Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bawełna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bawełna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

Noc z mandalami

 


"... trzeba się ćwiczyć w dzielności."

Państwo, Platon

Dawno mnie tu nie było, ale chyba wracam.

W marcu zmarł mój mąż, a ja spałam w pokoju obok. Czy mogłam coś zrobić, gdybym nie spała? Lekarze i przyjaciele twierdzą, że nie mogłam. Sprzedałam więc jego samochód i laptop, została gitara, pudełko nut, przewodnik po Zakopanym, atlas grzybów. I czapka ciemnoróżowa z pomponem, którą zrobiłam dla siebie, a w której wychodził na balkon, kiedy było poniżej minus pięć stopni. -Zrobię ci granatową może, chcesz? Ale nie chciał.

Odwołałam więc wszystkie nasze zaplanowane wakacje, książki zakładam przytulnym wieczornym czytaniem, żeby oswoić noc. 

Na drutach nic nie mam, kawałek zaczętej skarpetki, ale nie mogę przebrnąć przez piętę, mimo, że mam stosowne zapiski z przeszłości. Na szydełku za to mam kolejne kocykowe kwiatki na życzenie wnuczki i w planie kocykowe kwadraty babuni na życzenie wnuczka. Kolory i wzory przez wnuczki zatwierdzone, ale kocyki szydełkują się wolno. 

Dalej prowadzę zeszyty lektur, w notesy wciągnęłam też wnuczkę, nie musiałam jej długo namawiać, też lubi zeszyty i napisy.


Wnuczka nie uznaje na razie spacji i pisze więc zupełnie jak Herodot, nawet tytuł i tematyka zbliżona. 

Na niedawnym spotkaniu łódzkim biblionetkowym usłyszałam komentarz koleżanki "kiedy Czajka jeszcze czytała książki starożytne". Wróciłam do domu i po chwili długiej pomyślałam, ale zaraz, przecież ja dalej czytam starożytne, bo dalej je lubię. Czy nie? Postanowiłam to sprawdzić, a wiadomo, że takie rzeczy najlepiej się sprawdza kwiatkami i legendą. - Ty powinnaś pracować w Urzędzie Statystycznym - powiedziała druga koleżanka i coś w tym jest.

Opracowałam legendę, przyznam, że trochę inspirowałam się kocykami temperaturowymi a trochę kolorami poziomów morza na mapach, w której każdy kolor przypisany jest do określonego przedziału czasowego. Wybrałam kolorowankę z mandalą kwietną i tak powstała mandala lat, w których książka została napisana. I zaraz potem zrobiłam drugą z językami, bo byłam ciekawa, jakie języki przewijają się w moich lekturach i w jakich ilościach. Oczywiście, w oryginałach nie czytam, może tylko poza Kubusiem Puchatkiem, ale wiadomo, dla Kubusia warto się poświęcić.   



Z pomiarów nad moim czytaniem wynika, że od trzech lat czytam głównie książki współczesne i faktycznie cała starożytność stoi na półkach i się kurzy, postanowiłam to zmienić.
Wyciągnęłam "Państwo" Platona i czytam powoli. Właściwie nic nie powinnam pisać o Platonie, bo o nim to już dużo napisano i w dodatku na ogół mądrze. 
Tak sobie jednak dziś pomyślałam, że może faktycznie był genialny i że faktycznie cała filozofia na nim stoi, ale na ludziach to on się nie znał. Pół Państwa (bo jestem w połowie) jest o tym jak z człowieka miotanego pokusami i żądzami  zrobić przepisem prawnym i lekturą prawomyślną człowieka idealnego. No, panie Platonie, tak się chyba nie da, chociaż jak się rozejrzeć dokoła, to ten pogląd pokutuje do dziś dnia.

I tak mija zimny maj. Mąż zawsze stawał w drzwiach, kiedy pisałam.
- Co piszesz?
- No bloga przecież!
Piszę bloga, ale tak naprawdę, to ćwiczę się w dzielności.

Dziękuję za komentarze. Dobrego dnia!

niedziela, 19 maja 2024

System w paski czyli wzloty i upadki

 


"Wiozło nas osiem koni ustrojonych jak muły w Hiszpanii, z dzwoneczkami u szyi, grzechotkami przy lejcach, z czaprakami i frędzlami wełnianymi rozmaitego koloru. Matka wzdychała, siostry gadały do utraty tchu; ja wypatrywałem oczy i nasłuchiwałem pilnie, olśniony przy każdym obrocie kół: pierwsze kroki Żyda Wiecznego Tułacza, które nie miały nigdy ustać. I gdyby to człowiek zmieniał tylko miejsca! ale zmieniają się dni jego i serce."

Pamiętniki zza grobu, Chateaubriand

Najmniej mówiąca okładka roku, ale muszę przyznać, że ta oprawa klasyczna, w środku jedwabiste kartki, niektóre podklejone fachowo na zakładki, budziła we mnie wspomnienia wakacyjnych bibliotek małych miasteczek. Same Pamiętniki z wakacjami nie mają nic wspólnego. 

O tej książce usłyszałam bardzo dawno temu, czyli jakieś piętnaście lat temu, ale już wtedy na Allegro jej cena skutecznie gasiła chęć natychmiastowego zakupu. Kupiłam sobie na pocieszenie Opis Jerozolimy tego samego autora i podobało mi się. No ale przyszedł czas bibliotek, cena Pamiętników nie zmalała, więc wypożyczyłam sobie. Przez pierwsze dwieście stron (albo niecałe) żałowałam, że one pożyczone są, ale potem jednak ucieszyłam się, że nie są moje. Nie podobało mi się, że jest tak uprzedzony. Do Napoleona. Do rewolucjonistów. Poniekąd jego uprzedzenia były uzasadnione, ale w uprzedzeniach zawsze się widzi tylko swoje racje. No i to ciągłe utyskiwanie, że jest się nad grobem, skoro już z tytułu było o tym wiadomo, męczące. W ogóle Chateaubriand usposobienie miał melancholijne i było to widać. Ale część opisująca jego ponure dzieciństwo w ponurym gotyckim zamku, z ponurym surowym ojcem była pasjonująca, potem opis wybuchu rewolucji wstrząsający, ciekawy opis podróży do Ameryki i powrót do Francji, w której nastali powszechnie obywatele i obywatelki oraz messidory, thermidory i fructidory. Tak sobie pomyślałam, że gdyby zamiast przerabiać w szkołach zwykły program historii powszechnej, w którym to wszystko jest datą, nazwiskiem i wydarzeniem zupełnie dla nas obojętnym, bo było dawno i dawno minęło, gdyby zamiast tego przeczytać opis Chateaubrianda, który był w Paryżu, kiedy biegano tam z głowami ludzkimi zatkniętymi na piki, może wtedy byłoby inaczej. A może byłoby tak samo, bo jednak poza pewnymi stronami, jako gatunek jesteśmy jednak beznadziejny. 

