Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 czerwca 2022

Moje Komodo

 


"Znalazłem kapitana pogrążonego w drzemce w czółnie leżącym na boku na pokładzie wzdłuż kabiny.

- Przyjacielu - zagadnąłem. - Ile godzin do Komodo?

- Nie wiem - brzmiała chmurna odpowiedź.

- Czy byłeś już przedtem na Komodo? - spytałem, próbując go sprowokować do jakiejś szacunkowej oceny.

- Belum - odparł kapitan. To słowo było dla mnie nowością. Wczołgałem się do kabiny po słownik. "Belum: jeszcze nie", przeczytałem. W umyśle zrodziło mi się okropne podejrzenie. Wypełzłem z kabiny; kapitan w tym czasie znowu zasnął. Potrząsnąłem nim delikatnie.

- Kapitanie, czy wiesz, gdzie leży Komodo? - indagowałem. Ułożył się w wygodniejszej pozycji.

- Nie wiem. Tuan wie.

- Tuan - odparłem głośno i zdecydowanie - nie wie."

Przygody młodego przyrodnika, David Attenborough

Cóż, podróżowanie w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku nie było ani proste, ani bezpieczne ani wygodne. Nie to co dzisiaj, wsiadamy w auto z nawigacją i nawigacja zawsze wie gdzie jest Wierchomla i ile do niej godzin. Nie wiem ile razy David Attenborough był na Komodo (bo cudem sam ją znalazł i dotarł), za to wiem, że w Wierchomli jestem setny raz (a przynajmniej tak mi się wydaje, że setny). Przyznam, że od kilku lat niezwykłe przywiązanie mojego męża do tej urlopowej lokalizacji budziło moją niechęć (łagodnie rzecz ujmując). Bo ja chciałabym na Komodo, ostatecznie chciałabym do Jastrzębiej Góry, no, gdzie indziej chciałabym, ale w tym roku pomyślałam sobie inaczej. W sumie to od nas zależy co zrobimy z urlopem. W końcu David Attenborough też mógł siedzieć zniechęcony podczas wielodniowej flauty, albo otoczony moskitami wisieć w hamaku nad kałużą, mógł wiele dni jeść suchy maniok, zrazić się, uciec do Anglii i tam już zostać. Na szczęście dla mnie (i pewnie wielu czytelników, bo pięknie i dowcipnie wszystkie swoje pierwsze podróże opisał i udokumentował zdjęciami) nie uciekł, karmił cuchnącą kozą warany, łapał gołymi rękami leniwce i pancerniki, zaprzyjaźniał się z misiami i orangutanami. No to ja też zamiast narzekać, mogę skupić się na plusach Wierchomli.




Waranów tu nie ma, co może też jest jej plusem. Wzięłam za to za dużo (jak zwykle) robótek, bo ostatnio mam nasilony w wysokim stopniu pęd robótkowy, niewykluczone, że przestawiam się na tryb emerytalny - dużo dziergania, dużo czytania.

Robię między innymi Tantę po raz drugi, tym razem w wersji letniej - z jasno szarej, wręcz srebrnej pokrzywy indyjskiej i jedwabiu.


Tak, dobrze, rób kolejny sweterek - powiedziałaby pewnie moja ulubiona ciocia, zastanawiając się pewnie dyskretnie, gdzie ja je wszystkie chowam i ogólnie, co z nimi robię. Ale ten sweterek nie jest tak naprawdę nowy, powstaje ze sprutej tuniki (a jakże, robiłam ją też w Wierchomli), która obiektywnie była fajna, lejąca, letnia, ale coś mi w niej nie pasowało i nie chodziłam w niej praktycznie w ogóle. 

Zatem wszystko jest pod kontrolą, może prawie wszystko, ale czy wszystko pod kontrolą być musi?

Chyba nie, czego i Wam życzę oraz Wierchomli i Komodo według potrzeb i według możliwości. 

