piątek, 8 maja 2020

Chleby, rudziki i ogrody

"Z początku wszystkie dni były dla Mary Lennox podobne do siebie. Co rano budziła się w swoim pokoju, obitym tkaninami, i zawsze spostrzegała Martę rozniecającą ogień, co rano zjadała śniadanie, ale ani odmiany żadnej, ani nic zabawnego w tym nie było. Po śniadaniu wyglądała oknem na rozległe wrzosowisko, które zdawało się ciągnąć w nieskończoność, a patrząc tak, przychodziła z wolna do wniosku, że jeśli nie wyjdzie na dwór, to będzie musiała siedzieć w swym pokoju i nic nie robić. To ją skłaniało do wyjścia."
Tajemniczy ogród, Frances Hodgson Burnett


Wiadomo, co było dalej, Mary biegała po ogrodzie, skakała przez skakankę, w końcu nabrała sił i rumieńców - polubiła nawet owsiankę.
Książka mojego dzieciństwa, jesteśmy w podobnym wieku i mamy równie podniszczone okładki. Poza owsianką jest w niej Tajemniczy ogród i wiosna i nowe narodziny, jest nadzieja i są powroty z różnych mroków.
Dobrze sobie poczytać, za oknem też wiosna, pod ręką kawa w kubku z rudzikiem (nie wiem czemu rudzik stał się polskim gilem), a na drutach energetyczna alpaka.
Nie mam tylko skakanki, chociaż właściwie mogłabym, bo teraz skakanki są sportowe i fitness, nie tylko dla małych dziewczynek jak dawno, dawno temu.

Jak już skończę osiem godzin home office, w którym jestem bez zmian, idę do swojego pokoju i zajmuję się nie skakaniem, ale innymi rzeczami, które w sumie są równie wesołe i pożyteczne.
Robię poranne promienie, a właściwie zrobiłam, myślę jedynie o dorobieniu pomponików, bo jak wiadomo - pomponiki są fajne i dobre.




Chusta na razie trafiła do pudła z rzeczami na zimę, ale zanim ją w nim zamknęłam, przymierzyłam - jest bardzo lejąca, otulająca i ciepła. Trochę też gryzie, ale trudno, chuście jestem w stanie gryzienie wybaczyć. Jest też spora. Ma trochę chude i długie ogony, ale można się nimi omotać, więc liczą się jako plus.

Zaczęłam robić etui na telefon z alpaki podwójnym żakardem, więc robię powoli, ale telefon jest znacznie mniejszy niż taki telewizor na przykład, więc mam nadzieję, że niedługo skończę.



Też gryzie, ale w etui to w ogóle mi nie przeszkadza.
No i w ramach ogólnoświatowej izolacji, zabrałam się za wypiekanie chleba. Samodzielne pieczenie chleba przyszło mi na myśl mniej więcej dwa lata temu, kiedy to gospodyni w Karkonoszach obdarowała nas samodzielnie upieczonym chlebem i adresem dobrego młyna. Chleb wyglądał tak niewinnie, jakby każdy mógł go upiec, nawet ja.
Od razu zadzwoniłam do młyna, kupiłam mąkę, pobiegłam do sklepu gospodarstwa, kupiłam foremki i w zasadzie na tym moja przygoda z chlebem się skończyła. A właściwie odłożyła się na później, bo teraz myśl odżyła. Zaczęłam jednak nie od zakupów, ale od filmików instruktażowych na Youtube. Teoretycznie nauczyłam się hodowania zakwasu, zaczyniania ciasta, przekładania ciasta do foremek i psikania na niego wodą. I dopiero wtedy poleciałam na zakupy, kompromitujące szczegóły pominę, w każdym razie mam nowe foremki, dwie książki o fermentacji w paczkomacie, jedną o książkę chlebie w planach, słoiki na mąkę i mąkę samą. Lniane ściereczki. Drewniane łyżki.

