Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie codzienne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie codzienne. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 października 2017

Koc w krainie

Żonkile
Sam wędrowałem, jak obłoczek
Często sam płynie przez przestworza,
Gdy nagle widok mnie zaskoczył
Złotych żonkili tłumu, morza;
Od wód jeziora aż po drzewa
Tańczyły - wiatr im w takt powiewał.(...)
William Wordsworth

Tak jakiś czas temu pisał angielski poeta o Krainie Jezior, nic dziwnego, że wielu chciałoby doświadczyć samotnego wędrowania obłoczka. Obecnie każdego roku do tego najbardziej popularnego miejsca wypoczynkowego przyjeżdża szesnaście milionów turystów rocznie. Patrzą na żonkile, drzewa, zbocza gór, kamienne płotki, malownicze owce na zboczach, psy. I na pasterzy.
Owce beczą cicho, psy poszczekują, pasterz nic nie mówi, czasem może zaklnie szpetnie pod nosem, ale na ogół turysta tego nie słyszy, tak bardzo zajęty jest zwiedzaniem i podziwianiem widoków.
Tymczasem niespodziewanie jeden z pasterzy przemówił, napisał książkę, która równie niespodziewanie stała się bestsellerem.

Do bestsellerów podchodzę trochę nieufnie, ale tu przekonały mnie owce, jak również malownicze widoczki. I nie zawiodłam się. James Rebanks wdzięcznie opisał swoją rodzinę, sąsiadów, owce i swoje psy, a opis wplótł niezbyt może odkrywczo, ale prawdziwie w cztery pory roku. Opisał też swoją ziemię. i jak bardzo jest z nią związany.
Historia Rebanksa jest niezwykła nie dlatego, że urodził się na farmie w Krainie Jezior, ani nawet nie dlatego, że się z niej wyrwał. Jest niezwykła dlatego, ze na nią wrócił i zrozumiał dlaczego.
"Dziadek zawsze mierzył mnie spojrzeniem do stóp do głów, żeby się upewnić, czy dobrze się wyszykowałem."
Również jako autor, Rebanks wyszykował się dobrze. Mamy więc strzyże latem, chłody jesienią, wstawanie przed świtem, bo życie to nie pasterska sielanka. Mamy powietrze rześkie, albo dni ponure, zieloną trawę, siano w paśnikach, zaspy śnieżne i radość z jagniątek. Jajka na boczku, ciastka z rodzynkami i przepływające chmury.
"Wdycham rześkie górskie powietrze. Obserwuję samolot kreślący białą linię na niebieskiej tablicy nieba.
Maciorki nawołują jagnięta, które wspinają się za nimi po grani.
To jest właśnie moje życie. Żadnego innego nie pragnę."
Życie pasterza, James Rebanks


A w mojej osobistej krainie dziergania - kolejny koc. Sama się dziwię, ale jak się nagromadziło góry zapasów, to nie ma co się dziwić. Przetwarzam pękatą torbę czerwonej i miętowej bawełny Paris oraz kolorowego bambusa Alize. Nie miałam pomysłu ani na jedno, ani na drugie. To znaczy miałam pomysł na pewno, kiedy je kupowałam, ale wyblakł jakoś i zanikł. W przeciwieństwie do włóczek, bo te oczywiście nie zanikły, ale zostały i zalegały po szafach. Niespodziewanie zainspirowałam się kocykami Intensywnie Kreatywnej i zaczęłam tkać. A właściwie robić na drutach wzorem tkanym. Niespodziewanie dobrze wygląda, tylko koc, to jednak, jakby tu powiedzieć - duży jest. Do końca chyba miesiąc. Zaczynał się jednak od wąskiego paseczka i systematycznie rośnie.


 Zakładka prawie angielska, czyli irlandzka. Koc w miarę jak przybierał na wadze i wielkości, stawał się niewygodny w dzierganiu. Zapakowałam go więc prawie całego do torby - o wiele wygodniej nim teraz operować.


Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!    

