sobota, 11 kwietnia 2020

Chusta izolowana

"Przypuśćmy, że mam na sobie suche ubranie. Przypuśćmy, że mam całe, mocne buty, długi, ciepły płaszcz, wełniane pończochy i nowiutki parasol. I przypuśćmy... przypuśćmy, że w pobliżu piekarni, w której sprzedają gorące bułeczki, znajdę sześć pensów - które do nikogo nie należą... Wchodzę do sklepu, kupuję sześć najgorętszych bułeczek i zjadam je wszystkie na poczekaniu."
Mała księżniczka, Frances Hodgson Burnett


Przypuśćmy więc, że jest wiosna, są święta, siedzimy w izolacji, trochę nam smutno i bardzo musimy się pocieszyć, podchodzimy do półki i sięgamy po książkę - najlepiej działa półka z książkami dla dzieci.



Stary, znany schemat, ale to nic nie szkodzi. Na początku palą się gazowe latarnie, jest pięknie, ciepło, bogato i w koronkach. Potem następuje katastrofa, wiadomo, trzeba wytężyć siły wyobraźni, trzeba utrzymać hart ducha i dzielność. I wtedy następuje przełom w postaci hinduskiego służącego i jego małpki.
Lubiłam Małą księżniczkę dawniej, lubię i teraz, lubię ten nieco staromodny język, z urokliwymi zawijasami jak angielskie pismo, lubię te zdania złożone, staranne. I lubię ilustracje - lekkie, jakby pospieszne, ale pełne ślicznych szczegółów. Lubię falbanki, kokardy i loki, ale lubię też okruszki dla szczurzej rodziny i wróbelki za oknem. Jednym słowem, wszystko tu lubię.

Poza małymi pocieszeniami, dziergam na drutach niezmiennie poranne promienie, w tamtym tygodniu wydawało mi się, że już jestem na finiszu, więc w tym tygodniu chyba jestem. Chusta układa się miękko, ciepło i wełniście i trochę mi szkoda, że nie pasuje do nadchodzącego sezonu.


Trochę też czasu spędzam w home office  i trochę w kuchni piekąc wielkanocne baby i wielkanocne mazurki, ale wiem, że jak wrócę do pokoju, to zastanę taki widok:


Tak spojrzałam na fotel, na rozłożoną książkę i pomyślałam, że to jedna z przyjemniejszych perspektyw. Łatwiej wtedy być dzielnym.
I wielu takich chwil przyjemnych, spokojnych, pogodnych i zdrowych na nadchodzące Święta życzę jak najserdeczniej. :)


Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, Wesołych Świąt!

czwartek, 2 kwietnia 2020

Resztki postrzelonych czytników


"Jestem prawie pewien, że dwa tomy Dekameronu znajdowały się wśród niewielu rzeczy, które właściciel przywiózł z ojczyzny. Ciekawe, od ilu pokoleń przekazywano je w jego rodzinie, zanim wylądowały niechciane w zawilgoconym mieszkaniu w New Cumnock. Teraz jednak zaczyna się ich nowe życie u młodej kobiety, która dziś je kupiła, i kto wie, co je czeka przez kolejnych kilkaset lat?"
Pamiętnik księgarza, Shaun Bythell

Kiedy poszłam do wirtualnego Empiku, zobaczyć jak kusi nas obniżkami w czasach zarazy i kwarantanny, pierwszą okładką jaka wyświetliła się na moim monitorze była okładka z kotem, książkami i księgarzem. Trudno było się nie skusić, kupiłam (chociaż obiecywałam sobie, że nic nie będę kupować w tym bezdusznym empikowym molochu), załadowałam na swój czytnik i dopiero potem zrozumiałam, jakie popełniłam fopa. Bowiem to właśnie Shaun Bythell strzela do czytników, co można zobaczyć osobiście na Yotube.

 Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=6g2Kq8bt_PA

Nie poszłam w ślady strzelania, ponieważ z jednej strony rozumiem jego racje, to z drugiej strony myślę, że podobnie gliniarz, który utrzymywał się z lepienia glinianych tabliczek, mógłby strzelać do papirusu albo do pulpy drzewnej. Pewnych rzeczy nie da się powstrzymać, co prawda książka z papieru ma chyba jednak większe i dłuższe szanse niż gliniane tabliczki.
Ale wracając do rzeczy, czyli do pamiętnika. Są to roczne zapiski człowieka mieszkającego w Szkocji, który pewnego dnia wszedł do antykwariatu zapytać o książkę, a po lekkiej sugestii właściciela kupił cały antykwariat. W każdym zapisku jest data, liczba zamówień internetowych, liczba klientów i stan kasy. Jest też zwięzły opis minionego dnia i przeczytanych książek. Opisy są bardzo sugestywne, więc mamy wrażenie jakbyśmy razem z autorem jeździli po oblodzonych drogach oglądać wymarłe księgozbiory, czytali "Martwe dusze" w fotelu przy kominku, pakowali dziesiątki książek w pocztowe worki , przenosili tony literatury  w kartonach, szukali okładkowego Kapitana, który jest czarnym kotem, objadali się śmietnikowymi rarytasami czy zderzali z klientami. Każdy miesiąc poprzedzony jest cytatem z eseju o księgarzach Orwella. I z cytatów i z pamiętnika jasno wynika, że praca księgarza jest trudna i niewdzięczna, a klienci dziwni, męczący i mało kupujący.

Pomimo tych niedogodności, Shaun Bythell oczywiście nie zamieniłby tego zajęcia na inne, bo najzwyczajniej w świecie kocha książki i ma je nawet w słupkach przed sklepem (co też można zobaczyć w internecie). Nic dziwnego, skoro mieszka w Wigtown, mieście książek. Miasto książek polega na tym, że ma dużo antykwariatów, książkowych turystów i największy szkocki festiwal książkowy.
Dla książkowego mola jest to więc lektura idealna. Z klimatem, atmosferą, lekką dozą zgryźliwości. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to że wszystkiego było trochę mało, ale zawsze mogę sobie ten niedosyt zrekompensować filmikami na Youtube. Jest też trochę literówek, czyli łowienie łosi w pobliskiej rzeczce na przykład. Można za to przemyśleć swoją postawę jako klienta i się poprawić ewentualnie, czyli kupować dużo, nie targować się, nie zadawać głupich pytań ani nie sprawdzać ostentacyjnie cen na Amazonie (którego autor Pamiętnika nie znosi jeszcze chyba bardziej niż czytników i ma ku temu racjonalne powody).

Poza przebywaniem myślami w Wigtown, dziergałam na drutach. Udało mi się dorobić kilka słonecznych promieni w projekcie Poranne promienie


Zapisałam się też do nadążnego robienia na drutach swetra resztkowego. Robienie nadążne polega na tym, że Małgosia podaje w odcinkach przepis na sweter i można nadążać za nią z drutami.
Sweter resztkowy jest kolejnym dowodem na to, że każdy najmarniejszy kawałek najmarniejszej włóczki ma potencjał, tylko czeka na swój projekt, żeby się przydać i zabłysnąć urodą.
Ku mojemu minimalistycznemu zmartwieniu, wszystko trzeba trzymać - nie ma tu śmieci.




Poza dzierganiem piekę na pocieszenie ciasta, robię kolorowe kanapki, oglądam Netflixa,




a moje home office, chociaż nie wygląda już tak sterylnie jak w dniu jego otwarcia, cały czas ma miłe duszy akcenty.






Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, wszystkiego dobrego z okazji Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci! 

