niedziela, 11 listopada 2018

Zamiatanie czyli chaos i ład

"... chciała, żeby wszystko zrobione było jeszcze lepiej, miała nawet zamiar wyczyścić do połysku łyżki i wahadło zegara. Oczywiście, myślała, wszystko będzie się lepiej układać, jeśli na każdym kroku nie będzie już znać tego przygnębiającego zaniedbania! Ale, po pierwszym zapale, jej dzielne zamiary z wolna zaczęły topnieć, jeden po drugim, niepostrzeżenie dla niej samej.
Jedenego dnia nie zrobiła tego, innego - tamtego...
- Zamiatałam wczoraj, można sobie dzisiaj darować... nie ma teraz ciepłej wody, jutro pozmywam wszystko razem... najpierw muszę pójść pomóc Tacie Karolowi... muszę zanieść żarcie świni i nasypać ziarna kurom... muszę przygotować chłopcom banki na jedzenie... Ale właśnie Dorotka chce czegoś ode mnie... biedna kruszyna, trzeba się z nią trochę pobawić, bo zanudzi się na śmierć... o rety, przecież nie nastawiłam jeszcze zupy!"
Kasia z Dzikiej Skały, Jacqueline Verly


Miałam dwie babcie - jedną z Kozin, drugą z Teofilowa, czyli mówiąc wprost i mniej dzielnicowo, a bardziej rodzinne, jedną ze strony taty, drugą ze strony mamy. Babcia z Kozin tworzyła wokół siebie chaosy i nieumiary. Zawsze u niej było mroczno, na parapetach i w pobliżu tłoczyły się gąszcze filodendronów i asparagusów, w szafach zalegały niezliczone pamiątki i papiery, w wielkiej torbie, którą zawsze nosiła ze sobą, upchnięte były po brzegi liczne woreczki foliowe z lekami, landrynkami, chustkami i okularami, w kuchni rzeczy zalegały w różnych miejscach, bo pewnie nie mieściły się już w szafkach. Chaos wprowadzał się od niechcenia, babcia często miewała bóle głowy, przeważnie siedziała, haftowała, trochę szyła i pięknie śpiewała rozmaite przedwojenne szlagiery.
Babcia z Teofilowa wprowadzała ze sobą ład i porządek. Przy niej żadna rzecz nie śmiała zalegać na wersalce (wtedy sofy akurat już przeminęły i jeszcze nie nastały ponownie), brudne garnki miały szanse siedzieć w zlewie jedynie przez czas obiadu, czyli najdłużej przez pół godziny. W szafie ubrania zorganizowane w najzwyczajnie równe kostki, w torbie nosiła małą portmonetkę i chustkę. Wprowadzanie ładu działo się  jakby od niechcenia i niezwykle szybko, przez większość część dnia babcia siedziała pod ogromną paprotką, żywo opowiadała historie rodzinne, uczyła mnie robić na drutach, słuchała radia, czytała albo patrzyła przez okno.

Czasem myślę, że jeżeli istnieją geny chaosu i ładu, to u mnie zostały one skrzyżowane - całe życie niedorosłe i dorosłe musiałam walczyć z chaosem, który podstępnie się namnaża i ujawnia się niespodziewanie oraz usiłowałam wprowadzać ład, bo w ładzie człowiek czuje się lepiej. Poza wartościami estetycznymi ma złudzenie, że od niego coś zależy i panuje nad światem.
Dlatego tak bardzo mi bliskie były udręki Kasi z Dzikiej Skały i dlatego tak bardzo jej współczułam niepozamiatanej podłogi, i tak bardzo się z nią cieszyłam z umytych okien i wypranych firanek.
Książka, wydana chyba tylko raz, kiedy ja miałam prawie tyle lat co tytułowa bohaterka, czyli dwanaście, oczywiście jest nie tylko o sprzątaniu. Jest to historia pewnej rodziny serowarskiej, w której umiera bratowa Kasi, osierocając trójkę małych dzieci. Jej obowiązki przejmuje Kasia, sama niewiele starsza od bratanków i bratanicy. Brat Kasi, Karol ciężko pracuje przy wyrobie serów, ale coraz częściej smutek i rozpacz po stracie żony topi w alkoholu. Na Kasię spada więc opieka nad dziećmi, oporządzanie zwierząt, gotowanie, sprzątanie, pranie - praca nad siły.

