"...jakby kto kobierce flandryjskie z lewej strony oglądał; nawet kiedy można rozróżnić figury, są one pełne nici poplątanych i nie wychodzą tak czysto jak z prawej strony"
Don Kichote, Miguel de Cervantes Saavedra
Na pewno nie o mojej czapce mówił don Kichote, bo moja czapka niespodziewanie czysto wyszła z jednej i z drugiej strony. Pompon ma trochę za mały, będę musiała wyprodukować większy, ale to koniec chwilowy żakardów. Bardzy ciepły zresztą, na moje zmarznięte oko nadaje się na mrozy poniżej dziesięciu stopni.
Niecałe dwa motki Fabel Drops, druty 3,25
To różowe i czarne, co wystaje spod ostatniej czapki, to dzisiejsza paczka od e-dziewiarki. :)
Ponieważ od ponad miesiąca siedzę w różnych odcieniach niebieskiego, od razu rzuciłam się na cokolwiek innego, cokolwiek okazało się czerwoną wełenką i dziergam sweter z warkoczami. Warkocze póki co są w planie, a konkretnie w następnych rzędach.
Z lektur ostatnich "Małe trolle i wielka powódź" Tove Janssen. Nie czytałam Muminków w dzieciństwie, bardzo to dziwne, bo czytałam większość z tej większej i pomniejszej dziecięcej klasyki. Ale o Muminkach dowiadywałam się dorosłą już będąc z różnych źródeł, aż w końcu, zaintrygowana, kupiłam jeden tomik dziecku, przeczytałam mu na głos, potem kupiłam "dziecku" resztę tomów i odtąd powtarzałam sobie lekturę Muminków co jakiś czas, najczęściej jesienią, bo Muminki są jak igliwie, którym dobrze wypełnić sobie brzuszki na zimę. Bronią przed zimnem, przed chłodem, chlapą i ciemnicą. No i oczywiście są nie tylko dla dzieci.
Coś w tym jest, że dziecięca literatura skandynawska jest taka dobra, chyba właśnie dlatego, że z racji klimatu Skandynawowie naprawdę potrzebują wsparcia.
Najlepiej Muminki czytać po kolei, Małe trolle to pierwsze w ogóle opowiadanie o Muminkach. Napisane w czasie wojny, kiedy dookoła było tak ciemno i zimno, że Tove marzyła o tym, żeby zdarzyło się coś bardzo dawno temu i bardzo daleko. Muminki mają tu jeszcze długie nosy, są bardziej smukłe i mniej urokliwe, ale Mamusia ma już swoją torebkę, a Tatuś ma swoje aktywności, oficjalnie buduje dom dla rodziny, czyli oczywiście wałęsa się z Hatifnatami w poszukiwaniu przygód. Bo niektórzy tatusiowie szukają przygód, a niektóre kotki wolą mruczeć w słońcu, bo nie warto szukać guza bez potrzeby.
To pierwsze opowiadanie i nie najlepsze, ale i tak warto poczytać jak to się wszystko zaczęło. I jak fajnie jest spać pod czekoladowym krzaczkiem, gdy niedaleko szemrze strumyk pełen mleka albo lemoniady a kamyki są z marcepanu. I jak dobrze mieć w torebce tabletkę na ból brzucha, bo wtedy zawsze wszystko się dobrze kończy.
Trolle zakładałam starą zakładką z Empiku, dziwnym trafem z owcą.
Coś dużo owiec mi się pcha w obiektyw, siedzą na segregatorze, na puszce z herbatą i na kubku. Mają własne czapki, albo dziergane przeze mnie. Coś mi się wydaje, że po kątach kryje się ich więcej. Tak samo jak uprzędzionych z nich moteczków.
Bardzo dziękuję za odwiedziny i za przemiłe komentarze! Dobrego dnia dziergania i czytania z Maknetą!
środa, 15 października 2014
środa, 8 października 2014
Naukowe ogonki
"Następnym symbolem drogi życiowej jest nić (...) Kołowrotek i krosno tkackie z uwagi na równomierny ruch obrotowy uchodziły za symbol niezmiennej prawidłowości; wylania się z nich nić żywota, losu.
Wszystko co się kręci, porusza, jest obrazem drogi - obojętne, czy to będzie kołowrotek, koło u wozu czy koło fortuny."
