Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 kwietnia 2024

Notesy domowe i podróżne a także Flaubert

 

"Po chwili światło i półmrok mieszają się z sobą, wszystko nasyca się tym samym odcieniem jak na starych płótnach. Ponure dni nabierają kolorytu dni pogodnych, dni szczęśliwe popadają w melancholię tych smutnych. I to dlatego właśnie człowiek pragnie powracać do własnej przeszłości: ona jest smutna, a jednak czarująca."

Gustaw Flaubert W niewoli słowa i kobiet, Frederick Brown

Dawno temu, kiedy jeszcze nie byłam zapisana do pięciu bibliotek, wyjęłam z własnej półki książkę o Flaubercie, książkę bardzo bardzo grubą, ciężką i całą zapisaną drobnym druczkiem. Książkę kupiłam jeszcze dawniej, kiedy wszystkie dni były poniekąd pogodne. Dwa razy zabrałam ją na urlop i przywiozłam z powrotem nawet nie zacząwszy. W sumie nie wiem, co mnie powstrzymało wtedy, na pewno nie siedemset stron, bo wyobrażam sobie, że mam trzy książki przyklejone do siebie, na pewno nie liczne w tym wydaniu literówki, bo o nich nie wiedziałam. Nie powstrzymywał mnie również Flaubert, ponieważ bardzo go lubię, cenię i podziwiam. W każdym razie, książka przejechała setki kilometrów, przestała kilkanaście lat na półce i wreszcie się doczekała. Została przeczytana a ja zostałam z mieszanymi uczuciami. Miejscami Flaubert jest piękny i wzruszający, miejscami natomiast wręcz szokująco dosadny w wyrażaniu się i w sposobie życia (taki był wtedy widocznie wzorzec - domy publiczne w kategorii użyteczności plasowały się chyba zaraz po karczmach). A że, jak to się mówi powszechnie, pewnych rzeczy nie da się odzobaczyć, więc zostałam z tymi obrazami. W sumie całe szczęście, że w prozie Flaubert nie uznawał turpistycznych realiów, bo proces o obrazę moralności za Panią Bovary były dziś bardziej zrozumiały. Miejscami też w tej biografii Flauberta jest dużo, a miejscami dużo jest innych postaci, co chyba nie było aż takie konieczne. 

Dużo jest cytatów z Flauberta i te cytaty są dużej urody (chyba, że to cytaty z listów do kolegów, w nich uroda jest wątpliwa a raczej przesłonięta różnymi skatologicznymi i drastyczno erotycznymi fragmentami). No cóż, zawsze można podążyć za jego radami:

"Życie to tak paskudny interes, że jedynym sposobem, aby je znosić, jest unikanie go dzięki egzystowaniu w Sztuce [...] czytaj wielkich mistrzów, ale robiąc to, próbuj rozumieć, co czyni ich wielkimi, aby zbliżyć się do ich duszy.

Czytaj Montaigne'a. czytaj go nieśpiesznie, z rozmysłem! On Cię uspokoi. I nie słuchaj ludzi, którzy mówią o jego egoizmie. Pokochasz go, zobaczysz. Ale nie czytaj go jak dziecko, dla zabawy, albo tak jak czytają kujony, aby się nauczyć. Nie. Czytaj, by żyć.

Podróżuj! Rozkoszuj się muzyką, malarstwem i horyzontami. Wdychaj boskie powietrze i zostaw za sobą wszystkie swoje troski."

O tak. Nawet podróżowałam kiedyś z Montaignem - pojechał ze mną w góry i nad morze i wrócił - nieprzeczytany. Ale też jest gruby i drobnym druczkiem, a tymczasem przede mną jeszcze anty (już wyjęty i też gruby), więc wszystko po kolei, tylko muszę wydostać się spod bibliotecznych stosików.

Tymczasem pozostaję na podróżowaniu bliskim ościennej Łodzi i w strugach deszczu rozkoszowałam się biblionetkowym spotkaniem. Na szczęście najgorsze strugi były za kawiarnianym oknem, odziana byłam w wełniane chusty, więc nie zmokłam i nie zmarzłam. Dużo było rozmów o muzyce, trochę o wnuczkach, trochę o remontach i trochę o Kubusiu Puchatku i czy jest płytki czy nie. A propos malarstwa i horyzontów dostałam przecudny prezent, notesik, nomen omen służący do podróżowania bo przecież wiadomo, że jak podróżować, to tylko z notesikiem (można i z journalami, journale będę miała nowe, ale o nich w następnym odcinku).


Można sobie zapisywać adresy i menu włoskich restauracji jak się chce, albo można też zapisywać coś innego, jeżeli jest się akurat w Zgierzu albo nie tak daleko jak we Włoszech.

Swoją drogą, kiedy tak oglądałam w zachwycie ów Piccolo guaderno di viaggio czyli little travel notebook (biedni ci Anglicy bez zdrobnień) czyli notesik podróżny, pomyślałam sobie, jakie mamy czasy z technologią i z usłużnymi telefonami. Teraz można w ogóle nie umieć pisać i komunikować się z asystentem Google paszczowo, co uwielbia robić moja czteroletnia wnuczka prosząc Google o bajeczki na You Tube


Google czasem myli dinozaury z Michaelem Jacksonem, ale mimo wszystko radzi sobie. I jak prosto jest dzisiaj, kiedy dostanie się włoski notesik, który z natury jest po włosku. Wystarczy wycelować w niego aplikację z tłumaczem i już wiemy, co miał na myśli Gabriele D'Annunzio


To bardzo przyjemna rzecz, takie notesiki podróżne, właściwie czuję się, jakbym tam była, śpiewała całą drogę, obierała krewetki i piła wino. 