Wszystko to się dzieje w Alzacji, w końcu XIX wieku, w tle mamy piękne góry zimą i wiosną opisane z nieprzegadaną precyzją. Autorka nie skąpi nam również innych, ciekawych detali - jawią się więc nam przed oczami jak żywe różne domowe sprzęty, góralskie troby, sita do serów, łyżka do śmietany, różowe świnki ze słodkiego ciasta, karuzela i obraz przedstawiający historię Genowefy Brabanckiej w nadobnych kolorach (którą to historię i jej kolory podziwiał też mały Marcel Proust), kupiony przez Kasię na jarmarku. W połowie powieści pojawia się postrach dzieci - stara, zdziwaczała Lenora - Węglarka i zarazem Zielarka razem ze swoimi kozami i, jak możemy się domyśleć, odegra kluczową rolę w cięzkim życiu Kasi.
Dobrze było wrócić do tej książki teraz, dobrze i zabawnie, bo teraz jestem prawie w wieku Lenory. Ciekawe doświadczenie.

"O świcie śnieg przestał wreszcie padać, wziął mróz i wszystko dokoła iskrzyło się jak kryształ.
Spoza domu wschodziło słońce i niebo w tamtej stronie było jasnożółte. Lecz najpiękniejsze odblaski kładły się naprzeciwko, na ośnieżonych szczytach, z których noc dopiero się zsunęła. Była to prawdziwa feeria świateł o różowych i złotych odcieniach. Kasia postawiła wiadro z mlekiem pośrodku podwórza i, odgarniając wierzchem dłoni pasmo włosów sprzed oczu, zapatrzyła się, oczarowana roztaczającym się przed nią widokiem. Albowiem nic, żadne zmęczenie, żadne strapienie, nie mogło przyćmić w niej wrażliwości na piękno.
- Jak ślicznie... - westchnęła cichutko"

U nas chwilowo nic nie pada, chwilowo też nie ma mrozu, jest za to dużo liści, co mogłam naocznie stwierdzić, jadąc z Czajkomężem do lasu. Zabrałam czarny sweter gotowy w niecałej połowie i wełniany brązowy komplecik, żeby się załapały na zdjęcia w plenerze, bo zdjęcia oczywiście były. Teraz nie może nie być.

Zatem liście w tle, gotowy komplecik i niegotowy sweter:







Kasię zakładam zakładką, która już tu chyba była, ale jest właśnie prosto z Alzacji, więc nie mogła byc inna.


Jakie buty! :))



Już właściwe chciałabym zimy i żeby sobie siedzieć w własnoręcznie zrobionych mitenkach i ogrzewać się gorącą herbatą, czego i Wam życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! :))

Ps. Na pierwszym zdjęciu też jest moje dzieło - najpierw był to komin trawki, ale za szeroki, nie chodziłam, miałam wyrzucić, ale szkoda mi było, bo z trawki strasznie niewygodnie się dzierga. W końcu zaszyłam w niego wałek, o który opieram książkę czytając - świetny patent, nie trzeba trzymać w rękach. :))

niedziela, 4 listopada 2018

Fotel z betonu

"Powiedział mi pewnego razu: Człowiek nie powinien nigdy myśleć tylko o jednej rzeczy, bo od tego można zwariować. Trzeba myśleć o tysiącu różnych spraw, trzeba mieć zamieszanie w głowie..."
Podróż włoska, Johann Wolfgang Goethe


Dlatego, żeby nie zwariować, zaczęłam myśleć o fotelu. Bo z nim wiąże się cały szereg różnych spraw. Jaki wybrać kolor, jakie oparcie, gdzie go kupić, za ile, kto wniesie i gdzie się zmieści.
Ale może zacznę od początku. Dawno, dawno temu, czyli w zeszły czwartek (a właściwie w jakiś czwartek ponad dwa lata temu) pozyskałam mały pokój do uprawiania hobby. Wprowadziłam się do niego na długie godziny dzienne i wieczorne, zostawiając duży pokój wraz z moim fotelem do czytania i Czajkomężem. Nawet jeszcze nie zdążyłam przenieść wszystkich włóczek i drutów, kiedy Czajkomąż włączył sobie na cały regulator telewizor ze swoimi ulubionymi serialiami i tak pozostał w głośności. Czytać się tam już nie dało. W moim pokoju hobby miałam różne meble (nawet w nadmiarze), ale fotela nie. I jakoś z czasem okazało się, że mało czytam. A jako że wolno myślę (tytuł mojego bloga jest na to dowodem), niedawno mnie olśniło, że mało czytam, bo nie mam gdzie.
I jak poeta radzi, zrobiłam sobie zamieszanie w głowie.