W każdym razie było to fascynujące doświadczenie życia kogoś kto rozmawiał z Ludwikiem XVI,  Napoleonem i z Washingtonem - dla mnie to takie magiczne otwieranie furtek do przeszłości.

 "Co robię wśród pustkowi? Nic! Słucham ciszy i patrzę, jak mój cień przesuwa się wzdłuż akweduktów oświetlonych księżycem"  

Też trochę się zapatrzyłam w swój cień, ale niedługo, bo przyszedł poniedziałek i zaczęłam wdrażać swój kulinarny system. 


Jak ogólnie wiadomo, wdrażanie wszelkich systemów, nawet tych najlepszych, jest trudne i burzliwe. Rzadko kiedy wszystko działa od razu, wręcz przeciwnie, na ogół nic nie działa i masowo ujawniają się różne nieuwzględnione w systemie warunki i założenia. Teoretycznie miałam zaplanować menu na tydzień i wypisać na kartce składniki do zakupu, tak zrobiłam, spis okazał się zawierać około trzydziestu pozycji i z taką listą poszłam niefrasobliwie do sklepu spożywczego, po czym stałam przed panią ekspedientką w popłochu usiłując wyłapać z listy te składniki, które są spożywcze i które w sumie nie ważą więcej niż ja, bo przecież tylko mrówki mogłyby się podjąć transportu. W efekcie wpadłam w stres, kupiłam rzodkiewki, które nie były na liście, ale wpadły mi w oko i kupiłam rukolę, której nie miałam jeszcze na kartach inspiracji, ale gdzieś kojarzyłam, że można coś z niej robić, nawet jeżeli jest w dużej ilości. I wróciłam do domu z silnym postanowieniem dopracowania techniki tworzenia list zakupowych oraz rozbudowania kart inspiracji. 

Nierozważnie zaplanowałam też wątróbkę w dzień sprzątania, więc wyszłam po nią w południe, czyli w porze, w której po wątróbce w sklepie nawet nie było śladu. Jakoś z tego wybrnęłam, coś zjedliśmy, nawet dobrego w miarę, w ten czwartek, czyli w dniu tworzenia menu (no dobrze, w piątek rano tak naprawdę), listy zakupowe zrobiłam już rozsądnie dzieląc je na sklepy mięsne i spożywcze oraz na składniki, które muszą być bardzo świeże i na takie, które świeże być w ogóle nie muszą, bo są w puszce albo są cukrem. 

Nie wiem jak skuteczny okaże się mój system długofalowo, trochę to zależy ode mnie, bo jednak nawet najświetniejszy system sam nic nie kupi ani nie ugotuje, ale już teraz, po prawie dwóch tygodniach widzę, że jest duża szansa na to, żebym zapanowała nad zakupami, czyli żebym kupowała rzeczy potrzebne i nie kupowała rzeczy niepotrzebnych i żebym otwierała się na nowe przepisy, a nie, tak jak do tej pory sięgała sporadycznie do książek kucharskich, których w dużej liczbie nakupiłam w czasach zarazy, a potem zapominała o tym, co tam czytałam. Było to frustrujące, zniechęcało do wysiłków i nic dziwnego, kiedy niedawno okazało się, że to na półce z książkami kucharskimi mam największy kurz.

Teraz, gdy będę przeglądała książki z przepisami, mam plan zapisywać co ciekawsze w podręcznym notesiku (bo wiadomo, notesiki są ważne i przydatne). Mam też ogromną chęć przepisać mój zeszyt z przepisami po raz piąty, bo teraz odkryłam takie cudne zeszyty o grubych kartkach, papiery o ślicznych wzorach i nauczyłam się robić różne klapki i kieszonki, a nawet koperty (to znaczy koperty jeszcze nie robiłam, ale mam narzędzie, więc myślę, że umiem). Powstrzymuję się jednak, bo lubię ten zeszyt, który ozdobiłam starymi kalendarzami i teraz ozdabiam go dalej.  

Poza gotowaniem, ucieraniem past różnych i siekaniem sałatek, miałam czas na spacery w miejsca z wieloma smokami


Skończyłam też lniany cardigan granatowy, ale tak długo sechł, że nie zdążyłam go wyprowadzić w plener. Działam też z paskami, przeszłam do pierwszego rękawa i myślę teraz nad paskami korpusu, które nie są takie prześliczne jak myślałam, że będą. 


Już kiedy dołączyłam ten zielony, to byłam lekko rozczarowane brakiem zachwytu, ale pomyślałam, że może jakoś to będzie, chociaż wiem doskonale, że w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach nie będzie i lepiej od razu pruć. Na czas robienia rękawów wsadziłam sweter do torby i jak po kilku dniach niewidzenia wyciągnę go i się zachwycę, to zostanie bez zmian, jeżeli nie, to spruję, bo on ma być po domu, ale po co nawet po domu ma mnie denerwować.

Nawet po domu możemy być kolorowe i niesmutne, czego sobie i Wam życzę!

Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Nie zdążyłam zrobić zdjęcia zakładki w książce, to jest właśnie minus pożyczania, że jak się odda to koniec, ale zakładałam zakładką z moją ulubioną pozycją czytania kiedyś, dawno temu, kiedy w karku nic nie strzykało. Obok zakładki mój reading journal, czyli zeszycik z lekturami




niedziela, 5 maja 2024

Czasem lato, czasem żyrandol

 "W lecie najdziwniejsze jest to, że mija tak szybko"

My na wyspie Saltkråkan, Astrid Lindgren


Wstyd się przyznać, ale z twórczości Astrid Lindgren w przepisowym czasie przeczytałam tylko Dzieci z Bullerbyn i Karlssona z dachu. Pippi poznałam w serialu, reszty nie poznałam, przestraszano może okropnym charakterem Karlssona, który do dziś pozostał najbardziej mnie irytującą postacią literacką.

