- Ludzie sami nie wiedzą, co świętują. - powiedział mój służbowy kolega po wysłuchaniu z radia kolejnej reklamy telefonu, telewizora, smarfonu, pepsi i perfum. - Myślą, że świętują prezenty.
Ech, pomyślałam sobie, ja wiem, że nie świętujemy prezentów ani choinki, ale co zrobić, kiedy lubię i jedno i drugie? Od dawnych czasów, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką, lubiłam się budzić rano w Boże Narodzenie. Choinka migocze kolorowymi lampkami, na ulicach jest cicho, czasem śnieżnie, pachnie piernikiem i pomarańczami, a na stoliku czekają prezenty, chociaż w Wigilię pojawiły się magicznie, to jednak nie znikły przez noc. Teraz, wczesnym świątecznym rankiem, kiedy zabiegana, pełna gości Wigilia minęła, można się nimi nacieszyć.
Najważniejsze były zawsze oczywiście książki, może z wyjątkiem mojej jedynej lalki z otwieranymi oczami, o wielu z nich zapomniałam, ale te, o których pamiętam zachowały ten szczególny urok zimowego, świątecznego czytania. Taki też jest "Duet" Elisabeth Kyle, czyli opowieść o Klarze i Robercie Schumannach, który dostałam na gwiazdkę od mojej ulubionej cioci.
Czytałam go wtedy zachwycając się odświętnością muzyki, koncertami, pięknymi sukniami, futrzanymi mufkami, karetami, czerwonymi jabłkami na targu.
Wróciłam do niej dzisiejszej środy z Maknetą i dalej w niej to wszystko jest. Klara ze swoją dobrocią, skromnością, umiłowaniem muzyki i wierna swojej jedynej miłości wbrew wszystkim przeszkodom.
Oczywiście, jest to książka dla młodych panienek, ale niezwykle wdzięczna i bez pretensji. Spokojnie, bardzo ładną polszczyzną prowadzi nas przez całe życie Klary, nie unikając trudnych tematów, a tych nie brakowało. Surowy, niesprawiedliwy ojciec, matka, która zostawiła ją, kiedy Klara była dzieckiem, no i choroba psychiczna Roberta. Jest też Paganini, przed którym Klara grała i dostała różową galaretkę, jest też Chopin. Jest też trochę króciutkich fragmentów z listów, co mnie bardzo ucieszyło.
"List był Tobą. Stałaś przede mną, rozmawiając i śmiejąc się, to żartobliwa, to poważna, to podnosząc, to opuszczając zasłonę jak dyplomata - krótko mówiąc list był Klarą, Doppelgängerin."
Tak pisał Robert Schumann do swojej przyszłej żony, kiedy się czyta takie listy, nabiera się ochoty na więcej.
Zupełnie inaczej jest z żakardami dwustronnymi w szaliku, kiedy szalik dobiega do ostatniego frędzla, człowiek marzy tylko o czymś, co nie ma wzorków. Tym bardziej, że do szalika dla młodszego syna dołożył swoją porcję wzorków obiecany pewnej pani komplecik:
Koniec żakardowej niewoli celebruję smarując kremem obolałe palce i okładając herbatą nadwyrężone oczy.
- Wiesz - mówi młodsze dziecko pakując szalik i duet z czapki i komina w wielką torbę - może byś mi jeszcze zrobiła taką naprawdę ciepłą czapkę w taki sam wzorek jak na szaliku. Ale to już w przyszłym roku - dodaje uspokajająco.
Jaka szkoda, myślę sobie po cichu, że przyszły rok jest już za niecałe trzy tygodnie.
Tymczasem "Duet" zakładałam zimową zakładką:
Na szalik zużyłam 200 g włóczki Fabel Dropsa, dziergałam drutami 3,25 (brawo ja - ma 130cm długości)
Na komplet 300g akrylu Supersoft Himalaya (bardzo przyjemna jak na akryl)
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żakard dwustronny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żakard dwustronny. Pokaż wszystkie posty
środa, 14 grudnia 2016
środa, 19 października 2016
Komin i kubek
"Wspominamy ryby, któreśmy darmo jedli w Egipcie: ogórki, melony, pory, cebulę i czosnek."
Lb 1, 5-6
Kupiłam tę książkę ze względu na śliczną okładkę. No i dlatego, że ja lubię czytać o jedzeniu nawet w Biblii, chociaż może nie wypada. I o kubkach, a o kubkach w Biblii jest trzykrotnie i o patelniach, garnkach, czarach, dzbanach i chochlach. Jest i cynamon i czarnuszka, którą mam codziennie na serku ostatnio. Nawet zwykła cebula jest słodka i powabna:
"Posiłki przygotowywano w garnku nad ogniem, na otwartym dziedzińcu przed domem"
I o ile było kiedyś przyjemniej! No, może nie w taki dzień jak dziś, kiedy mży i dżdży. W taki dzień lepiej siedzieć w domu z czekoladką do kawy, czytać sobie i dziergać ciepły komin. Razem z Maknetą oczywiście, bo to środa. Komin robi się gładko a nawet dwustronnie - białe na granatowym i granatowe na białym.
Dziękuję za odwiedziny i miłe komentarze. Dobrego dnia! :)
Lb 1, 5-6
Kupiłam tę książkę ze względu na śliczną okładkę. No i dlatego, że ja lubię czytać o jedzeniu nawet w Biblii, chociaż może nie wypada. I o kubkach, a o kubkach w Biblii jest trzykrotnie i o patelniach, garnkach, czarach, dzbanach i chochlach. Jest i cynamon i czarnuszka, którą mam codziennie na serku ostatnio. Nawet zwykła cebula jest słodka i powabna:
"Posiłki przygotowywano w garnku nad ogniem, na otwartym dziedzińcu przed domem"
I o ile było kiedyś przyjemniej! No, może nie w taki dzień jak dziś, kiedy mży i dżdży. W taki dzień lepiej siedzieć w domu z czekoladką do kawy, czytać sobie i dziergać ciepły komin. Razem z Maknetą oczywiście, bo to środa. Komin robi się gładko a nawet dwustronnie - białe na granatowym i granatowe na białym.
Dziękuję za odwiedziny i miłe komentarze. Dobrego dnia! :)
środa, 10 lutego 2016
Typki z krzywym szalem
Od małego dziecka uwielbiałam maszyny do pisania. Uwielbienie przejawiało się w budowaniu mini maszyn z klocków (na pewno nie Lego, chociaż Lego już wtedy wynaleziono) i stukaniu w jej mocno umowne klawisze. Jak zaczęła się ta moja fascynacja, zupełnie nie pamiętam.I gdzie ja mogłam widzieć maszynę w tamtych pradawnych czasach? Podejrzewam, że przyczyniły się do tego dziecięce bale karnawałowe organizowane corocznie w biurze mojego taty ulokowanym w secesyjnej willi z parkietami, wykuszami, przepastnymi biurkami z telefonami. Bale były z muzyką na żywo, choinką, Mikołajem i kotylionami:
(Na zdjęciu jestem Kopciuszkiem). Z czasem wyrosłam pomału z klocków, ale magiczny czar klawiszy, ich zalotny stukot trwał. Dzisiaj maszyny do pisania bezpowrotnie odeszły w przeszłość razem z dźwięcznym dzwonkiem na koniec wiersza, klawiszy w codziennych komputerach mamy aż nadto w domu i w pracy, ale sentyment nie minął, w dalszym ciągu lubię ich dotyk. Skupiałam się jednak zawsze na literach, na kropce, na nielubianych przecinkach, czasem był nawias, czasem wykrzyknik. Aż tu nagle okazało się, że istnieje cała banda ciemnych typków z ich sekretnym życiem. Jednym słowem, przeczytałam książkę "Ciemne typki Sekretne życie znaków typograficznych". Jej autor, Keith Houston okazał się być bardziej wnikliwy w patrzeniu na znaki i zaczął się zastanawiać, skąd się wziął znak paragrafu.
"Poszukiwania w internecie zaowocowały listą książek do przeczytania i stron do przejrzenia. Kiedy się z nimi uporałem, miałem pokaźną stertę notatek i jeszcze dłuższy spis źródeł do sprawdzenia. Historia tego interesującego mnie znaku obejmowała narodziny interpunkcji, starożytną Grecję, początki chrześcijaństwa, epokę Karola Wielkiego, pismo średniowieczne i największego typografa dwudziestowiecznej Anglii."
I tak właśnie powstała ta książka, która otwiera nam szeroko oczy na znaki przyjmowane jako oczywiste, a one miały swoje przygody, swoje zapomnienia, powroty, upadki i wielkie triumfy. Długą drogę do współczesnego kształtu. Znak akapitu, krzyżyk, etka, małpa, rączka, cudzysłów. Graffiti w Pompejach, greckie papirusy, Gutenberg, linotyp, komputer, telefon - oszałamiająca podróż.
To zresztą ciekawe, że w czasach, kiedy książki były bardzo, bardzo drogie, tak po nich mazano. Dorysowana rączka jest urokliwa, ale jednak dziś niejednemu z nas drgnęłaby ręka przed takim malunkiem w swoich tanich (stosunkowo) księgozbiorach.
Z ciemnymi typkami dziergam oczywiście, jako że to dziś środa dziergania z Maknetą.
Dziergam nieustająco szary sweterek i nawet ślimacze tempo mnie nie martwi, ponieważ postanowiłam dzielnie w tym roku dziergać starannie, w skupieniu i w najwyższej świadomości. Wolę mieć ślicznie wydziergany jeden udany sweter niż pięć do sprucia. Ku mojej rozpaczy okazało się jednak, że skupienie i najwyższa świadomość nie były jedynymi przyczynami wolnych przyrostów odzienia. Drugą przyczyną (może nawet kluczową) był fakt, że wydziergałam pół metra za dużo lewej części szerokiego szala. Starannie sprułam więc to co było lewym szalem, a powinno być już prawym i plecami. Przełknęłam porażkę i dziergam dalej w stronę pach.
Mam jednakże sukces na koncie, skończyłam mianowicie czapkę dla dziecka (zaczętą w październiku). Przed skończeniem powstrzymywał mnie nie tyle deszcz i niezwykle ciepło, co pompon (udał się za pierwszym - drugim - razem, ku mojej ogromnej uldze).
Dziękuję bardzo za odwiedziny, miłe słowa. Miłego dnia! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