Łatwo nie było. Czajkomąż bowiem, jak na stereotypowego mężczyznę przystało, zmian nie lubi. Dla niego nawet papierek po cukierku rzucony z wdziękiem na ławę, po dwóch sekundach zyskuje status tubylca, zasiedziały i niepodważalny, cóż dopiero mówić o kupionych dwadzieścia lat temu zasłonkach w tonacjach beżowych, regaliku jasny brąz, biurku ciemny beż czy też kładzionej piętnaście lat temu ale pieczołowicie farbie w kolorze piaskowym. Wszystko to w umyśle takiego mężczyzny zastyga niczym beton jakiś i właściwie wcale mnie nie dziwi, że Edison wymyślił dom odlewany z betonu (łącznie z wanną, fotelami i kanapą), bo taki właśnie dom ma w głowie stereotypowy mężczyzna. Niezmienny i stały.
Każda zmiana, to ból, męka i frustracja i co tam brak fotela. Nie ma mowy.
Nie pozostało mi nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce i postawić Czajkomęża przed faktem dokonanym. Od dłuższego czasu uprawiam z zapałem minimalizm, więc śmiało mogłam się pozbyć części mebli uwolnionych od nadmiaru rzeczy. Zamówiłam więc fotel, zamówiłam przeprowadzki i czekałam, co będzie.

Łatwo nie było. Otóż powiem od razu, że wystrój wnętrz nie jest moją mocną stroną i w sumie najśliczniejsze w moim mieszkaniu są półki z książkami. To znaczy moim skromnym zdaniem, bo ustawiam książki według wzrostu, co może budzić niesmak u znawców. Zatem oszałamiającej przemiany przed i po nie będzie. Cały czas jestem przed domniemanym remontem. Ale biorąc pod uwagę jak strasznie było przed (do czego też przyczynił się fakt, że najpierw przywieźli fotel, potem wywieźli niepotrzebne meble, co nie jest najlepszym rozwiązaniem i ogólnie nie polecam),


to ze stanu po jestem bardzo zadowolona.


Jak widać, mam też lampę, bo fotel w ciemnościach to kiepski patent. Oczywiście natychmiast władowała się na niego Bubulina z koleżaneczkami.


Ze fotela mam widok na biblioteczkę podręczną i biurko.



Lustro w tym miejscu to świetna sprawa - podwaja ilość książek. :D






Żeby mieć swój fotel przy oknie, podnóżek i lampę przeniosłam tam i z powrotem dziesiątki kilogramów włóczki i książek. Włóczka jest ciężka, ale książki są jeszcze cięższe. Wielu, wielu się pozbyłam, najłatwiej podejmować takie decyzje podczas remontów czy przeprowadzek. Chcę, żeby zostały ze mną te najlepsze. te, które się chce natychmiast czytać, kiedy się je bierze do ręki, żeby je odkurzyć czy przeprowadzić na drugą stronę pokoju.
Takie jak album zdjęć Zofii Nasierowskiej. Ona robiła zdjęcia w podróży, a jej przyjaciel wybrał do zdjęć cytaty z dzieł klasycznych. Zastanawiam się, jak to robił - czy patrzył na zdjęcie i od razu na myśl przychodził mu odpowiedni passus, czy patrzył na zdjęcie, a potem przeglądał książki, szukając. I cytaty i zdjęcia nabrały drugiego, głębszego wymiaru. Jest w nich dużo prawdy o ludziach i dużo piękna uchwyconej chwili, tuż zanim minie. Dobrze jest usiąść z tym albumem w fotelu - poczytać i popatrzeć.

A książki są ciężkie. Nie warto mieć wszystkich i nie warto chcieć wszystkie przeczytać. Muszę zostawić sobie tylko te ulubione. Tak samo z kubeczkami. Na starość zostawić sobie tylko parę ulubionych. Żeby mieć czego pilnować.