Natomiast Flauberta zakładałam niczym włoskim, ale moją najbardziej francuską zakładką, jaką mam


Dziś rano padał śnieg, ale trudno, i tak można słuchać muzyki, podróżować albo czytać o podróżach. No i pić wino, czego sobie i Wam życzę. :)

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze! Dobrego dnia! Buona giornata!

niedziela, 19 lutego 2023

Kolejki i katalogi

 


"Przy łóżku na stoliku leżały dwa luidory, wszystko, co zostało z zarobionych milionów. Pewnego dnia wziął je do ręki, obejrzał i rzekł: Aleksandrze, wszyscy mówili, że byłem rozrzutnikiem, ty sam napisałeś o tym sztukę sztukę. No i proszę. Widzisz, jak nie miano racji? Kiedym wylądował w Paryżu, miałem w kieszeni dwa luidory. Spójrz... wciąż je mam."

Trzej panowie Dumas, André Maurois

Długo czekali na swoją kolejkę ci trzej panowie Dumas, jakoś podskórnie czułam, że będzie trudno, może nudno, może nic nowego. Wpadli w ręce w czasie katalogowania i pomyślałam - czemu nie. Niespodziewanie poczułam się jak w kolejce. W kolejce górskiej. Różnica była tylko taka, że z kolejki górskie chciałoby się czasami wysiąść a nie można, z tej biografii wysiadać się w ogóle nie chciało. Cała reszta była taka sama. Wzloty, upadki, rozmach, piski, śmiechy i tempo, tempo, tempo. 

 André Maurois potrafi pisać porywająco, a Dumas dostarczyli mu tematu (może poza synem, który był najbardziej nijaki, zupełnie jednak jak nie kolejka górska tylko podmiejska raczej, choć z Paryża). 

Generał Dumas (czyli ojciec ojca Dumas) sam jeden mógłby starczyć za trzech muszkieterów łącznie nawet z d'Artagnanem, taki był odważny i waleczny. Ogromne zaskoczenie. Takich zaskoczeń zresztą było tu mnóstwo (dla mnie przynajmniej). Myślałam, że Dumas to francuskie nazwisko, a tu nie, czarnej niewolnicy i to ona przyczyniła się do bujnych loczków w tej rodzinie. Myślałam, że jako generałowi żył dobrze i dostatnio, ale nie, okazało się że Napoleon nie był do końca taki miłościwy dla swoich żołnierzy. A potem już nic nie myślałam, tylko patrzyłam w osłupieniu jak Dumas ojciec z dwoma luidorami przyjeżdża do Paryża i go podbija. Patrzyłam na wirujący korowód jego kochanek i pojawiających się dzieci. I patrzyłam na pojawiające się dziesiątkami sztuki teatralne i powieści. 

Nie napisał ich trzech, ale, niczym francuski Kraszewski, bardzo bardzo dużo. Tak, to prawda, pomagali mu, ale to on dodawał do nich tej ożywczej szczypty geniuszu i to dzięki niemu d'Artagnan dla nas zawsze będzie równie prawdziwy jak Portos, hrabia Monte Christo czy kardynał Richelieu. Bardzo oszałamiająca biografia. 

A kiedy już wyszłam z oszołomienia, napisała do mnie koleżanka, że chce kupić trochę bawełny i nie jest pewna jaki chce kolor. Wyciągnęłam zatem swój Safran, wywaliłam na kanapę i spojrzałam w lekkim oszołomieniu. Przy okazji chciałam zdementować plotki, jakoby publikowane przeze mnie niedawno motki na kocyki dziecięce były całym moim zapasem włóczek. Nie, mimo że zajmowały całą kanapę, to była tylko wełna Merino. A teraz patrzyłam na te motki bawełniane, które kupiłam z zamiarem produkcji (masowej chyba) zabawek, do której nigdy nie doszło. I co ja sobie myślałam wtedy i co ja mam z tego zrobić? 


Oddzieliłam rodzinę zieleni od czerwieni 


i olśniło mnie, że mogę zrobić sweter boxy, o którym marzyłam już od tak dawna, że pewnie niedługo wyjdzie z mody. Boxy jest swetrem wysoce niewygodnym do kurtki, bo ma znaczne nadmiary po bokach i pod pachami, ale na lato, kiedy zdarza się kurtki nie używać, jak najbardziej może być. Wizja tej włóczki w tym wzorze była tak bardzo natrętna, że od razu wrzuciłam ją na druty. 


Zaczęłam przerabiać i nie zraziło mnie nawet przerabianie dookoła dekoltu, chyba już się przyzwyczaiłam i nawet orientuję się gdzie jest co w tym kłębowisku.


W dodatku pojawił się plan na zwariowanie energetyczny sweterek w czerwieniach i różach i z mieniącą się nitką, i cóż z tego, że jestem emerytką, na szczęście moda dla starszych pań jest obecnie znacznie bardziej łaskawa. Kocyki trochę czekają w kolejce. 

Oczywiście nie samymi książkami ani drutami człowiek żyje, żyje też trochę katalogowaniem.





Trochę to dla mnie bolesny proces, bo ja czasami mogę mieć niepozmywane, niezamiecioną podłogę nawet mogę mieć, ale książek w nieładzie nie mogę. Zacisnęłam jednak zęby i kontynuuję, wizualizuję sobie koniec katalogowania i to mnie pociesza. Na razie dobrnęłam do pozycji numer 400 i nie wiem czy daleko jeszcze.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie byłam szczęśliwą emerytką, mój kolega z pracy, który słuchał codziennie moich opowieści o minimalizowaniu, organizowaniu, systemach przechowywania i układania, powiedział, że w moim przypadku ten proces się nigdy nie skończy. Oburzyłam się, no ale nie wiem w sumie. Bo ciągle na horyzoncie pojawia się lepszy i przyjemniejszy system, Tak więc poza czytaniem, dzierganie, katalogowaniem, poza prowadzeniem Notesu kochanej babci, poza gotowaniem i niezamiataniem podłogi, znowu organizuję swoje zakładki.