Aż tu wtem bratnia dusza książkowa podrzuciła tę Wyspę, cóż było robić, nie czytało się za młodu, trzeba przeczytać na starość, pożyczyłam z biblioteki. I co to było za lato (a nawet chyba dwa lata i jedna zima). Zamaszyście nakreślone postacie, dużo wody w morzu i nie tylko, dużo mgły, dużo chodzenia wieczorami po mleko (kto pamięta czasy, kiedy na wakacjach mleko było u sąsiada a nie w Biedronce?), dużo humoru, trochę mało psa, ale wielki był, więc może nie bardzo się zmieścił. Mamy tu dziewczynki małe (ich działania w celach nażenienia panien starszych, a związane z żabami - prześmieszne i przeurocze - "Stina w ogóle ma głowę całkowicie zapchaną zaczarowanymi książętami, Kopciuszkami, Czerwonymi Kapturkami i nie wiadomo czym"), mamy dziewczynki starsze i najstarsze, mamy też dorosłych zaradnych, niezaradnych, dobrych, podłych, do wyboru. Na koniec mamy wielkie niewiadome, emocje i wzruszenia. No, przynajmniej ja się wzruszyłam chyba z dwa razy, to nietypowe, bo od czasu, kiedy płakałam nad śmiercią Winnetou, nad książkami płaczę sporadycznie. 

"Siedzieć sobie w ogrodzie w słońcu, jeść i czuć, że jest lato"

U nas lata jeszcze nie ma, czego zaletą jest, że nie mija szybko, zatem zamiast siedzieć sobie w słońcu oddawałam się różnym aktywnościom rękodzielniczym. Pierwsza aktywność związana była z ubiegłorocznym prezentem imieninowym. Otóż kilka razy nawinęła mi się przed oczy makieta księgarni. Kilka razy się opanowałam i nie uległam pokusie, ale jak zobaczyłam ją na żywo w Manufakturze, a dwa dni później dostałam jej zdjęcie mailem razem z zachwytami koleżanki, a były to terminy okołoimieninowe, uznałam to za przeznaczenie i znak, no i wpisałam na listę "O tym zawsze marzyłam" jak to mówi moja wnuczka mniej więcej przy co drugiej reklamie. Bąknęłam też, że to już będzie prezent na wszystkie imieniny dopóki makiety nie złożę. Bo tę makietę księgarni trzeba złożyć samemu. Prezent dostałam, zajrzałam do pudełka, przejrzałam dokumentację składania, obejrzałam dwa filmiki na Youtubie i tak minął rok. I wtedy się przestraszyłam, bo był już maj, moje imieniny za pasem, wizja imienin bez prezentu stała się zupełnie realna. Zatem w czwartek wyciągnęłam pudełko z makietą, puściłam sobie muzykę na nerwy, od męża wzięłam różne szczypce i obcinaczki i zabrałam się do pracy. 



Oczywiście, jako emerytowany elektryk, najwięcej problemów miałam z żyrandolem, w czasie jego składania nawet nie bardzo wiem, jaka akurat leciała muzyka; nie przeklinałam (no może raz), bo ja w zasadzie nie przeklinam. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że w tym żyrandolu są naprawdę cienkie druciki. Poza tym żyrandole potrafią być wredne, od razu mi się przypomina historia żyrandola w moim rodzinnym salonie, który wtedy jeszcze nazywany był dużym pokojem. Wprowadziłam się z rodzicami i z malutkim bratem, mama kupiła żyrandol pięcioramienny, żarówki do niego (czyli żarowe źródła światła, ale kto by tam tak długo wymawiał) nieprzesadnie dużej mocy. Tata podłączył przewody w kostce, włączył żyrandol, widać było różnicę między świeceniem a nieświeceniem, ale niezbyt wielką. Rodzice zdiagnozowali, że pięć żarówek sześćdziesiątek, to może zbyt mało, żeby oświetlać salony, mama pobiegła więc po nowy komplet. Podczas czwartych zakupów, kiedy moc żarówki oscylowała już w okolicach dwustu, sprzedawca uprzejmie się zainteresował, czy mama będzie oświetlać stodołę. Najwyraźniej więc diagnoza słabych żarówek nie była słuszna, został wezwany prawdziwy elektryk (ja byłam wtedy na szczęście w wieku nastoletnim, nie musiałam się jeszcze znać na prądzie). Prawdziwy elektryk popatrzył w kostkę, coś przełączył, żyrandol jak nie świecił tak nie świecił, elektryk zdiagnozował błąd instalacji i zalecił kucie w ścianach i w suficie. Został więc wezwany drugi elektryk (amator, ale bardzo zaprzyjaźniony), pogrzebał w kostce, w puszce, wyraził wątpliwość czy kucie w ścianach coś da, zalecił pogodzenie się z losem i tak minęło wiele lat, wyszłam za mąż, usiedliśmy w salonie i nagle mąż zapytał - co tu tak ciemno? Poszedł po taboret, rozkręcił kostkę, przepiął dwa, góra trzy przewody i nastąpiła iluminacja, żarówki w te pędy trzeba były wymieniać na mniejsze. Co prawda w tej historii żyrandol nie do końca jest wredny, ale dla mnie na zawsze pozostał podchwytliwy.

W każdym razie, po dniu walki, utraconych paznokciach, mój mini-żyrandol świeci z czego jestem niezwykle dumna. Złożyłam też meble i zostały mi tylko do sklejenia książki, obrazki, czyli same przyjemności dekoracyjne. Jedyne obiekcje, jakie żywię do tego rodzaju ozdób, to ich funkcjonalność, ponieważ mimo niezaprzeczalnego uroku, kurzą się, a odkurzanie takich maciupeńkich książek, obrazków i półek może nie być przyjemne, po trzech dniach wymyśliłam, że zrobię witrynkę antykurzową. W ramach prowadzenia journali (o journalach jeszcze będzie), zgromadziłam kleje, papiery, trymery, bigownice i obejrzałam miliony godzin o scrapowaniu, więc czułam się gotowa do dzieła. Przyznam, że z narzędziami jednak działa się lepiej niż bez (co można stwierdzić nawet przy obieraniu ziemniaków), więc po kilku godzinach witrynka była gotowa. Ma okna z folii, więc nie dość, że zapobiega kurzeniu ale dodatkowo nie wyklucza eksponowania. Moja ulubiona ciocia stwierdziła, że w Windsorze najwięcej ludzi zbiera się przy mini domkach. No, moja makieta to nie Windsor, ale też codziennie rano na nią patrzę, mimo że brakuje jej kilkaset książek. 

Makieta bez witrynki:


Makieta z witrynką:



Witrynka z tyłu też jest ozdobna:



Majówka minęła mi więc niepostrzeżenie, tym bardziej, że walczyłam też z plisą, mam już prawie pół, więc mało widać, ale dziurki na guziki już gotowe. W celu nadrabiania plisy odłożyłam z żalem mój sweter po domu, ten bowiem nie ma plisy i robił się bardzo szybko. No ale porządek w robieniu musi być.




Co mnie zresztą nie martwi, bo jak powiedział pan Melker na wyspie "nie powinno się martwić o dzień jutrzejszy, tylko cieszyć się dniem dzisiejszym. W taki słoneczny ranek jak ten - stwierdził - życie jest samą radością".
Ja więc też cieszę się plisą i dzisiejszym porankiem, czego i Wam życzę.

(Trochę co prawda czekam na deszcz, żeby bez wyrzutów sumienia nie chodzić na spacery, siedzieć w domu i kończyć biblioteczny stosik)
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!
PS. Biblioteczną Wyspę zakładałam reklamową zakładką, za to bardzo wiosenną w wyrazie. 




Razem z zakładką widać moją nową poduszkę do trzymania książek, na szczęście kot jest równie kupny jak zakładka i nie wymagał żadnych rękodzielniczych działań.

niedziela, 28 kwietnia 2024

Pokoje i beczki

 


"Półki sięgały tu do połowy ścian, a te książki, które się na nich nie mieściły, leżały w nieładzie na górze i sięgały do sufitu. Całe sterty książek stały ma podłodze i trzeba było przez nie przeskakiwać. Książki ustawione jedna na drugich wznosiły się w rogu okiennej wnęki jak flanki i chwiały się, gdy ich dotykano. Kiedy ktoś wspiął się i sięgnął po książkę w zachęcającej okładce, poruszał stopami nową falę literatury. I często rzucał tę książkę, której okładka obiecywała tak wiele, bo z nową falą wydźwignęła się inna, jeszcze ciekawsza."

Mały pokój z książkami, Eleanor Farjeon

Kiedy byłam mała, nie czytałam wstępów chyba nigdy. Opóźniały niepotrzebnie to co najprzyjemniejsze, czyli czytanie książki właściwej. Komu potrzebny byłby wstęp do czekolady albo do lodów ze słonym karmelem i orzechami? Nikomu. Z czasem jednak doszłam do wniosku, że skoro jest wstęp, został napisany i umieszczony, w dodatku, jak sama nazwa wskazuje, na wstępie, to może jednak wypadałoby go przeczytać. I tak stałam się czytelnikiem odpowiedzialnym i skrupulatnym. Czasem wstęp jest pożyteczny, czasem zachęca, czasem objaśnia. Ale w przypadku powyżej cytowanego wstępu, napisanego przez samą autorkę miałam kłopot. Wprowadził mnie do małego pokoju  pełnego książek i historii (dużo też tu było kurzu) i chciałam w nim zostać i w ogóle nie wychodzić. A tu nagle koniec i trzeba przejść do opowiastek. Zanim pogodziłam się z tym, że pokoju z książkami dalej już nie będzie, byłam bardzo rozczarowana, ale z każdą opowieścią zapominałam o rozczarowaniu i doceniłam urok tych bajeczek. Napisane ładnym, bogatym językiem, czasem dowcipne, czasem wzruszające, a czasem jedno i drugie. Bardzo życiowe. 

"Ale Królowa Georginia miała siedemdziesiąt lat, gdy Król Ryszard dwadzieścia pięć. A siedemdziesiąt lat to nie dwadzieścia pięć, więc Królowej nie wydawało się, że ma jeszcze dużo czasu."

"Prababka Gryzelda lubiła te same rzeczy co ona. Inaczej niż zwyczajni starsi ludzie, którzy tylko udają, że lubią to samo, prababka lubiła to naprawdę. Kiedy Gryzelda robiła naszyjniki z paciorków, prababka lubiła dzielić koraliki na kupki według rozmiaru i koloru i podawać jej te, których akurat potrzebowała."

Naprawdę, bardzo ładne historie, chociaż i tak w pamięci najbardziej zostaje ten mały pokój. Czasem chciałabym mieć taki pokój, innym razem nie żal mi, że go nie mam. A skoro nie mam i książki u mnie w domu nie mogą piętrzyć się w stosy i chybotać, z niektórymi musiałam się pożegnać. No, lepiej może powiedzieć, że z wieloma musiałam się pożegnać. Wiadomo, wiek się zmienia, upodobania się zmieniają, człowiek jak młody to głupi, nie wie, że jeszcze będzie lubił czytać bajki, chociaż teraz mu się wydaje, że jest dorosły, nie lubi i nigdy nie będzie. A ponieważ właśnie wszystko się zmienia, czasem przychodzi chęć do powrotów i co wtedy, kiedy książki już nie ma, a tak bardzo by się chciało zajrzeć jeszcze raz środka, popatrzeć na ilustracje i przypomnieć sobie tamtejsze przygody, które zupełnie nie jak śniegi, nie stopniały. Tak miałam z Muszelką. Pamiętałam z tej książki tylko obrazek jak siedzi na beczce śledzi, że miała mały grzebyk do swoich pięknych loków i była dosyć humorzastą osóbką. Znalazłam tę Muszelkę w bibliotece, poszłam daleko (pieszo, bo dbam, żeby dużo chodzić pieszo), poszłam dwa razy, bo za pierwszym razem nie zdążyłam przed zamknięciem. No i okazało się, że w moim mieście biblioteki są, jakby tu powiedzieć delikatnie - z przygodami są. Panie nigdy nie wiedzą co jest w katalogu, katalog nigdy nie wie co jest na półkach, co jest w wypożyczeniu a co jest w magazynie. Okazało się, że Muszelki nie ma ani na półkach, ani w wypożyczeniu (a jeśli, to w bardzo bardzo dawnym). Była tylko w katalogu, co mnie nie pocieszyło, więc, cóż zrobić, poszłam do Internetu i kupiłam. No i tak pomyślałam, że dobrze czasem byłoby mieć taki mały pokój, nawet jeśli byłoby w nim dużo kurzu i nikt tam by nie sprzątał. Bo czy te ilustracje nie są śliczne? No są. 





Beczka śledzi też jest:


Dla towarzystwa w podróży kupiłam też Roboty szydełkowe, której okładka mnie trochę rozbawiła, w środku za to szaro i niewyraźnie, ale może coś zrobię z tych wzorów, kto wie.