No i zaczęłam zajęcia praktyczne. Mój zakwas ma już imię (prawie), swoje stanowisko koło czajnika, gdzie Czajkomąż od czasu do czasu gotuje wodę nie na herbatę, ale na ocieplenie, ma swoją ściereczkę, słoik i łyżkę drewnianą. Na początku wyglądał bardzo niepozornie


Ale karmiony i mieszany z sercem i poświęceniem (pierwsze mieszanie wypadło o pierwszej w nocy - wstałam), powoli nabiera mocy


Pierwszy chleb żytni nie urósł właściwie wcale, ale upiekł się i w smaku był lepszy od niejednego kupionego w sklepie.


Drugi właśnie dopieka się w piekarniku, urósł niewiele więcej, ale zapach to zapach wszystkich piekarni latem. Bo tylko latem jechałam na wakacje w zapadłe wioski, i w takich właśnie wioskach tak pachniał chleb.
Mam nadzieje ogromne, dużo entuzjazmu i różne mąki w planach. :)
W serialach pojawiła się nowość, czyli  Kochane kłopoty polecone przez Hannah - wciągnęłam się, jestem już gładko w trzecim sezonie:


Poza tym, jak to w izolacji, trochę śpię, trochę piekę dobre ciasta, mało patrzę przez okno. A za oknem wiosna. I tego Wam wszystkim życzę, dobrego dnia! :)

Ps. Tajemniczy ogród zakładałam ogrodem, bo jakżeby inaczej:


Dziękuję wszystkim za wizyty i za przemiłe komentarze! :)

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Kolorowe wspomagania

"Była ona wzorową panią domu, pod której okiem gospodarstwo szło jak w zegarku. Ona wiodła rej w Szwalni dla Dziewcząt, ona zajmowała się szkołą niedzielną, była jednym z filarów parafialnego Związku Pomocy i Stowarzyszenia Pomocy dla Misjonarzy nawracających dalekich pogan.
Pomimo to pani Małgorzata miała jeszcze dość wolnego czasu, aby siedząc godzinami przy oknie kuchennym, robić szydełkiem kołdry bawełniane - a zrobiła ich już szesnaście, jak pełnym czci szeptem opowiadały sobie kumoszki z Avonlea - i czujnym okiem przyglądać się gościńcowi, który tutaj właśnie skręcał w dolinę, a potem wił się w górę po stromym wzgórzu."
Ania z Zielonego Wzgórza, L. M. Montgomery



Nie jestem w pełni wzorową panią domu, ale mam czas siedzieć godzinami z szydełkiem i z braku okna na gościniec (po którym zaraz przejedzie Mateusz jadący po Anię, wiadomo) czujnym okiem przyglądać się serialom. Zgodnie z ogólnie znaną teorią o lubieniu i podobaniu się, lubię oczywiście seriale, które znam. Jest ich kilka i oglądam je na okrągło, a jednym z nich, poza Ranczem, Brzydulą i Ojcem Mateuszem, są Przyjaciele właśnie. Uważam, że jest w nich poruszony każdy temat, od tego że dzieciom zawsze spadają skarpetki aż po ten, że brzuszki w niedziele rano są męczące (dla niektórych przynajmniej).
I jak tu nie wierzyć w dobre duszki książkowe, skoro zaraz po zalogowania się w ramach testów do wypożyczalni Legimi, pierwsze, co mi się wyświetliło, to była książka o najlepszym serialu na świecie. Takich znaków nigdy nie można lekceważyć, więc przeczytałam nie zwlekając.


 Nie jest to literackie arcydzieło, nie jest to książka przeznaczona dla szerokich kręgów, powiedziałabym, że raczej dla fanów seriali. Czyli dla mnie.
Dowiedziałam się, jak się kręci seriale i jak się kręci seriale ponadczasowe. książka nie jest tylko zbiorem anegdot, ale nieco szerszym spojrzeniem na telewizję, społeczeństwo, zmiany jakie zachodzą i na publiczność. Jest też tu trochę zaplecza, czyli jak się pisze scenariusz, jak się ubiera bohaterów i jak się kręci czołówkę. Było trochę zakulisowych żartów. Przeczytałam to wszystko jednym tchem, po części dowiedziałam się a po części przypomniałam sobie, dlaczego tak lubię ten serial, jego humor i duże kubki, Nic dziwnego więc, że zaczęłam oglądać go na nowo i jestem już w czwartym sezonie.