W czasach przemiany meblowej też oczywiście dziergałam, ale czarne cały czas, więc słabo widać.
A tak w ogóle, to fajnie jest mieć fotel z podnóżkiem, lampę i filiżankę herbaty. Dobrą książkę, czego i Wam życzę.
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 28 października 2018

Praktyki nie bardzo filozoficzne

"Czy sądzisz, że jest rzeczą filozofa dbać o tak zwane przyjemności; takie jak pokarmy i napoje?"
Platon, Fedon za "Antropologia praktyk kulinarnych. Szkice"


Może i nie jest jego rzeczą dbać, zwłaszcza, kiedy lato, upały, słońce, wtedy wystarczy jakiś listek od roszpunki, czy innej rukoli, lemoniada z lodem pokruszonym i można całkiem nie dbać. Inaczej za to sprawa wygląda w przededniu listopada, kiedy szaruga dzwoni o szyby, wiatr gałęziami szarpie i zimnem zawiewa. W ponury dzień jesienny z Sokratesem mniej się zgadzam i myśl o jedzeniu coraz śmielej się snuje nad garnkami różnymi. Zupa z dyni, kolorowa i wesoła, pasta z sosem gęstym i doprawionym słusznie, szarlotka z jabłek jesiennych, wino z winogron wrześniowych - do takiego zestawu książka o jedzeniu pasuje nad wyraz.
Okazuje się zresztą, że jedzenie wymiar ma szeroki i przeróżny, kulturowy, kulturalny, społeczny i socjologiczny, sakralny i świecki, jednym słowem, wstydzić się nie ma co, bo nawet taki ziemniak może być "czynnikiem modernizacyjnym", a nie tylko częścią główną placka ziemniaczanego czy purre.

Na Szkice składają się różne artykuły z jedzeniem w roli głównej, czytałam je zupełnie nie po kolei, bo niektóre z nich były dla mnie mniej ciekawe albo pisane zbyt naukowo. Większość jednak - fascynująca. Przeogromne spectrum tematów i spojrzeń. Od pieczęci sumeryjskich, przez wczesne klasztory chrześcijańskie, przez rzucanie jajkami na Pradze, solenie dorszy, jedzenie klejnotów, realizm magiczny w płatkach róży, baby drożdżowe Słowackiego, Ucztę Platona i Ucztę Babette aż po śledzie, flaki i ziemniaki. Przy czym możliwość zastosowania ziemniaka osobiście mnie oszołomiła. Nie wiedziałam, że walczono o jego miejsce na naszych stołach i nawet Mickiewicz go reklamował w poemacie (nie skończonym, nad czym chyba nie należy ubolewać przesadnie).

Dowiedziałam się więc różnych rzeczy, nawet tego, że moją żałośnie małą kuchnię zawdzięczam towarzyszowi Leninowi, który w ramach uwalniania kobiet od rondli i pieluch, przewidział żywienie się w restauracjach i barach. Wizja przyjemna, szkoda, że się nie sprawdziła i poza wodą na herbatę, gotować w niej muszę owe zupy z dyni i szarlotki piec.
W przerwach między jedzeniem a czytaniem o jedzeniu, dziergam ażurowe warkoczyki mojego merinowego swetra w kolorze czarnym. Niby mają nadejść upały, ale nie na długo przecież. Sweter ma budowę nadzwyczaj skomplikowaną - dzierga się najpierw prawy kołnierz, potem lewy, potem trochę tyłu, nastepnie trochę różnych przodów. Niespodziewanie dla mnie, dałam sobie radę (pewnie dzięki opisowi Hani głównie, który jest bardzo, bardzo klarowny) i mam teraz sporą część swetra, w której wszystko jest na swoim miejscu - kołnierz, plisa i otwory na rękawy (dwa, co mnie bardzo zadowala).

Tymczasem pada deszcz.



Praktyki kulinarne zakładałam zakładką Muminkową, kupioną w Empiku w Jeleniej Górze (wiadomo przecież, że kiedy się jedzie na ekologiczny targ w górach, to pierwszy na trasie jest Empik).
Byłam przekonana, że ona do jedzenia nie bardzo pasuje, a tu proszę - jakby osobiście jakiś Sumer ją wyrzeźbił w czas bankietu:



Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze. Mam jeszcze trochę wina, czego i Wam życzę - dobrego dnia! :))

sobota, 20 października 2018

Zima i inne pory

"ten kamień (tzn. kamień winny) palą w garncu do pieca wstawiwszy, iż będzie szczery wągiel, ono węgle stłukszy, w barchanowym worku do piwnice wieszają, z tego olej wykapie piękny. Ten olejek wiele szkaradności z lica ściera i krosty leczy."
Z Herbarza Marcina Siennika


