Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garter. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 kwietnia 2018

Tumult w zachwycie


"Ile pustyń, tyle różnych pejzaży. Bogactwo oświetleń, bogactwo gamy barwnej, zależnej od pory roku, pory dnia, różnic gleby i różnego jej ukształtowania.
Pustynie pomiędzy Meszhedem a Teheranem z wyrastającymi nagle z piaszczystej płaszczyzny jak z morza skalistymi górami-rafami, to niebieskoszarymi, to liliowymi, różowymi czy nawet cytrynowymi, pustynie piaszczyste Transjordanii, z setkami lekkich wielbłądów, kawowych, białych, chrupiących kolczaste nędzne krzaczki, albo dziesiątki mil równo zasypanych czarnymi kamieniami, tak że nic nie widać więcej jak te kamienie czarne, z lekka nabierające fioletu i czerwieni o zachodzie."
Tumult i widma, Józef Czapski

Dawno, bardzo dawno temu czytałam "Europę w rodzinie. Czas odmieniony" Marii Czapskiej i tak dowiedziałam się o istnieniu Józefa Czapskiego, jej brata. Z książki nic już nie pamiętam, ale nazwisko zapadło mi w pamięć z bardzo pozytywnymi konotacjami. Potem czytałam "Czytając" i Józef Czapski na trwale skojarzył mi się z głęboką refleksją, niezwykłą kulturą i z Marcelem Proustem. Bardzo mile, jednym słowem. Nie byłam więc przesadnie zaskoczona, gdy na targach książki dwa lata temu, wbrew niekupowaniu, wysupłałam ostatnie pieniądze na pierwszy tom listów Józefa Czapskiego. Pięknie wydane przez Terytoria. Drugi tom miał się pojawić lada dzień. I faktycznie, niespełna dwa lata później - pojawił się. Kupiłam oczywiście, bo trudno mieć pierwszy tom i nie mieć drugiego. Przy okazji nawinął się Tumult. Chyba to jasne, że wpadł do koszyka bez walki.
Zapakowany w paczkę razem z listami, obwiązany taśmą klejącą, błyskawicznie przebył do kiosku w moim pobliżu i tuż przed busem do pracy zdążyłam go odebrać.

Lubię paczki z Arosa, bo książki w nich są bezpieczne, a jednocześnie nie są nadmiernie zabarykadowane. Z łatwością i bez połamania paznokci dają się rozbroić gołymi rękami. Do Tumultu zajrzałam więc już w busie i tak, kartkując,  śmiałam się i wzruszałam całą drogę do pracy. Czeka mnie piękna lektura. Prosto z "Kultury".
 Tymczasem w domu udziergałam przepiękną chustę. Wpadłam w zachwyt już w czasie zamykania oczek, chociaż przy pierwszej setce myślałam, że na zakończenie zużyję dodatkowy motek i z jakieś dwa miesiące. Nie było tak źle. Do zachwytu przyznaję się bez skrupułów, bo w sumie ja tylko przekładałam oczko przez oczko i tyle było mojej zasługi. Włóczkę wymyśliła Danonk, kolory dobrał Lane Mondial, wzór wymyślił Drops, a zakończenie Makunka.
Efekt końcowy tak mi przypadł do serca swoją miękkością, sprężystością, urokiem bąbelków, że chyba będę w niej chodzić bez przerwy. W dodatku mam w planie wyprodukowanie kolejnych chust w tym fasonie. Primavera ma jeszcze tę zaletę, że kończy się kolorem białym, więc przypomina bezy. A raczej bitą śmietanę. Albo lody waniliowe. A właściwie wszystko naraz. No co ja poradzę? Naprawdę uwielbiam bąbelki. A waniliowe tym bardziej. 
Zrobiłam jej zdjęcia, ale nic nie odda jej uroku - na żywo podoba mi się nawet bardziej, niż na Bubulinie.





