Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sweter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sweter. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 kwietnia 2024

Pokoje i beczki

 


"Półki sięgały tu do połowy ścian, a te książki, które się na nich nie mieściły, leżały w nieładzie na górze i sięgały do sufitu. Całe sterty książek stały ma podłodze i trzeba było przez nie przeskakiwać. Książki ustawione jedna na drugich wznosiły się w rogu okiennej wnęki jak flanki i chwiały się, gdy ich dotykano. Kiedy ktoś wspiął się i sięgnął po książkę w zachęcającej okładce, poruszał stopami nową falę literatury. I często rzucał tę książkę, której okładka obiecywała tak wiele, bo z nową falą wydźwignęła się inna, jeszcze ciekawsza."

Mały pokój z książkami, Eleanor Farjeon

Kiedy byłam mała, nie czytałam wstępów chyba nigdy. Opóźniały niepotrzebnie to co najprzyjemniejsze, czyli czytanie książki właściwej. Komu potrzebny byłby wstęp do czekolady albo do lodów ze słonym karmelem i orzechami? Nikomu. Z czasem jednak doszłam do wniosku, że skoro jest wstęp, został napisany i umieszczony, w dodatku, jak sama nazwa wskazuje, na wstępie, to może jednak wypadałoby go przeczytać. I tak stałam się czytelnikiem odpowiedzialnym i skrupulatnym. Czasem wstęp jest pożyteczny, czasem zachęca, czasem objaśnia. Ale w przypadku powyżej cytowanego wstępu, napisanego przez samą autorkę miałam kłopot. Wprowadził mnie do małego pokoju  pełnego książek i historii (dużo też tu było kurzu) i chciałam w nim zostać i w ogóle nie wychodzić. A tu nagle koniec i trzeba przejść do opowiastek. Zanim pogodziłam się z tym, że pokoju z książkami dalej już nie będzie, byłam bardzo rozczarowana, ale z każdą opowieścią zapominałam o rozczarowaniu i doceniłam urok tych bajeczek. Napisane ładnym, bogatym językiem, czasem dowcipne, czasem wzruszające, a czasem jedno i drugie. Bardzo życiowe. 

"Ale Królowa Georginia miała siedemdziesiąt lat, gdy Król Ryszard dwadzieścia pięć. A siedemdziesiąt lat to nie dwadzieścia pięć, więc Królowej nie wydawało się, że ma jeszcze dużo czasu."

"Prababka Gryzelda lubiła te same rzeczy co ona. Inaczej niż zwyczajni starsi ludzie, którzy tylko udają, że lubią to samo, prababka lubiła to naprawdę. Kiedy Gryzelda robiła naszyjniki z paciorków, prababka lubiła dzielić koraliki na kupki według rozmiaru i koloru i podawać jej te, których akurat potrzebowała."

Naprawdę, bardzo ładne historie, chociaż i tak w pamięci najbardziej zostaje ten mały pokój. Czasem chciałabym mieć taki pokój, innym razem nie żal mi, że go nie mam. A skoro nie mam i książki u mnie w domu nie mogą piętrzyć się w stosy i chybotać, z niektórymi musiałam się pożegnać. No, lepiej może powiedzieć, że z wieloma musiałam się pożegnać. Wiadomo, wiek się zmienia, upodobania się zmieniają, człowiek jak młody to głupi, nie wie, że jeszcze będzie lubił czytać bajki, chociaż teraz mu się wydaje, że jest dorosły, nie lubi i nigdy nie będzie. A ponieważ właśnie wszystko się zmienia, czasem przychodzi chęć do powrotów i co wtedy, kiedy książki już nie ma, a tak bardzo by się chciało zajrzeć jeszcze raz środka, popatrzeć na ilustracje i przypomnieć sobie tamtejsze przygody, które zupełnie nie jak śniegi, nie stopniały. Tak miałam z Muszelką. Pamiętałam z tej książki tylko obrazek jak siedzi na beczce śledzi, że miała mały grzebyk do swoich pięknych loków i była dosyć humorzastą osóbką. Znalazłam tę Muszelkę w bibliotece, poszłam daleko (pieszo, bo dbam, żeby dużo chodzić pieszo), poszłam dwa razy, bo za pierwszym razem nie zdążyłam przed zamknięciem. No i okazało się, że w moim mieście biblioteki są, jakby tu powiedzieć delikatnie - z przygodami są. Panie nigdy nie wiedzą co jest w katalogu, katalog nigdy nie wie co jest na półkach, co jest w wypożyczeniu a co jest w magazynie. Okazało się, że Muszelki nie ma ani na półkach, ani w wypożyczeniu (a jeśli, to w bardzo bardzo dawnym). Była tylko w katalogu, co mnie nie pocieszyło, więc, cóż zrobić, poszłam do Internetu i kupiłam. No i tak pomyślałam, że dobrze czasem byłoby mieć taki mały pokój, nawet jeśli byłoby w nim dużo kurzu i nikt tam by nie sprzątał. Bo czy te ilustracje nie są śliczne? No są. 