Do serialu druty, a na drutach resztkowiec Małgosi . Taki wzór i wspólne działanie okazało się idealne na moje różne przygnębiania wirusowe. Musiałam się skupić na zrozumieniu przepisu, powyciągać z szafy reszki, ku mojemu zdumieniu okazało się, że mam bardzo mało resztek, mam za to mnóstwo włóczek z niezrealizowanych planów, co jakby na jedno wychodzi).
Jestem już na prostej pod pachami i bardzo mi się podoba konstrukcja tego swetra, bardzo nieskomplikowana, ale w przypadku ściągacza, jakim jest robiony - sweter idealnie się układa.





Nic nie gryzie, kolor mi się bardzo podoba. Niestety nitką wiodącą jest akryl, ale zaplanowany do sprucia bawełniany sweter nieoczekiwanie stawił opór, żal mi go było spruć, no i nic innego nie miałam. Akryl jest dobrej jakości, nie skrzypi i się za bardzo nie mechaci. Do tego różne wiskozy i bawełny w kolorach.
(Przepraszam za nieład w przedpokoju, ale tam mam strefę kwarantanny, więc co z Czajkomężem przyniesiemy do domu, tam wisi i się odkaża).

Na poprawę humoru oglądałam też podcasty moich ulubionych podcastowych dziewiarzy, czyli Carlosa i Arne. Bardzo dobrze działają mi na umysł, opowiadają w sposób niezwykle ciekawy o wszystkim od dziergania po mycie kryształowych żyrandoli. Uwielbiam ich dbałość o szczegóły, ich różne projekty, ich łosie w ogrodzie, ich szydełkowe kołdry. Doskonale mi się razem z nimi robi na drutach, znacznie wtedy się wyciszam i przyspieszam. Fajnie że nie są idealni, mają swoje różne słabości, więc przebywanie z nimi wirtualnie nie wbija w kompleksy, ale motywuje i podnosi na duchu. No ale jak ktoś, kto robi takie koce, może nie podnieść na duchu?

Jednym słowem, brnę jakoś z jednego dnia w drugi z kolorowymi wspomagaczami, czego i Wam życzę! Dobrego, zdrowego dnia! :)

I dziękuję bardzo bardzo za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

Ps. Z uwagi na okoliczności, zabrałam się za szycie, no kto wie, może je w końcu polubię? Moja pierwsza próba (no dobrze, trzecia, Czajkomąż twierdzi, że rzucałam brzydkimi wyrazami, ale to nieprawda. Co zrobić, nie lubię szyć.  :))



sobota, 11 kwietnia 2020

Chusta izolowana

"Przypuśćmy, że mam na sobie suche ubranie. Przypuśćmy, że mam całe, mocne buty, długi, ciepły płaszcz, wełniane pończochy i nowiutki parasol. I przypuśćmy... przypuśćmy, że w pobliżu piekarni, w której sprzedają gorące bułeczki, znajdę sześć pensów - które do nikogo nie należą... Wchodzę do sklepu, kupuję sześć najgorętszych bułeczek i zjadam je wszystkie na poczekaniu."
Mała księżniczka, Frances Hodgson Burnett


Przypuśćmy więc, że jest wiosna, są święta, siedzimy w izolacji, trochę nam smutno i bardzo musimy się pocieszyć, podchodzimy do półki i sięgamy po książkę - najlepiej działa półka z książkami dla dzieci.