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

środa, 10 stycznia 2018

Z kanapą przez świat


"... w podróżach nie chodzi o scenografię, ale o związaną z podróżowaniem myśl."
Trzeci biegun, Marek Kamiński

Szalik chevron zawsze kojarzył mi się z pociągiem, samolotem i dalekimi w meksykami, ponieważ to właśnie tę prostą robótkę Knitolog w podróży zabiera w podróż. 
Moją scenografią przeważnie jest niezmienna kanapa, więc bardzo mnie ucieszyła opinia, że nie powinnam się tym przesadnie martwić, ale skupić się na myśli. Myśl bowiem czasami nie jest mi obca. 
Zwłaszcza obca myśl. W każdym razie siedziałam sobie na kanapie, dziergałam szalik chevron i czytałam o tym, jak Marek Kamiński wyruszył w pielgrzymkę do Santiago de Compostela, przeszedł pieszo cztery tysiące kilometrów i wrócił z powrotem.  

Jako kanapowy laik, wyobrażałam sobie, że mnie byłoby trudno się zerwać z kanami, obuć w gustowne obuwie i ruszyć na szlak, zwłaszcza że przecież "nie trzeba by nigdzie iść. Można by leżeć na kanapie i czytać książkę albo spacerować z rodziną lub oglądać jakiś film. Po co iść z tym wielkim plecakiem i się męczyć?"
Ale taki podróżnik wytrawny i polarny, jak Marek Kamiński, po prostu trenuje cały rok wokół jeziora, a potem idzie sto dni, wraca, pisze książkę i wypoczywa. Takie miałam przekonanie, a książka jest o tym, jak bardzo się myliłam.
I jeszcze jest o duchowych wzlotach i upadkach, o utracie sensu, o determinacji, o wierze, o ludziach. O ludziach bliskich, obcych, spotkanych i mijanych w drodze. O pokonywaniu słabości. No, czasem nie można, więc wtedy po prostu siedzi się dziesięć dni w hotelu i czeka na świt.
"Ciemna noc wciąż trwa, ale do brzasku coraz bliżej. Tak czuję. Bardziej czuję, niż wiem."
I jeszcze "Nie doczekasz świtu, nie odbywszy drogi przez noc"

Krzepiąca jest świadomość, że siedząc na kanapie w ciemnościach, niekoniecznie jesteśmy nieudacznikami - czasami po prostu czekamy na świt, tak jak przytrafia się to największym polarnikom i świętym. Ważne, żeby w końcu wstać.

"Zaczynać dzień od rzeczy, które dają nadzieję."

Zwłaszcza w zimę "trzeba rano wstać, trzeba się doprowadzić do porządku i trzeba iść dalej. Bo kiedy przychodzi zima, należy sobie uzmysłowić jedno: że ciepło nie będzie."
Nasza zima jaka jest, każdy widzi, więc żeby nawiązać jakoś do odpowiedniej skali temperatur, wyciągnęłam ze swojego archiwum fotki znad morza.






Były to dawne czasy, kiedy myślałam, że jestem stara, a byłam młoda (stosunkowo) i kiedy myślałam, że ubieram się ciepło, a ubierałam się w kupne akryle. Samopoczucie w akrylu można mieć, jak widać, całkiem dobre.

Teraz jestem stara (stosunkowo), dziergam szaliki chevron ze stuprocentowej wełny. Kto by pomyślał. Szalik jest ciepły i lejący. Wdzięcznie owija się wokół Bubuliny.


W czasie podróżowania na kanapie, wszystkie moje myśli się ułożyły w porządku, stresy od bisiorów mniej więcej przeminęły, wyklarował się pomysł na sweter z ciemnozielonej merino. Tylko muszę wstać, wyciągnąć wzór i nabrać oczka na druty.