środa, 20 września 2017

Jedwabie codzienne

"Pewnego popołudnia, kiedy siedziałem przy stole kuchennym i z roztargnieniem bawiłem się solniczką i pieprzniczką, przyszło mi do głowy, że nie mam pojęcia, dlaczego ze wszystkich przypraw świata jesteśmy tak bardzo przywiązani akurat do tych dwóch. (...) Nagle mój dom wydał mi się pełen tajemnic.
Wpadłem więc na pomysł, aby odbyć podróż po domu, wędrować z pokoju do pokoju i spróbować znaleźć odpowiedź na pytanie, jaką rolę odegrał każdy z nich w ewolucji życia prywatnego."
W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku, Bill Bryson


Nie przypominam sobie chyba żadnej książki, której tytuł tak bardzo odbiega od zawartości. Może jedynie, no nie, nie przypominam sobie. Kiedy zasiadłam ze świeżo zaparzoną herbatą do świeżo pożyczonej lektury, spodziewałam się wdzięcznych opowieści o solniczce, o guzikach na rękawie marynarki, lub o herbacie, którą Anglicy drzewiej zaparzali w beczkach i trzymali w piwnicach niczym wino. Nie spodziewałam się historii o Crystal Palace, betonowych domach Edisona, wieżach Eiffla, handlu guanem, winnicach francuskich, alpejskich lodowcach i tapetach z arszenikiem.

I w sumie nie ma znaczenia, jak ścisły jest związek między lodowcem a solniczką, bo wszystkie te historie są niezwykle zajmujące. Ilość informacji przypadających na jedną stronę jest tak oszałamiająca, że na pewno większość z nich zapomnimy zaraz po przeczytaniu, ale to też niczemu nie szkodzi, bo zawsze możemy sobie "W domu" przeczytać jeszcze raz.
Wracanie bowiem do rzeczy dobrych nie jest złe.
Kierując się tą złotą myślą w swoich działaniach robótkowych, wkroczyłam powtórnie na szlak jedwabny. Zabezpieczyłam się tym razem przed maszerowaniem różnymi geograficznymi meandrami, włóczkę kupiłam nie tylko z jedwabiem ale z pokrzywami, druty wzięłam grube i wydziergałam jedwabną tunikę w tydzień, inspirując się znowu przepisem Knitolog w podróży.

Dziergałam w beskidzkich okolicznościach, było słońce, buki i niezapominajki.






 A potem przy pomocy bratniej duszy sfotografowałam się przy arystokratycznych klombach i sadzawkach:


Nie bez znaczenia w fotografii jest jak widać płeć bratniej duszy. Damska mianowicie dusza obrzuci nasze udziergi bacznym okiem, naciągnie gdzie trzeba i na czas sesji przytrzyma nasze liczne torebki.

Dane techniczne:
Giglio (50 % jedwab, 50% ramia)
druty nr 5
315 g
wzór by Knitolog w podróży

Dziękuję Wam wszystkim za słowa otuchy i za to, że jesteście - to bardzo ważne. :)
Dobrego dnia!

środa, 22 marca 2017

O demonach, kocach i Babilonach

"I chociaż góry te były wysokie i porośnięte straszliwymi krzewami, poszedłem naprzód"

I ja poszłam naprzód jako ten dzielny król babiloński. W "Życie codzienne Babilonu i Asyrii" Georgesa Contenau. I oczywiście w koc (bo dziś środa, czytamy i dziergamy z Maknetą).
Historia ma to do siebie, że z czasem wpada wszystko do niej niczym do głębokiego szybu, prasuje się tam, spłaszcza i tylko czasem jakiś król błyśnie koroną, jakaś wojna stuleciem, granice się ustalą i znowu zmienią, daty przeminą w pędzie. Dlatego tak lubię książki z dawnym życiem codziennym, bo w nich wieśniak ma czas iść na pole i na podwórko, wyhodować ptaka, co znosi jedno jajko dziennie i zawieźć go do Egiptu, ma czas pomalować ściany czerwoną farbą (od uroku a zwłaszcza od karaluchów), ozdobić dywan frędzlami, ma czas usiąść przy stole i z przyjaciółmi zjeść rybę, szarańczę albo kawał sera, ma czas się uczesać i ogolić oraz popatrzeć na księżyc (jak go widać akurat).