Stary, znany schemat, ale to nic nie szkodzi. Na początku palą się gazowe latarnie, jest pięknie, ciepło, bogato i w koronkach. Potem następuje katastrofa, wiadomo, trzeba wytężyć siły wyobraźni, trzeba utrzymać hart ducha i dzielność. I wtedy następuje przełom w postaci hinduskiego służącego i jego małpki.
Lubiłam Małą księżniczkę dawniej, lubię i teraz, lubię ten nieco staromodny język, z urokliwymi zawijasami jak angielskie pismo, lubię te zdania złożone, staranne. I lubię ilustracje - lekkie, jakby pospieszne, ale pełne ślicznych szczegółów. Lubię falbanki, kokardy i loki, ale lubię też okruszki dla szczurzej rodziny i wróbelki za oknem. Jednym słowem, wszystko tu lubię.

Poza małymi pocieszeniami, dziergam na drutach niezmiennie poranne promienie, w tamtym tygodniu wydawało mi się, że już jestem na finiszu, więc w tym tygodniu chyba jestem. Chusta układa się miękko, ciepło i wełniście i trochę mi szkoda, że nie pasuje do nadchodzącego sezonu.


Trochę też czasu spędzam w home office  i trochę w kuchni piekąc wielkanocne baby i wielkanocne mazurki, ale wiem, że jak wrócę do pokoju, to zastanę taki widok:


Tak spojrzałam na fotel, na rozłożoną książkę i pomyślałam, że to jedna z przyjemniejszych perspektyw. Łatwiej wtedy być dzielnym.
I wielu takich chwil przyjemnych, spokojnych, pogodnych i zdrowych na nadchodzące Święta życzę jak najserdeczniej. :)


Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, Wesołych Świąt!

czwartek, 2 kwietnia 2020

Resztki postrzelonych czytników


"Jestem prawie pewien, że dwa tomy Dekameronu znajdowały się wśród niewielu rzeczy, które właściciel przywiózł z ojczyzny. Ciekawe, od ilu pokoleń przekazywano je w jego rodzinie, zanim wylądowały niechciane w zawilgoconym mieszkaniu w New Cumnock. Teraz jednak zaczyna się ich nowe życie u młodej kobiety, która dziś je kupiła, i kto wie, co je czeka przez kolejnych kilkaset lat?"
Pamiętnik księgarza, Shaun Bythell

Kiedy poszłam do wirtualnego Empiku, zobaczyć jak kusi nas obniżkami w czasach zarazy i kwarantanny, pierwszą okładką jaka wyświetliła się na moim monitorze była okładka z kotem, książkami i księgarzem. Trudno było się nie skusić, kupiłam (chociaż obiecywałam sobie, że nic nie będę kupować w tym bezdusznym empikowym molochu), załadowałam na swój czytnik i dopiero potem zrozumiałam, jakie popełniłam fopa. Bowiem to właśnie Shaun Bythell strzela do czytników, co można zobaczyć osobiście na Yotube.

 Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=6g2Kq8bt_PA

Nie poszłam w ślady strzelania, ponieważ z jednej strony rozumiem jego racje, to z drugiej strony myślę, że podobnie gliniarz, który utrzymywał się z lepienia glinianych tabliczek, mógłby strzelać do papirusu albo do pulpy drzewnej. Pewnych rzeczy nie da się powstrzymać, co prawda książka z papieru ma chyba jednak większe i dłuższe szanse niż gliniane tabliczki.
Ale wracając do rzeczy, czyli do pamiętnika. Są to roczne zapiski człowieka mieszkającego w Szkocji, który pewnego dnia wszedł do antykwariatu zapytać o książkę, a po lekkiej sugestii właściciela kupił cały antykwariat. W każdym zapisku jest data, liczba zamówień internetowych, liczba klientów i stan kasy. Jest też zwięzły opis minionego dnia i przeczytanych książek. Opisy są bardzo sugestywne, więc mamy wrażenie jakbyśmy razem z autorem jeździli po oblodzonych drogach oglądać wymarłe księgozbiory, czytali "Martwe dusze" w fotelu przy kominku, pakowali dziesiątki książek w pocztowe worki , przenosili tony literatury  w kartonach, szukali okładkowego Kapitana, który jest czarnym kotem, objadali się śmietnikowymi rarytasami czy zderzali z klientami. Każdy miesiąc poprzedzony jest cytatem z eseju o księgarzach Orwella. I z cytatów i z pamiętnika jasno wynika, że praca księgarza jest trudna i niewdzięczna, a klienci dziwni, męczący i mało kupujący.