Cztery lata temu je bardzo dobrze zorganizowałam , utrzymywały się w porządku przez cały ten czas, ale system miał dwie wady - był w plastikowych koszulkach i wymagał nieco trudu przy wyciąganiu i nieco więcej przy odkładaniu zakładki na miejsce. Cztery lata mi zajęło wpadnięcie na to, żeby wyeliminować koszulki i zakładki wsadzić bezpośrednio do grubszego szkicownika. Ja głęboko wierzę, że nadejdzie ten moment, kiedy wszystko będę miała skatalogowane i ułożone idealnie, ale na razie proces trwa. Chwilowo jest tak:


ale wkrótce będzie tak:


Stanowczo za dużo poświęcamy czasu na jedzenie i sen. No i zakupy też. Trudno, a skoro przy zakładkach jestem, to panów Dumas zakładałam panią


z drugiej strony też jest ślicznie


czego sobie i Wam wszystkim życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

wtorek, 31 stycznia 2023

Rozmach renesansowy w hobby i nie tylko

 


Ten, by użyć słów Graftona, "linoskoczek autokreacji" walczył z demonami depresji. Mówił, że wiosna i jesień wpędzają go w melancholię, gdyż patrząc na obfitość kwiatów i owoców, czuje, jak mało stworzył w życiu. "Battista - zwracał się do siebie - teraz twoja kolej obiecać ludzkości jakieś owoce". Również Leonarda prześladowało poczucie niespełnienia, będące negatywną stroną renesansowej ekspansywności. Jeśli możliwości jest nieskończenie wiele, ich spełnienie może być co najwyżej cząstkowe."

Leonardo da Vinci Lot wyobraźni, Charles Nicholl

Współcześnie rolę renesansu w dziedzinie ekspansywności spełnia doskonale Internet i też można się przygnębić nawet nie będąc Leonardem, że jest tyle możliwości a czasu cały czas jest tyle samo a nawet jakby mniej. Pierwsze dwa miesiące mojej wolności od etatu spędziłam w lekkim nadmiarze planów i chęci oraz zainteresowań. 


  A potem przemyślałam wszystko i ustaliłam, że nie muszę przerobić kilometrów moich włóczek w tydzień, nie muszę spruć nienoszonych swetrów i zrobić z nich noszone w drugi tydzień, nie muszę od razu wyhaftować trzech obrazków (taaak, bardzo nabrałam chęci na haft krzyżykowy po tym jak przywiozłam kilkanaście haftowanych poduszek z mieszkania po teściowej, no i moje babcia ze strony taty pięknie haftowała), które dostałam pod choinkę, nie muszę zrobić w minutę albumu fotograficznego i nie przeczytam wszystkich swoich nieprzeczytanych książek w miesiąc.

Wzięłam głęboki oddech, pocieszyłam się, że nie jestem Leonardem, cała ludzkość na mnie nie czeka i mogę sobie uprawiać swoje liczne hobby powoli, przyjemnie i niespiesznie. Postanowiłam też do gatunku hobby wliczyć gotowanie smacznych, oryginalnych i pożywnych obiadów (skoro jestem uwolniona od etatu), ale na razie się to nie udało i dalej je gotuję z niechęcią. Pooddychawszy głęboko,  pocieszywszy się i zmotywowawszy, wyszłam ze stuporu i melancholii. W pierwszym kroku skończyłam legginsy. Moja babcia ze strony mamy na widok mało porywających wełnianych reform albo peerelowskiego paltota zawsze mówiła - najważniejsze, że ciepłe. Tak jakoś mi się to skojarzyło, kiedy spojrzałam na moje świeżo wydziergane milionami oczek legginsy:


 Zestaw kolorów jest nieco ponury, włóczka bardzo gryząca, ale legginsy są naprawdę ciepłe, a spod sukienki wystaje mi tylko część bordowa, która nie jest najgorsza. Na pocieszenie przyszyłam sobie guzik dla zorientowania przodu (wiadomo, że najgorzej zawsze odróżnić przód od tyłu)


i wciągnęłam gumkę. Legginsy są mniej więcej na temperaturę poniżej 10 stopni Celsjusza, ale i tak chodzą mi po głowie kolejne, może z bardziej wyrafinowanej wełny i w warkocze, Nadmiar nadmiarem, ale nie ma co we wszystkim się ograniczać. Zaraz po przyszyciu guzika, zaczęłam planować morze malutkich skarpetek i wyrafinowanych sweterków i wtedy nagle okazało się, że wnuczka wyrosła ze swojego kocyka. Powstało zapotrzebowanie na nowe kocyki - tym razem prawie pełnowymiarowe i dwa, bo przecież jest wnuczka i wnuczek. Ucieszyłam się, że wreszcie może uda mi się wyrobić wszystkie zapasy Merino


którego od kilka lat w ogóle nie ubywa, mimo że zrobiłam z niego kocyk w warkocze, koc w kwiatki, sweter w cegiełki i pięć czapek. Trudno przewidzieć na tym etapie, mam dopiero 30 centymetrów pierwszego, robię wzorem tkanym, który jest bardzo włóczkożerny, więc nie wiem, liczę się z koniecznością dokupienia kolorów. Naprawdę, nie wiem co to Merino w sobie ma - jakieś tajemne moce pączkowania chyba.


Na zdjęciu widać drut z zestawu Mindful, co się wiąże z moim przejściem na emeryturę, otóż bowiem miałam takie szczęście, że zostałam obdarowana zarówno od kolegów i koleżanek jak i osobno od zarządu. Zarząd w swojej dobroci obdarował mnie kuponami na książki oraz hojną premią. No i pomyślałam sobie, że warto właściwie zamiast trzymać premię na kupce kupić sobie coś, co będzie miłe i wdzięczne. No i pomyślałam, że nie mam zestawu drutów, bo nigdy nie ośmieliłam się wydać tylu pieniędzy naraz na hobby. Oczywiście, jak to z takimi oszczędnościami bywa, są one złudne, bo i tak wydałam dużo więcej na pojedyncze druty niż gdybym na początku drogi dziewiarskiej zacisnęła zęby, przebolała duży wydatek i kupiła zestaw. No i jak nie teraz to kiedy. Nasłuchałam się zachwytów nad obrotowymi żyłkami, nad schludnym przechowywaniem, nad wygodą, więc zamknęłam oczy i podjęłam decyzję. Kupiłam dwa zestawy, bo jak prezent od zarządu, to nie ma co skąpić. 