Przesłanie symboli w mitach, kulturach i religiach, Manfred Lurker
U mnie kręci się motek w dzbanku i motek obok dzbanka, wysnuwają się dwie nici, nabieram je sześcioma drutami, przeciągam, nabieram, przeciągam, pogoda odroczyła mrozy, no ale nie na zawsze, więc dalej wysnuwam dwie nici na czapkę. Całą sobotę tak wysnuwałam, aż dotarłam do głównej części wzoru, zatem w niedzielny poranek usiadłam na chwilkę do komputera, żeby go rozrysować i wydrukować. Mniej więcej dwanaście godzin później wzór miałam wydrukowany i zaakceptowany.
- To przecież prototyp - mówiłam błagalnie, kiedy znowu górny ogonek wyszedł całkiem niepodobny do dolnego.
- Ale ja będę w nim chodził - odpowiadało bezlitośnie dziecko.
Poprawiałam więc ogonki, przesuwałam ząbki, zaostrzałam kąty, rozsuwałam osie najpierw w Excelu, potem na kartce w kratkę, potem w profesjonalnym programie do projektowania maszyn i tam wzorek wyszedł najśliczniejszy, ale nie dał się przerobić na oczka, przerobiony siłą nie mieścił się nawet na trzech czapkach, więc na koniec pogodziłam się z Excelem.
Tymczasem kaczki upiekły się same, ziemniaki, jako zdecydowanie niższe w ewolucji, przypaliły się same, na szczęście garnek dało się uratować.
Za to czapka ma już siedem rzędów wzorku, widać pasek akcentujący i kawałek dolnego ogonka.
Cały mój front robót wygląda tak:
Jednak nie mam co narzekać, robiona ukradkiem chusta przystroiła się w nowe markery - są śliczne, kolorowe i bardzo wygodne w przekładaniu
a Lurker pisze o tańcu. I jak to pięknie, że ludzie od wieków widzieli wszędzie taniec. W ruchu żurawi, cietrzewi, w locie owadów i w ruchach ciał niebieskich.
"Tańczmy przeto niby gwiazdy"
Tańczmy naprawdę bądź metaforycznie, to wychodzi mniej więcej na jedność, jak powiedziałby Franciszka pana Prousta, ale to już zupełnie inna historia.
Miłego wieczoru!
Wszystko co się kręci, porusza, jest obrazem drogi - obojętne, czy to będzie kołowrotek, koło u wozu czy koło fortuny."
Przesłanie symboli w mitach, kulturach i religiach, Manfred Lurker
U mnie kręci się motek w dzbanku i motek obok dzbanka, wysnuwają się dwie nici, nabieram je sześcioma drutami, przeciągam, nabieram, przeciągam, pogoda odroczyła mrozy, no ale nie na zawsze, więc dalej wysnuwam dwie nici na czapkę. Całą sobotę tak wysnuwałam, aż dotarłam do głównej części wzoru, zatem w niedzielny poranek usiadłam na chwilkę do komputera, żeby go rozrysować i wydrukować. Mniej więcej dwanaście godzin później wzór miałam wydrukowany i zaakceptowany.
- To przecież prototyp - mówiłam błagalnie, kiedy znowu górny ogonek wyszedł całkiem niepodobny do dolnego.
- Ale ja będę w nim chodził - odpowiadało bezlitośnie dziecko.
Poprawiałam więc ogonki, przesuwałam ząbki, zaostrzałam kąty, rozsuwałam osie najpierw w Excelu, potem na kartce w kratkę, potem w profesjonalnym programie do projektowania maszyn i tam wzorek wyszedł najśliczniejszy, ale nie dał się przerobić na oczka, przerobiony siłą nie mieścił się nawet na trzech czapkach, więc na koniec pogodziłam się z Excelem.
Tymczasem kaczki upiekły się same, ziemniaki, jako zdecydowanie niższe w ewolucji, przypaliły się same, na szczęście garnek dało się uratować.
Za to czapka ma już siedem rzędów wzorku, widać pasek akcentujący i kawałek dolnego ogonka.
Dziergam z nowym naparstkiem, jest w miarę wygodny, tylko dosyć długo się podpinam do robótki, zanim poprzewlekam nitki przez kółka i zanim przypomnę sobie, na który palec mam je ponawijać. Porobiłabym więc coś innego niż czapkę. Nie to, że czapkę robi się źle, ale robię ją już dosyć długo. I poczytałabym może coś innego niż popularna nauka. Nie dlatego, że o symbolach czyta się źle, ale czytam już o nich dosyć długo.