Pomimo tych niedogodności, Shaun Bythell oczywiście nie zamieniłby tego zajęcia na inne, bo najzwyczajniej w świecie kocha książki i ma je nawet w słupkach przed sklepem (co też można zobaczyć w internecie). Nic dziwnego, skoro mieszka w Wigtown, mieście książek. Miasto książek polega na tym, że ma dużo antykwariatów, książkowych turystów i największy szkocki festiwal książkowy.
Dla książkowego mola jest to więc lektura idealna. Z klimatem, atmosferą, lekką dozą zgryźliwości. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to że wszystkiego było trochę mało, ale zawsze mogę sobie ten niedosyt zrekompensować filmikami na Youtube. Jest też trochę literówek, czyli łowienie łosi w pobliskiej rzeczce na przykład. Można za to przemyśleć swoją postawę jako klienta i się poprawić ewentualnie, czyli kupować dużo, nie targować się, nie zadawać głupich pytań ani nie sprawdzać ostentacyjnie cen na Amazonie (którego autor Pamiętnika nie znosi jeszcze chyba bardziej niż czytników i ma ku temu racjonalne powody).

Poza przebywaniem myślami w Wigtown, dziergałam na drutach. Udało mi się dorobić kilka słonecznych promieni w projekcie Poranne promienie


Zapisałam się też do nadążnego robienia na drutach swetra resztkowego. Robienie nadążne polega na tym, że Małgosia podaje w odcinkach przepis na sweter i można nadążać za nią z drutami.
Sweter resztkowy jest kolejnym dowodem na to, że każdy najmarniejszy kawałek najmarniejszej włóczki ma potencjał, tylko czeka na swój projekt, żeby się przydać i zabłysnąć urodą.
Ku mojemu minimalistycznemu zmartwieniu, wszystko trzeba trzymać - nie ma tu śmieci.




Poza dzierganiem piekę na pocieszenie ciasta, robię kolorowe kanapki, oglądam Netflixa,




a moje home office, chociaż nie wygląda już tak sterylnie jak w dniu jego otwarcia, cały czas ma miłe duszy akcenty.






Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, wszystkiego dobrego z okazji Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci! 

"Jest to Praktyczna Baryłeczka - mówił Puchatek. - Proszę. A na niej jest napisane: "Z serdecznym Powinszowaniem Urodzin od szczerze ci oddanego przyjaciela Puchatka". To jest właśnie napisane. A baryłeczka służy do przechowywania różnych różności. Proszę"
Kubuś Puchatek, A.A. Milne

Oby nasze różności były jak najlepsze i najzdrowsze! :)

wtorek, 24 marca 2020

Więcej myszy

"Oni tego nie chcą. WIĘCEJ MYSZY".
Walt Disney Potęga marzeń, Bob Thomas


I ja wielbiłam Myszkę Miki. Zachwycałam się Kaczorem Donaldem, który w zgrzebnych czasach PeeReLu oszałamiał kolorem i przebojowością. W zderzeniu z nim Bolek, Lolek czy Reksio, tracili na atrakcyjności i lekko szarzeli. Potem dopiero, po wielu latach, zobaczyłam naocznie, jaką krzywdę kolor wyrządził Kubusiowi, malując go na wściekle żółty i przerzucając z głębi Stumilowego Lasu na płycizny Hollywood. Jan Marcin Szancer nie potrzebował nawet wielu lat, żeby ocenzurować z Myszki polskie czasopisma przedwojenne, a Pamela Travis wsadziła Myszkę do kąta i kazała jej siedzieć, dopóki ta nie nabierze smaku.