Ale ja nie o tym chciałam. Nic nie czytam, olejów nie zbieram z barchanowych worków, szkaradzieństw na licach przesadnie nie zwalczam, siedzę i koc temperaturowy kończę.
Dodziergałam do sylwestra, bo nie godzi, żeby rok bez sylwestra się kończył. Złapałam za szydełko, żeby mu brzegów gustownych przydać, popłakałam się pięć razy. Brzegi produkowałam szydełkiem cienkim, grubym, nitką jasną, czerwoną, ciemną, pojedynczą, podwójną, półsłupkiem, łańcuszkiem, słupkiem - wszystko na nic, bardzo niegustowne się wydawało. Po trzech dniach wróciłam do pierwszej koncepcji - nitka jest jasna, szydełko cienkie, na koniec oczka rakowe. Nawet podoba mi się.
Potem tylko ukręciłam i przystrzygłam pompony. No i jest. Siedziałabym w nim non stop, ale w domu gorąco. Leży więc złożony w kostkę i weseli się pomponami.
Mam w planie zabrać go na spacer i sfotografować w naturze, na razie pokazuję w pieleszach domowych. O książkach i pigułkach będzie w następnych odcinkach. :)

Przystrzyganie pomponów:

Pompony przystrzyżone i przywiązane:


Wykańczam w skupieniu:

 

Ja pod kocem:

i za kocem:


Bubulina na horyzoncie:


Koc solo w ogóle:


i w szczególe:



 Dane techniczne:
Temperature blanket, czyli kocyk temperaturowy. Obejmuje rok 2017 od pierwszego stycznia do trzydziestego pierwszego grudnia. Wygląda na ciepły klimat i że zimno jest tylko na brzegach.
Robiłam drutami nr. 4 z czterdziestki firmy Arelan (40% wełny i 60% akrylu)
Ścieg tkany.
Koc mierzy 2m 4cm długości i 1m20cm szerokości.
Waży 1197g razem z czterema pomponami.
Robiłam go od czerwca. :D
 Dziękuję za odwiedziny i za przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :))

niedziela, 14 października 2018

Ażury i pompony ozdobne

"Ania zobaczyła, że Kicia bawi się w panią robiącą na drutach, jak to sama nazywała. Miała kłębek mocno przybrudzonej różowej włóczki i kościane druty. jej krótkie nóżki, w białych skarpetkach i pantofelkach zapiętych na pasek, poruszały się w takt pracowitego postukiwania drutów; od czasu do czasu marszczyła okrągłą buzię, odymała wargi i liczyła oczka."
Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami, Clare Compton


Cukiernię kupiłam skuszona serią Mistrzowie Ilustracji, ilustrowała ją Maria Orłowska-Gabryś. Już na okładce jest apetycznie - kuliste imbryki w wiśnie, cukiernice, łyżeczki, wałki, które nieodmienne zapowiadają coś słodkiego (odrywamy się tu od innych, małżenskich zastosowań), w środku podobnie grube, zamaszyste, fantazyjne kreski, które składają się na precyzyjne obrazy dziewczęcych warkoczy z ogromnymi kokardami, pękate kubki i dzbanki. Ilustracje tak charakterystyczne, że od razu przeniosły mnie w czas moich dawnych lektur.
Natomiast sama "Cukiernia..." jest dobra, ale nie pyszna (dobre, ale nie pyszne - tak opisała swoje wrażenia wnuczka profesora Raszewskiego, wypijając atrament).
Jest to sympatyczna historia dwóch sióstr, które niespodziewanie muszą spędzić pół roku u swojej nieznanej ciotecznej babki Zofii. Jadą tam pełne obaw i czytelnik w pełni te obawy podziela, zwłaszcza, że już wie z dośwaidczenia, jaki przebieg mają podobne historie.
Tymczasem jest zupełnie inaczej - dziewczynki trafiają do świata pełnego miętowych guziczków, drożdżowych babeczek, grzanek z masłem i herbaty, jak to w Londynie, bo właśnie w Londynie mieści się tytułowa cukiernia, której pierożek po przetłumaczeniu brzmi conajmniej dziwnie, no ale ja sie nie znam za bardzo, więc nie wiem, dlaczego placek z wiśniami stał się pierożkiem cukierniczym.

Poza wypiekami, mamy tu trochę książek, teatr, Szekspira, nawet dentystę (ale zupełnie bezbolesnego), wiatr porywisty nad morzem, zmoknięte parasole, no i druty, na których nie tylko udaje, że robi Kicia, ale naprawdę robi ciocia Klocia. Sympatyczna, lekka książeczka, w sam raz na jesienne wieczory, raczej dla małych dziewczynek, dorosłym nie polecam, chyba, że ktoś lubi ilustracje pani Marii i chce się poczuć na nowo małą dziewczynką.