Jednak w obliczu nadchodzącej zimy i w obliczu moich ostatnich zakupów raczej nie mogę spodziewać się szybkiej odmiany.
Cały mój front robót wygląda tak:
Jednak nie mam co narzekać, robiona ukradkiem chusta przystroiła się w nowe markery - są śliczne, kolorowe i bardzo wygodne w przekładaniu
a Lurker pisze o tańcu. I jak to pięknie, że ludzie od wieków widzieli wszędzie taniec. W ruchu żurawi, cietrzewi, w locie owadów i w ruchach ciał niebieskich.
"Tańczmy przeto niby gwiazdy"
Tańczmy naprawdę bądź metaforycznie, to wychodzi mniej więcej na jedność, jak powiedziałby Franciszka pana Prousta, ale to już zupełnie inna historia.
Miłego wieczoru!
środa, 1 października 2014
Środy i rzepy
Znowu środa, co spojrzymy na kalendarz, to znowu środa, jakby tydzień składał się z samych śród. Liczymy ile mamy wydzierganych oczek, ile przeczytanych stron, ile minęło dni, ile wyrosło rzep. A nie, przepraszam, rzepy liczy Liczyrzepa w Klechdach i, biedny bardzo, nie dostanie pięknej królewny, zupełnie jak ja. Królewna dawno już bowiem wyjechała z pięknym królewiczem zupełnie jak nie ja, bo czas wyjazdów na razie minął i walizki zapadają w sen zimowy na pawlaczu.
Szuram więc coraz bardziej żółtymi liśćmi w drodze do pracy, przygarniam lśniące brązowe kasztany w drodze do domu i potem deszcz za oknem pada a ja czytam sobie Klechdy i dziergam czapkę.
Klechdy są dobre na październik, prawie tak dobre jak bajki magiczne, Poznań się zakłada, koziołki wskakują na ratusz, Barbara ratuje Gołańczę, piękna Jegle zostaje żoną króla jeziora, do wdowiego domu wraca szczęście i tylko biedny Liczyrzepa liczy rzepy.
Jak to dobrze, że dalej lubię bajki i klechdy, w słuchaniu ciągle tych samych wątków jest jakaś magia i mantra.
Czapki przybywa powoli, bo ma małe oczka, ale przybywa i gdyby nie mankiet to miałabym pół całej czapki. Tymczasem mam mankiet i teraz dziergam pod jego spodem. Jako typowa kobieta mylę oczywiście kierunki i nieodwołalnie mankiet mi wyszedł do góry nogami, w ostatnim momencie ludzikom z wzoru zrobiłam głowę na górze a nogi na dole czyli po bożemu, a teraz cały czas się skupiam na tym, żeby nad mankietem czapka była też niebieska z białymi wzorkami a nie odwrotnie. Ciężkie jest życie dziewiarki, musi panować nad kierunkami, nad kolorami, nad sześcioma drutami, nad pracą w okrążeniach, gdzie oczko lewe wygląda jak prawe.
W podawaniu mam za to porządek, włóczki podają mi się w sposób bardzo zdyscyplinowany - ecru z kosmetyczki a niebieska dodatkowo z dzbanka.
W odbieraniu od niedawna też panuje ład i karność - niebieskie z jednej strony a ecru z drugiej strony pierścionka.
Z pierścionkiem dzierga się o niebo lepiej niż bez, włóczki się nie skręcają wreszcie, w dodatku jest przyjemnie popatrzeć na biżuterię, ale postanowiłam kupić sobie jednak naparstek dziewiarski w e-dziewiarce, tym bardziej, że i tak muszę kupić przyrząd do pomponów, bo czapka ma mieć pompon. Wrzuciłam je sobie do koszyka i wtedy przybłąkały się malutkie moteczki na markery. Całe w kolorach, nie wyrzucę ich przecież na mróz. I znowu będę czekać na paczkę. :)
W tle (czyli w tajemnicy przed dzieckiem, które bardzo kontroluje postęp prac nad czapką) robi się entrelac i biedny don Kichote ma różne przygody.
Dziękuję za bardzo miłe komentarze i miłego dnia!