Nie da się jednak ukryć, że Disney jest wszędzie. Disney, jego gładka kreska, radosne kolory, jego karuzele, zamki z wieżyczkami, jego myszy, jego Kubusie, filmy są wszędzie, na całym świecie, więc w wolnej chwili zadałam sobie pytanie - o co chodzi? I jak to wszystko się stało.
Tak właśnie kupiłam sobie e-book o Walcie Disneyu. Przeczytałam i zdziwiłam się. Zaraz od pierwszych stron polubiłam Walta. Bo można nie szanować go za brak intelektualnych głębi, za upraszczanie, za bezpośrednie odwoływanie się do emocji, ale kiedy się go spotkało twarzą w twarz (albo w e-book) nie sposób było go nie lubić. Są na świecie ludzie z charyzmą i Walt do nich z pewnością należał.

Dzieciństwo miał bardzo trudne. Czasy były ciężkie, ojciec surowy (gdybym była psychologiem, pokusiłabym się o tezę, że umiejętność Disneya tworzenia rzeczy, które bawią ludzi, wynikała z licznych prób podobania się własnemu ojcu), Walt pracował od najmłodszych lat - rozwoził gazety, roznosił napoje w pociągu, stróżował, był kierowcą ciężarówki w powojennej Francji. I od najmłodszych lat aż po lata dojrzałe brakowało mu pieniędzy. Brakowało mu pieniędzy przede wszystkim na realizację swoich marzeń. A właściwie jednego marzenia - bawić ludzi. Kto by pomyślał, że jest ono tak kosztowne. No ale jeśli robiło się najnowocześniejszą Królewnę Śnieżkę (swoją drogą nie przypuszczałam, że kręcono ją na kilku planach), kolorowało filmy jeszcze przed kolorową telewizją, budowało największy park rozrywki na świecie, to trudno się dziwić.
Z biografii nie dowiedziałam się, dlaczego miliony roznosicieli gazet pozostaje roznosicielami, a jeden zostaje Waltem Disneyem, ale zobaczyłam ten proces stawania się na własne oczy i to w pełni mnie usatysfakcjonowało.
Tymczasem siedzę z moimi Bubulinami w jednym pokoju, w drugim mam home office.




W ramach różnych pocieszeń i osłon przed wirusowymi wieściami, kupiłam kilka całkiem nowych e-booków, w tym jeden o plagach i zarazach, obejrzałam dwa filmiki Intensywnie Kreatywnej i robię z nią (powiedzmy, bo ja dopiero zaczynam, a ona już blokuje) chustę w porannych promieniach.
Na chustę wybrałam Alpakę, z której dawno nie robiłam, bo mnie okropnie gryzie. Ma jednak urokliwe (o ile nie przylegają do grzbietu i szyi) włoski i jednak żadna niegryząca włóczka, nie wykluczając merino, jedwabiu i bawełny, nie ma takiego uroku w robieniu, jak ta gryząca z włoskami.
Kiedy już się nią nacieszę, drugą zrobię do noszenia, gładką i bez włosków. Kiedy zaczynałam, za zamkniętym oknem była wiosna i przeszło mi przez myśl, że głupio robić na wiosnę grubą chustę wełnianą, no ale teraz jest minus pięć, co i tak nie poprawia sytuacji, bo trzeba siedzieć w domu.
Oglądam też sobie różne Netflixy z malowniczych wiosek angielskich, komedie romantyczna (najchętniej te z księgarnią w tle) i myślę sobie, jak niewiele trzeba, żeby przewrócić cały świat do góry nogami. A jeszcze niedawno moim głównym zmartwieniem był bałagan remontowy.

Kilka obrazków poremontowych, ale jeszcze przeddekoracyjnych.


Mój składzik włóczkowy:


Jak widać, nastąpiło coś, czego się w ogóle nie spodziewałam - brakło mi książek i do czasu likwidacji półek w salonie i odzyskania książek stamtąd,  wolne miejsca pozasłaniałam pudełkami ozdobnymi.