"Życie codzienne Babilonu i Asyrii" napisał Francuz, Francuzi, jak ogólnie wiadomo, nawet jeśli piszą o rosyjskim kawiorze, to zawsze na ogół piszą o Francji. Byłam więc na to przygotowana nawet w starożytnym Babilonie, ale i tak mnie zaskoczył wieśniak francuski na samym początku i Giełda paryska nieco później. W sumie autor był dzielny i skromny, zdecydowanie więcej jest tu Asyrii i Babilonu. Wstępnie Contenau zakreślił ramy czasowe, których dalej praktycznie wcale się nie trzymał, czasem stosował określeń "dawno i bardzo dawno temu", ale nie przeszkadzało mi to za bardzo, zwłaszcza jeżeli wzięłam pod uwagę bałagan,jaki mieli w chronologii sami Babilończycy i Asyryjczycy. Przecież i tak najważniejsze jest to, że palma miała bardzo wiele pożytków, król jako atrybut miał berło, broń i oganiaczkę od much, liczbą doskonałą było sześćdziesiąt, prawdziwego imienia nie należało zdradzać, żeby ktoś nie rzucił uroku, a na grobie należało napisać modlitwę w postaci zagadki albo krzyżówki, bo tylko wtedy przechodzień ją przeczytał z ciekawości i wprawił w moc i w czyn.

Nie wiem, czy byśmy teraz dogadali się z takim Babilończykiem, sprawia wrażenie dosyć obcego i zasklepionego w swoim świecie, obdzierał jeńców ze skóry i otaczał się straszną ilością demonów, ale zadziwia mnie i wzrusza fakt, że do dzisiaj wiążemy (w chwilach słabości) czerwone wstążeczki od uroku, godzinę dzielimy na sześćdziesiąt minut i w dalszym ciągu meteorologia ma trochę z magii i wróżbiarstwa. No i to on miał pierwszą bibliotekę z listami, bajkami i potopem. Na każdego, kto wyniósł z niej książkę, spadała bardzo nieprzyjemna klątwa.
Koc. Koc na początku dzierga się niezwykle żwawo i entuzjastycznie. Nie waży dużo i przybywa szybko. Potem długie tygodnie tkwi się niezmiennie w połowie. Aż wreszcie trzeba posadzić go na osobnym krzesełku. Nie nadaje się na robótkę podróżną. Nie wydaje się, żeby kiedyś się skończył. No ale przecież każdy koc ma dwa końce, więc i ten chyba też. Będzie miał i będzie lepszy niż najlepsze czyste masło. Idę więc naprzód. Gdzieniegdzie szare kotki w zielonych listkach i same listki bez kotków. Wiosna też idzie, nieunikniona.

Asyrię z Babilonem zakładałam idealną zakładką - w dalekim tle gotuje się obiad, w pierwszym planie siedzę przy stole, czytam o Asyrii i macham beztrosko nogami. W Asyrii Isztar ma złote lwy na granatowych frontonach świątyni.


Dziękuję bardzo za przemiłe komentarze i odwiedziny, dobrego dnia! :)

środa, 20 maja 2015

Codziennie z ażurem

W stronę soboty, czyli dziergamy i czytamy z Maknetą. Zakładam jak najbardziej adekwatnie i patrzę jak włókna zmyślnie się krzyżują w papirusowej zakładce prosto z Egiptu (a ściślej prosto z internetu).


 Od prawie roku dziergam na prawo i lewo. Dosłownie na prawo i dosłownie na lewo, z tym że na lewo jest bardziej boleśnie, a raczej mniej wygodnie. No i warkocze też dziergałam, ale i one w sumie sprowadzają się do prawych tylko nie po kolei. Nic zatem dziwnego, że kiedy dobiegałam mankietów bambusa i alpaki, zaczęłam marzyć o ażurach. O narzuconych, przełożonych i zawieszonych oczkach. Kiedy więc tylko Czajkomężowi wypadło w ubiegłą sobotę udać się do pracy, zaczęłam wybierać włóczkę. Ostatnio zawsze wybieram włóczkę, kiedy jestem sama w domu, unikam wtedy dziwnych okrzyków typu - I tu masz włóczkę?! I tu też masz włóczkę?!! Takie okrzyki niczego konstruktywnego nie wnoszą, bo przecież wiem, że tu mam włóczkę. I tu też. Wyładowałam zatem w samotności zapasy na wersalkę, poukładałam w pagórki, górki oraz Himalaje i wybrałam YarnArt Jeans na mój letnio-wiosenny ażurowy sweterek. Tylko raz patrząc na te sterty zwątpiłam czy jestem normalna, ale szybko odzyskałam wiarę w siebie. Trzeba mieć zapas na wypadek gdyby bawełna na świecie uschła, owce wyłysiały a alpaki wymarły. Jestem po prostu skrzętna, zapobiegliwa i przygotowana na różne załamania na rynku przędzy.

Włóczka nazywa się Jeans i akurat jest  koloru jeans, w składzie natomiast jest pół na pół z bawełny i akrylu. Pochodzi bowiem sprzed dwóch lat mniej więcej, kiedy to jeszcze kupowałam akryl. A potem rozmawiałam z koleżanką i ona rzuciła niedbale - Ja już nie kupuję akrylu.
Jak niewiele, doprawdy, potrzeba, żeby wpaść w nałóg szlachetności. Takie krótkie stwierdzenie miało niespodziewanie moc rozpędzonej lokomotywy i po bardzo krótkim okresie zmieszanym akrylowo wpadłam w całkowicie wełniane i bawełniane motki. W tamtym tygodniu nadszedł dodatkowo przymus naturalnych guzików, w amoku poleciałam na Allegro i właśnie dzisiaj przyszła paczuszka (pierwsza):
 

Wyglądają jak stos drewna w lesie. Czyli jak wakacje w słońcu i żywicy.
Poza guzikami i ażurami czytam "Życie codzienne w Egipcie greckich papirusów" pani profesor Anny Świderkówny. Nie wiem jak będzie, bo dopiero zaczynam, ale zapowiada się dobrze, od Strabona.
"Z drugiej jednak strony kanałem z Aleksandrii spływają nieustannie do Kanopos spragnione rozrywek tłumy. Dzień i noc suną łodzie pełne mężczyzn i kobiet, którzy graja na fletach i tańczą w sposób nieprzyzwoity, a nawet zgoła wyuzdany, tuż zaś przy kanale Kanopijczycy pootwierali gospody, gdzie można odpocząć i tak się właśnie zabawić."
Tak pisze zgorszony Strabon tuż przed naszą erą i nie wie, że dzisiaj też będziemy się gorszyć dzisiejszą młodzieżą w dyskotekach.
Dalej będą różne rachunki, zapiski, listy zakupów, listy do żony (jak się urodzi syn to zostaw, jak córka, to wyrzuć), umowy małżeńskie i inne, a do tego wszystkiego komentarz pani profesor.

Dziękuję za odwiedziny i miłe słowa, lecę oglądać co u Was, miłego dnia! :)

środa, 22 kwietnia 2015

Bambus bez mydła

Żyłem szczęśliwie - bez miotły, bez mydła,
Pośród oliwek i uli, i bydła,
Aż wziąć za żonę podszepnął mi bies ów
Megaklesownę z rodu Megaklesów.
Chłopu więc panna dostała się z miasta -
Harda, szykowna, bufiasta, miniasta.

I poglądam ku polom, i pragnę pokoju.
Miasto mam w nienawiści, a ginę z tęsknoty
Za mą wsią, co się nigdy nie darła: "Kup węgle!"
Ani "Octu, oliwy kup!" - nie znała całkiem
Tego "kup", sama wszystko dawała - i człowiek
Wolny był od tej piły...

Ciężkie, jak widać, mieli życie codzienne Ateńczycy za czasów Peryklesa. Najwyraźniej jednak mało im było utrapień z jedną żoną, mieli bowiem zazwyczaj kochankę do swawoli i kurtyzanę do załatwiania spraw. A może te utrapienia były właśnie karą za kochankę, kto wie.
Kobiecie zresztą lekko też nie było, mimo radosnego naganiania męża miotłą do mydła, bo "nie powinna była nawet interesować się tym, co dzieje się poza jej domem, gdyż stanowiło to wyłącznie sprawę mężczyzn"
W domu uciśniona Atenka musiała biegać z kluczami, doglądać garnków, służby, przędzenia, tkania i porządków. Jak była bogata, to mogła sobie wyjść na wewnętrzne podwórko i pooddychać świeżym powietrzem.