"Jest to Praktyczna Baryłeczka - mówił Puchatek. - Proszę. A na niej jest napisane: "Z serdecznym Powinszowaniem Urodzin od szczerze ci oddanego przyjaciela Puchatka". To jest właśnie napisane. A baryłeczka służy do przechowywania różnych różności. Proszę"
Kubuś Puchatek, A.A. Milne

Oby nasze różności były jak najlepsze i najzdrowsze! :)

wtorek, 24 marca 2020

Więcej myszy

"Oni tego nie chcą. WIĘCEJ MYSZY".
Walt Disney Potęga marzeń, Bob Thomas


I ja wielbiłam Myszkę Miki. Zachwycałam się Kaczorem Donaldem, który w zgrzebnych czasach PeeReLu oszałamiał kolorem i przebojowością. W zderzeniu z nim Bolek, Lolek czy Reksio, tracili na atrakcyjności i lekko szarzeli. Potem dopiero, po wielu latach, zobaczyłam naocznie, jaką krzywdę kolor wyrządził Kubusiowi, malując go na wściekle żółty i przerzucając z głębi Stumilowego Lasu na płycizny Hollywood. Jan Marcin Szancer nie potrzebował nawet wielu lat, żeby ocenzurować z Myszki polskie czasopisma przedwojenne, a Pamela Travis wsadziła Myszkę do kąta i kazała jej siedzieć, dopóki ta nie nabierze smaku.

Nie da się jednak ukryć, że Disney jest wszędzie. Disney, jego gładka kreska, radosne kolory, jego karuzele, zamki z wieżyczkami, jego myszy, jego Kubusie, filmy są wszędzie, na całym świecie, więc w wolnej chwili zadałam sobie pytanie - o co chodzi? I jak to wszystko się stało.
Tak właśnie kupiłam sobie e-book o Walcie Disneyu. Przeczytałam i zdziwiłam się. Zaraz od pierwszych stron polubiłam Walta. Bo można nie szanować go za brak intelektualnych głębi, za upraszczanie, za bezpośrednie odwoływanie się do emocji, ale kiedy się go spotkało twarzą w twarz (albo w e-book) nie sposób było go nie lubić. Są na świecie ludzie z charyzmą i Walt do nich z pewnością należał.

Dzieciństwo miał bardzo trudne. Czasy były ciężkie, ojciec surowy (gdybym była psychologiem, pokusiłabym się o tezę, że umiejętność Disneya tworzenia rzeczy, które bawią ludzi, wynikała z licznych prób podobania się własnemu ojcu), Walt pracował od najmłodszych lat - rozwoził gazety, roznosił napoje w pociągu, stróżował, był kierowcą ciężarówki w powojennej Francji. I od najmłodszych lat aż po lata dojrzałe brakowało mu pieniędzy. Brakowało mu pieniędzy przede wszystkim na realizację swoich marzeń. A właściwie jednego marzenia - bawić ludzi. Kto by pomyślał, że jest ono tak kosztowne. No ale jeśli robiło się najnowocześniejszą Królewnę Śnieżkę (swoją drogą nie przypuszczałam, że kręcono ją na kilku planach), kolorowało filmy jeszcze przed kolorową telewizją, budowało największy park rozrywki na świecie, to trudno się dziwić.
Z biografii nie dowiedziałam się, dlaczego miliony roznosicieli gazet pozostaje roznosicielami, a jeden zostaje Waltem Disneyem, ale zobaczyłam ten proces stawania się na własne oczy i to w pełni mnie usatysfakcjonowało.
Tymczasem siedzę z moimi Bubulinami w jednym pokoju, w drugim mam home office.




W ramach różnych pocieszeń i osłon przed wirusowymi wieściami, kupiłam kilka całkiem nowych e-booków, w tym jeden o plagach i zarazach, obejrzałam dwa filmiki Intensywnie Kreatywnej i robię z nią (powiedzmy, bo ja dopiero zaczynam, a ona już blokuje) chustę w porannych promieniach.
Na chustę wybrałam Alpakę, z której dawno nie robiłam, bo mnie okropnie gryzie. Ma jednak urokliwe (o ile nie przylegają do grzbietu i szyi) włoski i jednak żadna niegryząca włóczka, nie wykluczając merino, jedwabiu i bawełny, nie ma takiego uroku w robieniu, jak ta gryząca z włoskami.
Kiedy już się nią nacieszę, drugą zrobię do noszenia, gładką i bez włosków. Kiedy zaczynałam, za zamkniętym oknem była wiosna i przeszło mi przez myśl, że głupio robić na wiosnę grubą chustę wełnianą, no ale teraz jest minus pięć, co i tak nie poprawia sytuacji, bo trzeba siedzieć w domu.
Oglądam też sobie różne Netflixy z malowniczych wiosek angielskich, komedie romantyczna (najchętniej te z księgarnią w tle) i myślę sobie, jak niewiele trzeba, żeby przewrócić cały świat do góry nogami. A jeszcze niedawno moim głównym zmartwieniem był bałagan remontowy.