Myślę sobie o Walcie Disneyu, który zawsze był dobrej myśli, kiedy brakowało mu sto dolarów, pożyczał sto dolarów, kiedy brakowało mu pięciu milionów, robił wszystko, żeby pożyczyć pięć milionów. Przyjmował to, co przychodziło i działał adekwatnie do sytuacji.
Piekę więc ciasto marchewkowe i staram się nie martwić, bo zawsze może być gorzej. Albo lepiej, czego Wam i sobie życzę ze szczerego serca. I wierzę naprawdę. Będzie lepiej.
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)

niedziela, 8 marca 2020

Gapić się w niebo

"Leżała na wznak i gapiła się w niebo. Ostre źdźbła kłuły jej ramiona. Chciała, żeby sklepienie niebieskie spadło na nią, takie miękkie jak czyste prześcieradło, którym w soboty Kate Clancy zaściełała wysokie drewniane łóżko. Wenus już wzeszła. Po jednej stronie nieboskłonu widziała Krzyż Południa, siedem gwiazd z konstelacji Plejad. Johnny, chłopak stajenny, powiedział jej, że te gwiazdy były kiedyś siedmioma siostrami Atlasa. Lyndon czuła, że mogłaby poszybować ku błękitnej czaszy w górze. Mama ostrzegała ją, że jeśli nie będzie uważała, jej włosy zahaczą o gwiazdy. Chciała w to wierzyć, ale jej mama czasami wymyślała niestworzone historie. Lyndon nigdy nikomu się nie zwierzyła, że słyszy śpiew gwiazd. Najbardziej kochała Plejady."
To ona napisała Mary Poppins. Życie P.L. Travers; Valerie Lawson

Zaraz po pracy mogę się bezkarnie gapić w niebo. Nic nie malujemy, nie gładzimy, nie składamy mebli, nie przycinamy po nocach wykładziny. Jest dziwnie cicho, kiedy nie szurają szpachelki ani pędzle, a książki stoją w porządku na półkach. Mogłabym gapić się w niebo, ale w mieście, nawet takim małym, nieba za bardzo nie widać. Patrzę więc na pomalowane ściany i trochę czytam.
Prosto z książek o Mary Poppins trafiłam na biografię jej autorki. P.L. Travers mówiła, że życie kobiety dzieli się na trzy etapy: „nimfy, matki, matrony”. I chociaż każdy etap może mieć swoje powaby i piękna, to jednak w przypadku Pameli, najpiękniej było na początku, a potem już było coraz smutniej, dziwniej i ciemniej.

Wędrowałam z nią długo poprzez australijskie miniaturowe parki, zmyślone "grimy", gwiazdy, banki, teatry i tańce.
"Lyndon była skazana na to, by kochać, a nie być kochaną. Wiedziała, że osoby kochane mogą „siedzieć na kolanach czasu”, podczas gdy te, które kochają, muszą patrzeć, modlić się i same mielić swoje ziarno".
I potem z nią wędrowałam aż do Anglii, gdzie wykrystalizowała Mary Poppins i do Ameryki, gdzie wykrystalizowała się z P.L.Travers matrona.
"Bujany fotel „bardzo wiele dla mnie znaczy. Siedzenie w bujanym fotelu to jak siedzenie na koniu na karuzeli, nawet jako dziecko czułam, że dokądś jadę, a kiedy muzyka cichła i musiałam zsiąść, czułam ten sam żal jak wtedy, kiedy zachodziło słońce. Bujając się, mogę dotrzeć niemal wszędzie”
"Stara kobieta w bujanym fotelu... jest jak tykający zegar ziemi."

Na koniec nawet ten fotel jej nie mógł pocieszyć.
"Travers powiedziała kiedyś, że u podstawy wszystkich wesołych książek tkwi smutek. Musiała mieć na myśli swój własny. Bo życie Pameli Travers obfitowało w smutne chwile. Wiedziała, że „czara smutku jest zawsze pełna. Dla dorosłego to dzban, dla dziecka naparstek, ale zawsze jest pełen”
Valerie Lawson napisała, że "Jej [Pameli] życie okazało się znacznie bogatsze, niż przypuszczałam. Moje życie wzbogaciło się dzięki napisaniu tej książki."
No i moje chyba też. Lubiła bajki, siebie nie dała lubić.

