"Nazajutrz nagotowała baba garnek kapusty, nagotowała garnek grochu, zasmażyła godny kęs słoniny, wstawiła to wszystko w piec, zamknęła, kota i Kruczka wzięła z sobą, nakarmiła dziecko, i poszła. Nie poszła jednak daleko, tylko za węgłem stanęła i przez szybkę patrzy! Patrzy, aż tu się podnosi z pościółki ów odmieniec, i w kołysce siadłszy, rozgląda się po izbie, czy w niej kogo niema. Patrzy baba dalej, a ów się z kołyski gramoli i — prosto do pieca! Przyszedł, drzwiczki otworzył, pociągnął mile nosem, bo mu zapachniały skwarki w rynce, i dalej łyżki szukać. A łyżki były zatknięte w łyżniku. Źle mu było sięgać, wlazł na skrzynkę i dopiero co największą wybrawszy, nuż do garnków owych. Wyciągnął z pieca kapustę, słoniną okrasił, grochu dokłada, a je — aż mu się uszy trzęsą. Struchlała baba na to widowisko, klasnęła w ręce i nuż do sąsiadki po radę. Przybieżały obie pędem, patrzą, w garnkach już mało co, a ów aż sapie, a jeść nie ustaje. Wyjadł kapustę, wyjadł groch do czysta, łyżką w puste dno stuknął, przechylił rynkę, wylizał co zbyło okrasy, w piec garnki wstawił, chodzi po izbie jak stary i po kątach patrzy."
O krasnoludkach i o sierotce Marysi, Maria Konopnicka
(Na zdjęciu powyżej jestem po lewej w przydomowym parku Sielanka.)
Gdybym tak miała być szczera, to musiałabym przyznać, że lubię jeść. Lubię też o jedzeniu czytać. Lubię jedzenie oglądać na obrazach, kalendarzach i kafelkach kuchennych (na moich są bardzo apetyczne cebulki). Trudno się dziwić, skoro w jedzeniu poza prozaicznymi kaloriami, węglowodanami, białkami i tłuszczami, zawiera się nasza kultura, obyczaje, wierzenia i pamięć.
Pamięć zwłaszcza lubi się przechowywać w jedzeniu - za dobrze nie wiem, jak Podziomek znalazł się u owej baby i po co, ale że objadł się tam kapusty z grochem, to pamiętam nad wyraz dokładnie. Albo krupniku u Cygana, no w ogóle Podziomek podjeść sobie lubił i budził we mnie zrozumienie i uczucia ciepłe.
Jak sobie pomyślę, to w najlepszych książkach jedzenie jest i to na ogół dobre. Te pierniki w Jasiu i Małgosi, kurczęta pieczone z mizerią w Ani z Zielonego Wzgórza, kluski szare w Jeżycjadzie, zupa pomidorowa w Akademii Pana Kleksa, kiełbasy i salcesony w Chłopach, naleśniki w Muminkach, ptifury w Poszukiwaniu straconego czasu, sery w Odysei, baryłki miodu w Kubusiu Puchatku, w sumie tam nawet żołędzie, za którymi przepadał Prosiaczek opisane były tak smakowicie, że sama próbowałam. Do dzisaj pamiętam ich cierpki nieco smak. Pamiętam też zagniatane błyskawicznie knedle. Babcia lepiła z nich idealne kulki, a łyżeczka zawsze oblepiała się cukrem i sokiem z truskawek. O ile z czasem zbliżyłam się do smaku tych knedli, to takiej kartoflanki, jaką gotowała babcia, nie udało mi się ugotować nigdy i pocieszam się, że po prostu ziemniaki tego gatunku wymarły.
Jakoś ostatnio z gotowaniem przestało mi być po drodze. I o ile nigdy nie byłam wirtuozem w kuchni, to jednak z prostym jedzeniem radziłam sobie w miarę dobrze, kiedy więc jedyne co potrafiłam wymyślić, to mrożone warzywa na patelni albo pierogi z pobliskiej restauracji, zaniepokoiłam się i podjęłam działania. Najpierw pousuwałam nadmiar sprzętów, wyrzuciłam popsute szatkownice do cebuli, popękane deski do krojenia, stare miski, zlikwidowałam tabuny filiżanek, kubków, silikonowych foremek do magdalenek, potem kupiłam ostre noże. Nie do końca pomogło, więc wreszcie rzuciłam się na głęboką wodę i kupiłam sobie maszynę. Maszyna ma dzbanek, w którym miesza, waży, podgrzewa, blenduje, emulguje, szatkuje, uciera i wyrabia. Ma ekranik, na którym wyświetla co mam robić i jak będzie wyglądało to, co zrobię. A przynajmniej jak powinno wyglądać. Ma lampki, którymi mruga na zielono i czerwono oraz melodyjke, którą gra na koniec gotowania. Ma też wifi, bo teraz wszystko lubi mieć wifi. Umie robić właściwie wszystko - od cukru pudru po bigos. Powoli się z nią zaprzyjaźniam, na pierwszy raz zrobiła mi napój z cytryną i natką pietruszki.
Czajkomąż swoją porcję wypił, ale tak naprawdę wolałby szmalczyk, no nic, do szmalczyku też pomału dojdziemy. Na razie uczę się surówek, koncentratów bulionu, bułeczek pszennych i jagodzianych.
Najfajniejsze w maszynie jest to, że mogłam pozbyć się wszelkich dotychczasowych robotów i maszynek do mięsa, oraz to, że w jedzeniu mam to, co do maszyny włożę. Bułki bez ulepszaczy, surówki bez olejów palmowych, keczup bez konserwantów, kostki rosołowe z samym rosołem. Budująca jest świadomość, że jak mi przyjdzie chęć na rizotto, to ona je ugotuje, wymiesza i nie przypali. Bardzo jest zero-waste. Najgorsza w maszynie jest jej cena, ale podobno warto.
Blog jest o czytaniu i dzierganiu i o gotowaniu nie będzie. Tylko tak dziś wyjątkowo, bo w miniony tydzień najwięcej czytałam przepisów, i te mam głównie w głowie, ale mam nadzieję, że z czasem wszystko wróci do normy. Ja odzyskam chęć do gotowania, maszyna ugotuje i będę mogła bez przeszkód i bez głodu wrócić do czytania i dziergania. Tylko kupić produkty jej muszę i obrać, bo obierać i kupować to ona nie umie.
Tymczasem sfotografowałam się w czarnym safranowym sweterku, który był pruty cztery razy. Warto było pruć, poprzednie wersje leżały po szufladach - teraz chodzę w nim codziennie. Oczywiście jak nie ma upału, bo jak jest upał to zostawiam go w domu.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze. I tak nietypowo kuchennie was pozdrawiam, dobrego dnia! :))




