Nawet na mnie mi się podoba:




Tu niewiele widać, poza tym, jak złotem się trochę mieni:


Dane techniczne:
Primavera 0854, bawełna, mikrofibra 150g
Druty nr 4

Włóczka składa się z czterech sznurkowatych, luźnych nitek, ale w efekcie daje wyrób bardzo miękki i lejący. W dodatku nieśliski, czyli po omotaniu pozostaje w pozycji omotanej. I nie gniecie się! Ale to zasługa wzoru chyba.

Bardzo dziękuję za komentarze i wizyty. Dobrego i coraz bardziej wiosennego dnia! :)

środa, 28 marca 2018

Makaroniki nadobne

"A jeżeli zamiast tysiąca cekinów znajdę na gałęziach drzew dwa tysiące?... Albo zamiast pięciu - sto tysięcy?... Och, stałbym się wtedy możnym panem!... Chciałbym mieć piękny pałac, tysiące koników drewnianych i tysiące stajen, gdzie mógłbym się zabawiać, i piwnice pełne słodkich napojów, a także bibliotekę pełną kandyzowanych owoców, tortów, ciastek, makaroników i ptysiów ze śmietaną."
Pinokio, Carlo Collodi

Jak doskonale rozumiem tę wizję biblioteki i jak wyraźnie pamiętam z dzieciństwa sklep cukierniczy, w którym luksusowe bombonierki pyszniły się na górnych półkach, a za szklaną ladą leżały iryski zapakowane w zgrabne kostki brązowe i granatowe, landrynki w celofanowych torebkach, kukułki luzem czy kolorowe groszki w plastikowych pudełkach. Okrągłe cukierki w kształcie malin i z kwaskowym nadzieniem. Z wiekiem człowiek mądrzeje i nad makaroniki zdecydowanie przedkłada półki pełne nadobnych tomów z głębokimi myślami. Słabość do tortów blaknie i niknie tłumiona energicznie przez zdrowe style życia, szkodliwość pustych kalorii czy twardych margaryn.
Częściej więc zdarza mi się gapić w tytuły internetowych dyskontów książkowych niż stać przed witryną cukierni. Tak właśnie niedawno wpadł mi w koszyk Pinokio.



"Pinokia" czytałam oczywiście za młodu, ale tylko raz, bo nie był jakoś moją ukochaną lekturą. Nie wiem czemu, może dlatego, że dla mnie zawsze ważny był w książkach humor, jeżeli było czasem śmiesznie, to mogło być nawet strasznie niekiedy, a tutaj jest cały czas strasznie.
Kupiłam więc "Pinokia" nie ze względu na niego samego, ale na rysunki Marcina Szancera, którym po prostu nie mogłam się oprzeć. Nie umiem pisać o malarstwie czy ilustracjach, więc pisać nie będę, ale mała dziewczynka na stercie brzuchatych poduszek (a tak naprawdę na ziarnku grochu), mały chłopiec pędzący w małych saneczkach za wielkimi saniami Królowej Śniegu, tajemniczy i kolorowy świat orientu spod pigwy, te wszystkie smukłe postacie, ta elegancka kreska, te pełne wdzięku floresy zostały mi w głowie i w oczach i pewnie jeszcze przez jakiś czas zostaną.
Ja wiem, że powstają nowe ilustracje i nowi ilustratorzy, ale cieszę się, że to właśnie Szancer jest moim kanonem i odnośnikiem.

Żeby jednak nie poprzestać na samych ilustracjach, czy też na samych makaronikach, zaczęłam czytać i zostałam wciągnięta przez szalone przygody niesfornego pajaca. Czytam i żałuję nieszczęsnego Dżepetta. Żałuję również Pinokia, bo on właściwie od samego początku chciał dobrze, tylko tak bardzo nie umiał się oprzeć najprzeróżniejszym pokusom i pomysłom i droga do zrozumienia trafiła mu się długa i wyboista przez ognie, patelnie, suche gałęzie i wieloryby.
Ładnie to napisane językiem żywym, bogatym i plastycznym, akcja zmienia się szybko, wszystko to pozwala łatwo przymknąć oko na nieco dydaktyki, która się sączy gdzieniegdzie. Jednym słowem klasyka niczym najlepszy makaronik.