Poza niegapieniem się w niebo i czytaniem, wreszcie znalazłam druty. I zaczęty w czerwcu sweter. Sweter jest na etapie skończonego korpusu i niezaczętych rękawów. W notatkach powinnam mieć zapisany numer drutów i rozmiar swetra. Szybko się okazało, jak nieopatrznie i niefrasobliwie nie zrobiłam żadnych notatek. Muszę więc robić na oko, co mnie tak przygnębiło, że zabrałam się do zrobienia małych ściereczek.


Przygnębiły mnie też nieco rozmiary moich włóczkowych zapasów, które zajęły całą nową szafę i jej okolicę, ale tu nie mam innego wyjścia, tylko po prostu produkować. I produkować. I produkować.
Poza tym zainteresowałam się bentowaniem, w związku z czym moje poranne wyjścia do pracy poprzedzone są godzinami krojenia i gotowania,


Gdzie się podziały dawne kanapki, aż chciałoby sie zanucić. Owinięte były w papier śniadaniowy z rolki, posmarowane były masłem i przełożone serem albo kiełbasą szynkową.
Nowe czasy, nowe mody i nowe lunchboxy. :))



Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

niedziela, 16 lutego 2020

Magia w remoncie


"I wydawało się, że ta pieśń nigdy się nie skończy i że bąk nigdy nie przestanie wirować, a krąg ludzi i konstelacji będzie się kręcił wiecznie.
Lecz nagle ptak zamilkł, a bąk wydał ostatnie muzyczne tchnienie, zwolnił i opadł na bok."
Mary Poppins na ulicy Czereśniowej,

Jakoś nigdy wcześniej nie czytałam Mary Poppins. Nie czytałam, mimo że miałam na półce jeden cieniutki tomik przez wiele lat. Niektóre książki muszą być bardzo cierpliwe. I wreszcie doczekała się. Doczekała się razem z panem Banksem, Michasiem, Janeczką, parasolką z papuzią rączką, sokiem z limonki i z Mary Poppins.
Ona się doczekała, ale ja tymczasem dorosłam. Mniej więc zwracałam na nieprawdopodobne przygody dzieci, ale myślałam o tym, że dorosną i wszystko stanie się dla nich zwyczajne, uporządkowane i nadzwyczajnie niemagiczne.

I niby nic takiego, piknik w parku, kupowanie pierniczków, malowanie na trotuarach, a przez chwilę można było dać się porwać tym dzieciącym zachwytom i uwierzyć, że bąk nie przestanie wirować.
Bo, jak mówiła Pamela Travis, każdy potrzebuje magii.
A już zwłaszcza potrzebuje w czasie remontu. Remont wiruje, wiruje dniami i tygodniami i w chwilach słabości, czyli praktycznie bez przerwy wydaje nam się, że nigdy się nie skończy. Na szczęście jednak w końcu zwolnił i zamilkł. Książki uwolniły się z dachu regału i zza wersalki, wełny wróciły z przedpokojowego wygnania, straciłam biurko, ale za to zyskałam dwa duże regały i jedną sporą szafę. Siedzę teraz w odwiniętym z folii fotelu i myślę, że wreszcie mogę wrócić do robienia na drutach, bo w straszny czas remontu udało mi się ukręcić tylko kilka pomponów do dziecięcego kocyka.
Tak, trzeba wrócić do normalności, która w sumie, gdy na nią spojrzeć inaczej, też przecież jest w pewnym sensie magiczna.



I moje dwie biblioteczki - jedna w etui koloru fuksji i druga tradycyjna. Kiedy nosiłam stosy książek i układałam na półkach, pomyślałam, że wolę czytnik. Kiedy jednak mój kręgosłup się zregenerował, pomyślałam, że lubię obie. :))

Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :))