środa, 22 czerwca 2022

Niezmienność bibliotek

 


"Moja ostatnia biblioteka mieściła się w małej, bo liczącej nie więcej niż dziesięć domostw, ustronnej wiosce na południu francuskiej Doliny Loary, na terenie starej kamiennej plebanii. Wraz z partnerem wybraliśmy to miejsce z powodu stojącej opodal domu stodoły, przed wiekami częściowo już wyburzonej, a na tyle dużej, że zdolnej pomieścić moją bibliotekę, która rozrosła się wówczas do trzydziestu pięciu tysięcy tomów. Myślałem, że gdy moje książki znajdą własne miejsce, także ja odnajdę swoje. Jak się miało okazać, byłem w błędzie."
Pożegnanie z biblioteką, Alberto Manguel

Nie wiem na co liczyłam, bo nawet średnio bystra osoba słowa "Pożegnanie" i "ostatnia biblioteka" zinterpretowałaby raczej poprawnie. Tymczasem ja, niezłomna optymistka, razem z autorem rozsiadłam się na kamiennych schodkach z dzbankiem świeżo zaparzonej czarnej herbaty, żeby cieszyć się książkami, porannymi promieniami słońca, różanymi krzewami we francuskim ogrodzie, ale przede wszystkim książkami. Jak szybko doznałam szoku, nie minęła chwila i już książki były pakowane w kartony. Dlaczego Manguel musiał wyprowadzić się do Nowego Jorku nie dowiadujemy się, a szkoda, bardzo byłam ciekawa. Na szczęście, okazuje się, że ludzie którzy kochają książki, tak naprawdę nigdy ich nie tracą - ale między nimi wędrują, czasem są to te same, czasem inne, a czasem tylko zapamiętane, ale zawsze jest z nimi jakaś biblioteka. I nie ma znaczenia, jaka jest duża.

Samo "Pożegnanie z biblioteką" jest krótkie, nostalgiczne i pełne różnych czarujących obrazów, półek pełnych książek tych prawdziwych i tych zmyślonych (ja nawet nie pamiętałam, jak piękną bibliotekę miał na swoim okręcie kapitan Nemo).
"Uwielbiam niekończące się rzędy książek, których utrwalone na grzbietach tytuły (nigdy nie odkryłem, dlaczego po angielsku i włosku zapisuje się je od góry do dołu, a po niemiecku i hiszpańsku od dołu do góry) próbuję odcyfrować."
Pożegnanie z biblioteką, Alberto Manguel
Ha, teraz przynajmniej wiem, że część polskich wydawców jest pod wpływami angielskimi a część pod niemieckimi. 

"...słowniki historyczne zawierające słowa, które wyszły z użycia, podobnie jak istnieją słowniki tak zwanych martwych języków, ale nawet one zapewniają swoim zasobom krótkie chwile zmartwychwstania, ilekroć ktoś do nich zagląda. Borges podczas zgłębiania dawnych sag Północy często zaglądał do Anglo-Saxon Dictionary autorstwa Boswortha i Tollera i znajdował przyjemność, recytując Ojcze nasz w języku dawnych mieszkańców Brytanii, żeby - jak mawiał - "zrobić Bogu małą niespodziankę."
Pożegnanie z biblioteką, Alberto Manguel

Patrzę sobie na swoje książki i myślę, że w Dolinie Loary nie muszę mieszkać, ale bez książek nie mogłabym.
Tymczasem mija ostatni, trzeci tydzień mojego urlopu (tak, wiem, to rozpusta, ale już nawet mój szef się przyzwyczaił, chociaż zawsze wzdycha głęboko, podpisując wniosek urlopowy :))
Czasem chmury,

czasem nie

I jak zwykle wzięłam za dużo robótek. Ale komu to szkodzi? Nikomu. Skończyłam sweter, bardzo mnie cieszy i kolor i fason, jeszcze tylko pochowanie nitek i zdjęcia w całości z rękawami:






Zaczęłam mitenki z alpaki dla koleżanki z pracy:



I wiadomo - jak upał i alpaka, to najlepiej coś małego, wtedy nawet przymierzyć się da bez bólu. 
Ale mam też różne duże w koszyku, i kwiaty, i skarpetki, i słońce i deszcze, czego i Wam życzę.







Zakładką nie zakładałam, ale zakładka musi być. Tym razem z Wedla. Co ja mam, że nawet opakowania po ptasim mleczku nie umiem wyrzucić?
"Zbieractwo: sposób, by sprawować kontrolę nad tym, co jest nie do zniesienia, powiada Ruth Padel"
Pożegnanie z biblioteką, Alberto Manguel
W takim razie w dużym stopniu powinnam tę kontrolę mieć. 



Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

poniedziałek, 13 czerwca 2022

Moje Komodo

 


"Znalazłem kapitana pogrążonego w drzemce w czółnie leżącym na boku na pokładzie wzdłuż kabiny.

- Przyjacielu - zagadnąłem. - Ile godzin do Komodo?

- Nie wiem - brzmiała chmurna odpowiedź.

- Czy byłeś już przedtem na Komodo? - spytałem, próbując go sprowokować do jakiejś szacunkowej oceny.

- Belum - odparł kapitan. To słowo było dla mnie nowością. Wczołgałem się do kabiny po słownik. "Belum: jeszcze nie", przeczytałem. W umyśle zrodziło mi się okropne podejrzenie. Wypełzłem z kabiny; kapitan w tym czasie znowu zasnął. Potrząsnąłem nim delikatnie.

- Kapitanie, czy wiesz, gdzie leży Komodo? - indagowałem. Ułożył się w wygodniejszej pozycji.

- Nie wiem. Tuan wie.

- Tuan - odparłem głośno i zdecydowanie - nie wie."

Przygody młodego przyrodnika, David Attenborough

Cóż, podróżowanie w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku nie było ani proste, ani bezpieczne ani wygodne. Nie to co dzisiaj, wsiadamy w auto z nawigacją i nawigacja zawsze wie gdzie jest Wierchomla i ile do niej godzin. Nie wiem ile razy David Attenborough był na Komodo (bo cudem sam ją znalazł i dotarł), za to wiem, że w Wierchomli jestem setny raz (a przynajmniej tak mi się wydaje, że setny). Przyznam, że od kilku lat niezwykłe przywiązanie mojego męża do tej urlopowej lokalizacji budziło moją niechęć (łagodnie rzecz ujmując). Bo ja chciałabym na Komodo, ostatecznie chciałabym do Jastrzębiej Góry, no, gdzie indziej chciałabym, ale w tym roku pomyślałam sobie inaczej. W sumie to od nas zależy co zrobimy z urlopem. W końcu David Attenborough też mógł siedzieć zniechęcony podczas wielodniowej flauty, albo otoczony moskitami wisieć w hamaku nad kałużą, mógł wiele dni jeść suchy maniok, zrazić się, uciec do Anglii i tam już zostać. Na szczęście dla mnie (i pewnie wielu czytelników, bo pięknie i dowcipnie wszystkie swoje pierwsze podróże opisał i udokumentował zdjęciami) nie uciekł, karmił cuchnącą kozą warany, łapał gołymi rękami leniwce i pancerniki, zaprzyjaźniał się z misiami i orangutanami. No to ja też zamiast narzekać, mogę skupić się na plusach Wierchomli.




Waranów tu nie ma, co może też jest jej plusem. Wzięłam za to za dużo (jak zwykle) robótek, bo ostatnio mam nasilony w wysokim stopniu pęd robótkowy, niewykluczone, że przestawiam się na tryb emerytalny - dużo dziergania, dużo czytania.

Robię między innymi Tantę po raz drugi, tym razem w wersji letniej - z jasno szarej, wręcz srebrnej pokrzywy indyjskiej i jedwabiu.


Tak, dobrze, rób kolejny sweterek - powiedziałaby pewnie moja ulubiona ciocia, zastanawiając się pewnie dyskretnie, gdzie ja je wszystkie chowam i ogólnie, co z nimi robię. Ale ten sweterek nie jest tak naprawdę nowy, powstaje ze sprutej tuniki (a jakże, robiłam ją też w Wierchomli), która obiektywnie była fajna, lejąca, letnia, ale coś mi w niej nie pasowało i nie chodziłam w niej praktycznie w ogóle. 

Zatem wszystko jest pod kontrolą, może prawie wszystko, ale czy wszystko pod kontrolą być musi?

Chyba nie, czego i Wam życzę oraz Wierchomli i Komodo według potrzeb i według możliwości. 

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

wtorek, 5 kwietnia 2022

Monitor i słoneczniki

 "Wasz czas jest ograniczony, więc nie marnujcie go, żyjąc cudzym życiem. Nie wpadajcie w pułapkę dogmatów, żyjąc poglądami innych ludzi. Nie pozwólcie, żeby hałas cudzych opinii zagłuszył wasz własny wewnętrzny głos. I najważniejsze – miejcie odwagę kierować się sercem i intuicją."

Steve Jobs, źródło: https://potencjalprzedsiebiorczosci.pl/steve-jobs-cytaty/


Kiedy już opanowałam brioszkę i mogłam słuchać, ale nie mogłam jeszcze oglądać seriali, odłączyłam się od seriali a podłączyłam się do odtwarzacza audiobooków. I to było bardzo dobre. Liczba przeczytanych książek wzrosła, liczba seriali zmalała, a wiadomo, że seriale niedobre są w dużych ilościach. Tym sposobem przeczytałam biografię Steve'a Jobsa napisaną przez Isaacsona Waltera.

Do napisania książki zmusił go tak naprawdę Jobs, wybrał go dlatego, że Walter był autorem biografii Franklina i Leonarda da Vinci. No i bardzo dobrze zrobił. Powstał trójwymiarowy, żywy i, wydaje się, obiektywny portret człowieka, który nie pytał ludzi czego potrzebują, ale po prostu to wymyślał (ponoć Ford odparł, że gdyby miał pytać ludzi, to musiałby wyprodukować szybszego konia, a nie samochód).

Nie wiem, czy to dobrze, bo nieraz chciałoby się po prostu zdjąć ten cały nadmiar i zgiełk, usiąść nad strumykiem i w niego popatrzeć, zamiast w Instagram, ale cofnąć się tego już chyba nie da.

 Nie wiadomo też czy książka jest świetna, czy beznadziejna, ponieważ Jobs jej nie przeczytał i nie wyraził opinii, zupełnie jak nie Jobs. Bo Jobs zawsze miał opinię (zawsze zero-jedynkową) na temat wszystkiego czego produkowaniem się zajmował. Pracować dla niego pewnie było strasznie, bo nie był w ogóle dyplomatyczny. Ale gdy patrzę na toporne pudełko mojego peceta, cieszy mnie fakt, że gdzieś jest firma, w której inspiracją dla monitora były rosnące w ogrodzie Jobsa słoneczniki.

Jest więc dzieciństwo (bardzo pobieżnie), pierwszy Apple i wszystkie następujące po nim produkty, jest Pixar, jest praca, jest (dyskretnie) życie prywatne, są relacje z ludźmi, są wypowiedzi Jobsa i ludzi wokół niego. Bardzo pasjonujące 700 stron czy 97 rozdziałów audiobooka. Na fali książki powspominałam dzieje swojego komputeryzowania się (pierwszy komputer na uczelni był wielkości ogromnej szafy), obejrzałam jedną prezentację i jedną reklamę (tę z Wielkim Bratem) i film Pixara Wall-E. Bardzo śmieszną i wzruszającą historię o robocie Wall-E, jego ukochanej Sondzie i o ludziach, którzy już  muszą tylko wciskać przyciski podpisane piwo albo basen a i tak wracają na ziemię, żeby uprawiać pizzę na roli. Czyli robienie jest ważne i bardzo dobrze. 

Dzięki czemu skończyłam chustę z sowimi piórami. Jest tak śliczna i ciepła, że aż szkoda, że idzie lato. Chociaż nawet w lato bywają wieczory chłodne. Jest śliczna nawet nieblokowana, swoją drogą, na razie nie myślę, gdzie ja ją zablokuję, najlepiej byłoby dokupić jakiś pokój. Zdjęcie na razie w fotelu, bo nie wychodzę do ludzi jako że zakatarzona lekko jestem.


Jakoś prawdziwe kolory nie chcą się oddać, może jak już wyjdę w plener. Tymczasem jestem uwięziona w domu, na szczęście energia w miarę jest, głowa też, mogę więc czytać i produkować, czego i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! :)

poniedziałek, 7 marca 2022

Brioszkowe nauki

 "I did not want to spend another year in that office. I wanted out."

This Golden Fleece, Esther Rutter


(Nie chciałam spędzić kolejnego roku w tym biurze. Chciałam się wydostać.)

Zawsze możemy się wydostać, chociaż czasem nam się wydaje, że nie możemy. No, nie mogę zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej, nie mogę przyjąć do domu rodziny uchodźców, nie mogę przestać myśleć, że w biały dzień do kraju obok wjechały czołgi, ale na pewno nie mogę siedzieć na kanapie pogrążona w stuporze. Wstałam, podlałam storczyki, wpłaciłam na pomoc Ukrainie, uśmiechnęłam się do wnuczki i do wnuczka i dalej robiłam na drutach. To jest moje wydostawanie się.

A co na drutach. Najpierw jednak co w podcastach. Wkręciłam się bowiem czas jakiś temu w oglądanie podcastów dziewiarskich. I o ile jeszcze niedawno wydawało mi się, że teoretycznie (a i zakupowo też) bardzo ewoluowałam w dzianiu od akrylu, poprzez wełnę, bawełnę, alpakę, merino, jedwab aż po kaszmir i wełnę z jaka, tak teraz okazało się, że w świecie anglosaskim można kupić (na szczęście dla mojego portfela nie tak łatwo w Polsce) nie tylko wełnę owczą, ale wełnę z konkretnej rasy owiec, uprzędzioną w konkretnej izbie. Moja komercyjna włóczka ma się do tej ręcznie przędzionej pewnie mniej więcej tak, jak serek Danone do serka od prawdziwego górala. Naoglądałam się różnych wybitnych dziewiarek i ich przepięknych ręcznie zrobionych wyrobów z ręcznie wyhodowanych owiec. Naoglądałam się luksusowych motków farbowanych i naturalnych. I też zapragnęłam jakiegoś luksusu. Nie żeby nakupić, ale może zrobić coś widowiskowego. Coś, czego jeszcze nie robiłam. I wtedy całkiem przypadkiem wpadła mi w oko chusta w sowie pióra. Kojarzyłam jeszcze z czasów pandemiczno-zamkniętych, ze Intensywnie Kreatywna zrobiła filmik. Niejeden. No i miałam w swoich pudełkach wełnianego Fabel delight kupionego w 2015 (tak!!) roku. I jakieś alpaki (dobrze, żeby nie przedłużać, od razu się przyznam, że alpaki dokupiłam)

Dwukolorowa brioszka we wzorek. Robiłam raz komin dwukolorowy zwykłym brioszkowym ściągaczem. Nigdy nie nosiłam, bo ma jakieś błędy - otóż o ile z dziewiarskimi błędami można nieraz żyć, to błędy w brioszce nie wybaczają i wyglądają okropnie. No ale w końcu - robię na drutach kilkanaście lat, jestem obłożona wydrukowanymi schematami i opisami, znam swoje słabe strony, więc co złego mi się może przytrafić? Nic. Pełna zapału puściłam pierwszy filmik razemrobiony, złapalam za druty i ... zgubiłam się już w piątym rzędzie (w piątym rzędzie tej chusty ma się na drutach tylko jedenaście oczek).

Co drugie oczko musiałam sprawdzać, czy robię alpaką lewe czy wełną z narzutem czy odwrotnie. Co sekunda musiałam sprawdzać który rząd robię, a który już zrobiłam. Najpierw kładłam sobie linijkę na schemacie, potem dodatkowo zaznaczałam zrobiony rząd markerem. Oczywiście odpadało oglądanie seriali, odpadało słuchanie podcastów. Odpadało nawet słuchanie muzyki. Po trzech dniach prucia miałam skraweczek chusty o bokach około ośmiu centymetrów i wydawało mi się, że zaczynam odróżniać oczko zwykłe od oczka z narzutem i lewe od prawego. Wtedy pomyliłam się w listkach. Sprułam. Zaczęłam od nowa i wyobraziłam sobie, że jestem na brioszkowych warsztatach i nie chodzi o robienie brioszki na czas ale o naukę. Tak mówiłam w pracy, ale i tak wszyscy mi współczuli. Po czterech dniach wydawało mi się, że odróżniam rzędy i zaczynam rozumieć kiedy jest lewo a kiedy prawo. Miałam już piętnaście centymetrów i nitkę ratunkową w połowie. I wtedy pomyliłam się w gałązkach. Jestem na warsztatach, jestem na warsztatach, jestem na warsztatach, sprułam, zmieniłam koncepcję kolorystyczną, zaczęłam jeszcze raz. Po tygodniu miałam znowu trójkącik osiem na osiem ale jakby zgrabniejszy i żwawszy nieco. Włączyłam sobie muzykę, potem audiobooka (bo do seriali to jednak brioszka się nie nadaje).

Po dwóch tygodniach mam duuuużo chusty. I co mogę powiedzieć - nie używam już markera, linijki - nawet na schemat nie patrzę, bo widzę gdzie wyrasta listek a gdzie gałązka. I myślę sobie, że nigdy nie jest tak beznadziejnie jakby się wydawało. Przynajmniej w brioszcze.


O ile natomiast z chustą mi idzie w miarę raźno teraz, to nie mogę tego powiedzieć o "This Golden Fleece" (W moim tłumaczeniu "To Złote Runo"), czyli podróż przez historię robienia na drutach w Brytanii. Wywiadu z autorką wysłuchałam w jednym z podcastów Fruitty Knitting i od razu kupiłam książkę. Opowiada jej podróż po wełnianym kraju tuż po tym jak wyrwała się z nudnego biura. Napisana jest (jak się nie znam na angielskim) pięknym językiem, co sprawia że brnę jak żółw, bo dużo muszę sprawdzać w słowniku. Na razie mnie to nie zniechęca - nadrobię liczbowo w audiobookach, skoro już mogę słuchać przy brioszce. A opowieść niech się snuje przez farmy, małe owieczki, duże owce i kłaczki runa powiewających w wietrze na kolczastych płotkach.

Zakładam ją zakopiańską zakładką z wyhaftowanymi polskimi owieczkami.



Są też zdjęcia, co prawda małe niektóre, szkoda:



Zawsze tu kończyłam życzeniami miłego dnia, trudno teraz myśleć, że mógłby być miły, ale głęboko wierzę, że jest jednym z tych, które nas wydostaną z tej ciemnej doliny. Nie dajmy się. 

niedziela, 23 stycznia 2022

Stada owiec i kolory z kopytami

 

"Są osoby, na których odzież leży zawsze jak ulana, szalik nigdy nie wylezie im z kołnierzyka bluzki, zamek od spódnicy nie pęknie w chwili najmniej odpowiedniej, a guziki nie oderwą się od płaszcza nawet w czasie huraganu. Ida nie należała do tych szczęśliwców. Cokolwiek wciągnęła na grzbiet - zawsze wyglądała wyjątkowo niedbale, a jej stroje miały tajemnicze i nieodparte tendencje do zwisania, wleczenia się lub powiewania."