Za to Spartanki dla odmiany:
... puste zostawiają domy,
Same z młodymi ludźmi, odsłaniając
Uda i w szatach rozwiewanych wiatrem
Biegają, ćwiczą wspólnie.

Poza tym Grecy tamtych czasów nie znali zera, więc bardzo trudno im się liczyło, od dziecka czytali Homera, sympozjum było wtedy zebraniem pijących, a pedagog był niewolnikiem, który nosił za małym uczniakiem tabliczkę, rylec i kitarę. Zadziwiające są doprawdy przygody różnych słów.
W naszych szczęśliwie oświeconych czasach, swobodnie oddycham sobie świeżym powietrzem w drodze do pracy i w drodze z pracy, a w domu, kiedy już uwolnię się od garnków, mogę sobie dziergać do woli i czytać codziennie, w środy zwłaszcza. I tylko szaty mam mniej rozwiane wiatrem.


W czytaniu zatem "Życie codzienne w Grecji za czasów Peryklesa" a na drutach bambus. Kupiłam sobie śliczny bambus kolorowy, ale kiedy wyjęłam go z paczki i kolory spojrzały na mnie żywo fioletem, różem i zielenią, lekko się przestraszyłam. Na szczęście w przepastnej szufladzie miałam rezerwowy bambus szary, tej samej firmy i tej samej grubości co kolorowy, więc postanowiłam sweter robić w dwie bambusowe nitki. Ominęła mnie dzięki temu przyjemność dziergania na drutach numer dwa (bambus strasznie cienki), czego niespecjalnie żałuję. Wściekłe kolorki powplatane w szary złagodniały i wyglądają tak:


A sweterek oczywiście w koło, co z przyjemnością i z wielką wprawą prezentuje Bubulina:


Ciągle ostatnio zaczynam, zaczynam, zapewniam jednakże, że zdarza mi się kończyć:


 Moje dwie bawełenki, zdjęcia robione w biegu, ale mniej więcej widać, że wszystko jest - rękawy, reglany i paseczki.

Dziękuję bardzo za wizyty i komentarze. Miłego dnia! :)

środa, 5 marca 2014

Robótkowe seraje

"Gdy Grzegorz wnosił zapalone już lampy, najczęściej czytałem głośno, siedząc w głębokim fotelu, zas moja Najmilsza siedziała z drugiej strony pod lampą z wykwintną robótką w ręku"
A. Kieniewicz, Nad Prypecią dawno temu...

Takie śliczne fragmenty można znaleźć w "Zakątku pamięci". Albo przepis na serajowe kadzidła w papierkach. Przy czym owe kadzidła nie z sera rodem, jak w pierwszej chwili myślałam, ale z seraju, co czyni ich zapach znacznie bardziej przyjemnym na pewno.
Taka to właśnie książeczka ów Zakątek - nie wybitna może, ale miła i ciekawa zwłaszcza dla entuzjastów tamtych czasów, kiedy to w kuchniach był trzon - bo na żadnej płycie się tak dobrze nie ugotuje jak na otwartym ogniu, mówiła pani Nakwaska, ówczesna Perfekcyjna Pani Domu, obok jadalni był kredens, a cukier siedział w apteczce zamknięty na klucz.


W roli mojej wykwintnej robótki plan na sweter z Nepalu Drops. Ma być prosty z ryżem ewentualnie ścieg francuski, ale na razie szukam inspiracji.
Do klimatów dworskich zakładka frywolitkowa nabyta drogą kupna, szydełko i frywolitki to nie moje dziedziny póki co. :)




A poniżej mój pierwszy entrelac, rozmiar pięć centymetrów, robiony w ramach przygotowań do entrelaca prawdziwego. Nawet wyszedł kwadrat, trzeba się dobrze przyjrzeć. Coś jest jednak nie tak z rozmiarem drutów, dziewczyny dziergają na czwórkach, a mnie się trójki wydają za grube do Delihta. Dzisiaj po pracy dalsze próby.


Miłego dnia!