Na drutach również klasycznie - chusta z bawełny i wiskozy, miękka i milutka, robi się szybko, bo samymi prawymi. No i jak tu nie zgodzić się z podejrzewaniem rzeczy martwych o złośliwość? Wpadłam w nerwy w połowie dziergania, bo wyobraziłam sobie, jak motek kończy mi się w momencie, kiedy chusta jest wielkości chusteczki do nosa. Nie miałam wyjścia, poleciałam do sklepu i zabezpieczyłam się drugim motkiem (kupiłam też trochę innego koloru na przyszłość, ale o tym sza, mały wypadek w koszyku). Tymczasem chusta wykazuje się oszczędnością niezwykłą i wszystko wskazuje na to, że drugi motem będzie niepotrzebny. Muszę więc obmyślić na niego jakiś plan.

"Pinokia" zakładam nim samym:


zakładam też zakładką z Maroka, która jakoś mi tu pasuje:


 Ma zresztą tak śliczny kształt i chwościk, że pasowałaby wszędzie.
Bardzo dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Oraz życzę Najlepszych Świąt!



  

środa, 14 marca 2018

W niewoli zielonego czasu

"Zupełnie‍ zgłupiałam. Za drzwiami padał deszcz ze śniegiem, czarne drzewa powiewały mokrymi, bezlistnymi gałęziami. To wszystko było prawdziwe, najprawdziwsze, żadna dekoracja, zwyczajne drzewa, zwyczajny deszcz, błoto ćmokające i gęste, w które koła wrzynały się aż po piasty. Te koła należały do prawdziwej karety, takiej z szybkami i opuszczanym stopniem, i ta kareta stała w błocie i deszczu przed moimi zgłupiałymi oczami. W cztery konie. Naprawdę w cztery konie, ani jednego mniej. Jak w bajce albo w historycznym filmie."
Małgosia kontra Małgosia, Ewa Nowacka


Nie mam pojęcia czemu aż do teraz byłam przekonana, że Ewa Nowacka jest również autorką "Godziny pąsowej róży", chociaż nazwisko Marii Krüger nie jest mi obce. Gdzieś podskórnie nawet chyba byłam przekonana również, że Maria Krüger jest również autorką "Małgosia kontra Małgosia". Doprawdy, sposób działania (albo raczej niedziałania) ludzkiego mózgu jest zadziwiający. Na pocieszenie wspominam sobie Umberto Eco, który przeczytał niekryminał i był święcie przekonany, że czyta kryminał, tylko dlatego, że zasugerował się mglistą opinią kolegi. I nawet nie mogę powiedzieć, że nie pomyślałam, bo przeciwnie, pomyślałam nie raz, a właściwie cały czas myślałam czytając, kiedy już genialnie pogodziłam sporną sprawę autorstwa, że Małgosia jest niezbyt jeszcze udaną wprawką przed Godziną. Cały czas porównywałam, że w Małgosi jakoś szczegółów mniej, i opisy postaci jakby ogólnikowe, sprzętów mniej i zabawnych sytuacji mniej. Że autorka jakoś bardziej pewnie czuła się w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku (jeszcze niedawno napisałabym ubiegłego stulecia i byłoby to jednoznaczne) niż w wieku siedemnastym.