Kilka obrazków poremontowych, ale jeszcze przeddekoracyjnych.


Mój składzik włóczkowy:


Jak widać, nastąpiło coś, czego się w ogóle nie spodziewałam - brakło mi książek i do czasu likwidacji półek w salonie i odzyskania książek stamtąd,  wolne miejsca pozasłaniałam pudełkami ozdobnymi.


Myślę sobie o Walcie Disneyu, który zawsze był dobrej myśli, kiedy brakowało mu sto dolarów, pożyczał sto dolarów, kiedy brakowało mu pięciu milionów, robił wszystko, żeby pożyczyć pięć milionów. Przyjmował to, co przychodziło i działał adekwatnie do sytuacji.
Piekę więc ciasto marchewkowe i staram się nie martwić, bo zawsze może być gorzej. Albo lepiej, czego Wam i sobie życzę ze szczerego serca. I wierzę naprawdę. Będzie lepiej.
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)

niedziela, 8 marca 2020

Gapić się w niebo

"Leżała na wznak i gapiła się w niebo. Ostre źdźbła kłuły jej ramiona. Chciała, żeby sklepienie niebieskie spadło na nią, takie miękkie jak czyste prześcieradło, którym w soboty Kate Clancy zaściełała wysokie drewniane łóżko. Wenus już wzeszła. Po jednej stronie nieboskłonu widziała Krzyż Południa, siedem gwiazd z konstelacji Plejad. Johnny, chłopak stajenny, powiedział jej, że te gwiazdy były kiedyś siedmioma siostrami Atlasa. Lyndon czuła, że mogłaby poszybować ku błękitnej czaszy w górze. Mama ostrzegała ją, że jeśli nie będzie uważała, jej włosy zahaczą o gwiazdy. Chciała w to wierzyć, ale jej mama czasami wymyślała niestworzone historie. Lyndon nigdy nikomu się nie zwierzyła, że słyszy śpiew gwiazd. Najbardziej kochała Plejady."
To ona napisała Mary Poppins. Życie P.L. Travers; Valerie Lawson

Zaraz po pracy mogę się bezkarnie gapić w niebo. Nic nie malujemy, nie gładzimy, nie składamy mebli, nie przycinamy po nocach wykładziny. Jest dziwnie cicho, kiedy nie szurają szpachelki ani pędzle, a książki stoją w porządku na półkach. Mogłabym gapić się w niebo, ale w mieście, nawet takim małym, nieba za bardzo nie widać. Patrzę więc na pomalowane ściany i trochę czytam.
Prosto z książek o Mary Poppins trafiłam na biografię jej autorki. P.L. Travers mówiła, że życie kobiety dzieli się na trzy etapy: „nimfy, matki, matrony”. I chociaż każdy etap może mieć swoje powaby i piękna, to jednak w przypadku Pameli, najpiękniej było na początku, a potem już było coraz smutniej, dziwniej i ciemniej.

Wędrowałam z nią długo poprzez australijskie miniaturowe parki, zmyślone "grimy", gwiazdy, banki, teatry i tańce.
"Lyndon była skazana na to, by kochać, a nie być kochaną. Wiedziała, że osoby kochane mogą „siedzieć na kolanach czasu”, podczas gdy te, które kochają, muszą patrzeć, modlić się i same mielić swoje ziarno".
I potem z nią wędrowałam aż do Anglii, gdzie wykrystalizowała Mary Poppins i do Ameryki, gdzie wykrystalizowała się z P.L.Travers matrona.
"Bujany fotel „bardzo wiele dla mnie znaczy. Siedzenie w bujanym fotelu to jak siedzenie na koniu na karuzeli, nawet jako dziecko czułam, że dokądś jadę, a kiedy muzyka cichła i musiałam zsiąść, czułam ten sam żal jak wtedy, kiedy zachodziło słońce. Bujając się, mogę dotrzeć niemal wszędzie”
"Stara kobieta w bujanym fotelu... jest jak tykający zegar ziemi."