środa, 24 września 2014
Kozy na brzegu
"...dostrzegł przecież rybaka, który miał małą łódkę, ale
tak małą, że w niej tylko jednego człowieka i jedną kozę pomieścić było
można. Pomimo to jednak, w pośpiechu zawarł z rybakiem umowę o
przeprawienie siebie i swoich trzystu kóz. Rybak tedy przyprowadził
statek i przewiózł jedną kozę, powrócił i przewiózł znów drugą, powrócił
znów i przeprawił trzecią. Wreszcie, panie — mówił dalej Sancho —
liczcie dobrze, bardzo proszę, ile rybak przeprawia kóz, gdyż ostrzegam
was, że jeśli choćby o jedną tylko pomyłka zaszła, cała historia się
kończy i diabeł wie tylko, gdzie jej wątku szukać by potrzeba. Otóż
ponieważ przeciwny brzeg rzeki był bardzo śliski i pełen błota, każda
przeprawa rybaka i kozy trwała dość długo, ale jednak, że szło jakoś tam
powoli i rybak przewiózł znów jedną kozę i jeszcze jedną, a potem
jeszcze jedną znów…
Dzisiaj środa i nieustające dzierganie z czytaniem u Maknety. Miłego dnia! :)
—
I czemuż nie powiesz od razu, że przeprawił je wszystkie — rzekł Don
Kichot — a wodząc tak tam i sam po kolei każdą, nie skończysz i przez
miesiąc pewnie."
Don Kichot, Miguel de Cervantes Saavedra
I tyle trzeba mieć w zapasie - miesiąc albo i dłużej, żeby wysłuchać Don Kichota. Tutaj nikt się nie spieszy i my się spieszyć nie powinniśmy. Powinniśmy się nastroić przyjaźnie i cierpliwie patrzeć, jak robi się przyłbicę z kartonu, jak się oddziela książki dobre od złych, jak się pasuje na rycerza, jak się odróżnia prostą Dulcyneę od garbatej a podskoczkę od hrabiny, jak się podskakuje na kołdrze a jak się bierze kije od mulników albo kułaki od mulników, jak na dębach dojrzewają słodkie żołędzie. I jak się walczy z wiatrakami. Nie wolno się spieszyć.
Rybak wozi jedną kozę za drugą, wprowadza na stromy i śliski brzeg, a my zaprzyjaźniamy się z Don Kichotem, tym szalonym rycerzem, właściwie coraz mniej nas śmiech bierze a coraz bardziej ogarnia współczucie, aż w końcu już nie wiemy kto jest bardziej szalony, nasz bohater z Manczy czy świat dokoła.
I Miguel de Cervantes Saavedra staje nam się bliski i czujemy wdzięczność, że wymyślił Don Kichota, który jest bardziej rzeczywisty niż rzeczywistość.
Słucham Don Kichota, czyta Andrzej Szczepkowski i nie spieszymy się.
Rybak przewiózł znów jedną kozę i jeszcze jedną, idzie to jakoś powoli, bo brzeg jest śliski i pełen błota, a ja dziergam oczko za oczko w czapce z dwustronnym żakardzie i nie spieszę się.
- Coś tej czapki mało przybyło - powiedziało moje młodsze dziecko patrząc z dezaprobatą na nieliczne rządki. - Już właściwie październik, a zaraz grudzień, mrozy i śniegi, potrzebuję czapki, a tej czapki mało przybywa.
Trzeba więc będzie porzucić kozy, skupić się na nieco przykrótkich drutach skarpetkowych, skupić się na prawych niebieskich i lewych białych i podgonić dwustronny żakard w weekend. Żeby dziecko miało na mróz.
Ale dobrze tak czasem nie spieszyć się. Popatrzeć jak rybak przewozi kozy na drugi brzeg, a Don Kichot walczy z wiatrakami.
Ale dobrze tak czasem nie spieszyć się. Popatrzeć jak rybak przewozi kozy na drugi brzeg, a Don Kichot walczy z wiatrakami.