Teraz wiem, że to dwie różne książki, dwie różne autorki, dwie różne epoki (to akurat zauważyłam na początku) i tylko historia ta sama - młoda dziewczyna zostaje tajemniczym sposobem przeniesiona w inne czasy - w Godzinie pąsowej róży trafia do swojej rodziny i zastaje w epoce swoje koleżanki i kolegów (co jest bardzo śmieszne), w Małgosi trafia do obcej rodziny, co jest nieco nijakie. Nijaka też jest w sumie główna bohaterka, która trochę pomaga w kuchni (ale w szczegóły nie jesteśmy wprowadzani przesadnie), trochę tańcuje z kawalerami, aż wreszcie przeżywa przygody z Pana Wołodyjowskiego trochę wzięte.
Jednym słowem Małgosia w żaden sposób nie zdetronizowała Andy, która to była jedną z moich ulubionych bohaterek dawno temu, gdy byłam młodą panienką, a której zderzenia ze starodawną higieną, modą czy matematyką bawią mnie do dziś.
Nie jest jednak tak zupełnie źle, nawet wzięła mnie ciekawość, jak to wszystko się skończy i czy druga tytułowa Małgosia też zostanie opisana w ubiegłym wieku, czyli w dwudziestym, (do czego do doszło przez ten nieopisany pęd w zegarach i kalendarzach). Poza tym naruszenie tyranii czasu i wyrwanie się na wolność zawsze jest fascynujące.

W dziewiarstwie od wyrwania się na wolność dzieli mnie niecałe pół motka - tyle mi zostało zielonego merino w nitce, pozostałe motki są już wdzięcznie powiązane w swetrze, mrozy idą - sweter będzie w sam czas.
Na wolności będę mogła robić chusty z lejącej bawełny, sweterki z jedwabiu szarego albo mantylki z czarnej wełenki. Nie wiem jeszcze, na pewno jednak chciałabym jakiś ażurek, bo ile można robić same prawe oczka? I same zielone? Koniec prawego i zielonego!
Nie w przyrodzie na szczęście, bo w przyrodzie już za chwilę to zielone powinno się rozkręcać, czego sobie i Wam życzę. 

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

środa, 7 marca 2018

Kusa wizja bez rybaka

"Jeśli się skusimy, dostaniemy, niczym prytanowie, gotowy zestaw zawierający: obiecaną zupę fasolową, lekko podgrzewane ziarna grochu i ciecierzycy, surowy, tkwiący jeszcze w zielonym strączku bób, soloną sardynkę, pastę z ikry, płaski chleb posypany sezamem, trochę pomidorów i ogórków, kawałek chałwy na deser, a do popicia mocną raki, znośne czerwone wino i wodę aromatyzowaną esencją różaną. Stara szkoła będzie pękać w szwach, wypychając stoły na zewnątrz, wypełnią ją serdeczne powitania, uściski, śmiechy i głośne rozmowy, zabrzmi muzyka, a nogi ruszą do szaleńczego tańca. W chwilach przerwy z mikrofonu popłyną słowa ogłoszeń, podziękowań, podsumowań, statystyk. Zdjęcia zostaną zrobione, nowi małżonkowie przedstawieni, ledwo co urodzone dzieci pokazane, sprawy obgadane.
Ostatnie dokładki bobu i chałwy rozdane. Później wszyscy rozejdą się do domów, a za rok spotkają się znów, by jak dawni Grecy, biesiadując, świętować fakt, że tworzą wspólnotę. Bo jak powiedział Plutarch - nie siada się do stołu po to, by jeść, ale by jeść razem."
Starożytna Grecja od kuchni, Magdalena Nowakowska


Do starożytnej Grecji mam słabość od dłuższego czasu, o kuchni też uwielbiam czytać (gorzej z gotowaniem, ale jak widać jedno nie wyklucza drugiego), więc "Starożytna Grecja od kuchni" wydała się połączeniem nad wyraz przyjemnym. Skwapliwie pożyczyłam ją od koleżanki. Pożyczanie książek, jak ogólnie wiadomo, oszczędza nam wydatków oraz miejsca na półkach. Nie zawsze jednak, jak się dalej okaże.