Na koniec nawet ten fotel jej nie mógł pocieszyć.
"Travers powiedziała kiedyś, że u podstawy wszystkich wesołych książek tkwi smutek. Musiała mieć na myśli swój własny. Bo życie Pameli Travers obfitowało w smutne chwile. Wiedziała, że „czara smutku jest zawsze pełna. Dla dorosłego to dzban, dla dziecka naparstek, ale zawsze jest pełen”
Valerie Lawson napisała, że "Jej [Pameli] życie okazało się znacznie bogatsze, niż przypuszczałam. Moje życie wzbogaciło się dzięki napisaniu tej książki."
No i moje chyba też. Lubiła bajki, siebie nie dała lubić.

Poza niegapieniem się w niebo i czytaniem, wreszcie znalazłam druty. I zaczęty w czerwcu sweter. Sweter jest na etapie skończonego korpusu i niezaczętych rękawów. W notatkach powinnam mieć zapisany numer drutów i rozmiar swetra. Szybko się okazało, jak nieopatrznie i niefrasobliwie nie zrobiłam żadnych notatek. Muszę więc robić na oko, co mnie tak przygnębiło, że zabrałam się do zrobienia małych ściereczek.


Przygnębiły mnie też nieco rozmiary moich włóczkowych zapasów, które zajęły całą nową szafę i jej okolicę, ale tu nie mam innego wyjścia, tylko po prostu produkować. I produkować. I produkować.
Poza tym zainteresowałam się bentowaniem, w związku z czym moje poranne wyjścia do pracy poprzedzone są godzinami krojenia i gotowania,


Gdzie się podziały dawne kanapki, aż chciałoby sie zanucić. Owinięte były w papier śniadaniowy z rolki, posmarowane były masłem i przełożone serem albo kiełbasą szynkową.
Nowe czasy, nowe mody i nowe lunchboxy. :))



Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

niedziela, 16 lutego 2020

Magia w remoncie


"I wydawało się, że ta pieśń nigdy się nie skończy i że bąk nigdy nie przestanie wirować, a krąg ludzi i konstelacji będzie się kręcił wiecznie.
Lecz nagle ptak zamilkł, a bąk wydał ostatnie muzyczne tchnienie, zwolnił i opadł na bok."
Mary Poppins na ulicy Czereśniowej,

Jakoś nigdy wcześniej nie czytałam Mary Poppins. Nie czytałam, mimo że miałam na półce jeden cieniutki tomik przez wiele lat. Niektóre książki muszą być bardzo cierpliwe. I wreszcie doczekała się. Doczekała się razem z panem Banksem, Michasiem, Janeczką, parasolką z papuzią rączką, sokiem z limonki i z Mary Poppins.
Ona się doczekała, ale ja tymczasem dorosłam. Mniej więc zwracałam na nieprawdopodobne przygody dzieci, ale myślałam o tym, że dorosną i wszystko stanie się dla nich zwyczajne, uporządkowane i nadzwyczajnie niemagiczne.

I niby nic takiego, piknik w parku, kupowanie pierniczków, malowanie na trotuarach, a przez chwilę można było dać się porwać tym dzieciącym zachwytom i uwierzyć, że bąk nie przestanie wirować.
Bo, jak mówiła Pamela Travis, każdy potrzebuje magii.
A już zwłaszcza potrzebuje w czasie remontu. Remont wiruje, wiruje dniami i tygodniami i w chwilach słabości, czyli praktycznie bez przerwy wydaje nam się, że nigdy się nie skończy. Na szczęście jednak w końcu zwolnił i zamilkł. Książki uwolniły się z dachu regału i zza wersalki, wełny wróciły z przedpokojowego wygnania, straciłam biurko, ale za to zyskałam dwa duże regały i jedną sporą szafę. Siedzę teraz w odwiniętym z folii fotelu i myślę, że wreszcie mogę wrócić do robienia na drutach, bo w straszny czas remontu udało mi się ukręcić tylko kilka pomponów do dziecięcego kocyka.
Tak, trzeba wrócić do normalności, która w sumie, gdy na nią spojrzeć inaczej, też przecież jest w pewnym sensie magiczna.



I moje dwie biblioteczki - jedna w etui koloru fuksji i druga tradycyjna. Kiedy nosiłam stosy książek i układałam na półkach, pomyślałam, że wolę czytnik. Kiedy jednak mój kręgosłup się zregenerował, pomyślałam, że lubię obie. :))

Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :))

niedziela, 19 stycznia 2020

Dążenie do doskonałości


"Na owczych pastwiskach, na polnych miedzach i drogach przed bramami miasta. Zapewne posyłano Christianę po korzenie mikołajka i po ślimaki, by ciotka Johanna Augusta mogła nastawiać sztuczne mleko ośle, mające pomagać na wycieńczenie, trzy uncje zakwaszonych korzeni mikołajka i trzydzieści grubo posiekanych ślimaków."

"Christiana w domu przy Frauenplan. Wyobrażam ją sobie, jak kupuje dotychczas nieosiągalne dla niej rzeczy w delikatesowym sklepie Stepheno Salice. (...)
Widzę, jak wieczorami czyta książki kucharskie. Być może tę należącą do jej brata, która w 1995 roku wróciła do Weimaru wraz ze spuścizną rodziny Vulpius. Nauka dla młodej panienki, która chce sama troszczyć się o kuchnię i gospodarstwo domowe, udzielana na podstawie własnego doświadczenia przez panią domu, Frankfurt i Lipsk 1785 i 1788r. Może się z niej nauczyć, jak należy nadziać farszem odkostnionego kałakuckiego koguta w sosie z ostryg, jak przyrządzić kurczaki w sosie sardelowym, jak ugotować miętusy, przyrządzić raki z anyżem i koprem, jak upiec żabie udka, bażanty i dropie, jak gęsi nadziewać kasztanami.(...)

Goethemu przypadłaby do smaku taka lektura w rękach jego ukochanej. W dydaktycznym poemacie z 1795 roku definiował pracę kobiecą jako pracę w piwnicy, kuchni, szwalni i ogrodzie.
Zawsze - czytamy tam - dziewczyna jest pracą zajęta i w cichości dojrzewa / Ku cnocie domowej, by męża mądrego uszczęśliwić. / Jeśli zechce na koniec coś czytać, to z pewnością wybierze książkę kucharską."
Christiana i Goethe, Sigrid Damm

Z Goethem moja znajomość układała się osobliwie, o ile bowiem od dawna wiedziałam , że jest wielim poetą, o tyle nic z jego dzieł nie czytałam. A jeżeli czytałam w szkole, to zapomniałam. Potem kupiłam sobie ślicznie wydanego Fausta ze złoconym grzbietem i z postanowieniem, że przeczytam, bo wypada. Poległam na oczach smętnych i wonią opowitej drżącej piersi, czyli na samym początku, no co poradzę, że z romantyzmem nigdy jakoś się nie lubiłam. Faust zatem kurzył swoje złocenia na półce, a ja w pewnej taniej księgarni, kupiłam "Christianę i Goethego". Nie wiem co mnie skusiło - na pewno obniżona z 67zł na 16,50 cena, na pewno nazwisko, na pewno te portrety , takie wdzięczne i ten dom z postaciami z epoki. Kupiłam, przywiozłam do domu, postawiłam na półce (nawet nie obok Fausta) i nie czytałam. Zgodnie z zasadami minimalistów powinnam wyrzucić tę książkę siedem razy (bo jeśli przez rok jej nie przeczytasz, to nigdy nie przeczytasz) i nie wyrzuciłam, bo jakoś w głębi wiedziałam, że ją przeczytam.