Polecam za to robienie na drutach, niekoniecznie z przybrudzonej włóczki.



Włóczka ze swoimi frywolnymi włoskami, przewija się cicho przez palce i zawija magicznie w kolejne pętelki, niczym dnie i noce w kalendarzu. W moim temperaturowym kocyku już grudzień (bo to kocyk ubiegłoroczny jest), zrobiło się chłodno, więc zielono. Jeszcze tylko kilkadziesiąt rzędów i będę szydełkować brzegi i wytwarzać kolorowe pompony. Bo pompony dużo uroku dodają wszystkiemu, a kocykom zwłaszcza.
Dlatego mój drugi skończony projekt (profesor Bralczyk pewnie by się zgorszył, więc może powiem robótka), zatem moja druga, w ramach kończenia robótek, ukończona robótka jest malutką chustą, czapką z lokalizatorem (jak to trafnie określił kolega z pracy, kiedy w niedawny ziąb weszłam w niej do firmy) i a'la mitenkami (włąściwie to ocieplacze nadgarstków, uwielbiam je i można je zakładać na rękawiczki). Chustę ozdobiłam własnoręcznie trzema pomponami z bólem serca (bo pompony włóczkożerne są, a włóczka droga była, zakupiona w chwili niemieckiej słabości delegacyjnej). Czapka ma pompon kupny, ale jakże modny w kolorze.
Wszystko to wdziałam na siebie i na Bubulinę, które po długiej nieobecności z radością wepchnęła się wszystkimi swoimi okrągłościami w kadr i pozowała, jak zwykle wdzięcznie i gustownie.





Włóczka Yak Tweed firmy Lang, pół na pół wełna jaka i merynosa - bardzo mi się podoba, nie gryzie, ale ma ten charakterystyczny wełniany dotyk, ciepła i oddychająca. Jak nie cierpię czapek, tak w tej mogłabym chodzić bez przerwy (i pompon nie jest tu kluczowy).
Ma oczywiście wady, a konkretnie dwie - droga i mało wydajna. Ale już zbieram sobie w skarbonkę na sweter. Może na gwiazdkę? Kto wie.

W nagrodę za skończenie kompletu tweedowego, nabrałam dziś na druty czarne merino. Będzie sweter, taką mam nadzieję, bo konstrukcja wyrafinowana i trochę się boję - Softly Hani Maciejewskiej.
Ażurek zapowiada się bardzo ozdobnie, oczywiście na czarnym mało widać:



Cukiernię zakładałam małą zakładką magnetyczną w subtelne wzorki:


Za oknem niespodziewanie pogoda, słońce, wiatr, suche liście szeleszczą, jesień ze swojej najlepszej strony.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! :D

niedziela, 7 października 2018

Spacer na wietrze i inne przyjemności


 Szwedzi mówią o gökotta, czyli o wstawaniu rano, żeby usłyszeć pierwszy śpiew ptaków, Norwegowie o friluftsliv - życiu zgodnie z naturą. Bardzo podoba mi się też holenderskie słowo uitwaaien, które oznacza spacer na wietrze dla przyjemności."
Tim Lomas, brytyjski psycholog w wywiadzie dla Przekroju

 Co prawda wstawanie o czwartej rano budzi raczej zdecydowany sprzeciw i o tej porze większość z nas ma kłopot z docenianiem piękna ptasich treli, ale już spacer na wietrze, czy japońskie kąpanie się w lesie (shinrin-yoku) wywołuje znacznie większy entuzjazm. 
O nieprzetłumaczalnych słowach opowiada właśnie w tym wywiadzie Tim Lomas. Szuka ich w różnych językach, zbiera i zastanawia się, co one mówią o danej społeczności. Opowiada, jak słowa wynikają z kultury, religii czy klimatu i jak zmienia się ich znaczenie, kiedy zostają przeniesione do innego kraju.

Dla mnie niezwykle ciekawe jest patrzenie na poszczególne słowa w sposób tak niezwykle wnikliwy, nie ograniczający się do samego słownikowego znaczenia, ale osadzanie tego słowa w szerokim kontekście z różnymi tłami. Tak jakby opisywanie liścia nie ograniczać tylko do koloru, ilości nerwów i pola powierzchni, ale opisać gałąź na jakiej rośnie, drzewo, z jakiego ta gałąź wyrasta, mech na korze, leśne ścieżki i pomykającą sarenkę czy zająca. Rozkładamy się na kocu, z herbatą w termosie, z robótką w torbie płóciennej, patrzymy na słoneczne plamy i możemy sobie pomyśleć o takich słowach rodzimych, nieprzetłumaczalnych, a które oznaczają rzeczy i stany przyjemne (nieprzyjemne raczej przychodzą do głowy, kiedy stoimy w zakorkowanych spalinach albo stoimy na przystanku w zimny deszcz, a bus nie przyjeżdża).