Bo mimo zagubienia w bibliotekach, w brakach małych pokojów (co się wiąże z różnymi redukcjami) i w spacerach (bo dbam, żeby dużo chodzić), mimo journali (o których jeszcze będzie), robię cały czas na drutach oczywiście. Mój klasyczny cardigan z plisą siedzi na razie w torbie i czeka aż plisę zacznę. Zaczęcie plisy wymaga odpowiednich warunków, czyli dobrego światła, dobrej energii, dobrego nastroju i to tego wszystkiego na raz, wymyśliłam więc, że w oczekiwaniu na owe warunki zrobię sobie prosty sweter po domu. Bo skoro ma się trzydzieści swetrów i blisko dwadzieścia kilogramów włóczki, to czasem nie pozostaje nic innego, tylko robić swetry po domu i do lasu (które niewiele się różnią tak naprawdę). Wpakowałam więc część swojej bawełny do torby i zaczęłam sweter. Bawełna jest bardzo kolorowa, kupiłam ją bowiem w dużych ilościach w celu produkowania maskotek, do czego nie doszło (z wyjątkiem jednej małej sowy, która oczywiście nie wyczerpała nawet jednej setnej bawełnianych zapasów). Kolory swetra nie będą zatem nadmiernie stonowane, co mnie nie martwi, zwłaszcza w lesie jest to przydatne, bo jak wiadomo, dobrze jest być dobrze widocznym w lesie, żeby się nie zagubić na przykład. Czego sobie i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze! 

Mały pokój zakładałam zakładką idealną do małego pokoju. Syrenki jeszcze nie zakładałam, bo nie zaczęłam czytać. Najpierw muszę się wygrzebać z bibliotecznych stosów, co idzie powoli aczkolwiek skutecznie. 

poniedziałek, 10 lipca 2023

Zapasy z obrazami

 


"Dzieła sztuki, chociaż w przeszłości pełniły rozmaite funkcje i wyrażały treści ważne dla zleceniodawców, historycznych odbiorców i samych malarzy, to jednak w muzeach wyobraźni służą głównie przyjemności. Nie ma większego znaczenia, jaki element ktoś dostrzeże, a jakiego nie; co zrozumie, a co wzbudzi w nim konsternację. Ważniejsza od pełnego zrozumienia sztuki wydaje się przyjemność jej doznawania."

Rozmowy obrazów, Grażyna Bastek

Przyjemność przyjemnością, ale czasem dobrze jest poczytać, co dostrzega w obrazach osoba mądra i kształcona, umiejąca pasjonująco tę wiedzę przekazać i obdarzona w dodatku świetnym głosem (co akurat w przypadku książki papierowej nie było słychać, na szczęście panią Bastek można posłuchać w radiowej Dwójce). W Rozmowach wiedzy jest zawartej wiele i można się poczuć oszołomionym wszystkimi znaczeniami, technikami, kolorami i historiami. Obrazy są omawiane po dwa na raz, jako że z założenia mają rozmawiać ze sobą i wybrane są pod kątem różnych aspektów, czyli na przykład autoportrety, kobiety, mieszczanie, małżeństwa, fałszerze, perspektywa i wiele innych. Część obrazów ogólnie znanych i słynnych, część w ogóle mi nie znanych (np, autoportret Sofonisby), co zresztą uważam za dodatkowy plus, bo ile można czytać o Leonardzie (chociaż o Leonardzie też było). Dużo rzeczy się dowiedziałam: o strusim jaju, o światłocieniach, o camera obscura (fascynujące i pomyśleć, że dziś wystarczy pstryknąć smartfona), o odchylonym kolczyku, żółtych ciżemkach z noskiem, o ważeniu złota i o najdroższych obrazach świata.

Książka została wydana w dwóch tomach, zawiera bardzo dużo reprodukcji mniejszych i większych i ma staranną oprawę graficzną - przyjemne marginesy, wyraźną czcionkę i strony tytułowe rozdziałów w ślicznych kolorach.


A kolorom to ja nie bardzo mogę się oprzeć. I mam tak chyba od dziecka, zawsze robiły na mnie wrażenie odpusty ze swoimi pierścionkami, bransoletkami, piłeczkami, kolorowe stragany na jarmarkach, kolorowe tkaniny, kredki, okładki, no i włóczki oczywiście. Co bywa zdradliwe, zwłaszcza kiedy nie prowadzi się prawidłowo dokumentacji i nie stosuje się jeszcze katalogu kolorów. Ale po kolei, czyli jak to z zapasami bywa.

Dawno temu zapatrzyłam się w kolorowy witraż w kościele. Pewnie dzień był słoneczny, albo w tym kościele zawsze jest światło (zupełnie jak w Combrey). Przyszłam do domu i kupiłam kilka motków alpaki Dropsa z mglistą wizją otulacza albo szalika. Motki przeleżały w szufladzie i czekały aż z mętnej wizji powstanie krystaliczny plan. Nie powstał. Pomyślałam zatem, co mają się tak obijać w szufladzie, biedaki, zrobię temperaturowy duży szal. No ale miałam tylko ciepłe kolory (jak witraż), dokupiłam zatem zimnych, bo jak wiadomo, temperatura na tym polega, że raz jest ciepło a raz zupełnie nie. Dokupiłam i nawet zaczęłam, ale dobrałam zły wzór, alpaka w tym wzorze okazała się być smutną szmatką, kolory w ogóle nie grały i nie świeciły, mimo, że dnie były słoneczne nawet. Wróciła więc do szuflady razem z zaczętym szalikiem. Lata mijały, motki siedziały w szufladzie, miały nawet spory luz i przestrzeń, przyszła pandemia, lockdawn i w ramach pocieszenia a także lepszej komunikacji, kupiłam sobie nowy telefon i wtedy wpadłam na pomysł, że z kolorowej alpaki zrobię etui. Wybrałam dwa kolory, zrobiłam etui i od razu uprzedzę - mało ubyło. Powiedziałabym nawet, że ubytek w zapasach był niezauważalny. No i wtedy wróciliśmy na stałe do biura i obiecałam koleżance mitenki. Zapakowałam całą torbę kolorów i dwa odcienie szarości (które zostały mi po starożytnym swetrze przerobionym ostatecznie na chustę, komin i czapkę). Szarości odpadły od razu, bo koleżanka też lubi kolory kolorowe nie szare. Wybrała kolor. I tu zadziałało właśnie prawo niekontrolowanego wzrostu zapasów. Wybrała kolor, którego miałam tylko jeden motek. I oczywiście był to jeden z nielicznych motków bez banderoli. Po licznych poszukiwania, porównywaniach zdjęć w różnych sklepach, wytypowałyśmy numer koloru, i zamówiłam go natychmiast w małej ilości. Paczkę odebrałam, odpakowałam, przytknęłam do posiadanego - oczywiście - kolor był inny. Zawiozłam do pracy, koleżanka obejrzała, potwierdziła moją diagnozę i powiedziała, no ale ten też ładny. No, wiadomo było, że ładny ale nie prześliczny. Wznowiłyśmy poszukiwania, wytypowałyśmy kolejny kolor i zamówiłam. Tylko wtedy już byłam w amoku kupowania, przeglądania kolorów, w dodatku byłam już po zrobieniu koca w kwiatki z merino i w dodatku miałam już i tak duży zapas, wymyśliłam więc, że skoro i tak zamawiam alpakę, z której nie wiem co zrobić, to zamówię na kolejny koc w kwiatki. I przyszła duża paczka, mitenki zrobiłam, alpakę upchnęłam do szuflady i wtedy sobie przypomniałam, że jest śliska, w kocu z kwiatków jest miliony nitek, i jak ja je pochowam.
- Zrób skarpetki - powiedziała moja ulubiona ciocia. Ale skarpetki nie rozwiązują sytuacji. 