Dane techniczne, bo dawno nie było:
Włóczka: Magic Yarnart, 100% wełna
Druty: nr 5
Waga: 400 gram
Nabrać na druty 114 oczek i przez dwa metry przerabiać wzorem zygzakowym.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia!

środa, 18 października 2017

Droga niespieszna

"Krótki pobyt nad jeziorem uświadomił mu także, że piękno, którego się spodziewał i szukał we Włoszech, nie znosi pośpiechu, omija umysły zmęczone. Dzieła sztuki wymagają skupienia, zachwytu nie można zaplanować, wpisać do kalendarza pod uprzednio wybraną datą. Rozczarowanie i znużenie spada najczęściej na niecierpliwych wędrowców."
Droga do Sieny, Marek Zagańczyk



Po lekkim rozczarowaniu Dario Castagno i jego Amerykanami, nabrałam chęci na prawdziwe Włochy. Na takie Włochy, jakie sobie wyobrażam - z najpiękniejszym ponoć światłem w Europie, z freskami, z kulturą, z winem. I z jeziorem, nad którym można sobie posiedzieć i wpaść w zachwyt ogólny. Szczęśliwie ostatnio kupiłam nieco kompulsywnie dwie książeczki Marka Zagańczyka z włoskimi szkicami (szkice są literackie oczywiście). No i właśnie "Droga do Sieny" okazała się być w sam raz na moje potrzeby i oczekiwania (jednak nie można się potępiać za lekko niekontrolowane zakupy, o ile tylko mieścimy się w miesięcznych zarobkach i o ile pod koniec miesiąca dalej stać nas na dżem do chleba, bo takie zakupy tyle nam potrafią przynieść niespodziewanej radości).

"Podziwiam tych, którzy wędrują daleko i jadą na długo, tak jakby świat wycofał swoje żądania i dał im bilet nieograniczony w czasie, bez konieczności potwierdzania miejsca pobytu. Zazdroszczę im życia bez zobowiązań; możliwości podróży, gdzie oczy poniosą, bez celu, terminów i dokładnie wytyczonej marszruty."
Droga do Sieny, Marek Zagańczyk

Tak więc sobie wędrowałam przez Włochy, przez obrazy i przez lektury. Bo wszystkiego jest w tej książce dużo. Dużo też jest czasu, więc wędrowanie staje się bardzo niespieszne, co jest najlepszym sposobem wędrowania.

"Trudno zapomnieć opis mieszkania Pawła Hertza przy Nowym Świecie, z chomiczym korytarzem zastawionym książkami, „z rzędami kompendiów, słowników, wzdłuż ścian; starannie dobranymi meblami, konserwowanymi miłośnie, biurkiem i sekretarzykiem z wybranymi zdjęciami, nowoczesnymi aparatami do słuchania muzyki, miejscem do pracy i fotelem godnym Tomasza Manna albo Anatola France’a. Mieszkanie było dziełem długiej i cierpliwej, jak każda sztuka, pracy. Kryło w sobie tajemnicę przemiany"

„Lubił malować krajobrazy – pisze Vasari – wprost z natury, tak jak się one przedstawiały. Stąd widzi się w jego obrazach rzeki, mosty, kamienie, rośliny, owoce, drogi, pola, miasta, zamki, piaski i inne podobne szczegóły”.

"Obraz tej ziemi niezależnie od pogody zadziwia swym naturalnym pięknem. Wydaje się odwieczny i niezmienny, choć w większości pozostaje dziełem człowieka, sadzącego krzewy winorośli, rozpinającego wzdłuż drogi kręte nici cyprysów. Najwspanialsze widoki toskańskie powtarzają pejzaże znane z renesansowych fresków. Tworzą ruchomą galerię wypełnianą obrazami zapamiętanymi w podróży"

Niespieszne wędrowanie można również przenieść w dziedziny dziergania. Moja droga do Sieny przez koc dobiega końca, pozostaje jedynie obrzucić szydełkiem brzegi, dorobić może chwościki (mam ogromną ochotę mieć koc z chwościkami) i już będę przygotowana na jesienne szarugi z chłodami.