Musimy takie słowa wymyślić, bo Tim Lomas z polskiego podaje tylko poprawiny, przyjemne skądinąd, ale nie wiem czy bardzo chwalebne.
Gdybym była narodem, albo całą kulturą, to wymyśliłabym sobie taką na przykład pogwiazdkę. Pogwiazdka oznaczałaby siedzenie w fotelu z otwartą książką, kiedy naczynia po wigilijnej kolacji są już pozmywane, serniki upieczone, bigosy i szynki świąteczne nagotowane, a prezenty poukładane w zgrabne stosiki. Albo taką zaszybę, która oznaczałaby siedzenie w fotelu z otwartą książką, kiedy kaloryfery cicho szumią, lampa się świeci łagodnym światłem, a za oknem pada zimny deszcz.
Albo (w nawiązaniu do szwedzkiej gökotta) taki dokocyk, który oznaczałby wstawanie rano, żeby dziergać kolejny rząd kocyka z ciepłej wełny o włoskach ozdobnych i kolorach żywych.
Albo alakotę, która oznacza leżenie w ciepłym miejscu i delektowanie się drzemką a'la kot.

Możemy też, skoro już siedzimy w lesie i nie mamy pilnych obowiązków, nie wymyślać nowych słów, ale dobudowywać sobie tła, okoliczności i skojarzenia do słów już wymyślonych. Bo na przykład miedza oznacza przecież nie tylko granicę między obszarami rolnymi, ale nieodłącznie z zakurzoną ścieżynką wśród zbóż, czy ściernisk, z nieodłączną gruszą na tle nieba, z Rzędzianem i jego procesem. 



Tymczasem dzięki moim codziennym dokocykom, moja robótka rośnie i przybywa. Jestem już na początku listopada, w dodatku dzięki swojej niespodziewanej pomysłowości, mam pochowane luźne nitki w gustowne pęczki. Przeraziła mnie wizja miliona nitek do ukrycia na koniec roboty, grzecznie więc chowałam je systematycznie i prawie ich nie widać: 
 

Artykułu w Przekroju niczym nie zakładałam, więc zamiast zdjęcia z zakładką może być zdjęcie, które ilustrowałoby słowo oznaczające spacer po górskiej ścieżce niedzielnym wieczorem  i niemyślenie z niechęcią o nadchodzącym poniedziałku:


Byłoby to całkiem prawdopodobne, gdybyśmy pracowali w takiej gospodzie:


Szczęściarze. W poniedziałki mają zamknięte.
Dziękuję bardzo za odwiedziny, uskrzydlające komentarze. Dobrego dnia! :D

niedziela, 30 września 2018

Leżenie na mchu


"Nigdy, nigdy nie znudzą mi się te pachnące w słońcu sosny, to leżenie na mchu i patrzenie na niebo z przepięknymi, białymi, letnimi obłokami. A te wieczory, ta najrozkoszniejsza pora, kiedy (zwłaszcza po upalnym dniu) nagle przychodzi takie dziwne uspokojenie, bydło wraca z łąk, pachnie mlekiem, podlewają kwiaty, niebo różowieje i jest jakieś coraz bardziej wysokie...
Naprawdę wtedy czuję się jak dziecko, napełniona jakąś błogą, rozpierającą, nie uzasadnioną radością. A potem te noce zapadające powoli, gwiazdy zapalające się, wiatr ustaje zupełnie, osiki nawet nie drżą, słowiki zanoszą się od śpiewu, a z daleka żaby, psy poszczekują, całe to nieskończenie banalne, a zawsze tak samo piękne, tak nieskończenie piękne scenarium, to widowisko dane nam ku największej naszej radości (les joies gratuites, jak mówiłysmy z Casellą), które nigdy nie przestanie nas zachwycać."
Dzienniki, Anna Iwaszkiewicz