Beczka śledzi też jest:


Dla towarzystwa w podróży kupiłam też Roboty szydełkowe, której okładka mnie trochę rozbawiła, w środku za to szaro i niewyraźnie, ale może coś zrobię z tych wzorów, kto wie.



Bo mimo zagubienia w bibliotekach, w brakach małych pokojów (co się wiąże z różnymi redukcjami) i w spacerach (bo dbam, żeby dużo chodzić), mimo journali (o których jeszcze będzie), robię cały czas na drutach oczywiście. Mój klasyczny cardigan z plisą siedzi na razie w torbie i czeka aż plisę zacznę. Zaczęcie plisy wymaga odpowiednich warunków, czyli dobrego światła, dobrej energii, dobrego nastroju i to tego wszystkiego na raz, wymyśliłam więc, że w oczekiwaniu na owe warunki zrobię sobie prosty sweter po domu. Bo skoro ma się trzydzieści swetrów i blisko dwadzieścia kilogramów włóczki, to czasem nie pozostaje nic innego, tylko robić swetry po domu i do lasu (które niewiele się różnią tak naprawdę). Wpakowałam więc część swojej bawełny do torby i zaczęłam sweter. Bawełna jest bardzo kolorowa, kupiłam ją bowiem w dużych ilościach w celu produkowania maskotek, do czego nie doszło (z wyjątkiem jednej małej sowy, która oczywiście nie wyczerpała nawet jednej setnej bawełnianych zapasów). Kolory swetra nie będą zatem nadmiernie stonowane, co mnie nie martwi, zwłaszcza w lesie jest to przydatne, bo jak wiadomo, dobrze jest być dobrze widocznym w lesie, żeby się nie zagubić na przykład. Czego sobie i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze! 

Mały pokój zakładałam zakładką idealną do małego pokoju. Syrenki jeszcze nie zakładałam, bo nie zaczęłam czytać. Najpierw muszę się wygrzebać z bibliotecznych stosów, co idzie powoli aczkolwiek skutecznie. 

niedziela, 3 września 2023

Ścierka czyli arras

 - Gdzie chciałby pan żyć?

- Gdziekolwiek - trzy pokoje, biblioteka, w zimie ciepło, w lecie chłodno, za oknem drzewa.

Herbert, Andrzej Franaszek


W prawie trzech swoich pokojach z jednym drzewem za oknem spisałam swoje wszystkie książki, zaznaczyłam przeczytane. Wszystko wskazuje na to, że mam blisko 900 książek, w tym 290 nieprzeczytanych. Gdybym czytała w dobrym tempie, przeczytałabym je w niewiele ponad dwa lata. Gdybym czytała w fatalnym tempie, przeczytanie ich zajęłoby mi osiemnaście lat (sic!). Ale od 2004 roku - czyli odkąd zaczęłam zapisywać przeczytane książki - tak dobre jak i fatalne tempo zdarzyło mi się raz. Gdybym się zmobilizowała i nie kupowała nowych (taaak), mogłabym mieć nadzieję, że przeczytam je w ciągu pięciu lat. I nie chodzi mi o jakieś wyzwania czy wyścigi, ale po prostu szkoda mi ich, jak tak stoją na półkach i się kurzą czekając. Pięć lat to długo, osiemnaście to ryzykownie długo, mała presja czasu więc jest. Taka wręcz presyjka. Oczywiście staram się nie dać zwariować i przy wyborze lektury nie kierować się grubością książek, dalej staram się czytać z przyjemnością, ale mała presja jest. I z taką małą presją gdzieś z tyłu głowy, zabrałam czytnik i pojechałam na wakacje. Wybór i chęć wskazywały na biografię Herberta. Zaczęłam czytać i tylko co jakiś czas zerkałam na podsumowanie na dole. 1 %, no nic, czytam dalej a tu dalej też 1%. Na drugi dzień dzielnie czytam dalej - zerkam, a tam w dalszym ciągu 1%. Najpierw myślałam, że popsuło się liczydło w czytniku, ale zaraz potem, tknięta przeczuciem, sprawdziłam liczbę stron tej biografii - dwa tysiące stron. Gdyby spróbować określić ją jednym słowem, byłoby to słowo "hojna". No ale skoro udało mi się przeczytać 1%, to chyba dam radę przeczytać całość. Czytałam prawie miesiąc. 

"Herbert" Franaszka to bardzo hojna biografia i, co w sumie dziwne, nie przytłacza ani nie nuży. Zapomniałam zupełnie o presji i siedziałam w morzu cytatów, zapisków, faktów i przypuszczeń. W dolach i niedolach, w zdrowiu i w chorobie, w podróżach i w powrotach. Przejmujące życie, przejmujące okoliczności (i ta ohyda teczek, agentów, inwigilacji), piękno poezji i myśli w tym wszystkim. Przejmująca lektura. Warta tego miesiąca i psucia statystyk oraz tempa.

Sierpień przeminął jak z bicza trzasnął, do czego przyczynił w znacznym stopniu reading journal. Otóż kiedy zgodnie z planem od nowego roku przeprowadzę się z moimi książkowymi i ogólnożyciowymi zapiskami do nowego notesu, stary (no, nie taki stary, bo tegoroczny) zostałby w większości pusty. Szkoda mi było, myślałam, żeby może wpisać w niego jakieś lektury dzieciństwa, albo ulubionych pisarzy, albo ulubione książki, aż po tygodniu myślenia wpadłam na pomysł wpisania do niego wszystkich moich lektur od 2004 roku. Pomysł szalony, więc pierwszy rok wpisałam i ozdobiłam błyskawicznie, żeby mój zdrowy rozsądek nie zdążył zareagować. Nie wiem, czy aż tak musiałam się spieszyć, w każdym razie nie zareagował, a dalej to już poszło. Jestem już w roku 2014 i teraz nawet aż tak szalone mi się to nie wydaje. 


Każdy rok jest w innym stylu, mam okazję się naocznie przekonać, co mi się podoba najbardziej (kwiatki jednak i vintage), wykorzystać moje nakupowane w ilościach hurtowych papiery, kredki i naklejki oraz nabrać wprawy w zdobieniu. 
W każdym roku jest strona powitalna, jest topka, lista przeczytanych książek i piksele, czyli oceny i typy w kolorach. Skalę i kolory ocen zmieniałam od założenia reading journala chyba dziesięć razy aż wreszcie wpadłam na sześć ocen (wydaje mi się, że ktoś go już stosuje) i kolory tak intuicyjne, że po kilku książkach nauczyłam się ich na pamięć. Typy też zmieniłam - początkowo były w odcieniach brązu i tylko Veermer mógłby odróżnić audiobook od książki papierowej - na zielone i niebieskie dla elektronicznych (czyli e-book i audiobook) oraz żółty dla papieru, fioletowy dla powtórki a czerwony dla pożyczonej. Nie wiem na czym to polega, ale przyjemnie jest popatrzeć na taki rok w kolorach i powiedzieć - o, w tym roku czytałam dużo pożyczonych i słuchałam dużo audiobooków, a w tamtym znowu czytałam dużo pożyczek.

