest z Szekspira, a Aleksander Wielki jest z Macedonii. O ile jednak w przypadku przeciętnego autora nie jest trudno unikać jego dzieł, o tyle w przypadku Pratcheta jest to praktycznie niemożliwe, ponieważ w jakiejkolwiek czytelniczej grupce, w jakiej mamy szczęście się obracać, ma swoich licznych wielbicieli, którzy w dodatku aktywnie i z pasją szerzą słowa swojego Mistrza w jego dziełach. Jeżeli nie masz książki, pożyczą. Jeżeli nie pożyczasz, dadzą w prezencie. I nigdy, nigdy  nie jest to wina słów, ze nie wpadasz w zachwyt. Zawsze to jest twoja wina, albo wina kolejności czytania. Musisz więc spróbować kolejne i kolejne. Mam na koncie pięć przeczytanych. Albo sześć. Co mogę powiedzieć? Terry potrafił pisać. Mieści się w tym i styl, i poczucie humoru, i spostrzegawczość i ogromna wiedza. Kochał też opowieści, nasze opowieści ziemskie, więc za to wszystko nawet mogę mu wybaczyć, że je przebrał w różne spiczaste kapelusze, zapakował ozdobnie i wysłał na świat Dysku, który stoi na żółwiu, który na słoniach, które na słoniach i tak do samego dna, albo odwrotnie. Generalnie można stwierdzić, ze wszystkie jego książki są komentarzem do całego nasze go świata łącznie z bankami, pocztą i piątym kontynentem.

W "Folklorze świata Dysku" wszystkie spiczaste kapelusze zostały zdjęte, ozdoby odpakowane i na świat boży wychynęła nasza rzeczywistość ludowa, mitologiczna, religijna i kulturowa. Nic dziwnego więc, że sama wyraziłam chęć jej przeczytania i nic dziwnego, że współautorką jest czołowa badaczka folkloru, która poznała Pratcheta w kolejce po autograf, co zresztą było świetnie opisane w drugim wstępie. Oba wstępy są zresztą świetne, a i sama książka też. Nie polecam jej jednak na pierwsze spotkanie. Lepiej najpierw przeczytać kilka właściwych, w tym celu należy zastanowić się, co nas interesuje, obejrzeć się w prawo lub w lewo i poprosić miłośnika Pratcheta (na pewno tam jest) o tytuł dobry na początek. Chyba że chcemy o owcach, o owcach jest chyba w każdej, bo owce są ważne.
Co mi przypomina o dzierganiu i o środzie z Maknetą.
W tamtym tygodniu miałam plan na czapkę, ale w noc ciemną stanęły mi przed oczami wszystkie moje zapasy poutykane po szafach, wprowadziły zamęt i nie pozwoliły usnąć, aż nie wymyśliłam robótki równoległej, łatwej i bardzo włóczkożernej. Robótkę wymyśliłam, skorym świtem rzuciłam się ją wprowadzić na druty nr 10 i tym samym w głowie mam spokój i zen. Robię koc. Z frędzlami, ale frędzle to daleka przyszłość. Oczywiście koc nie zlikwiduje wszystkich moich zapasów, ale jakieś dwie reklamówki. Dobre i to. Co prawda po dziesięciu centymetrach okazało się, że szarej wełny mi nie wystarczy. I mam do wyboru - albo dokupić i trzymać się jednokolorowego dizajnu, co ma okiełznać (choć trochę) lekko pstrokaty wystrój mojego mieszkania, albo dołączyć inne kolory i pogodzić się z pstrokatym. Na szczęście mogę pomyśleć o tym jutro, bo koc robi się długo, mimo drutów numer 10.
Z tego myślenia wpadłam w sieci na bardzo eleganckie łączenie włóczek (zwierzęcych) przez filcowanie. Robi się to minimalnie dłużej niż supełek, a odpada zupełnie chowanie nitek - jestem zachwycona tym sposobem. Najpierw się nawleka jeden koniec na igłę i przewleka przez drugi koniec, potem się wyciąga igłę, filcuje nitkę zwilżonymi palcami i praktycznie nic nie widać, bo koniuszki można obciąć.





Książkę zakładam jedynie słuszną zakładką - w folkowe ptaszki.

 
 Do pracy chodzę ślicznie zimową drogą, co właściwie nie ma związku ani z czytanie ani z dzierganiem:


No ale nie zawsze wszystko musi mieć związek ze wszystkim. Nieraz nie ma.

Dziękuję bardzo za przemiłe komentarze i odwiedziny, dobrego dnia! :)