Nie jestem nawet w połowie czytania, a już wiem, że się nie rozczaruję. Bardzo przystępnie i po kolei omawiane są różne kulinarne sprawy starożytne począwszy od obyczajów, poprzez piece, meble, garnki aż wreszcie same potrawy i produkty.
W książce zamieszczono liczne ilustracje przedstawiające garnki właśnie, a garnki, to trzeba przyznać, starożytni Grecy mieli przepięknej urody. Oczywiście nie te codziennego, prozaicznego użytku, ale te ozdobne figurami czerwonymi lub czarnymi. Prozaiczne garnki greckie były szorstkie, i po użyciu niszczone, gdyż albo nie dało się z nich wyjąć upieczonego sernika, albo nie dało się ich umyć wskutek porowatości. Pocieszające jest to, że po przemianie w skorupy dostawały nowe życie jako notesiki lub kartki do głosowania.

Autorka w opisach nie jest gołosłowna, ale przytacza na dowód liczne passusy, co jest równie przyjemne jak wspomniane obrazki. Lista wybranej literatury mieści się na dwóch tylko stronach, ale są na niej wszyscy, którzy powinni być, czyli i Homer, I Platon, Tukidydes, Hezjod, Meander oraz inni pomniejsi.
Czytam więc sobie o sofie, którą Grecy przytaszczyli z Persji, o komosach, których tradycja trwa niestety po dziś dzień, o uczonych dyskusjach, o ówczesnych celebrytach i sławach kucharskich, o zwiewnych tancerkach i niewinnym topieniu terakotowych stateczków pływających w miednicy.
Bardzo mi się dobrze czyta, a jeszcze tyle produktów przede mną, bo zaczyna się jadlospis, a w nim zboże, mięso, miody, owoce i wino oczywiście.

Obfitość wyborna:
"Za nią po kolei
muszelki z pszennej mąki i złote w oliwie
przyrumienione ciastka z ziarna jęczmiennego
i słodkie (...) okrągłe rozliczne ciasteczka,
tudzież liczne sezamki z miodem wymieszane,
sernik z mlekiem i miodem, w foremkach pieczywko.
Wszędzie pełno słodkości sezamoserowych
na gorącej oliwie pieczonych z posypką
z sezamu. Potem groszek z dodatkiem szafranu,
młody, świeżością jędrny, jajka i migdaly
ze skórką delikatną, i orzeszki słodkie -
dzieciarni przysmak wielki - i inne atrakcje,
jakie tylko na ucztę wystawną stosowne. (Atenajos, Uczta mędrców)

Kto by się chciał rozstać z takimi opisami? I z takimi kyliksami? I z takimi wdzięcznymi rybakami?



Nikt chyba, a na pewno nie ja, więc poleciałam do sklepu i teraz kuchnię grecką mam na własność. Jakoś na półce się upchnęła przemyślnie.


To co widać na pierwszym planie, to moja porażka w minimalizmie. Porażka liczy dziesięć malutkich moteczków, jest zrobiona z jedwabiu i merino i została przeze mnie nabyta w stacjonarnym Pająku ze względu na swoją urodę i niezwykłą miękkość i przytulaśność. Leży sobie w szafie i czeka na pomysł, a tymczasem dziergam nieustająco zielony sweterek, którego chwilowo nie zamieszczam, żeby nie miał tyle odcinków jak Jeziorany. Przysporzył mi chwil grozy, albowiem przybywa niewspółmiernie wolno do ubywania motków. Mówiąc wprost postawił mnie przed wizją bardzo kusego sweterka z krótkimi rękawkami. W pewnym momencie wydawało mi się, że jedynym ratunkiem będzie dorobienie mu żółtych pasków, bo żółte merino jeszcze mam, a zielonego nie (sklep też nie ma, nie to że nie sprawdzałam). Jak widać tęsknoty zielonego do żółtego są przemożne. Zmartwiłam się trochę, bo w planie miałam monochromatyczny długi sweter, a nie kusy i jaskrawy. Z nerwów porzuciłam dzierganie dołu i zabrałam się za rękaw. W miarę jak rękaw się zwężał, perspektywy się poprawiały i jeżeli będę dziergać szybko, to może zdążę skończyć, zanim zielona włóczka wyjdzie. Tak czy owak - garter włóczkożerny jest, nie da się ukryć.

Kuchnię zakładałam kaktusami. Wiem, wiem, Grecy nie znali kaktusów, ale tak mi się podobają ich pastelowe kolory, że nie mogłam się oprzeć. Poza tym, gdyby się tak nie skupiali na garncarstwie czy jedzeniu, to na pewno by do kaktusów dopłynęli.


Dziękuję Wam bardzo za odwiedziny i za przemiłe komentarze! Słodkich ciastek w sezamie i dobrego dnia w środę i nie tylko! :)

środa, 28 lutego 2018

Prawe bez patrzenia

"- A co to za książka? Coś się tak do niej przykleił, jak rzep do psiego ogona?
- Bardzo ciekawa książka - powiada Miszka. - Kupiłem ją dziś rano w kiosku z gazetami.
Patrzę - na okładce kogut i kura, napis: Hodowla drobiu, a na każdej stronie rysunki jakichś kurników, plany."
Wesoła rodzinka, N. Nosow


"Miszka zaczął głośno marzyć o kurczątkach, które wylęgną się w zrobionym przez nas inkubatorze.
- Będą takie śliczne! - mówił. - Można będzie odgrodzić im kącik w kuchni i niech sobie tam siedzą, a my będziemy im dawać jeść i opiekować się nimi.
- Ale najpierw przez trzy tygodnie będzie okropne zawracanie głowy, zanim się wylęgną.
- Jakie zawracanie głowy? Zrobimy inkubator, a one już się same wylęgną."
Wesoła rodzinka, N. Nosow

Miałam tę książkę w dzieciństwie, czytałam ją na pewno kilka razy, potem gdzieś wydałam, ale pamiętałam doskonale te jajka ogrzewane lampą, cztery filiżanki z wodą ustawione w rogach kartonowego pudła i w końcu puchate, piszczące żółte kuleczki, grzejące się przy garnku z ciepłą wodą. Bardzo byłam ciekawa, jak wyglądają teraz, więc zajrzałam już nie do kiosku z gazetami (ech, jakie to rzeczy się kupowało w tamtych czasach i jaka to była radość, kiedy kupiło się coś odbiegającego, mimo całego potencjału takich lektur, od hodowli drobiu), ale na Allegro i dwa dni później odebrałam paczkę z żółtą okładką w środku. Nie wiem czy to zbieg okoliczności, czy też już do końca dziergania zielonego swetra jestem skazana na kolorystycznie konweniujące z nim książki.
Zatem. Imienia autora nie ma ani na okładce, ani w środku. Skądinąd (czyli z Wikipedii) wiem, że miał na imię Nikołaj. Język prosty, zdania krótkie, co sprawia, że narracja toczy się gładko i żwawo. Humor jest. Kołchozy są i samopomoc uczniowska też jest, ale nienachalna. Poza tym jest napięcie, nadzieja, niepokój, ciekawość rozwiązania, a raczej wyklucia.

Bardzo pozytywna historia o dwóch dzielnych, żywych i niesfornych chłopcach, którzy sprokurowali inkubator i wylęgli w nim wesołą rodzinkę kurczaczków. Dzisiaj bawiłam się przy niej nieomal tak dobrze, jak będąc małą dziewczynką. Oczywiście pojawiło się pytanie o przyszłość owych kurczaczków (mam nadzieję jednak, że skończyły jako kury nioski). No i zastanowiło mnie imię Miszy. Dawno, dawno temu byłam z harcerzami daleko na wschodzie, jeszcze za bratnim miastem Łodzi, Iwanowem. Był tam też siedmioletni może chłopczyk, który wzbudzał opiekuńcze instynkty wszystkich dziewczyn. Hołubiłyśmy go niezmiernie i pieszczotliwie nazywałyśmy Miszką. A on wtedy poważnie i powoli odpowiadał - Ja nie Miszka, ja Misza. Miszka eta małyj niedzwiedz.
No i tak mi się utrwaliło przez to, że Miszka nie powinno się zdrabniać.

Za to z dzierganiem jak z tym inkubatorem - wrzuca się włóczkę na druty i samo się dzierga. Jak już przetrwałam kryzysy projektowe, fasonowe i dekoltowe, kiedy już nabrałam oczek na kołnierz, kiedy zrobiłam kawałek lewego, potem prawego (albo odwrotnie, nigdy nie jestem pewna, bo strony właściwe i nice mnie mylą w kierunkach), wtedy sprawy nabrały tempa. Jestem już za reglanem, za pachami, a nawet chyba już jestem w okolicach talii. Dzianina staje się słusznie lejąca i sprężysta - można co chwila ugniatać ją palcem, to się nie nudzi i nie powszednieje - zabawa lepsza nawet niż ugniatanie bąbelków w folii bąbelkowej.
W dodatku po kilku latach robienia na drutach nabyłam niespodziewanie umiejętności robienia nie patrząc. Do tej pory zazdrość mnie cicha zjadała, kiedy czytałam w opisach - prosty wzór, telewizorowy. Owszem, oglądałam do robienia seriale, ale tylko te znane, co sprowadzało się do słuchania. A tu, niespodziewanie i nagle, po milionowym oczku prawym (sweter jest garterem, więc ma same oczka prawe) jestem na kolejnym poziomie. Obejrzałam więc sobie w nagrodę film o Kubusiu Puchatku, a raczej o Krzysiu czyli Robinie: "Żegnaj Christopher Robin". Piękny film - przepiękne zdjęcia, cudowne krajobrazy (chyba Anglicy mają je w rekompensacie za tę fatalną angielską pogodę). Do tego autentyczny Kubuś (no, prawie) i bardzo podobny do Krzysia Krzyś.

Idę dalej produkować sweter, bo niepatrzenie niepatrzeniem, ale drutami jednak machać trzeba. Pozostaję więc z poważaniem w tę mroźną pogodę, marzenie dziewiarek - można wtedy wyjąć te wszystkie wełny i alpaki, czego i Wam życzę. I dziękuję za odwiedziny i odwiedziny z komentarzami. :))
Dobrego dnia!

PS. Jakoś znienacka i bez żadnego inkubatora ani bez garnka z ciepłą wodą, wylągł mi się w kąciku nowy stosik. Kolorowy taki. Co miałam zrobić - przygarnęłam. :D

środa, 21 lutego 2018

Kawa bez dymu


"...kiedy mam wykonać coś kreatywnego, w domu ciężko mi się zdyscyplinować, ciągle jem i zawsze jest coś do posprzątania. Lubię więc pracować w pociągach i w hotelach, bardzo często pracuję w Costa Coffee i w Ikei. W Ikei jest optymalnie. Jak się rano kupi kawę, to do dziesiątej jest darmowa dolewka."
Jak oni pracują, Agata Napiórska


To nie jest poradnik. A jeżeli nawet tę książkę potraktować jako swoisty wzór, to nie jest to wzór dla każdego odpowiedni. Ja na przykład piję tylko jedną małą kawę i to bardzo rano (nawet przed otwarciem Ikei), więc praca tam nie byłaby atrakcyjna ani dla mnie, ani (podejrzewam) dla mojego szefa, ani (co bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę liczne kubki) dla mojego portfela. Poza tym niektórzy nie ograniczają się do kawy, ale palą papierosy (o ile nie gorzej), zmywają czy też w ogóle się nie myją. W dodatku wszyscy są artystami. Wszyscy, czyli rozmówcy Agaty Napiórskiej, autorki.

Rozmowy są raczej krótkie (po kilka stron na osobę), a osób dużo, bo ponad pięćdziesiąt. Pytania są bardzo krótkie, odpowiedzi raz mówione, raz pisane, dłuższe, krótkie, ale wszystkie sprawiają wrażenie szczerych i otwartych. Widać pani Agata potrafiła stworzyć swoim  rozmówcom odpowiednią atmosferę. Dba zresztą również o to, żeby czytelnik też czuł się dobrze - na początku opisuje okoliczności spotkania - czy to kawiarnia, skype, czy też czerwone fotele prywatnego mieszkania. Wiemy czy wino było białe czy czerwone i co za płyn był w brązowej buteleczce. na koniec zawsze podane jest imię i nazwisko artysty (na początku zresztą też, ale do końca można zapomnieć), kiedy się urodził i co robi. Jak to robi, możemy się dowiedzieć z pomiędzy (czyli z wywiadu).
Przyznam, że to "jak" jest oszałamiające - nie spodziewałam się aż tak różnorodnych sposobów na tworzenie. Można wykorzystywać piórka, kredki, klawiaturę, ołówki, notesy, zeszyty, telefony (to akurat nie jest zaskakujące), stare gazety, papier ze śmieci (to już nieco bardziej). Można pracować twórczo rano, albo w nocy. Można dwie godziny bez przerwy, można też kilka kilka miesięcy (odbija się to jednak niekorzystnie na higienie osobistej i, co za tym idzie, wyglądzie).
Można pracować w porządku i w zupełnym nieładzie. Z dziećmi, bez dzieci, z kotem, z psem, w hałasie albo w ciszy. Rozmaicie.

Człowiek jakoś tak jest skonstruowany, że lubi patrzeć na innych. W najlepszym razie patrzy po to, żeby się czegoś dowiedzieć o sobie, innych, o świecie i czegoś nauczyć, doznać jakiegoś zdziwienia, zaskoczenia, radości albo refleksji. W najgorszym, żeby potem poplotkować (o jeszcze gorszych nawet nie wspominam). Jednym słowem takie patrzenie nie jest złe. W przypadku tych wywiadów też nie - spędziłam czas bardzo sympatycznie. Miałam też jedną refleksję Właściwie dwie, ale tylko jedną zapamiętałam.
Bardzo, bardzo wielu ludzi trudzi się, żebyśmy mieli co poczytać przed snem, albo na co popatrzeć, albo nawet czego posłuchać w reklamie. Można by w ogóle zdziwić się jak wielka to liczba, ale w sumie igrzyska od zawsze były przecież zaraz za chlebem. Nawet nie ma znaczenia to, że o większości z nich nigdy w życiu nie słyszałam - co prawda w jednym przypadku okazało się, że chociaż nazwisko mi kompletnie nic nie mówi, to znam dobrze jego prace, kilka nawet mam w portfelu - otóż od pięćdziesięciu lat wszystkie banknoty rysuje ostrym pędzelkiem jeden człowiek. I tak było fajnie dowiedzieć się, jak oni pracują.

W przerwach między wywiadami i ja pracowałam poniekąd artystycznie. Przełamałam kryzys białej kartki (czy może raczej pustych drutów) i opracowałam koncepcję sweterka z zielonego merynosa. Nabrałam oczek w ilości ile potrzeba i zaczęłam kilkutygodniowy etap przerabiania w natchnieniu (myję się jednak regularnie, nie jem zupek chińskich i nie palę w ogóle nic dymiącego). Sweterek przyrasta w normie (za to szaliczek leży odłogiem, no ale coś leżeć musi), wygląda coraz powabniej i bardzo polubił się kolorystycznie z moimi nowymi bransoletkami z nienowego bursztynu na reumatyzm (lubię tę myśl o ich wieku i o tamtych drzewach, z których kapały w słońcu) i z żółtą okładką "Jak oni pracują".
Wiem, wiem, mamy luty, ale przecież nikt nie zabroni nam pomarzyć sobie o takiej drodze czy o trawkach większych i mniejszych:




     Książkę zakładałam marokańską zakładką z bardzo baśniową karawaną i gustownym chwościkiem:



Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze! Dobrego dnia. :)