Dorzuciłam też automatyczną miarkę (czyli centymetr krawiecki) i naprawdę, warto było - ile zaoszczędzę godzin unikając żmudnego zwijania to trudno sobie nawet wyobrazić. 

Do zestawu dołączone są milusie gadżeciki, w tym nożyczki idealne na podróż, bo składane


Powiem tak - rzeczywiście obrotowe żyłki to rewelacja. Wymiana drutów bajecznie prosta, już nie muszę grzebać za każdą zmianą rozmiaru w moim kłębowisku. Kłębowisko miałam niby uporządkowane i zorganizowane, ale uniknąć rozplątywania się nie udało do końca. Zestaw króciutkich drutów kupiłam głównie ze względu na etui, bo moje króciutkie tam się zmieściły też (na zdjęciu widać jeden z czerwoną żyłką). I kiedy tak patrzyłam na te zestawy i patrzyłam, to pomyślałam, że będę jeszcze korzystać ze starych swoich drutów, które też fajne są i drewniane niektóre, a niektóre kolorowe i są do czapek i do rękawów, ale że już nie chcę wyplątywać ich ze spinek i wydłubywać z plastikowych etui. 




Jak pomyślałam, tak zrobiłam, chciałoby się napisać, ale na razie tylko pomyślałam. Uszyję sobie etui. Trochę mi zajęło rozpracowanie systemu jaki byłby najwygodniejszy i doszłam do wniosku, że dla każdy rozmiar drutów będzie osobne etui (proste w konstrukcja, bo ja nie jestem wybitna w szyciu), zrobiłam na razie prototyp i o postępach będę relacjonować w następnych odcinkach. 
Tymczasem zrobiłam porządek w drutach skarpetkowych, które przechowywałam w materiałowym organizerze (kupionym dawno dawno temu), ale w którym miałam zawsze bałagan. Bałagan oczywiście tworzył się nie sam ale z nadmiaru i z nieopisania. Jednak opisy w porządkowaniu to rzecz kluczowa.
Nadmiar zlikwidowałam przez przeniesienie grubszych rozmiarów drutów do planowanego etui sarpetkowego (tym razem niekupnego ale własnoręcznie uszytego), a opisy na razie zrealizowałam prowizoryczne. Docelowo mają być haftowane, bo w sumie, jak już zrobię dwa kocyki, milion skarpetek, wyrafinowane sweterki, trzy haftowane obrazki, to mogę wyhaftować opisy do etui. Uff...



Oamtako i pomyśleć, że moja babcia ze strony mamy, która mnie nauczyła robić na drutach odróżniała tylko druty grube i cienkie. I miała chyba trzy pary. I długo, długo ja też funkcjonowałam w takim świecie. Nie wiedziałam, że są druty drewniane, bambusowe, metalowe, na żyłce 80cm, 100cm, duty 3,5mm duty 3,75mm, plastikowe, okrągłe i trójkątne. A także druty Yoga. Tak, zdecydowanie mamy obecnie kolejny renesans i dużo, dużo, dużo możliwości. 

A Leonardo? A właściwie jego biografia? Niestety, nie podobała mi się i to nie dlatego, że nie miała obrazków - popatrzyłam sobie na nie w Internecie, bo Internet to nie tylko zło samo, zalety też ma. Napisana moim zdaniem bardzo chaotycznie, wiele razy autor się powtarzał, co budziło zamęt, tym bardziej, że podał do wiadomości wielkie mnóstwo domysłów, co też budziło zamęt, nieraz wolałbym nawet żeby coś zmyślił, jak Stone w "Udręce i ekstazie". Bo o Leonardzie wielu rzeczy nie wiemy, to ironia w sumie, że zachował się spis ile miał garnków i patelni, jakie miał książki a nie zachowała się informacja kogo przedstawia Mona Lisa. Książkę więc przeczytałam z trudem i powoli (zajęło mi to ponad trzy tygodnie) i pomyślałam sobie, że w sumie szkoda, że zajmował się tyloma rzeczami, projektował kurki w łazience księżnej, ozdabiał zegary w klasztorach, projektował miasta idealne i idealne klatki schodowe, wielu rzeczy nie skończył, ale że był genialny, to skończyli za niego inni - na przykład nie tak dawno skończyli konia, którego Leonardo miał odlać z brązu. Szkoda też, że obrazy tak bardzo niszczeją i w sumie nie wiadomo już jak wyglądały one naprawdę. Nam pozostały tylko prześwitujące przez brudne werniksy cienie. 
No ale, zajmował się tym, co mu sprawiało przyjemność czego sobie i Wam serdecznie życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Lot wyobraźni zakładałam zakładką średniowieczną i wyobrażałam sobie, że to Leonardo jedzie ze swoimi książkami z Florencji do Mediolanu. 

 

wtorek, 5 kwietnia 2022

Monitor i słoneczniki

 "Wasz czas jest ograniczony, więc nie marnujcie go, żyjąc cudzym życiem. Nie wpadajcie w pułapkę dogmatów, żyjąc poglądami innych ludzi. Nie pozwólcie, żeby hałas cudzych opinii zagłuszył wasz własny wewnętrzny głos. I najważniejsze – miejcie odwagę kierować się sercem i intuicją."