Dzisiaj środa i nieustające dzierganie z czytaniem u Maknety. Miłego dnia! :)
środa, 10 września 2014
Rodzina z turkusami
Dzisiaj środa u Maknety, a ja wrzuciłam na druty fiolety z turkusami. Dawno temu kupiłam je na mitenki. A kiedy przyszły w paczce całe takie śliczne i turkusowe, pomyślałam, że muszę dokupić trochę jeszcze na chustę. A kiedy zabrałam je w góry, pomyślałam, że zrobię z nich szal. No i teraz czekam na paczkę, bo szal jest większy jednak i od mitenek i od chusty. Mój drugi entrelac dzierga się dużo lepiej, choć wolno i póki co, Bubulina cała się owija, powiedzmy cały przód, bo jest mała, ale naprawdę bardzo bardzo okrągła, , ja się mogę owinąć w bardzo małej części.
Do szala słucham "Rodziny Połanieckich" Sienkiewicza i mam uczucia mieszane. Bo to romans jest, miły i z tłem nieco społecznym i z postaciami, ale romans. Ani tu za bardzo szczegółów scenograficznych, które tak lubię, ani za dużo przyrody. Wszystkie panie i panny bardzo niewinne. A szczytem zła jest wpijanie się wąsami w usta. No, taki czas. Czas, kiedy panna nie robiła, ale czyniła, kiedy narzeczona dostawała w prezencie riwierę, co było niezwykle miłe, nawet jeżeli dalsze losy narzeczeństwa toczą się bardzo dramatycznie.
Obejrzałam też, jako bardzo dobra matka dziecku, kurs Intensywnie Kratywnej o wyrabianiu kota z dwóch stron na jeden raz. Zaczęłam odważnie i z rozmachem rząd rozbiegowy podwójnego żakardu, wprowadziłam sprawnie drugi kolor, ukształtowałam je w nogi kota, ale kiedy po jednej stronie nogi były niebieskie, a po drugiej ecru, kiedy mialy się rozpocząć rzędy z ogonem i tułowiem, to pomyślałam, ze równie dobrze nauczę się podwójnego żakardu na kocie znacząco uproszczonym, powiedzmy, do dwóch kwadratów. Poza umownością kota cała reszta jest zgodna ze sztuką.
Na prawo mamy białe w niebieskim, a na lewo niebieskie w białym.
Teraz tylko muszę wprowadzić wzory norweskie, druty skarpetkowe w liczbie sześciu i mogę dziergać czapkę dla dziecka.
Tymczasem czekam na paczkę i Wam wszystkim życzę miłego dnia!
Do szala słucham "Rodziny Połanieckich" Sienkiewicza i mam uczucia mieszane. Bo to romans jest, miły i z tłem nieco społecznym i z postaciami, ale romans. Ani tu za bardzo szczegółów scenograficznych, które tak lubię, ani za dużo przyrody. Wszystkie panie i panny bardzo niewinne. A szczytem zła jest wpijanie się wąsami w usta. No, taki czas. Czas, kiedy panna nie robiła, ale czyniła, kiedy narzeczona dostawała w prezencie riwierę, co było niezwykle miłe, nawet jeżeli dalsze losy narzeczeństwa toczą się bardzo dramatycznie.
Obejrzałam też, jako bardzo dobra matka dziecku, kurs Intensywnie Kratywnej o wyrabianiu kota z dwóch stron na jeden raz. Zaczęłam odważnie i z rozmachem rząd rozbiegowy podwójnego żakardu, wprowadziłam sprawnie drugi kolor, ukształtowałam je w nogi kota, ale kiedy po jednej stronie nogi były niebieskie, a po drugiej ecru, kiedy mialy się rozpocząć rzędy z ogonem i tułowiem, to pomyślałam, ze równie dobrze nauczę się podwójnego żakardu na kocie znacząco uproszczonym, powiedzmy, do dwóch kwadratów. Poza umownością kota cała reszta jest zgodna ze sztuką.
Na prawo mamy białe w niebieskim, a na lewo niebieskie w białym.
Teraz tylko muszę wprowadzić wzory norweskie, druty skarpetkowe w liczbie sześciu i mogę dziergać czapkę dla dziecka.
Tymczasem czekam na paczkę i Wam wszystkim życzę miłego dnia!
środa, 3 września 2014
Dramat w błękicie
Jestem na Podhalu i wpadłam oczywiście w amok turystyczny, a właściwie w amok turystycznych zakupów - nabyłam owcę chińską prosto z Zakopanego, owcę na ołówku, owcę na zakładce, góralskie torebki, kolorowe korale i inne pomniejsze cudne pamiątki z Tatr. Dokoła widoki z balkonu i widoki z wycieczek,
ale w wolnych chwilach czytam i dziergam, bo dziś środowe dzierganie z Maknetą.