Faktycznie, po siedmiu latach przeczytałam i jaka byłam szczęśliwa, że jej nie wyrzuciłam.
Goethe wypada niedobrze w niej, a Christiana dobrze, czyli raczej odwrotnie niż za ich życia. I właśnie dlatego, że o Christianie mówiono niedobrze, a nawet wręcz podle, powstała ta książka. "Głęboka przepaść między tym, jak daje świadectwo o sobie, a osądami ludzi współczesnych jej i potomnych. Budzi się ciekawość.
Pociągające może być dla mnie wszelako jedynie to: Prześledzić jej drogę życiową. Opowiadać z jej perspektywy. Nie komponować - w sensie poetyckiej inwencji, jakiegoś kolejnego obrazu, ale zbliżyć się do rzeczywistych zdarzeń, do tego, co jest autentycznym przekazem. Iść drogą badań, rekonstrukcji, trzeźwego poszukiwania śladów w archiwach."

Od razu muszę powiedzieć, że ciekawość autorki przełożyła się w całości na moją ciekawość. Czytałam z zapartym tchem tę historię. Ona - młoda florystka z bardzo zubożałej rodziny, on szesnaście lat starszy znany już poeta związany z weimarskim dworem. Jak się poznali, spotykali, zamieszkali razem (w owych czasach rzecz wręcz niebezpieczna), w końcu pobrali. Przeżyli razem 28 lat. Jego "erotikon", jej "Tajny Radca".
On znacznie wyrastał poza ten związek, ją ten związek nieco przerastał, ale walczyła dzielnie. On nie budzi sympatii, ona budzi zdziwienie. Jego ciągłe podróże i ucieczki.
"Dopiero w takiej bowiem absolutnej samotności, kiedy człowieka nic nie rozprasza i pozostaje sam ze sobą, można odczuć i nauczyć się pojmowania tego, jak długi jest dzień".
Ona jest wyrozumiała. "Jeśli Ty jesteś zadowolony, to ja wolę to bardziej niż wszystko".
Listy, kalendarze, archiwa, gazety, książki wydatków, księgi kościelne, rachunki, świadectwa. Z każdego skrawka Sigrid Damm czerpie garściami, wydobywa fakty, rzuca tło, wydobywa krajobrazy, emocje, wydarzenia. Ciekawość. Przez 480 stron ciekawość mnie nie opuszcza.

Tak, zdecydowanie dobrze, że jej nie wyrzuciłam. Nie wyrzuciłam też "Listów miłosnych" Goethego, które czekają na przeczytanie jeszcze dłużej, bo chyba lat dwanaście. I jak dobrze się składa - przeczytanie listów (są wśród nich listy do Christiany) po tej książce będzie o wiele przyjemniejsze niż byłoby przed. I o wiele przyjemniejsze niż nieprzeczytanie w ogóle. Lubię, kiedy jedna książka gromadzi wokół siebie inne. Są jak fragment ułożonych puzzli, rozmawiają ze sobą i na siebie patrzą. Wydaje się mi, że rozumiem więcej, chociaż tak naprawdę, dużo więcej nie da się zrozumieć.
Dobry duch książkowy zatem czuwa, pilnuje tych wszystkich nici i powiązań. Niektóre trzyma silniej, inne wypuszcza z rąk, znowu pozbyłam się dużej partii. Chcę zostać tylko z tymi, do  których naprawdę chcę wracać.
"Twój ogród - pisze Christiana - stoi obecnie w swej największej okazałości (...) Jabłonie rozwitły w całym bogactwie, kwiatek przy kwiatku, rabaty przed Twoimi oknami zdobią najpiękniejsze pełne tulipany, których piękne barwy przyćmiewają dumne cesarskie korony, i mimo że nie jest zbyt ciepło, a noce są zimne, wszystko dojrzewa i zdąża do doskonałości"

Tymczasem w moim pokoju hobby też wszystko zdąża do doskonałości. Powoli, powoli, więc w salonie nadal mam nadmiary na dachach regału.



Moje ulubione seriale zapakowane razem z telewizorem w folie bąbelkowe śpią w przedpokoju razem z moimi włóczkami.


Kuchnię za to mam jak najbardziej czynną, więc trudny czas remontów umilam sobie leniwymi, owsiankami i drożdżowym ciastem. Wszystko oczywiście zrobione z Termomisiem, którego coraz bardziej uwielbiam.