Równie starannie jak koc powinno się wybrać odpowiednią lekturę. A ponieważ mój syn niedawno wrócił z kraju, w którym wszystko jest na pierwszy rzut oka normalne i cywilizowane, a na drugi rzut nie za bardzo, bo przecież nie na każdym lotnisku spotyka nas taki widok:


 Nic dziwnego, że mnie również się udzielił trollowy nastrój i mam śniadanie z Migotką, pracę z Małą Mi, a kolację z mamą Muminka. Bardzo już dawno nie byłam w Dolinie, więc raczej nie mam wyboru - moja najbliższa lektura jest raczej oczywista. :)




 Dziękuję bardzo za odwiedziny, komentarze i życzę dobrego dnia i dobrego wędrowania! :) 

środa, 11 października 2017

Malabrigo, Chianti, chianti

Zbliża się najważniejsza pora roku: winobranie, czyli vendemmia. Powietrze nasyca się aromatem wyciskanych owoców, potem moszczu, który zaczyna fermentować w kadziach.
(...)
Kolory jesieni dojrzewają, w dzień słońce wciąż mocno grzeje, choć po zachodzie może raptownie przyjść zimno, nie pozostawiając żadnych złudzeń. Lato się skończyło. To dobry moment, żeby podłożyć zapałkę w kominku, upiec kasztany i zgromadzić zapas drewna na długą zimę, która nieuchronnie nas czeka.
Za dużo słońca w Toskanii. Opowieść o Chianti, Dario Castagno


 U mnie słońca za dużo nie ma, chianti nie ma w ogóle, więc nadrabiam opowieściami. Okazało się jednak, że opowieści są, ale bardziej o amerykańskich turystach w Chianti niż o Chianti jako takim.
Dario Castagno to przewodnik samouk, specjalizuje się w mniej popularnych zakamarkach toskańskich i w amerykańskich turystach. Amerykańscy turyści natomiast, jak ogólnie wiadomo, specjalizują się przede wszystkim w Ameryce, co prowadzi do różnych mniej lub bardziej zabawnych przygód, amerykańskiej pizzy i dietetycznej coli.
Przyrody trochę jest, jedzenia włoskiego bardzo mało, fresków i innej ogólnie pojętej sztuki chyba jeszcze mniej niż jedzenia. Rozczarowałam się, chyba po prostu spodziewałam się czegoś innego. Może nawet niechby już ci Amerykanie na toskańskich wakacjach, ale jacyś bardziej udani, bo tacy też przecież się zdarzali. Może wtedy autor mniej skupiłby się na uciążliwościach zbyt licznych walizek, przesadnego makijażu i nieodpowiedniego obuwia. Miałby wtedy więcej siły i czasu na opisanie piękna Chianti i aromatu chianti. Jednym słowem - zgrabne czytadełko.
Kolory z trudem przebiły się jednak przez lekką narrację i tak mnie skusiły, że wyciągnęłam (trochę z szuflady, a trochę, niestety, z paczkomatu) Malabrigo w brązach i zamglonych zieleniach, idealne na włoski, jesienny sweterek. Kasztany w ogniu, wino w kieliszku, merino na drutach. Bardzo dobry zestaw.

"Za dużo słońca..." zakładałam zakładką prosto z Włoch - bardzo odpowiedniej w kolorach, kształcie i cytacie. Cytatu jeszcze nei rozumiem, ale mam w planie.   
 
Dziękuję bardzo za odwiedziny i miłe komentarze. Dobrego dnia! :)

środa, 7 maja 2014

Czajką i Safranem

Dzisiaj środa, zatem Gloger płynie czajką, a Czajka dzieje Safranem.