Steve Jobs, źródło: https://potencjalprzedsiebiorczosci.pl/steve-jobs-cytaty/


Kiedy już opanowałam brioszkę i mogłam słuchać, ale nie mogłam jeszcze oglądać seriali, odłączyłam się od seriali a podłączyłam się do odtwarzacza audiobooków. I to było bardzo dobre. Liczba przeczytanych książek wzrosła, liczba seriali zmalała, a wiadomo, że seriale niedobre są w dużych ilościach. Tym sposobem przeczytałam biografię Steve'a Jobsa napisaną przez Isaacsona Waltera.

Do napisania książki zmusił go tak naprawdę Jobs, wybrał go dlatego, że Walter był autorem biografii Franklina i Leonarda da Vinci. No i bardzo dobrze zrobił. Powstał trójwymiarowy, żywy i, wydaje się, obiektywny portret człowieka, który nie pytał ludzi czego potrzebują, ale po prostu to wymyślał (ponoć Ford odparł, że gdyby miał pytać ludzi, to musiałby wyprodukować szybszego konia, a nie samochód).

Nie wiem, czy to dobrze, bo nieraz chciałoby się po prostu zdjąć ten cały nadmiar i zgiełk, usiąść nad strumykiem i w niego popatrzeć, zamiast w Instagram, ale cofnąć się tego już chyba nie da.

 Nie wiadomo też czy książka jest świetna, czy beznadziejna, ponieważ Jobs jej nie przeczytał i nie wyraził opinii, zupełnie jak nie Jobs. Bo Jobs zawsze miał opinię (zawsze zero-jedynkową) na temat wszystkiego czego produkowaniem się zajmował. Pracować dla niego pewnie było strasznie, bo nie był w ogóle dyplomatyczny. Ale gdy patrzę na toporne pudełko mojego peceta, cieszy mnie fakt, że gdzieś jest firma, w której inspiracją dla monitora były rosnące w ogrodzie Jobsa słoneczniki.

Jest więc dzieciństwo (bardzo pobieżnie), pierwszy Apple i wszystkie następujące po nim produkty, jest Pixar, jest praca, jest (dyskretnie) życie prywatne, są relacje z ludźmi, są wypowiedzi Jobsa i ludzi wokół niego. Bardzo pasjonujące 700 stron czy 97 rozdziałów audiobooka. Na fali książki powspominałam dzieje swojego komputeryzowania się (pierwszy komputer na uczelni był wielkości ogromnej szafy), obejrzałam jedną prezentację i jedną reklamę (tę z Wielkim Bratem) i film Pixara Wall-E. Bardzo śmieszną i wzruszającą historię o robocie Wall-E, jego ukochanej Sondzie i o ludziach, którzy już  muszą tylko wciskać przyciski podpisane piwo albo basen a i tak wracają na ziemię, żeby uprawiać pizzę na roli. Czyli robienie jest ważne i bardzo dobrze. 

Dzięki czemu skończyłam chustę z sowimi piórami. Jest tak śliczna i ciepła, że aż szkoda, że idzie lato. Chociaż nawet w lato bywają wieczory chłodne. Jest śliczna nawet nieblokowana, swoją drogą, na razie nie myślę, gdzie ja ją zablokuję, najlepiej byłoby dokupić jakiś pokój. Zdjęcie na razie w fotelu, bo nie wychodzę do ludzi jako że zakatarzona lekko jestem.


Jakoś prawdziwe kolory nie chcą się oddać, może jak już wyjdę w plener. Tymczasem jestem uwięziona w domu, na szczęście energia w miarę jest, głowa też, mogę więc czytać i produkować, czego i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! :)

wtorek, 24 marca 2020

Więcej myszy

"Oni tego nie chcą. WIĘCEJ MYSZY".
Walt Disney Potęga marzeń, Bob Thomas


I ja wielbiłam Myszkę Miki. Zachwycałam się Kaczorem Donaldem, który w zgrzebnych czasach PeeReLu oszałamiał kolorem i przebojowością. W zderzeniu z nim Bolek, Lolek czy Reksio, tracili na atrakcyjności i lekko szarzeli. Potem dopiero, po wielu latach, zobaczyłam naocznie, jaką krzywdę kolor wyrządził Kubusiowi, malując go na wściekle żółty i przerzucając z głębi Stumilowego Lasu na płycizny Hollywood. Jan Marcin Szancer nie potrzebował nawet wielu lat, żeby ocenzurować z Myszki polskie czasopisma przedwojenne, a Pamela Travis wsadziła Myszkę do kąta i kazała jej siedzieć, dopóki ta nie nabierze smaku.

Nie da się jednak ukryć, że Disney jest wszędzie. Disney, jego gładka kreska, radosne kolory, jego karuzele, zamki z wieżyczkami, jego myszy, jego Kubusie, filmy są wszędzie, na całym świecie, więc w wolnej chwili zadałam sobie pytanie - o co chodzi? I jak to wszystko się stało.
Tak właśnie kupiłam sobie e-book o Walcie Disneyu. Przeczytałam i zdziwiłam się. Zaraz od pierwszych stron polubiłam Walta. Bo można nie szanować go za brak intelektualnych głębi, za upraszczanie, za bezpośrednie odwoływanie się do emocji, ale kiedy się go spotkało twarzą w twarz (albo w e-book) nie sposób było go nie lubić. Są na świecie ludzie z charyzmą i Walt do nich z pewnością należał.

Dzieciństwo miał bardzo trudne. Czasy były ciężkie, ojciec surowy (gdybym była psychologiem, pokusiłabym się o tezę, że umiejętność Disneya tworzenia rzeczy, które bawią ludzi, wynikała z licznych prób podobania się własnemu ojcu), Walt pracował od najmłodszych lat - rozwoził gazety, roznosił napoje w pociągu, stróżował, był kierowcą ciężarówki w powojennej Francji. I od najmłodszych lat aż po lata dojrzałe brakowało mu pieniędzy. Brakowało mu pieniędzy przede wszystkim na realizację swoich marzeń. A właściwie jednego marzenia - bawić ludzi. Kto by pomyślał, że jest ono tak kosztowne. No ale jeśli robiło się najnowocześniejszą Królewnę Śnieżkę (swoją drogą nie przypuszczałam, że kręcono ją na kilku planach), kolorowało filmy jeszcze przed kolorową telewizją, budowało największy park rozrywki na świecie, to trudno się dziwić.
Z biografii nie dowiedziałam się, dlaczego miliony roznosicieli gazet pozostaje roznosicielami, a jeden zostaje Waltem Disneyem, ale zobaczyłam ten proces stawania się na własne oczy i to w pełni mnie usatysfakcjonowało.
Tymczasem siedzę z moimi Bubulinami w jednym pokoju, w drugim mam home office.




W ramach różnych pocieszeń i osłon przed wirusowymi wieściami, kupiłam kilka całkiem nowych e-booków, w tym jeden o plagach i zarazach, obejrzałam dwa filmiki Intensywnie Kreatywnej i robię z nią (powiedzmy, bo ja dopiero zaczynam, a ona już blokuje) chustę w porannych promieniach.
Na chustę wybrałam Alpakę, z której dawno nie robiłam, bo mnie okropnie gryzie. Ma jednak urokliwe (o ile nie przylegają do grzbietu i szyi) włoski i jednak żadna niegryząca włóczka, nie wykluczając merino, jedwabiu i bawełny, nie ma takiego uroku w robieniu, jak ta gryząca z włoskami.
Kiedy już się nią nacieszę, drugą zrobię do noszenia, gładką i bez włosków. Kiedy zaczynałam, za zamkniętym oknem była wiosna i przeszło mi przez myśl, że głupio robić na wiosnę grubą chustę wełnianą, no ale teraz jest minus pięć, co i tak nie poprawia sytuacji, bo trzeba siedzieć w domu.
Oglądam też sobie różne Netflixy z malowniczych wiosek angielskich, komedie romantyczna (najchętniej te z księgarnią w tle) i myślę sobie, jak niewiele trzeba, żeby przewrócić cały świat do góry nogami. A jeszcze niedawno moim głównym zmartwieniem był bałagan remontowy.

Kilka obrazków poremontowych, ale jeszcze przeddekoracyjnych.


Mój składzik włóczkowy:


Jak widać, nastąpiło coś, czego się w ogóle nie spodziewałam - brakło mi książek i do czasu likwidacji półek w salonie i odzyskania książek stamtąd,  wolne miejsca pozasłaniałam pudełkami ozdobnymi.


Myślę sobie o Walcie Disneyu, który zawsze był dobrej myśli, kiedy brakowało mu sto dolarów, pożyczał sto dolarów, kiedy brakowało mu pięciu milionów, robił wszystko, żeby pożyczyć pięć milionów. Przyjmował to, co przychodziło i działał adekwatnie do sytuacji.
Piekę więc ciasto marchewkowe i staram się nie martwić, bo zawsze może być gorzej. Albo lepiej, czego Wam i sobie życzę ze szczerego serca. I wierzę naprawdę. Będzie lepiej.
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)

niedziela, 19 stycznia 2020

Dążenie do doskonałości


"Na owczych pastwiskach, na polnych miedzach i drogach przed bramami miasta. Zapewne posyłano Christianę po korzenie mikołajka i po ślimaki, by ciotka Johanna Augusta mogła nastawiać sztuczne mleko ośle, mające pomagać na wycieńczenie, trzy uncje zakwaszonych korzeni mikołajka i trzydzieści grubo posiekanych ślimaków."

"Christiana w domu przy Frauenplan. Wyobrażam ją sobie, jak kupuje dotychczas nieosiągalne dla niej rzeczy w delikatesowym sklepie Stepheno Salice. (...)
Widzę, jak wieczorami czyta książki kucharskie. Być może tę należącą do jej brata, która w 1995 roku wróciła do Weimaru wraz ze spuścizną rodziny Vulpius. Nauka dla młodej panienki, która chce sama troszczyć się o kuchnię i gospodarstwo domowe, udzielana na podstawie własnego doświadczenia przez panią domu, Frankfurt i Lipsk 1785 i 1788r. Może się z niej nauczyć, jak należy nadziać farszem odkostnionego kałakuckiego koguta w sosie z ostryg, jak przyrządzić kurczaki w sosie sardelowym, jak ugotować miętusy, przyrządzić raki z anyżem i koprem, jak upiec żabie udka, bażanty i dropie, jak gęsi nadziewać kasztanami.(...)

Goethemu przypadłaby do smaku taka lektura w rękach jego ukochanej. W dydaktycznym poemacie z 1795 roku definiował pracę kobiecą jako pracę w piwnicy, kuchni, szwalni i ogrodzie.
Zawsze - czytamy tam - dziewczyna jest pracą zajęta i w cichości dojrzewa / Ku cnocie domowej, by męża mądrego uszczęśliwić. / Jeśli zechce na koniec coś czytać, to z pewnością wybierze książkę kucharską."
Christiana i Goethe, Sigrid Damm

Z Goethem moja znajomość układała się osobliwie, o ile bowiem od dawna wiedziałam , że jest wielim poetą, o tyle nic z jego dzieł nie czytałam. A jeżeli czytałam w szkole, to zapomniałam. Potem kupiłam sobie ślicznie wydanego Fausta ze złoconym grzbietem i z postanowieniem, że przeczytam, bo wypada. Poległam na oczach smętnych i wonią opowitej drżącej piersi, czyli na samym początku, no co poradzę, że z romantyzmem nigdy jakoś się nie lubiłam. Faust zatem kurzył swoje złocenia na półce, a ja w pewnej taniej księgarni, kupiłam "Christianę i Goethego". Nie wiem co mnie skusiło - na pewno obniżona z 67zł na 16,50 cena, na pewno nazwisko, na pewno te portrety , takie wdzięczne i ten dom z postaciami z epoki. Kupiłam, przywiozłam do domu, postawiłam na półce (nawet nie obok Fausta) i nie czytałam. Zgodnie z zasadami minimalistów powinnam wyrzucić tę książkę siedem razy (bo jeśli przez rok jej nie przeczytasz, to nigdy nie przeczytasz) i nie wyrzuciłam, bo jakoś w głębi wiedziałam, że ją przeczytam.

Faktycznie, po siedmiu latach przeczytałam i jaka byłam szczęśliwa, że jej nie wyrzuciłam.
Goethe wypada niedobrze w niej, a Christiana dobrze, czyli raczej odwrotnie niż za ich życia. I właśnie dlatego, że o Christianie mówiono niedobrze, a nawet wręcz podle, powstała ta książka. "Głęboka przepaść między tym, jak daje świadectwo o sobie, a osądami ludzi współczesnych jej i potomnych. Budzi się ciekawość.
Pociągające może być dla mnie wszelako jedynie to: Prześledzić jej drogę życiową. Opowiadać z jej perspektywy. Nie komponować - w sensie poetyckiej inwencji, jakiegoś kolejnego obrazu, ale zbliżyć się do rzeczywistych zdarzeń, do tego, co jest autentycznym przekazem. Iść drogą badań, rekonstrukcji, trzeźwego poszukiwania śladów w archiwach."

Od razu muszę powiedzieć, że ciekawość autorki przełożyła się w całości na moją ciekawość. Czytałam z zapartym tchem tę historię. Ona - młoda florystka z bardzo zubożałej rodziny, on szesnaście lat starszy znany już poeta związany z weimarskim dworem. Jak się poznali, spotykali, zamieszkali razem (w owych czasach rzecz wręcz niebezpieczna), w końcu pobrali. Przeżyli razem 28 lat. Jego "erotikon", jej "Tajny Radca".
On znacznie wyrastał poza ten związek, ją ten związek nieco przerastał, ale walczyła dzielnie. On nie budzi sympatii, ona budzi zdziwienie. Jego ciągłe podróże i ucieczki.
"Dopiero w takiej bowiem absolutnej samotności, kiedy człowieka nic nie rozprasza i pozostaje sam ze sobą, można odczuć i nauczyć się pojmowania tego, jak długi jest dzień".
Ona jest wyrozumiała. "Jeśli Ty jesteś zadowolony, to ja wolę to bardziej niż wszystko".
Listy, kalendarze, archiwa, gazety, książki wydatków, księgi kościelne, rachunki, świadectwa. Z każdego skrawka Sigrid Damm czerpie garściami, wydobywa fakty, rzuca tło, wydobywa krajobrazy, emocje, wydarzenia. Ciekawość. Przez 480 stron ciekawość mnie nie opuszcza.

Tak, zdecydowanie dobrze, że jej nie wyrzuciłam. Nie wyrzuciłam też "Listów miłosnych" Goethego, które czekają na przeczytanie jeszcze dłużej, bo chyba lat dwanaście. I jak dobrze się składa - przeczytanie listów (są wśród nich listy do Christiany) po tej książce będzie o wiele przyjemniejsze niż byłoby przed. I o wiele przyjemniejsze niż nieprzeczytanie w ogóle. Lubię, kiedy jedna książka gromadzi wokół siebie inne. Są jak fragment ułożonych puzzli, rozmawiają ze sobą i na siebie patrzą. Wydaje się mi, że rozumiem więcej, chociaż tak naprawdę, dużo więcej nie da się zrozumieć.
Dobry duch książkowy zatem czuwa, pilnuje tych wszystkich nici i powiązań. Niektóre trzyma silniej, inne wypuszcza z rąk, znowu pozbyłam się dużej partii. Chcę zostać tylko z tymi, do  których naprawdę chcę wracać.
"Twój ogród - pisze Christiana - stoi obecnie w swej największej okazałości (...) Jabłonie rozwitły w całym bogactwie, kwiatek przy kwiatku, rabaty przed Twoimi oknami zdobią najpiękniejsze pełne tulipany, których piękne barwy przyćmiewają dumne cesarskie korony, i mimo że nie jest zbyt ciepło, a noce są zimne, wszystko dojrzewa i zdąża do doskonałości"

Tymczasem w moim pokoju hobby też wszystko zdąża do doskonałości. Powoli, powoli, więc w salonie nadal mam nadmiary na dachach regału.



Moje ulubione seriale zapakowane razem z telewizorem w folie bąbelkowe śpią w przedpokoju razem z moimi włóczkami.


Kuchnię za to mam jak najbardziej czynną, więc trudny czas remontów umilam sobie leniwymi, owsiankami i drożdżowym ciastem. Wszystko oczywiście zrobione z Termomisiem, którego coraz bardziej uwielbiam.




Zakładki na szczęście mam niezafoliowane i tym sposobem Christianę i Goethego zakladałam samym Goethe'em.



Kocyk też w dążeniu do doskonałości został już zaobrąbkowany szydełkiem, czeka go tylko kąpiel i dużo pomponików. Czego i Wam życzę, dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :))

niedziela, 3 czerwca 2018

Kiermasz i cuda, cuda, cuda



"Pamiętam stół, pokryty wyszywaną kapą, i olbrzymi fotel (siedzenie podwyższano dwoma poduszkami, abym mógł pisać i oglądać książki, bo panna Zofia przygotowywała mnie do szkoły). Naprzeciw moich oczu stała wielka, szklana szafa pełna cudownych książek, a między nimi właśnie trzy grube tomy ze złoconymi napisami na grzbiecie: Dramaty, Tragedie, Komedie.
Nie pamiętam, czy się czegokolwiek nauczyłem. Nie wiem czy przebrnąłem poza pierwszą stronę elementarza z literą A i obrazkiem anioła prowadzącego dzieci po górskiej kładce, wiem tylko, że w trzech grubych książkach zobaczyłem po raz pierwszy w życiu te cudowne, drzeworytnicze ilustracje, prawdziwy teatr. Pani Zofia opowiadała mi o niezwykłych sprawach, rozgrywających się na kartach książek, które napisał niejaki Szekspir.
W ten sposób poznałem Hamleta i Otella, zabłąkałem się w lesie „Snu nocy letniej”, zakochałem się jak Spodek z oślą głową w Tytanii, Ofelii, Desdemonie."
Curriculum Vita, Jan Marcin Szancer

Mam kilka lat, odświętną sukienkę z białym kołnierzykiem, sandałki, małą plastikową torebkę. Jest słoneczny dzień wiosenny i idę z tatą na kiermasz książek.
Długo, praktycznie aż do tej pory słowo kiermasz jest dla mnie synonimem słońca i święta. Nie pamiętam żadnych szczegółów, mglisty obraz długich straganów, zapach świeżo zadrukowanego papieru i lakierowanych okładek, może jakaś woda z sokiem prosto z szumiącego saturatora. Jedyne co pamiętam, to dziwne koło, kręcę nim mocno, obraca się z furkotem najpierw szybko, potem coraz wolniej, aż wreszcie plastikowy języczek zatrzymuje się między dwoma dużymi gwoździami, tata się śmieje, pan od koła też i zdejmuje wielką, grubą książkę.
Wracamy do domu, w objęciach taszczę z trudem wszystkie przygody Pana Kleksa. Nie umiem czytać, więc tylko oglądam obrazki. Dziwny staruszek (pewnie miał około czterdziestki) w obcisłej kamizelce i kraciastych spodniach i rozwianej brodzie, balansuje na krześle, osłuchuje zegar i od razu z okładki obiecuje baśniowe, szalone, niezwykłe przygody i historie. Cuda, cuda, cuda zapowiada.

Polubiliśmy się od razu. Ja i te wiotkie postaci, pełne wdzięku kwiaty, pękate krasnoludki. Pewnie długo trwało, zanim się dowiedziałam, że wszystkie moje najbardziej ulubione ilustracje są dziełem jednego autora. I że to właśnie jemu zawdzięczam tak wiele dziecięcych radości. Kolor, sugestywność postaci, zachwycające szczegóły, orientalne dzbany ze smukłymi szyjkami, swojskie kaczki na zabłoconym podwórku, mały Kaj uczepiony do wielkich sań Królowej Śniegu, ogromne poduchy na ziarnku grochu, Podziomek z zatkniętą za pas kopyścią, buchająca parą lokomotywa i krzepka rzepka w ogrodzie.
Te ilustracje w znacznym stopniu budowały moje widzenie świata, wspomagały moją wyobraźnię. I chociaż pewnie bez nich baśnie byłyby tak samo baśniowe, ptaszki równie radosne, ale z Janem Marcinem Szancerem jakoś łatwiej i przyjemniej było to wszystko zobaczyć. Kiedy więc wyszły ponownie jego wspomnienia, kupiłam od razu i bez ociągania.

Wspomnienia szczodrze ozdobione są ilustracjami, na nich możemy podziwiać nie tylko Pinokia ale i samego Janka, który z rodzicami ubranymi w gustowne stroje wypoczywa w Zoppoth i ciągnie małego ułana na małym drewnianym koniku, wydrę, która była a właściwie nie była krokodylem, czy też profesora języka niemieckiego w licznych serpentynach i konfetti.
Szancer już od koszyczka miał zmysł artystyczny i poczucie piękna i dlatego bocian upuścił go w Krakowie, przynajmniej tak opowiadała matka Szancera, jednak droga jego do malarstwa nie była taka oczywista, miał być poważnym matematykiem albo aptekarzem, a obrazki malować w wolnych chwilach. Dopiero kiedy zapałał miłością do teatru, rodzina wyraziła zgodę na studia plastyczne. Widać lepszy malarz niż aktor.
Na szczęście dla nas wszystko potoczyło się dobrze, od cioci dostał paletkę z farbami, od losu natomiast zlecenia na ilustracje.

I tak dorastał, studiował, podróżował, spał na katafalku, marzył o wielkich obrazach, retuszował fotografie, trochę pisał, trochę balował po nocach, wymyślał Płomyk, prowadził wojnę przeciwko disney’owskim schematom i kolorowankom dla nierozgarniętych dzieci, bawił się w teatr i tworzył telewizję. Odnosił sukcesy ale ponosił też porażki.  Malował w chwilach radosnych i bardzo ciężkich.
Namówiony przez żonę opisał wszystko w dwóch tomach. Niezbyt grubych, chciałoby się więcej.
„Notuję w zeszycie gamę ugrów, szarości, rudozieleni, wrysowuję białe mury domków i wysokie, proste formy dzwonnic. I tylko w miejscu rzeki stawiam znak zapytania, a obok piszę: lapis lazuli+kobalt+błękit pruski, a w przebłyskach trochę zieleni Veronese’a.”
Teatr cudów, Jan Marcin Szancer

Tymczasem u mnie same przebłyski zieleni. Beskid nowosądecki, potok, słońce, chmury, znowu słońce, ptaki śpiewają w przydomowym gaiku, kwitną dzwonki i dzikie bzy, krowy muczą, owce pobrzękują dzwoneczkami. Siedzę zanurzona w urlop i w tę zieleń, dziergam szary sweterek na chłodne wieczory, patrzę sobie na zalesione, łagodne góry i na wijącą się wśród nich dolinę.
Zakładki mam też urlopowe. Tu nawet nie wypada zakładać innymi.



 Przymierzam sweterek - rozmiar wydaje się być dobry. Taki mój mały cud dziewiarski.




Czego i Wam życzę. Samych dobrych rozmiarów i urlopowych nastrojów niezależnie od okoliczności!
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :))

PS. Wymyśliłam wreszcie sposób na uporządkowanie markerów - wystarczy parę agrafek i zawsze mam komplet.