 








Wśród tych szalonych poczynań nastał wrzesień i Zlot Biblionetkowy w Ciechocinku (co było lokalizacją dla emerytki bardzo stosowną). Zlot jak każdy był bardzo udany, ożywczy i radosny, Ciechocinek ukwiecony i słoneczny, ognisko trzaskające, wino czerwone, domowe nalewki za to najprzeróżniejsze. Prawie udało mi się nie przywieźć żadnej książki, ostatecznie przywiozłam jedną, co można uznać za wynik przyzwoity. 





Na zlot zabrałam druty i prostą robótkę. Okazało się jednak, że prosta robótka poza oczywistą zaletą, że jest prosta, bo nie trzeba liczyć oczek, patrzeć w schemat czy zapisywać przerobionych rzędów, ma również wadę, a mianowicie taką, że nie jest atrakcyjna. I tu już nawet nie chodzi o mnie (w każdym razie nie w dużej mierze o mnie, bo wiadomo, że na ogół wygląda się lepiej z wykwintną robótką niż z niewykwintną), ale o kogoś kto podchodzi i pyta co robię. Na pewno znacznie przyjemniej byłoby mu dowiedzieć się, że robię na szydełku (okazuje się, że różnica między drutami a szydełkiem w świecie niedziergającym jest praktycznie niemożliwa do wychwycenia, często więc moje druty nazywane były szydełkiem, a próba wyjaśnienia szybko wywoływała popłoch i pomieszanie) arras wawelski a co najmniej ciechociński. A ja tu siedzę i dziergam ścierki kuchenne. Po prostu sama byłam rozczarowana swoją prozaicznością. Do tego stopnia, że w drodze powrotnej postanowiłam spruć w połowie gotową ściereczkę i zrobić jednak sweter, tym bardziej, że bawełna na ściereczki to nie resztki a całkiem spore pudło całych motków (jak to możliwe?) i trochę głupio. Ściereczki będę robić, jak już zostaną z niej resztki. 

 W Ciechocinku dało się mi zrobić zdjęcie niedawno ukończonego Corran cardigan



Bardzo jestem z niego zadowolona - lekki i przyjemny. I nawet plisę udało mi się nabrać za pierwszym razem i nie pruć. Z tyłu nie widać ściągacza, bo mąż nie wiedział, że ściągacz jest ważny, ale ściągacz z tyłu też jest.
350 gramów Line firmy Sandnes Garn - jest w niej len, więc mam nadzieję, że się będzie dobrze nosić
Druty nr 5 (do ściągaczy nr 4)

I tym sposobem zbliżamy się do jesieni, grzybów oraz innych jadalnych dóbr natury, jesiennego słońca, mgiełek i kolorów, czego sobie i Wam życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

poniedziałek, 3 lipca 2023

Burzliwe piramidy

 


"Pisarze ledwo nadążali z robotą - trzeba było udokumentować, opisać i zapisać mnóstwo rzeczy i spraw oraz skopiować i zarchiwizować to wszystko."

Egipt w czasach piramid, Guillemette Andreu

Zupełnie jak ja, chociaż ani nie jestem pisarzem, ani nie siedzę w cieniu piramid, ale też archiwizuję wszystko albo znaczną większość. Nie czułam więc przesadnej przepaści geograficznej czy antropologicznej, kiedy czytałam tę przyjemną i wciągającą książkę, w której niestety, poza okładką, nie było żadnych obrazków i znowu musiałam zaglądać do wszystkomającego Internetu, żeby zobaczyć na przykład pisarza lub innych. Egipcjanie wrzucali do Nilu ichniejsze Marzanny i wianki, artyści utrwalali przemijającą rzeczywistość rzeźbiąc i malując, co dziś znacznie łatwiej osiągnęliby robiąc miliony zdjęć. Moje książki na przykład są uwiecznione we wszystkich nieomal swoich konfiguracjach i ustawieniach. Do książki raczej już nie będę wracać (chociaż wiadomo, że z takimi deklaracjami nigdy nic nie wiadomo). Jeden tylko szczegół mnie zdziwił, nie dotyczył on na szczęście Egiptu, otóż autorka uznała, że Szeherezada "wymyśla różne niezwykłe historie, by rozerwać sfrustrowanego sułtana". Wydaje mi się, że głównym celem Szeherezady było przeżyć, bo rozrywki sułtana zupełnie nie polegały na słuchaniu opowieści. To drobiazg, ale trochę nadszarpnął moją wiarę w panią Andreu.

Chyba, że się mylę, co też nie jest wykluczone. Egipt piramid przeminął, zupełnie tak samo jak mój wywczas (bo przecież nie urlop, kiedy po raz pierwszy po powrocie z letnich wyjazdów, siedzę w domu ze swoimi książkami i włóczkami, zamiast pracować dzielnie w firmie jakiejś). Nie wiem czy to z tego powodu, czy z jakiegoś innego (globalnego ocieplenia może), pogoda w tym roku nas nie rozpieszczała, jeżeli w Polsce była jedna jedyna burza, to właśnie w Wierchomli.

Dostawałam różne ostrzeżenia na zmianę, od burz z piorunami poprzez upały, powodzie i lawiny (sic!), aż trochę się bałam, że drogi nam zaleje i zmyje i zostanę już na wywczasowym tarasie na zawsze. Na szczęście nie zmyło ani nie zalało, na wszelki wypadek siedziałam na ulubionym fotelu i nie oddalałam się od domu - na zdjęciu poniżej mam na sobie trzy z moich wełnianych (!!!) robótek.


po burzach zawsze za to była tęcza, owce i lody




Ponieważ turystycznie nie udzielałam się w ogóle (nie bez ukrytego w głębiach zadowolenia), główną atrakcją poza czytaniem i robieniem na drutach były zakupy (o Roku bez Zakupów jeszcze będzie, do jego końca został tylko miesiąc) w licznych punktach z pamiątkami regionu beskidzkiego oraz w powstałym niedawno w Piwnicznej Centrum Chińskim. Co w sumie, biorąc pod uwagę kraj produkcji wszystkich pamiątek na świecie, wychodzi prawie na jedno; w Centrum może oferta jest bardziej synkretyczna. Kupiłam sobie do swoich licznych zeszytów naklejki i litery do drutów albo biżuterii


Pan z wąsem przypominał mi bardzo Marcela Prousta i to pomimo angielskiej wieży z zegarem. W kwestii markerów natomiast zainspirowana Internetem zrobiłam sobie licznik rzędów, który wisi na drucie i nie wymaga notowania ani przekręcania a tylko przekładania z kółka na kółko. 



Na drutach wisi poza licznikiem robótka, które ma być docelowo kardiganem Corran, robię go z bardzo przyjemnej włóczki Line Sadnes Garn, przy szyi mnie lekko podgryza, ale mnie len prawie zawsze podgryza, a w Line jest poza bawełną i wiskozą trochę lnu właśnie. Kardigan ma być długi, z długimi rękawami i dekoltem V, na razie przyrasta bardzo szybko, ale jest wyjątkowo niefotogeniczny na etapie WIP (czyli pracy w toku).


Na żywo ładniejszy trochę, w kolorze szałwiowym.

Za oknem piękna pogoda (no pewnie, skoro już jestem w mieście), na targu piękne warzywa i owoce, na półkach książki, można się delektować latem, czego sobie i Wam życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. A książkę zakładałam delikatną zakładką z hieroglifami (pewnie wyprodukowaną w Chinach, ale co tam, wygląda jak z Egiptu prosto)


PS PS Na lipiec wylosowałam (w moim LOTTO nieczytanych) między innymi Fausta, no cóż, czekał, czekał, aż się doczekał. Trzeba przetrwać tę romantyczną dawkę. :D

niedziela, 25 czerwca 2023

Pałace, kubki, kolory i niekocyki

 


"A już, wierzcie mi, wprost rozpacz mnie ogarnia, kiedy do snu się rozbieram i pomyślę, że rano przyjdzie mi się znowu ubrać, a wieczorem znów rozebrać, rano ubrać, wieczorem rozebrać, ubrać, rozebrać, to już nieraz chciałbym dnia nie dożyć. Całe szczęście, że lokaj mi pomaga, bo sam nie miałbym chyba siły.

Jakież to wszystko nudne. Co to będzie? Co to będzie?"

Pałac, Wiesław Myśliwski

Pałac wylosowałam w swoim miesięcznym losowaniu moich spośród moich Wielkich Nieprzeczytanych i tym sposobem nie stał już na półce, gdzie od ośmiu lat albo od dziesięciu, dokładnie nie pamiętam, bo jak kolejka długa, to lata mijają nie wiadomo kiedy.

Pierwszą książkę Myśliwskiego dostałam w prezencie, przeczytałam, podobała mi się, drugą kupiłam ze względu na tytuł, bo jak nie zauroczyć się traktatem o łuskaniu? Przeczytałam, podobała mi się i potem już łatwym kupowaniem internetowym nakupiłam kolejne cztery, wszystkie miały śliczne okładki, chociaż tytuły już mniej śliczne, postawiłam je na półce i już nie przeczytałam. Aż przyszło losowanie i na Pałac padło.

Przeczytałam i też mi się podobało. Nie jest to mój ulubiony w tej chwili typ lektury, ale nie można odmówić Myśliwskiemu uroku, głębokiej refleksji, tajemnicy, płynnej narracji i wręcz lekko narkotycznego rytmu. Sprawnie wprowadza czytelnika w trans i to jednym tylko pastuchem Jakubem, który najpierw jest Jakubem, a potem dalej jest pastuchem ale trochę się przemienia w dziedzica. Oczywiście w swojej wyobraźni a może w wyobraźni autora, w sumie nie ma to żadnego znaczenia ani dla powieści ani nie miało dla mnie, cały ten ciąg sugestywnych dworskich obrazków, cały korowód osób przewijających się i te wszystkie rozmowy były wystarczająco ciekawe.

Jako że zdecydowanie nie mam lokaja, dbam bardzo o to, że mnie ominęła ta nuda kolejnych dni i nocy. A nudę można rozproszyć różnymi rzeczami, w tym między innymi kolorami. Jak pomyślałam, tak zrobiłam, zaopatrzyłam się w kredki i kolorowanki (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie z pewnością w kolejnych odcinkach, bo w sierpniu ów Rok się kończy). Jakieś kredki od wielu lat miałam, ale okazały się być kredkami męczącymi i nienajlepszymi (tak to właśnie jest, kiedy człowiek wgłębia się w różne tematy na YouTube), teraz mam niemęczące (Polychromos Faber Castel, bo zdjęcie jest poglądowe tylko) chociaż dalej dla amatorów.



Kolorowanki kupiłam różne, dla dorosłych i dla dzieci, ale te dla dzieci wolałabym chyba dać wnuczkom, bo nie wyobrażam sobie jak ja pomaluję tego Vermeera. Wnuczęta moje pomalowałyby taką Dziewczynę z perłą raz dwa. No trudno, zaczęłam od kolorowanek dla dorosłych, a Vermeera przepracowuję w sobie, że to nie będzie profanacja tylko…, no do tego jeszcze nie doszłam w zastanawianiu co.  


 

Do kolorowania kupiłam (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie)s obie też kubek, który bardzo jest przydatny do przeganiania nudy, zwłaszcza że jest ręcznie ulepiony przez MiskiIzki z Łodzi. I trzeba wspierać lokalnych artystów, nie ma rady. Więc wsparłam (dwa razy)



Jakiś czas temu wygrałam niespodziewanie nagrodę główną na Instagramie, co prawda tematem konkurencji była największa wtopa dziewiarska, ale trudno, przepracowałam to w sobie, że dzierganie czyni mistrzów i że kiedyś będę, i że te trzy rękawy w swetrze to zrobiłam dawno temu i już się to nie powtórzy. Nagroda jest bardzo śliczna, trzyelementowa, przy czym część wełniana jest związana z Muminkami, co mnie cieszy jeszcze bardziej. 


Będą z niej skarpetki, ale najpierw zrobię sweterek. 


Sweterek zaczęłam od próbki i już bez wyrzutów sumienia, bo kocyki dla wnucząt skończone, wymagają tyko dorobienia pomponów i pochowania nitek. Robię więc wreszcie niekocyk, mam kawałek ściągacza (sweter robiony jest od dołu, raz tylko robiłam i wspomnienia mam nieco traumatyczne, ale to było w epoce trzech rękawów, więc dawno, teraz może pójdzie łatwiej) i tak sobie myślę, że odkąd wpisałam te kilogramy liczne moich włóczek w tabelki, to wydaje mi się, że one już przerobione są. To bardzo przyjemne uczucie, co prawda zaczynają wtedy po głowie chodzić nowe włóczki, ale Rok bez Zakupów jeszcze się nie skończył, ale o nim będzie. Tymczasem napadało dużo deszczu, ale dziś wyszło słońce, roślinność ozdobna i jadalna wymyta i żywa, można się cieszyć nią i spożywać, czego sobie i Wam życzę, dobrego dnia!

I niezmiennie dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, a Pałac zakładałam zakładką z parkiem jakby pałacowym trochę i letnim.    


niedziela, 19 lutego 2023

Kolejki i katalogi

 


"Przy łóżku na stoliku leżały dwa luidory, wszystko, co zostało z zarobionych milionów. Pewnego dnia wziął je do ręki, obejrzał i rzekł: Aleksandrze, wszyscy mówili, że byłem rozrzutnikiem, ty sam napisałeś o tym sztukę sztukę. No i proszę. Widzisz, jak nie miano racji? Kiedym wylądował w Paryżu, miałem w kieszeni dwa luidory. Spójrz... wciąż je mam."

Trzej panowie Dumas, André Maurois

Długo czekali na swoją kolejkę ci trzej panowie Dumas, jakoś podskórnie czułam, że będzie trudno, może nudno, może nic nowego. Wpadli w ręce w czasie katalogowania i pomyślałam - czemu nie. Niespodziewanie poczułam się jak w kolejce. W kolejce górskiej. Różnica była tylko taka, że z kolejki górskie chciałoby się czasami wysiąść a nie można, z tej biografii wysiadać się w ogóle nie chciało. Cała reszta była taka sama. Wzloty, upadki, rozmach, piski, śmiechy i tempo, tempo, tempo. 

 André Maurois potrafi pisać porywająco, a Dumas dostarczyli mu tematu (może poza synem, który był najbardziej nijaki, zupełnie jednak jak nie kolejka górska tylko podmiejska raczej, choć z Paryża). 

Generał Dumas (czyli ojciec ojca Dumas) sam jeden mógłby starczyć za trzech muszkieterów łącznie nawet z d'Artagnanem, taki był odważny i waleczny. Ogromne zaskoczenie. Takich zaskoczeń zresztą było tu mnóstwo (dla mnie przynajmniej). Myślałam, że Dumas to francuskie nazwisko, a tu nie, czarnej niewolnicy i to ona przyczyniła się do bujnych loczków w tej rodzinie. Myślałam, że jako generałowi żył dobrze i dostatnio, ale nie, okazało się że Napoleon nie był do końca taki miłościwy dla swoich żołnierzy. A potem już nic nie myślałam, tylko patrzyłam w osłupieniu jak Dumas ojciec z dwoma luidorami przyjeżdża do Paryża i go podbija. Patrzyłam na wirujący korowód jego kochanek i pojawiających się dzieci. I patrzyłam na pojawiające się dziesiątkami sztuki teatralne i powieści. 

Nie napisał ich trzech, ale, niczym francuski Kraszewski, bardzo bardzo dużo. Tak, to prawda, pomagali mu, ale to on dodawał do nich tej ożywczej szczypty geniuszu i to dzięki niemu d'Artagnan dla nas zawsze będzie równie prawdziwy jak Portos, hrabia Monte Christo czy kardynał Richelieu. Bardzo oszałamiająca biografia. 

A kiedy już wyszłam z oszołomienia, napisała do mnie koleżanka, że chce kupić trochę bawełny i nie jest pewna jaki chce kolor. Wyciągnęłam zatem swój Safran, wywaliłam na kanapę i spojrzałam w lekkim oszołomieniu. Przy okazji chciałam zdementować plotki, jakoby publikowane przeze mnie niedawno motki na kocyki dziecięce były całym moim zapasem włóczek. Nie, mimo że zajmowały całą kanapę, to była tylko wełna Merino. A teraz patrzyłam na te motki bawełniane, które kupiłam z zamiarem produkcji (masowej chyba) zabawek, do której nigdy nie doszło. I co ja sobie myślałam wtedy i co ja mam z tego zrobić? 


Oddzieliłam rodzinę zieleni od czerwieni 


i olśniło mnie, że mogę zrobić sweter boxy, o którym marzyłam już od tak dawna, że pewnie niedługo wyjdzie z mody. Boxy jest swetrem wysoce niewygodnym do kurtki, bo ma znaczne nadmiary po bokach i pod pachami, ale na lato, kiedy zdarza się kurtki nie używać, jak najbardziej może być. Wizja tej włóczki w tym wzorze była tak bardzo natrętna, że od razu wrzuciłam ją na druty. 


Zaczęłam przerabiać i nie zraziło mnie nawet przerabianie dookoła dekoltu, chyba już się przyzwyczaiłam i nawet orientuję się gdzie jest co w tym kłębowisku.


W dodatku pojawił się plan na zwariowanie energetyczny sweterek w czerwieniach i różach i z mieniącą się nitką, i cóż z tego, że jestem emerytką, na szczęście moda dla starszych pań jest obecnie znacznie bardziej łaskawa. Kocyki trochę czekają w kolejce. 

Oczywiście nie samymi książkami ani drutami człowiek żyje, żyje też trochę katalogowaniem.





Trochę to dla mnie bolesny proces, bo ja czasami mogę mieć niepozmywane, niezamiecioną podłogę nawet mogę mieć, ale książek w nieładzie nie mogę. Zacisnęłam jednak zęby i kontynuuję, wizualizuję sobie koniec katalogowania i to mnie pociesza. Na razie dobrnęłam do pozycji numer 400 i nie wiem czy daleko jeszcze.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie byłam szczęśliwą emerytką, mój kolega z pracy, który słuchał codziennie moich opowieści o minimalizowaniu, organizowaniu, systemach przechowywania i układania, powiedział, że w moim przypadku ten proces się nigdy nie skończy. Oburzyłam się, no ale nie wiem w sumie. Bo ciągle na horyzoncie pojawia się lepszy i przyjemniejszy system, Tak więc poza czytaniem, dzierganie, katalogowaniem, poza prowadzeniem Notesu kochanej babci, poza gotowaniem i niezamiataniem podłogi, znowu organizuję swoje zakładki.

Cztery lata temu je bardzo dobrze zorganizowałam , utrzymywały się w porządku przez cały ten czas, ale system miał dwie wady - był w plastikowych koszulkach i wymagał nieco trudu przy wyciąganiu i nieco więcej przy odkładaniu zakładki na miejsce. Cztery lata mi zajęło wpadnięcie na to, żeby wyeliminować koszulki i zakładki wsadzić bezpośrednio do grubszego szkicownika. Ja głęboko wierzę, że nadejdzie ten moment, kiedy wszystko będę miała skatalogowane i ułożone idealnie, ale na razie proces trwa. Chwilowo jest tak:


ale wkrótce będzie tak:


Stanowczo za dużo poświęcamy czasu na jedzenie i sen. No i zakupy też. Trudno, a skoro przy zakładkach jestem, to panów Dumas zakładałam panią


z drugiej strony też jest ślicznie


czego sobie i Wam wszystkim życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!