Poza ślicznymi passusami o przyrodzie, uroku lata i srogości zimy, w Dziennikach było również dużo o muzyce, (Iwaszkiewiczowie przyjaźnili się z Karolem Szymanowskim, a Anna grała na fortepianie), dużo o literaturze, w tym bardzo pięknie o Prouście, trochę o literatach, trochę o podróżach, budzącym się faszyzmie. Dużo refleksji i spostrzeżeń różnej natury.
Wszystko podane w formie bardzo eleganckiej, subtelnej i kulturalnej. Język niewymuszony, zgrabny, różnorodny i tak naturalnie poprawny.
Czytając czułam się tak przyjemnie, jakbym osobiście siedziała w dobrym towarzystwie, na werandzie, świeże kwiaty w wazonie, lekkie wino w kieliszkach, no i te słowiki w zaroślach.
Jedyny zgrzyt to właśnie ekskluzywność dobrego towarzystwa i bardzo przykre sądy o ludziach prostych, którzy dla autorki byli po prostu ludźmi prymitywnymi. Co zresztą wywołuje pytanie o ekskluzywność sztuki w ogóle. I z czym to się wiąże.

A ja niespodziewanie długo siedziałam w rzeczywistości, tak długo, aż lato się skończyło, słowiki poleciały do lasów deszczowych, a noce teraz zapadać będą coraz częściej.
Rzeczywistości miałam różne i przeważnie przyjemne. Na samym jej początku spotykałam się z ludźmi zaczytanymi, czyli byłam na biblionetkowym zlocie. Zlot polega na tym, że trzy dni przemieszcza się albo pozostaje przy stołach i ogniskach w mniejszych i większych grupach i nieustająco rozmawia się o książkach, albo o sklepach z książkami, albo o półkach na książki, albo o fabułach w książkach. Jednym słowem o nałogu czytania i jak się z niego nie leczyć, bo jest taki przyjemny.
Na zlocie lansowałam swój niedawny urobek rękodzielniczy i powiem nieskromnie, że bardzo był podziwiany. 


Warto zwrócić uwagę również na okoliczne koszulki - dwie bardzo książkowe i jedna bardzo podróżnicza.

Po zlocie miałam urlop i wtedy już w ogóle nie rozmawiałam o książkach, ale czytałam i robiłam na drutach różne rzeczy jedwabne i merynosowe.
Piłam też herbatki w malowniczych knajpkach, chodziłam na wystawy, targi ekologiczne, zwiedzałam wirydarze, jadłam domowe chleby i miody oraz wdychałam świeże powietrze jeleniogórskich lasów bukowych.








 Język polski jest tak prześliczny:


a wyznawcy trendów eko mają ciężko, bo muszą jeść omszałe torty i myć zęby trawiastymi proszkami.


Po urlopie wróciłam w domowe pielesze, zapadłam na nieżyty górnych dróg, zwane powszechnie katarem i kaszlem, leżałam więc otoczona chustkami, syropami, dużymi ilościami witamin oraz herbat gorących.
Przeważnie kichałam, ale trochę też myślałam o porządkach i nieporządkach. Co prawda, Anna Iwaszkiewicz pisała, że "pojęcie nieporządku jest właściwie fikcyjne, widzimy zawsze jakiś porządek, tylko czasami inny niż ten, którego się spodziewamy", jednak nie udało mi się tej teorii wcielić w życie, bo kiedy patrzyłam na niedokończone od roku mitenki, jakoś nie pocieszał mnie fakt, że one są skończone, ale w innym stopniu, niż się spodziewam.

Nie można bez końca leżeć na mchu, przemogłam słabości, zawzięłam się, kończę pozaczynane robótki i ogólnie wprowadzam porządki. W dzisiejszym odcinku szare, alpakowe, jedwabiste w dotyku mitenki w sam raz na październikowe stukanie w służbową klawiaturę:




Sesja była bardzo niespodziewana, ale nitki już są pochowane.
Jestem tak zadowolona z siebie i ze swoich zdecydowanych poczynań, że w nagrodę kupiłam sobie kilogram wełny miłej w dotyku i niegryzącej.
Czekam więc na paczkę, tymczasem nowa robótka pięknie komponuje się kolorystycznie z moim nowym nabytkiem ceramicznym. Jak widać, trudno wrócić z podróży bez świeżo nabytych skorup dużej piękności. Tak samo trudno siedzieć w porządkach zupełnie bez paczki.

Dzienniki zakładałam śliczną niemiecką zakładką:


Proust, stosik książkowy i filiżanka dobrej herbaty - idealny zestaw październikowy, czego sobie i Wam życzę.

Dziękuję za wizyty i za przemiłe komentarze (lecę jeszcze odpowiedzieć na nieodpowiedziane, przepraszam, że tak długo). Dobrego dnia! :)