Po kilkudziesięciu latach intensywnego czytania zyskałam niejakie rozeznanie w moich książkowych preferencjach. Okazało się mianowicie, że lubię stare, ładne, mądre, dowcipne, z obyczajami i koniecznie w okolicznościach liściastej przyrody nad rzeczką. Kiedy więc zobaczyłam w taniej księgarni "Dolinami rzek" Glogera, którego kojarzyłam jako autora Encyklopedii staropolskiej i miłośnika różnych ludów oraz obyczajów, pomyślałam, że to dla mnie. I czytanie jak najbardziej to przypuszczenie potwierdza. Gloger płynie z przyjacielem i orylem starą, cieknącą czajką, zbiera narzędzia łupane oraz starożytne skorupy, rysuje ruiny, zachwyca się przyrodą, litewskimi słowami, śpi po dusznych karczmach albo pod gwiazdami. W dodatku opisuje to wszystko z niewymuszonym dowcipem.
A na drutach letni Safran, który przy odrobinie szczęścia ma szansę przekształcić się drutami 2,5 w reglan, czyli mój pierwszy od góry sweterek:

Wspomagam się bardzo intensywnie kursem Intensywnie Kreatywnej oraz tabelką do dodawania oczek Intensywnie Kreatywnego Ślubnego. Reglan jest przepisowo osadzony na prowizorycznym łańcuszku (jak bardzo on jest przepisowy okaże się w czasie prucia) i przerabiany dżersejem, ale mam dla niego plan w postaci ażurowych muszelek lub listków.
Druty do zdjęcia zabezpieczone gustownymi zatyczkami, bo już kilka razy zauważyłam, że w ferworze pozowania robótki można ją wylać z kąpielą czyli zsunąć z drutów.

Safran z e-Dziewiarki i z mojej góry planów na lato. Góra wygląda tak:


Obmyślam w związku z tym różne sweterki bambusowe i lniane, a tymczasem czas leci i mija, niedawno minął razem z majówką. Bardzo pracowicie, albowiem postanowiłam wykorzystać ją na skończenie chusty. Pogoda była niezwykle sprzyjająca - szum deszczu za oknem i ogólnie ziąb.

Deszcz padał, ziąb ziębił, kłębek zanikał niepokojąco szybko, kwiatków przybywało, zaczął się border, z borderem dziesiątki nupków, mijały kolejne godziny z kolejnymi markerami aż wreszcie dnia drugiego zaczęłam zamykać trzysta pięćdziesiąt oczek szydełkiem. Bardzo przytomnie zabezpieczyłam wolny drugi drut i mozolnie w zapadającym zmroku zamykałam oczko za oczkiem. Jeszcze dwadzieścia, dziewiętnaście, piętnaście i w tedy nagle z rąk osłabłych dzierganiem wysunął się drut pierwszy i spadł bezgłośnie na dywan. Zamarłam. Drops Lace jest włóczką cudownie sprężystą, chusta jest robiona najrozmaitszymi ażurami, więc i uwolnione niespodziewanie oczka sprężyły się cudownie ożywione i wykręciły we wszystkie możliwe kierunki. Nie oddychając, z wizją prucia całej chusty, nabrałam oczka z lewej na jeden drut, oczka z prawej na drugi, oczka z środka na szydełko. A potem tylko poukładałam je mniej więcej kolejno i dobrnęłam do ostatniego oczka. Nic się nie spruło i cała chusta na pomarańczowym tle wygląda tak:



ona we fragmencie na czarnym tle i ja w połowie swojej okazałości wyglądamy tak:



A tutaj jeszcze niewyprasowana na tle starożytnego domu w "Dolinach rzek":


 Technicznie chusta waży prawie 100 gramów surowego Drops Lace, został maleńki kłębuszek, jest cudownie miękka i ślicznie połyskliwa oraz elegancka i żeby się w nią ubrać muszę chyba kupić bilet co najmniej do filharmonii.

I tradycyjnie jeszcze zakładka, tym razem  francuska zakładka prosto ze Szwecji: