Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2016

Czekoladowe obietnice

"Nabieranie oczek.
1. Nabieranie na drut określonej liczby oczek, które będą stanowiły pierwszy rządek robótki. (...)
2. Początek."
Irlandzki sweter, Nicole R. Dickson

Wszystkie początki obiecują dużo. Dlatego, będąc w szkole małą dziewczynką, tak lubiłam nowe zeszyty. Nowe zeszyty obiecywały, że będą bez kleksów, bez zagniecionych rogów, bez błędów. Równe rządki równych znaczków. A potem? Potem nie wiadomo nigdy dopóki się nie zacznie i nie skończy.

Czytam i dziergam, bo to środa u Maknety dziś.


Swetra z czekolady Ella dopiero początek, więc cały jest w obietnicach i nic nie wiadomo. Oczka zapowiadają się równo, czekoladowo na zmianę - raz gorzka, raz nadziewana (chyba śliwkami), raz jakby cynamonowa. Z taką czekoladą miło byłoby w jesienny czas. Swetra irlandzkiego już prawie koniec, więc obietnice zweryfikowane. Weryfikacja w przypadku książki jest zawsze trudniejsza niż w przypadku swetra, bo sweter jako istota niezbyt głęboka, bez dodatkowych poziomów, z dwiema tylko stronami ocenie poddaje się łatwo. Ale co sprawia, że w książce przepadamy z zachwytem albo siedzimy na pięknym brzegu z powątpiewaniem? Może ktoś wie, ja nie wiem.
Może więc podejdę po inżyniersku do tematu, czyli w punktach. Tytuł (dla mnie, czyli dla osoby zakręconej włóczkowo) nie do odparcia. Nie dość że sweter, to jeszcze irlandzki. Okładka bardzo malownicza, co zawsze jest miłym dodatkiem. No i każdy rozdział zaczyna się opisem splotu i jego znaczeniem. Są bąbelki i romby (rombów jest dużo), i są mchy, i koszyki. Okolica też, jak na Irlandię przystało, jest malownicza, z oceanem dokoła. Jest wciągająca historia, a wciągająca historia w książce to duży plus. Przy czym  nie przeszkadza mi zupełnie to, że historia przewidywalna w każdym punkcie, bo tak naprawdę wszystkie historie da się sprowadzić do kilku scenariuszy i nie przewidywalność ujmuje im wartości.
Szkoda mi natomiast, że ta historia jest źle opowiedziana. Historia dobrze opowiedziana snuje się swobodnie i naturalnie, jej bohaterowie mówią i śmieją się jakby siedzieli tuż obok nas i wierzymy we wszystko co im się przytrafiło i co im się jeszcze przytrafi.

W "Irlandzkim swetrze" w nic nie wierzę, wszystko przesłania mi pani autorka, która siedzi przy herbacie i najwyraźniej w świecie się męczy dodając jednemu dwa traumatyczne przeżycia (jakby jedno było nie dość), drugiemu cudowną przemianę w pszczołach, trzeciemu czerwoną brodę i migotliwe niebieskie oczy. Oczy zawsze tu mamy migotliwe, niebo lawendowe, wyjące mewy i tabuny rowerzystów. W tym umęczeniu w ogóle przepadła Irlandia, zostały jej się tylko kamienne murki i trochę wielkich fal i przepadły (czego mi najbardziej szkoda) jej wszystkie owce. Wełna bierze się tu znikąd, a dokładniej z ciężkich worków. Może dlatego nie wiemy jaki ma zapach, jaka jest w dotyku ani jaka jest w kolorze.
Ale tak sobie pomyślałam, że nawet jeśli mój własnoręcznie wydziergany sweter w trudzie i w umęczeniu odbiega w wykonaniu od tych obietnic, które mi dawał w pierwszym rządku, to zawsze pozostaje we mnie jego wizja idealna. Wizja niegryząca, z pochowanymi magicznie nitkami, z rękawami w sam raz i długością akurat. Ta wizja osładza mi wszelkie jego niedostatki i pozwala nosić go z przyjemnością.
I dlatego też myślę sobie, jakby to było pięknie, gdyby "Irlandzki sweter" napisał ktoś inny. Za kamiennymi murkami pasłyby się w ciszy i w mokrej mgle owce, wełna miałaby ostry zapach i byłaby szorstka w dotyku. Kołowrotek furkotałby cicho, a stare swetry czekałyby na strychu aby opowiadać swoje historie młodej archeolog.
Jeżeli to wszystko sobie wyobrazimy, to lektura będzie całkiem przyjemna, albowiem "Irlandzki sweter" ma duży potencjał. Gdzieś on się tylko zagubił w realizacji.

Dziękuję bardzo za odwiedziny, przemiłe komentarze i życzę miłego dnia! :)

środa, 9 kwietnia 2014

Marquez w koło

Sweter w koło i Miłość w czasach zarazy. Sweter ma już koło właściwe z miejscem na rękawy i ma plisę. Nawet, ku mojemu zaskoczeniu, fajnie leży. To znaczy na grzbiecie, chociaż na kocu też nie najgorzej. Plisa - ściągacz francuski z przekręcanych oczek prawych - jest mile lejąca i ładnie się wywija. A najfajniejsze w tym fasonie jest to, że po zdjęciu z drutów niczego nie trzeba przyszywać. Tylko dodziergać rękawy.
Natomiast Marquez. Marquez jest mistrzem detalu. Jest też mistrzem fizjologii. Miłość w czasach zarazy zaczyna się od końca, czyli od śmierci, która właściwie jest początkiem miłości, a właściwie jej końcem. Bo początek i koniec w życiu czy w miłości, zupełnie jak w kole, nie ma znaczenia. I ciągle jest kwiecień i Fermina haftuje na tamborku w cieniu migdałowca, a na tyłach pasmanterii Florentino pisze do niej list. Siedemdziesiąt stron zachwytów.
Marquez jest też mistrzem gawędy, wystarczy więc dać się ponieść jej nurtowi i dać się ponieść w jej meandry. I nic wtedy nie dziwi, ani magia w realiach ani realia w magii.
Marquez jest też mistrzem słowa. Słowa w Miłości są orzeźwiające jak powietrze po burzy, są przejmujące jak zapach gorzkich migdałów, są wygadane jak papuga Urbina. I nawet jeśli mówią o sikaniu na deskę klozetową, to i tak zachwycają. Tak, można tak powiedzieć, Marquez to mistrz. 


Zakładka zgodnie z czasem, wiosenna. :)




W tle dziergają się również szare myszki mitenki, których na razie jest pół.



A tu koło w okazałości swojej, czyli z góry.

Bardzo Wam dziękuję za miłe komentarze i odwiedziny. :)