I właśnie, gdybym miała katalog kolorów jak dziś, nie kupowałabym kolorów w ciemno, kupiłabym tylko potrzebny motek wybranego koloru i nie miałabym góry alpaki. No, pozostaje ten witraż - to mnie nauczyło, żeby nie kupować włóczki mając tylko mglisty plan. W moim przypadku kończy się to górą. Miłą, bo z alpaki, ale zawsze górą. 
Szal robię teraz inną techniką zszywania - rozbudowuję róg - mam więc kontrolę nad wymiarami, poprzednio najpierw połączyłam wszystkie kwiatki w kawałki po dwanaście i kiedy zaczęłam je łączyć, musiałam użyć wszystkie, mam więc bardzo duży koc z merino. O merino też można opowiedzieć równie długą historię, ale to może w innym odcinku. Podobnie o bawełnie, z której miałam robić maskotki i nabyłam w dużych ilościach, już zrobiłam dwa sweterki, a ostatnio zrobiłam mydelniczkę. A ta z kolei robótka po raz kolejny mnie umocniła w postanowieniu, żeby się nie spieszyć z dzierganiem. Otóż dawno temu (chyba sześć lat temu) wpadłam na pomysł, żeby zrobić sobie siateczkę na mydło. Siateczkę zrobiłam szybko, oczka wyszły mi trochę za duże, pasek trochę niewygodny. Ale nie chciałam poświęcać na taki drobiazg dużo czasu, nie chciałam pruć, czy poprawiać. No i w efekcie, przez sześć lat codziennie układałam mydło starannie, żeby nie wypadło. Naprawdę, nie warto się spieszyć. Zwłaszcza, że mokre mydło na podłodze w łazience, to może nie pożar, ale bezpieczne nie jest. :D

Po lewej stara (widać jak mydło łatwo z niej ucieka), po prawej nowa:

Nowa z chińskim misiem prosto z Beskidów:





Koniec mydlanych dygresji, z zapasów powstaje zwiewny szal z kwiatków, powoli, z przerwami, bo realizuję też zamierzenia kocykowe, swetrowe i inne, czego i Wam życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny, przemiłe komentarze, dobrego dnia! 

PS. Książkę zakładałam śliczną włoską zakładką, która do sztuki włoskiej pasuje, a do niewłoskiej zresztą też.


PS PS. Albrecht na tym obrazie jest tak współczesny, że nie mogłam uwierzyć, że on jest renesansowy. :D

niedziela, 25 czerwca 2023

Pałace, kubki, kolory i niekocyki

 


"A już, wierzcie mi, wprost rozpacz mnie ogarnia, kiedy do snu się rozbieram i pomyślę, że rano przyjdzie mi się znowu ubrać, a wieczorem znów rozebrać, rano ubrać, wieczorem rozebrać, ubrać, rozebrać, to już nieraz chciałbym dnia nie dożyć. Całe szczęście, że lokaj mi pomaga, bo sam nie miałbym chyba siły.

Jakież to wszystko nudne. Co to będzie? Co to będzie?"

Pałac, Wiesław Myśliwski

Pałac wylosowałam w swoim miesięcznym losowaniu moich spośród moich Wielkich Nieprzeczytanych i tym sposobem nie stał już na półce, gdzie od ośmiu lat albo od dziesięciu, dokładnie nie pamiętam, bo jak kolejka długa, to lata mijają nie wiadomo kiedy.

Pierwszą książkę Myśliwskiego dostałam w prezencie, przeczytałam, podobała mi się, drugą kupiłam ze względu na tytuł, bo jak nie zauroczyć się traktatem o łuskaniu? Przeczytałam, podobała mi się i potem już łatwym kupowaniem internetowym nakupiłam kolejne cztery, wszystkie miały śliczne okładki, chociaż tytuły już mniej śliczne, postawiłam je na półce i już nie przeczytałam. Aż przyszło losowanie i na Pałac padło.

Przeczytałam i też mi się podobało. Nie jest to mój ulubiony w tej chwili typ lektury, ale nie można odmówić Myśliwskiemu uroku, głębokiej refleksji, tajemnicy, płynnej narracji i wręcz lekko narkotycznego rytmu. Sprawnie wprowadza czytelnika w trans i to jednym tylko pastuchem Jakubem, który najpierw jest Jakubem, a potem dalej jest pastuchem ale trochę się przemienia w dziedzica. Oczywiście w swojej wyobraźni a może w wyobraźni autora, w sumie nie ma to żadnego znaczenia ani dla powieści ani nie miało dla mnie, cały ten ciąg sugestywnych dworskich obrazków, cały korowód osób przewijających się i te wszystkie rozmowy były wystarczająco ciekawe.

Jako że zdecydowanie nie mam lokaja, dbam bardzo o to, że mnie ominęła ta nuda kolejnych dni i nocy. A nudę można rozproszyć różnymi rzeczami, w tym między innymi kolorami. Jak pomyślałam, tak zrobiłam, zaopatrzyłam się w kredki i kolorowanki (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie z pewnością w kolejnych odcinkach, bo w sierpniu ów Rok się kończy). Jakieś kredki od wielu lat miałam, ale okazały się być kredkami męczącymi i nienajlepszymi (tak to właśnie jest, kiedy człowiek wgłębia się w różne tematy na YouTube), teraz mam niemęczące (Polychromos Faber Castel, bo zdjęcie jest poglądowe tylko) chociaż dalej dla amatorów.



Kolorowanki kupiłam różne, dla dorosłych i dla dzieci, ale te dla dzieci wolałabym chyba dać wnuczkom, bo nie wyobrażam sobie jak ja pomaluję tego Vermeera. Wnuczęta moje pomalowałyby taką Dziewczynę z perłą raz dwa. No trudno, zaczęłam od kolorowanek dla dorosłych, a Vermeera przepracowuję w sobie, że to nie będzie profanacja tylko…, no do tego jeszcze nie doszłam w zastanawianiu co.  


 

Do kolorowania kupiłam (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie)s obie też kubek, który bardzo jest przydatny do przeganiania nudy, zwłaszcza że jest ręcznie ulepiony przez MiskiIzki z Łodzi. I trzeba wspierać lokalnych artystów, nie ma rady. Więc wsparłam (dwa razy)



Jakiś czas temu wygrałam niespodziewanie nagrodę główną na Instagramie, co prawda tematem konkurencji była największa wtopa dziewiarska, ale trudno, przepracowałam to w sobie, że dzierganie czyni mistrzów i że kiedyś będę, i że te trzy rękawy w swetrze to zrobiłam dawno temu i już się to nie powtórzy. Nagroda jest bardzo śliczna, trzyelementowa, przy czym część wełniana jest związana z Muminkami, co mnie cieszy jeszcze bardziej. 


Będą z niej skarpetki, ale najpierw zrobię sweterek. 


Sweterek zaczęłam od próbki i już bez wyrzutów sumienia, bo kocyki dla wnucząt skończone, wymagają tyko dorobienia pomponów i pochowania nitek. Robię więc wreszcie niekocyk, mam kawałek ściągacza (sweter robiony jest od dołu, raz tylko robiłam i wspomnienia mam nieco traumatyczne, ale to było w epoce trzech rękawów, więc dawno, teraz może pójdzie łatwiej) i tak sobie myślę, że odkąd wpisałam te kilogramy liczne moich włóczek w tabelki, to wydaje mi się, że one już przerobione są. To bardzo przyjemne uczucie, co prawda zaczynają wtedy po głowie chodzić nowe włóczki, ale Rok bez Zakupów jeszcze się nie skończył, ale o nim będzie. Tymczasem napadało dużo deszczu, ale dziś wyszło słońce, roślinność ozdobna i jadalna wymyta i żywa, można się cieszyć nią i spożywać, czego sobie i Wam życzę, dobrego dnia!

I niezmiennie dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, a Pałac zakładałam zakładką z parkiem jakby pałacowym trochę i letnim.    


niedziela, 12 marca 2023

Opakowanie czyli Journal

 


"Młoda dekoratorka i jej kierownik zjawiają się w swoich sklepach raz w miesiącu. Zdejmują z wystaw starą ekspozycję, następnie wykładają witrynę papierem w kolorowy deseń, a na uroczyste okazje - tapetą. On projektuje dekoracje, ona podaje szpilki do ich przymocowania. On rozkłada kartoniki z wypisanymi wcześniej własnoręcznie cenami towarów. Ona przynosi makarony, owsianki, proszki do prania, puszki i wszystko to, z czego można budować piramidy."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Te piramidy! Jaki to był szczyt dekoracyjnego wyrafinowania, zwłaszcza gdy były z bombonierek i czekolad. Podobnie jak niewzruszone butelki po mleku i śmietanie wypełnione solą. Dzieci grały w kapsle, a w puszkach po landrynkach przechowywało się guziki. W moim barku ( a właściwie barku rodziców) przez wiele lat na święta myłam zakurzone butelki po lepszych alkoholach i ponownie zalewałam świeżą wodą; szkoda było wyrzucić, wszystko co wtedy nie było szare i pakowe stanowiło śliczny element upiększający.

"To pewne, że żaden rodak nie pozbyłby się opisanych wyżej butelek po wypiciu zawartości - podobnie jak bohater Dziewczyn do wynajęcia (1972) Janusza Kondratiuka. W filmie pojawia się szczególna scena, w której bohaterki i ich absztyfikanci trafiają do mieszkania kelnera granego przez Zbigniewa Buczkowskiego. Po wychyleniu kieliszków okazuje się, że buteleczki wypełnia nie alkohol, lecz kolorowa woda, jednak bohaterka grana przez Ewę Szykulską broni tego pomysłu, mówiąc: Bardzo pomysłowe. Elegancko wygląda".

 Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Bardzo solidnie opracowana pozycja - mnóstwo, mnóstwo cudownych zdjęć z okropnymi opakowaniami przedmiotów, które oczywiście sama miałam, kupowałam i wyparłam z pamięci. Mnóstwo, mnóstwo cytatów z branżowych pism. Brak tektury, żyłek, folii aluminiowej, zła jakość barwników, niezamykające się słoiki, okropna blacha w konserwach i w tym świecie całkiem nieźli graficy, których projekty po wykonaniu nie przypominały samych siebie. 




Pełna emocji podróż w czasie. Nie wszystko jednak było złe wtedy, chociaż jeszcze o tym nie było wiadomo.

"Na łamach Opakowania z 1959 roku czytamy: Ziemniaki każda gospodyni kupuje co drugi, trzeci dzień, względnie raz w tygodniu większą ilość. Zakup ziemniaków związany jest ze specjalnym wybraniem się do odpowiedniego sklepu z koszem , siatką czy woreczkiem. Dokonanie zakupu bez uprzedniego zaopatrzenia się we własne opakowanie jest wręcz niemożliwe. Spojrzenie i odpowiedź sprzedawcy na prośbę o zważenie ziemniaków w torbę papierową jest tak wymowne, że największy optymista nie odważy się na powtórzenie tej prośby."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

60 lat później z podobnym spojrzeniem można się spotkać na prośbę zapakowania ziemniaków do własnej siatki, a tylko najwięksi optymiści wierzą w pokonanie wszechobecnego plastiku. Zero waste miało się w PRLu (z musu ale zawsze) lepiej, za to kolory zdecydowanie miały się gorzej. W zeszycie można było najwyżej namalować kolorowy szlaczek, nic dziwnego w sumie, że trochę rekompensuję sobie te kolory teraz. Zeszyty. No, można powiedzieć, że wpadłam we własne sidła. Kiedy tak popatrzyłam na te swoje zeszyty, poczytałam o Waszych zeszytach i porozmawiałam z koleżanką o jej zeszytach, temat sam zaczął się drążyć i rozwijać. I niespodziewanie, ale jakże przyjemnie wypłynęłam z zeszytami na głębokie wody, co w dobie Internetu i Allegro jest banalnie proste. Po dwóch dniach mąk moralnych wyłączyłam temat zeszytów z Roku Bez Zakupów, nawet ma to swoje prawne uzasadnienie jako siła wyższa, na wszelki wypadek nie sprawdzałam zbyt dokładnie. Nie wdając się zatem w szczegóły (i wydatki też nie), założyłam sobie Reading Journal (czyli w języku szkolnym zeszyt lektur), chociaż na początku wydawało mi się, że to zupełnie nie dla mnie. 