W czytaniu, a właściwie w słuchawkach "Błękitny zamek" L.M. Montgomery. Jej Anię z Zielonego Wzgórza i zielonych, w porywach, włosach zna chyba każda dziewczynka, ja też, moje egzemplarze rozpadły się od ciągłego czytania. Ale "Błękitny zamek" czytałam po raz pierwszy. Nie jest to lektura, którą trzeba przeczytać koniecznie, ale jest to książka, którą przeczytać przyjemnie. Montgomery cudownie pisze o sosnach, o strumykach i bezludnych wyspach, o śniegu za oknem i kotach przed kominkiem. Akcja oczywiście bardzo przewidywalna, ale to nie kryminał i nikt nie spodziewa się Sinobrodego. Ciepła, optymistyczna rzecz. Trochę za mało humoru i trochę za dużo o urodzie, L.M. miała chyba jakiś kompleks, tak często podkreśla, że i bez posągowej urody można być fajnym.
W miarę jak losy Joanny toczyły się spodziewanym torem, na drutach dziergała się Baśka, której udało się jednak wcisnąć między liczne bagaże i jej losy przebiegały burzliwie. Na samym wstępie straciła przyczepione już do korpusu rękawy, albowiem z damską łatwością pomyliłam prawe z lewymi. Najbardziej ekstremalnie i dramatycznie było tuż przy dekoldzie, gdyż okazało się, że wzór Dropsa ma błędy, że o niejasnościach nie wspomnę. Jednak gdy w końcu udało mi się dobrnąć z pomocą matematyki wyższej do końca i paski oczek lewych grzecznie przeplatały się z paskami oczek prawych, efekt kompletnej Baśki okazał się być bardzo zadawalający. Połączenie Safranu z połyskującą lekko Wiskozą jest cudownie miękke, miłe i lejące. Sweter wymiary ma idealne - nic się nie ciągnie, nic się nie wybrzusza. Można założyć go prosto z drutów na siebie i jechać w plener.
Jedyne na co trzeba uważać, to na otwory technologiczne przed zeszyciem. :)
I tradycyjnie wątek zakładkowy - zakładka oczywiście nie dość, że tubylcza i z owcą, to jeszcze z rękodziełem, albowiem jest wyhaftowana.
Bardzo dziękuję za odwiedziny, przemiłe komentarze (niezwykle mnie ogromnie cieszą) i życzę miłego dnia. A ja biegnę trochę w blogi a trochę na huśtawkę.
środa, 27 sierpnia 2014
Czapki w jabłoniach
Dzisiaj środa, dzierganie z Maknetą, otworzyłam oko na zamglony świat, a tu w drzwiach stanęło młodsze dziecko.
- Zrób mi czapkę- powiedziało . Bo chociaż ma czapki kupione w sklepie, to jednak nie ma to jak czapka zrobiona na drutach przez babcię, jak mówi Andy, bohater "Babci na jabłoni". Czapka ma być z norweskimi wzorami, wywijana - nie wiem jak bym się czuł w niewywijanej czapce - zmartwiło się dziecko, kiedy objaśniłam mu i pokazałam naocznie komplikacje żakardów dwustronnych. Jednym słowem, czeka mnie kurs u Intensywnie Kreatywnej.
"Babcia na jabłoni" była za to łatwa, niedługa i przyjemna. Nie ma ona głębi Kubusia Puchatka czy Muminków, nie ma humoru "Dzieci z Bullerbyn" ale ma za to dzierganie na jabłoni, ziemniaki z twarogiem, szczypiorkiem i rzodkiewką i placek ze śliwkami, No i ma dwie babcie - jedną prawdziwą prawie, a drugą wymyśloną, jeszcze lepszą niż prawdziwa, bo wymyślone babcia pozwala na wszystko.
Ja słuchałam tej miłej, zabawnej i pogodnej książeczki, ale papierowa ma w dodatku ilustracje Mirosława Pokory, który maluje zabójcze loczki. Do dzisiaj pamiętam loczki w kokach i kremie do golenia w książce o Wiercipiętku.
Tak więc dziergam próbkę czapki, pakuję kurs o żakardzie na drugi urlop (bo dwa urlopy są lepsze niż jeden) i myślę o mojej Babci, która nie dość że była prawdziwa i lepiła najlepsze w świecie knedle, to jeszcze była jak wymyślona, bo pozwalała mi na wszystko z wyjątkiem wbijania gwoździ w ścianę. Na szczęście nigdy nie miałam takiej chęci.