Ida sierpniowa, Małgorzata Musierowicz

Zabawne, bo ja też należę do tych mniej szczęśliwych w kwestiach odzieżowych - całkiem niedawno pytałam koleżankę z pracy, w co byłam ubrana dzień wcześniej, a ona zamyśliła się głęboko i przyznała, że nie wie, ale na pewno byłam w coś zawinięta. No tak, zawijanie i omotowywanie się jest moimi ulubionymi metodami stylizacji. No trudno. Nie każdy może być Coco Chanel i Diorem. W każdym razie na tapecie jest czwarty tom Jeżycjady, a jak Jeżycjada, to wiadomo - pocieszanie się. 

Czytam sobie powoli (i pewnie tak będzie przez jakiś czas, póki nie wybiorę się po nowe okulary) i widzę, jak Musierowicz szukała drogi przez pierwsze trzy tomy i w Idzie skutecznie zadomowiła się w lekko zakurzonym, zaksiążkowanym mieszkaniu Borejków. Pocieszam się tymi książkami piętrzącymi się wszędzie, pocieszam się domowymi ptysiami i gorącą herbatą (Popularną). Akcja toczy się w roku 1979, w deszczowym sierpniu, a sierpnie w tamtych latach trwały całymi eonami, nie to co sierpnie dzisiejsze, które mijają nie wiadomo kiedy - dopiero jest czerwiec, a za chwilę ubieramy świąteczną choinkę. Czytam sobie powoli i przypominam nostalgiczne kolejki, ser żółty i paprykarz szczeciński. Zarazy też były wtedy jakieś lepsze, zwykłe katary od spania w przemoczonym namiocie.

Jeżycjady mam jeszcze jakieś prawie dwadzieścia tomów, więc mam czym się pocieszać przez długą zimę (bo, nie wiedzieć czemu, chociaż sierpnie i maje są krótkie teraz, to zimy i śniegi jakoś niezmiennie długie i ciemnawe). W pozostałych wolnych chwilach robię na drutach, co zresztą też jest pocieszające.  

Skończyłam sweter z alpaki od Filcolany. Przyznam, że chyba nie zrobiłam nigdy tak cudownie lejącej się dzianiny, ubieranie trwa dłużej, bo zawsze muszę się chwilkę pozachwycać.  Alpaka gryzie mnie co prawda nieco, ale ja już tak mam i mieć inaczej nie będę - wszystko prawie mnie gryzie. 



Razem ze swetrem widoczne są jedne z moich wełnianych skarpetek - chodzę w nich do pracy i o dziwo dają radę, a jeszcze niedawno myślałam, że ręcznie robione wełniane skarpetki nadają się tylko do siedzenia w fotelu. 


Zaczęłam też sweter z moich ogromnych zapasów merino pozostałej po kwietnym kocu - myślałam jakiś czas nad kolorami, aż przypomniał mi się sposób dobierania kolorów, który polega nad tym, żeby nie myśleć, tylko poradzić się mistrzów. Do porady wybrałam sobie van Gogha i jego kawiarnię. Od razu kolory ruszyły z kopyta, jednak co mistrz, to mistrz.


Sam sweter natomiast utknął tuż po oddzieleniu rękawów. Zapewne nikt pewnie w to nie uwierzy, sama nie mogę uwierzyć - kontynuowanie dziergania wymagałoby dokupienia włóczki (tak, mam całe wielkie pudło merino i nie mam wystarczającej ilości granatowej). Postanowiłam sobie, że w żadnym wypadku nie dokupię, sweter siedzi w pudle i czeka na rozwój wypadków. 

Tymczasem narobiłam dwa stadka owieczek dla wnuczki i wnuczka. Potrzebują jedynie pomponów, bo najfajniejsze owieczki są z pomponami właśnie.



Zaczęłam też nowy sweterek, zapowiada się bardzo milutko i wygodnie:


 Ale o nim będzie już w następnym odcinku, który nastąpi, mam nadzieję, wkrótce. Kiedy dziś włączałam komputer, przypomniał mi się tekst piosenki, znanej powszechnie poetki, której to dzieckiem będąc malutkim, słuchałam z płyt winylowych u babci:

"Powiedziałam, że się chcę poprawić, nie chciałam. Tłumaczyłam, że nie zapominam, no, nie wiem... Raz już była przecież taka zima bez ciebie. Przysięgałam: "Jesteś całym światem" - niemądrze. Obiecałam: "Wrócę tu przed latem" - a skądże...

Bardzo chcę się poprawić i bywać tu regularnie, tylko te grudnie tak szybko mijają, bo zimy, wiadomo, powoli. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 7 listopada 2021

Strony, oczka i kwiaty w liczbie dużej


 "W języku zawierają się nie tylko słowa i odpowiadające im rzeczy. Każdy język inaczej w rzecz wstępuje, jak to określił swego czasu Michał Choromański."

O nich tutaj (książka o języku i przekładzie) - Wybrał i opracował Piotr Sommer

Piotr Sommer wybrał i opracował Najlepsze szkice o przekładzie, jakie ukazały się w "Literaturze na świecie" w latach 1984-2014, napisał wstęp i podzielił owe szkice na trzy części i nazwał je odpowiednio Ogóły, Szczegóły i Brokuły. 

To właśnie nazwy rozdziałów (a zwłaszcza Brokuły) ostatecznie skłoniły mnie do zakupu tej książki, ponieważ poza tym, że jest o tłumaczeniu, była dosyć droga. Można przypuszczać, że dlatego czytam ją chyba od września, wiadomo, że im na dłużej zakup starcza, tym bardziej jest ekonomiczny, ale nie. Czytam wolno, bo naprawdę nie chcę, żeby się skończyła. Czytam i naprawdę się delektuję. Bo jak można się nie delektować takim wierszem:

In die Rillen

der Himmelsmünze im Türspalt

preßt du das Wort [...]

"In die Rillen", z tomu Atemwende

I patrzeć na różne tłumaczenia:

W żłobienia | monety nieba w szparze drzwi | wtłaczasz słowo...

W uchylonych drzwiach | moneta nieba - w jej żłobienia | wtłaczasz słowo...

W rowki nieba, | tej monety, co prześwituje zza drzwi, | wtłaczasz słowo

Można tak naprawdę nie żałować nieznajomości niemieckiego, bo czasem znajomość języka to i tak za mało. Fascynujące przygody słów, przygody tłumaczy, wpadki też oczywiście, bo wpadki muszą być.  Co prawda mnóstwo osób powiedziałoby - czy naprawdę ludzie myślą o takich rzeczach? No i nie szkodzi. Warto usiąść i o nich pomyśleć albo chociaż poczytać, co o nich myślą inni.

Wiele, wiele znanych mi i zupełnie nieznanych nazwisk. Wiele, wiele stron i wiele obrazków z Noun project. Z nimi tutaj posiedzę pewnie do grudnia, co mnie nie martwi, bo jest przyjemnie. Inne książki też doczekają swojej kolejki, bo każda książka, nawet najgrubsza się kiedyś kończy. Tak jak największa robótka. Skończyłam bowiem koc z kwiatków, no dobrze, nie powszywałam nitek, ale jestem tak nim zachwycona, że nawet powiewające nitki mi nie przeszkadzają.

Moja kanapa w stronę okna wygląda teraz tak:


w stronę drzwi wygląda podobnie - bardzo, bardzo kwieciście i kolorowo:


Bubulina zadowolona podobnie jak ja:


Szydełkowałam pięć miesięcy (z małą przerwą na szal i na covid) i trochę zatęskniłam za drutami. W kolorystycznym rozpędzie wydziergałam więc czapkę z kolorowymi cekinami (idą ciemne powroty z pracy, trzeba być widocznym na drodze):





Wydziegałam też mniej kolorowe skarpetki:


I wtedy ogarnęła mnie ogromna chęć zrobienia swetra lekkiego, ciepłego i obszernego. Wyciągnęłam fioletową alpakę kupioną chyba siedem lat temu i zatonęłam w morzu oczek prawych. 


Sweter robię według darmowego wzoru L'Express, co jest nazwą paryskiego w stylu bistra w Montrealu. Bardzo jestem ciekawa efektu końcowego, dziergam szaleńczo rano i wieczorem. Czasem tylko spacer listopadowym Zgierzem:








  Napisi, napisi - jak wołała moja wnuczka. No tak, napisy są fajne, zwłaszcza w dużych ilościach, czego sobie i Wam życzę.
dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. A książkę zakładam nieadekwatną póki co deszczową zakładką.

niedziela, 26 września 2021

Granice i odmiany

 


"Trasa prowadziła mnie czasem do nadgranicznych wiosek. Zdarzało się to jednak rzadko. W miarę bowiem zbliżania się do granicy ziemia pustoszała, spotykało się coraz mniej ludzi. Ta pustka zwiększała tajemniczość takich miejsc, a zwróciło także moją uwagę, że w pasie przygranicznym panuje cisza. Ta tajemniczość i ta cisza przyciągały mnie, intrygowały. Kusiło mnie, żeby zobaczyć, co jest dalej, po drugiej stronie. Zastanawiałem się , co się przeżywa, przechodząc granicę. Co się czuje? Co myśli? Musi to być moment wielkiej emocji, poruszenia, napięcia. Po tamtej stronie - jak jest? Na pewno - inaczej. Ale co znaczy to - inaczej? Jaki ma wygląd? Do czego jest podobne? A może jest niepodobne do niczego, co znam, a tym samym niepojęte, niewyobrażalne? Ale, w gruncie rzeczy, największe moje pragnienie, które nie dawało mi spokoju, nęciło mnie i dręczyło, było nawet skromne, bo mianowicie chodziło mi o jedno tylko - o sam moment, sam akt, najprostszą czynność przekroczenia granicy. Przekroczyć i wrócić, to by mi, myślałem, zupełnie wystarczyło, zaspokoiło mój niewytłumaczalny właściwie, a jakże ostry głód psychologiczny."

Podróże z Herodotem, Ryszard Kapuściński

Już nie pamiętam co skusiło mnie do kupna tej książki - może okładka z romantyczną mapą, chyba nie autor, bo żadnych innych jego książek nie znałam. Na pewno nie skusił mnie Herodot, bo o nim nie słyszałam nic w ogóle. Kupiłam zatem bez określonego powodu i nie rozczarowałam się.

Kapuściński w podróżach jest trochę prywatny, trochę nieśmiały i zagubiony, nie zna języka, nie zna kultury, nie zna świata. Świat był dosyć odległy, bo w pierwszą podróż redakcja pisma wysłała go do Indii, a potem było jeszcze dalej. Na drogę dostał od szefowej "Dzieje" Herodota. Herodot w podróż nadawał się idealnie - sam niestrudzony, dociekliwy podróżnik, dodawał Kapuścińskiemu odwagi i otuchy. Można nawet powiedzieć, że zaprzyjaźnili się, chociaż, jak wiadomo, przyjaźń taka jest nieco jednostronna, ale też miła i cenna. 

I tak przekraczali obaj granice geograficzne i granice w czasie niespiesznie, refleksyjnie i niezmiernie ciekawie. Oczywiście zaraz po przeczytaniu książki kupiłam sobie samego Herodota (też się nie rozczarowałam), stoją teraz obok siebie


a po latach przeczytałam Kapuścińskiego jeszcze raz. Bo to jest właśnie taka książka, do której się tęskni i do której się wraca.

Zakładałam ją, tez nie wiedzieć czemu, zakładka z Puciem. No, nie zawsze wszystko do wszystkiego musi pasować.



Robótkowo dalej szydełkuję kwiatki w kocu, ale narzuciłam też na druty mały żółty komin dla odmiany, zobaczymy jak się potoczy, muszę tylko przebrnąć przez początek. O ile lubię właściwie wszystkie początki - zwłaszcza początek podróży lubię - ten moment zapinania pasów, albo siadania przy oknie w pociągu, to w robótce lubię, jak już nabiera rozpędu i ma pierwsze rzędy za sobą.

Rozpędu nabiera za to jesień, dzień już ciemnieje po coraz szerszych brzegach, nastaje mój ulubiony czas w kaloszach i wełnianych szalikach. 

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!