Zakładki na szczęście mam niezafoliowane i tym sposobem Christianę i Goethego zakladałam samym Goethe'em.



Kocyk też w dążeniu do doskonałości został już zaobrąbkowany szydełkiem, czeka go tylko kąpiel i dużo pomponików. Czego i Wam życzę, dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :))

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Garnek i mozół


"Nigdy chyba radość z powodu rzeczy tak lichej nie była równa tej radości, jakiej doznałem, gdym się przekonał, że gliniany garnek przeze mnie wyrobiony stał się wytrzymały na ogien. Z niecierpliwości, aby czym prędzej przystawić go do ognia i ugotować w nim rosół, nie dałem mu nawet dobrze wystygnąć.
Jest w tych rozdziałach Robinsona Kruzoe radość i entuzjazm z odniesionego zwycięstwa nad siłami natury, podziw dla rozumu i potęgi ludzkiego doświadczenia. Rozum ludzki - zapisuje w swym dzienniku Robinson, kiedy udało mu się zrobić pierwszy stołek - jest substancją i początkiem wszystkich nauk matematycznych; stąd każdy człowiek, sądząc zdrowo o rzeczach dających się obliczyć i wymierzyć, może przyjść z czasem do pojęcia i wykonywania dzieł mechanicznych.
Słowa te dźwięczą porywającym optymizmem młodej burżuazji, walczącej o uwolnienie nowych sił wytwórczych i postęp techniki."
Narodziny powieści, albo o Danielu Defoe Wokół literatury, Jan Kott

Z racji remontu siedzę w dużym pokoju, owijam w folię książki wysyłane na pobyt tymczasowy w różne dziwne miejsca i zaglądam do niektórych. A niektóre nawet podczytuję fragmentami. I tak właśnie przeczytałam esej o Danielu Defoe. Nawet się nie spodziewałam, że Robinsona komentował Marks i że miał taki związek z burżuazją, ekonomią. kapitalizmem i purytanizmem. "W tej powieści, tak zupełnie pozbawionej krajobrazów, istnieje porywająca poezja rzeczy"
A ponieważ ja od zawsze uwielbiałam rzeczy, nic dziwnego więc, że Robinson tak bardzo mi się podobał. Do dziś żywo pamiętam radość z tego jego pierwszego działającego garnka. Radość, kiedy zrobił sobie kaftan i parasol. Radość, kiedy z rozbitego statku z mozołem taszczył cywilizowane dobra. Miał odtąd atrament i papier, wino, dziennik pokładowy i chyba Biblię.

Ciekawe, może to właśnie przez rzeczy, Robinson jest jedną z niewielu książek z mojego dziecinstwa, która przetrwała na półce. Mimo tego, że praktycznie nie ma już grzbietu.
Taszczyć rzeczy z mozołem. Jako zagorzała minimalistka ze wstydem muszę przyznać, że dwa dni przeprowadzałam rzeczy z pokoju hobby do dużego pokoju zwanego dzisiaj salonem. Mam teraz widok na książki pod sufit (i na drabinę chwilami), mam włóczki poutykane między ręcznikami i bielizną pościelową, druty poupychane pod ławą i obrazy powykane za fotele. Śpię na górze poduszek ozdobnych niczym księżniczka na ziarnku grochu i pocieszam się, że minimalistyczna jestem na razie w czynnych dwóch pokojach. W jednym pokoju za to nie bardzo.

Nie jest jednak źle, wprowadziłam się z powrotem na swój stary fotel, oparłam nogi na starej pufie, czytam w wolnych chwilach, dziergam kocyk i patrzę na choinkę migającą kolorowymi lampkami.
Staram się nie myśleć, że tuż obok toczy się straszny remont z cekolami i innymi równie nieprzyjemnymi.
Patrzę na kolorową choinkę i myślę, że może przeczytam sobie jeszcze raz Robinsona. Jak już go znajdę w którejś zafoliowanej paczce.

Kotta zakładałam zakładką z rybkami zupelnie nie wiem dlaczego.


Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)