Poza próbkami dzierga się również Baśka, ma oba rękawy i chwilowo wpadła w konfuzję z powodu zgrania pasków lewych i prawych i czeka na obejrzenie w świetle dziennym czy jeden z rękawów nie wymaga poprawy. Miała być skończona przed urlopem, ale nie ma na to szansy, na zabranie się ze mną też raczej nie, bo jest duża. Pojedzie więc czapka w zamysłach i coś prostego, może turkusowo - granatowy Entrelac.
W papierze zaczęłam czytać "Życie codzienne w Hiszpanii", zaczyna się bardzo fajnie - jest o nagich skałach, u upadku ogrodów po wypędzeniu Maurów i o rycerzach żywiących się chlebem z czosnkiem i obutych w buty ze sznurka. Don Kichote jak żywo.
Tradycyjnie seria z zakładką - na drutach czapki, wełny, jesień na horyzoncie, ale w zakładkach jeszcze lato, plaża, wiatr w kapeluszu i słońce w książce. Za to biedne dziecko królewskie wygląda na takie zupełnie bez babci.
Dziękuję bardzo za odwiedziny, komentarze i życzę miłego dnia!
- Zrób mi czapkę- powiedziało . Bo chociaż ma czapki kupione w sklepie, to jednak nie ma to jak czapka zrobiona na drutach przez babcię, jak mówi Andy, bohater "Babci na jabłoni". Czapka ma być z norweskimi wzorami, wywijana - nie wiem jak bym się czuł w niewywijanej czapce - zmartwiło się dziecko, kiedy objaśniłam mu i pokazałam naocznie komplikacje żakardów dwustronnych. Jednym słowem, czeka mnie kurs u Intensywnie Kreatywnej.
"Babcia na jabłoni" była za to łatwa, niedługa i przyjemna. Nie ma ona głębi Kubusia Puchatka czy Muminków, nie ma humoru "Dzieci z Bullerbyn" ale ma za to dzierganie na jabłoni, ziemniaki z twarogiem, szczypiorkiem i rzodkiewką i placek ze śliwkami, No i ma dwie babcie - jedną prawdziwą prawie, a drugą wymyśloną, jeszcze lepszą niż prawdziwa, bo wymyślone babcia pozwala na wszystko.
Ja słuchałam tej miłej, zabawnej i pogodnej książeczki, ale papierowa ma w dodatku ilustracje Mirosława Pokory, który maluje zabójcze loczki. Do dzisiaj pamiętam loczki w kokach i kremie do golenia w książce o Wiercipiętku.
Tak więc dziergam próbkę czapki, pakuję kurs o żakardzie na drugi urlop (bo dwa urlopy są lepsze niż jeden) i myślę o mojej Babci, która nie dość że była prawdziwa i lepiła najlepsze w świecie knedle, to jeszcze była jak wymyślona, bo pozwalała mi na wszystko z wyjątkiem wbijania gwoździ w ścianę. Na szczęście nigdy nie miałam takiej chęci.
Poza próbkami dzierga się również Baśka, ma oba rękawy i chwilowo wpadła w konfuzję z powodu zgrania pasków lewych i prawych i czeka na obejrzenie w świetle dziennym czy jeden z rękawów nie wymaga poprawy. Miała być skończona przed urlopem, ale nie ma na to szansy, na zabranie się ze mną też raczej nie, bo jest duża. Pojedzie więc czapka w zamysłach i coś prostego, może turkusowo - granatowy Entrelac.
W papierze zaczęłam czytać "Życie codzienne w Hiszpanii", zaczyna się bardzo fajnie - jest o nagich skałach, u upadku ogrodów po wypędzeniu Maurów i o rycerzach żywiących się chlebem z czosnkiem i obutych w buty ze sznurka. Don Kichote jak żywo.
Tradycyjnie seria z zakładką - na drutach czapki, wełny, jesień na horyzoncie, ale w zakładkach jeszcze lato, plaża, wiatr w kapeluszu i słońce w książce. Za to biedne dziecko królewskie wygląda na takie zupełnie bez babci.
Dziękuję bardzo za odwiedziny, komentarze i życzę miłego dnia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