Najpierw był chaos twórczy, piórnik, nowe kredki (bo musiałam mieć ponumerowane), nowy stoliczek (bo nie dało się na dłuższą metę na kolanach prowadzić Journala) no i naklejki, naklejki i ozdobne taśmy, bo muszą być, wiadomo. Stoliczek przydaje się nie tylko do Journala ale do kawy i lektur bieżących:


Po tygodniu (albo dwóch) ciężkiej pracy wyłonił się Journal


Najpierw strona tytułowa, a zaraz potem pojawił się problem co dalej, bo ja uwielbiam ozdoby w dużych ilościach, ale jednak lubię jak coś jest poza tym. I po kolejnych dwóch tygodniach masowego oglądania filmików o journalach, po niezliczonych naradach z koleżanką i nieprzespanych świtach mam w swoim Journalu jedno wyzwanie 52 książki w roku


Kiedyś mi się wydawało, że to wyzwanie jest banalnie proste, ale zaraz potem okazało się, że mam lata, w których przeczytałam tylko kilkanaście książek, więc nie wiem jakie mam szanse tego roku, na razie idę zgodnie z planem. Przeczytane książki zaznaczam kolorem według skali ocen i dzięki temu zobaczę sobie na koniec czy czytałam ładne książki czy nie. 

Do wyzwania założyłam dla czystej już przyjemności strony z półeczkami:


Drugim punktem w Journalu jest Książkowe Lotto i to już wymyśliłam sama w związku z moim stosikiem książek do przeczytania. Od wielu lat kupowałam więcej niż czytałam, zakupy rozparcelowywałam na półkach, nie spiętrzały się więc ani w stosiki ani w wyrzuty sumienia. Ukazały się dopiero czarno na białym w procesie katalogowania (podczas którego przy każdej pozycji zaznaczam czy jest przeczytana). Katalogowanie doprowadziłam mniej więcej do połowy i ujawniły się 174 książki nieprzeczytane. Ostatnio czytam praktycznie tylko swoje książki, ale polega to na tym, że wybieram te, na które mam chęć. Przeważnie mam chęć na coś lekkiego, chudego, albo po prostu na to co jest w zasięgu wzroku. I tak niektóre książki są od lat spychane na koniec kolejki. Lotto ma im dać szansę. 

Przefiltrowałam wszystkie swoje wielkie nieprzeczytane i wydrukowałam listę


Dwa dni myślałam co z nią zrobić i z pomocą koleżanki (która już też ma swój Reading Journal) ustaliłam dwa losowania - pierwsze losowanie na rok 2023. Przewidziałam dwie losowane książki miesięcznie, czyli 20 tytułów (bo już marzec jest). Wylosowane numery pomalowałam na żółto, wpisałam w tabelkę; drugie losowanie jest na każdy miesiąc, czyli co miesiąc będę losować dwa tytuły z żółtych. Niespodziewanie okazało się to być świetną zabawą. Jest ekscytacja, niepokój i radość, zupełnie jakby się dostało prezent. W marcowym Lotto wypadł Kundera i Prokopiusz, do losowania okazały się idealne moje numeryczne markery. Nie wiem, kiedy w naturalny sposób przeczytałabym Prokopiusza, a tu proszę - przeczytam w marcu. 


Kunderę już przeczytałam - nie bolało, a czekał na półce od 2007 roku (Sic!). 


Na początku wydał mi się zbyt intelektualny, niektóre fragmenty były dla mnie nużące, ale w większości czytałam zafascynowana trafnością i wnikliwością. I to pomimo, że najwięcej odwołań jest do Kafki. Aż nabrałam ochoty na przeczytanie Zamku, chociaż lata temu przerwałam lekturę po kilkunastu stronach, tak bardzo mnie przygnębiła. Jednym słowem świetne eseje o powieści, o tłumaczeniach, o muzyce, jest też cień totalitaryzmu i sobie pomyślałam, że Kundera jest świetnym pisarzem, który w tak niewielu słowach potrafił tak wiele powiedzieć. 

Po Lotto Książkowym  wymyśliłam też losowanie autora miesiąca, ale na razie nie opracowałam jeszcze metody postępowanie z pisarzem wylosowanym. 

Poza pracami kreatywnymi, poza czytaniem i niegotowaniem, robiłam oczywiście na drutach. Robiłam kocyki dla wnucząt, widać je trochę pod opakowaniami i robiłam zielony boxy z Safranu. Wszytskie trzy robótki długofalowe, żadna się więc nie kończy, co mnie już trochę frustruje, bo już jest marzec. No nic, może dobrnę z nimi do mety. Do dziergania puszczam sobie radiową Dwójkę albo angielskojęzyczne podcasty włóczkowe i po obejrzeniu milion razy jak dziewiarki stosują znaczniki do liczenia rzędów, postanowiłam spróbować. Bo do tej pory rzędy zapisywałam sobie w notesiku, albo zaznaczałam na liczniku. Ten system ma dwie wady - trzeba pamiętać i trzeba odłożyć druty, żeby wziąć ołówek czy licznik. Markery zapina się co któryś rząd i nie sposób pominąć rzędu, bo każdy rząd jest zrobiony niezależnie czy się o nim pamięta czy nie. Spróbowałam i bardzo jestem zadowolona jak uprościło mi się dzierganie. Musiałam tylko raz się skupić i wykoncypować, który rząd jest pierwszy i jak liczyć te oczka, które są na drutach. Sama się zdziwiłam, jak bardzo to jest proste i czemu miałam z tym problem przez tyle lat. No ale widać nawet do najprostszych rzeczy trzeba dojrzeć i jednym to przychodzi szybko a innym wręcz przeciwnie. 


Opakowania zaznaczałam przepisem z PRLu, a Kunderę Pragą oczywiście.



Niedługo wiosna, śniegi pewnie odpuszczą i zimno czego sobie i Wam serdecznie życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!