niedziela, 20 stycznia 2019

Czajka bez paleo


"Zdarza się, choć bardzo rzadko, że dopisuje mi szczęście i mogę je [szaraki] zobaczyć, jak siedzą obok kupki kolorowych jaj w małej jamce w ziemi. To naprawdę osobliwy widok. W okresie godowym zające często można dostrzec koło jaj, a dołek, w którym je złożono, wygląda, jakby je wykopały zajęcze łapy. W całej średniowiecznej Europie istniały legendy o zającach składających kolorowe jaja, by uczcić nadejście wiosny. Te mity przetrwały do dziś i łatwo zrozumieć dlaczego. Zające wychodzą na pola wiosną, by figlować i spółkować. Równocześnie na tych samych polach pojawiają się zagłębienia, które wyglądają, jakby je wykopały zajęcze łapki. Ponieważ widać w nich jaja, a obok siedzą zające, wniosek nasuwa się sam."
Wściekły kucharz, Anthony Warner

Źródło: https://e-kartki.net.pl

"Ta historia jest tak przekonująca, że wpisała się na trwałe w naszą kulturę. Choć figlarne zające wyewoluowały w nieco złowrogą postać królika dorównującego wzrostem człowiekowi, jaja zaś zamieniły się w tanie, owinięte złotkiem czekoladki w kubkach z logo producenta, ludowa opowieść przetrwała. Opiera się ona jednak na nieporozumieniu, bo – jak mam nadzieję – wszyscy wiedzą, że zające nie składają jaj. Jaja, które widzę podczas porannego biegu, nie zostały zniesione przez rozdokazywane szaraki, tylko przez jeszcze trudniejsze do wypatrzenia czajki. Choć w zasadzie są to ptaki błotne, na wiosnę odwiedzają pola wzdłuż mojej trasy biegowej. W porze lęgu wybierają te same otwarte pastwiska, które zamieszkują zające. Czajki są jednak bardziej płochliwe niż ich sąsiedzi i znikają, zanim podstarzali biegacze ze swoimi psami zdążą się zbliżyć. To dlatego obok kupki jaj częściej można zobaczyć szaraka niż czajkę, która je złożyła."
Wściekły kucharz, Anthony Warner

Oczywiście sama książka nie jest o zającach ani, tym bardziej, o czajkach. Na tym wdzięcznym przykładzie Warner opisuje dowcipnie i żywo jeden z naszych mózgów, mózg odruchowy (zwany mózgiem Homera, niestety Simpsona) i wyjaśnia, dlaczego tak lubimy nim myśleć w przeciwieństwie do drugiego naszego mózgu refleksyjnego. Jak łatwo można wykoncypować, refleksja wymaga większego wysiłku (a czasem znajomości chemii i różnej innej wiedzy tajemnej), zajmuje więcej czasu, na ogół jest mglista i płocha (niczym czajka), a zatem trudniejsza we wnioskach.
Za to odruch jest szybki, bezbolesny, umieszcza nas od razu w jasnych zasadach i oświeca prawdą. Warto sobie jednak przypomnieć, że jak mawiali najstarsi górale, w tym ksiądz Tischner, są trzy prawdy: "świento prawda, tys prawda i gówno prawda"

W zasadzie książka nie jest o mózgach. Jest natomiast o prawdach, a najbardziej o tej trzeciej, którą można też nazwać bardziej elegancko nieprawdą. Mówiąc precyzyjnie, książka jest o tym, która z modnych obecnie diet opiera się na zasadach prawdziwych, a która na nieprawdziwych. Zasady prawdziwe, czyli w tym przypadku nie tyle święte, co naukowe i potwierdzone klinicznie. I w tym momencie każdy wyznawca odtruwania, głodówek, każdy wróg cukru, każdy wielbiciel oleju kokosowego, zielonych koktajli, produktów kwaśnych, zasadowych czy wręcz paleologicznych nie powinien czytać dalej, a już zwłaszcza nie powinien czytać "Wściekłego kucharza". Okazuje się bowiem, że żadna z omawianych tu diet nie została potwierdzona w sposób naukowy.
Co prawda, jako cicha wielbicielka diety paleo, wydawałoby się takiej logicznej w świetle powolnej ewolucji, przeżyłam lekturę mimo złośliwego wyśmiania owej diety przez naukowe czynniki (w dodatku dowiedziałam się o przypadkach spożywania całymi miesiącami mrożonych mamutów, co jakby mój entuzjazm lekko schłodziło), przeżyłam lekturę, ale może jestem po prostu mało wrażliwa.

Poza tym myślę sobie, że zawsze warto na obrazek zająca z kolorowymi jajkami spojrzeć ostrożniej i jeśli nawet czajki w ogóle nie widać, nie przyjmować wszystkiego na wiarę.
Po obdarciu nas z naszych pięknych złudzeń, że panujemy nad sytuacją jedząc zielony jarmuż posypany różową solą himalajską, Warner niewiele daje nam na dalszą drogę. Otóż bowiem właściwie jedyną pewną rzeczą w jedzeniu jest, żeby jeść niedużo i rozmaicie. I żeby nie odbierać sobie w całości cholesterolu, bo zawsze potem może się okazać, że jest on nie tylko zły, ale dobry też. Reszta jest niepewna.
O ile właściwie wszystko było dla mnie intuicyjnie i refleksyjnie przekonujące, o tyle z jednym się nie mogłam zupełnie zgodzić, a mianowicie z jego pochwałą żywności przetworzonej. Po prostu nikt mnie nie przekona, że paczkowane pierogi są lepsze niż domowe (oczywiście nie biorę tu pod uwagę moich pierwszych w życiu ulepionych własnoręcznie pierogów, te faktycznie były zdecydowanie gorsze). Co prawda nie chciałabym osiem godzin dzienne kręcić żarnami ziarna z doniczki, ani hodować na firmowym trawniku (prywatnego nie mam) krowy, żeby pozyskać domowe twarogi, ale gołym okiem widać, że jakość gotowej żywności jest bardzo różna, więc wynoszenie jej pod niebiosa w całości jest nieco pochopne.

Mogłoby też nie być tych kilku mocnych wyrazów, rozumiem że to wyraz irytacji autora na ogólny pęd ludzi do szkolenia się w Googlach i na popularnych blogach w tak ważnej kwestii jak zdrowie i pożywienie.
Z nabytym niewielkim kosztem świeżym spojrzeniem na świat, wzięłam się w garść i zaczęłam drugą skarpetkę, a nawet prawie ją skończyłam - brakuje pół ściągacza i pięty. Cieszę się, bo mrozy idą ponoć.
Skończyłam też układanie zakładek, Gdyby ktoś chciał wykorzystać stosowany przeze mnie patent, to poniżej zdjęcie nieomal instruktażowe:
1. Wycinamy nożykiem łuki, uważając pilnie, żeby pod spodem nie było naszego ręcznie haftowanego obrusa, ale podkładka:


 2. Wsuwamy zakładki w wycięcia:


3. Wsunięte wkładamy w koszulki segregatora i uzywamy do zakładania książek albo do poprawy nastroju w pochmurne dni:


Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! I rozmaitego, bo rozmaite jest zawsze najlepsze. :D

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Kolejkowe priorytety

"Co muszę zrobić, aby z wielu nagromadzonych przedmiotów utworzyć zbiór? Czego szczególnego muszę dokonać, aby wiele przemienić w jedno? Odpowiedź brzmi: Nic! Niezależnie bowiem od tego, czy proces, w którym wiele rozproszonych rzeczy znalazło się obok siebie, jest zdarzeniem naturalnym, czy też moim świadomym działaniem – w każdym przypadku tworzenie się nowej rzeczy, czyli zbioru, jest czymś, co dokonuje się samo przez się, jeśli tylko wiele rzeczy znajdzie się wystarczająco blisko siebie.”
Zbieranie, Manfred Sommer


Powinnam zacząć drugą skarpetkę, żeby nie ulec syndromowi jednej skarpetki i pozostać z jedną. Powinnam zacząć drugą skarpetkę i to mimo tego, że pierwsza mnie nie olśniewa, jak powinna z założenia olśniewać, formę ma w sumie wdzięczną, ale nie nad wyraz, włóczkę ma niby wełnianą, ale zgrzebną trochę. No ale, chcąc być systematyczną i niegołosłowną, powinnam zacząć drugą skarpetkę.
Nie mogłam jej zacząć we wtorek, bo przyszłam z pracy do domu po ciemku. Nie mogłam jej zacząć w czwartek, bo przyszłam z pracy po ciemku i po lodzie. No ale w weekend już nic nie usprawiedliwiało mojego odkładania, bo za oknem był dzień (trochę ponury, ale zawsze), lód był tylko w zamrażalniku, więc w zasadzie wcale nie męczący. 
W ramach cotygodniowych porządków wymieniłam obrazek tematyczny na biurku:



I już, już, sięgałam po druty, kiedy nagle mi się przypomniały moje ukochane zakładki i sobie pomyślałam, że pan Sommer nie ma racji, mimo że jest wyrafinowanym kolekcjonerem sztuki, na zbieraniu się zna oraz napisał o nim bardzo grubą książkę.
Mój zbiór zakładek najpierw wyrósł z małego pudełka, potem wyrósł z większego, potem wpadłam w impas, bo nie mogłam dla niego wymyślić takiego sposobu przechowywania, żeby nie tyle zakładki znajdowały się blisko, bo to faktycznie osiągają same przez się, ale żeby były łatwo dostępne, nie stłamszone i nie poukrywane po różnych kątach. Po wielu miesiącach myślenia i kombinowania (w tym czasie w moje zakładki wkradł się chaos i nieporządek) wpadłam na pomysł. I mimo że powinnam robić drugą skarpetkę, porządkowanie zbioru nabrało takiego priorytetu i przymusu, że zabrałam się do tego natychmiast.

Mam teraz wszystko poukładane przejrzyście, łatwo się wyjmuje, przegląda i podziwia (no, nie wszystkie, bo skończył mi się zapas kartek z bloku technicznego i trochę zostało w zgrabnych, acz nieco chybotliwych stosikach). 



Większość jest jednak nie w chaosie i mogę sobie na nie patrzeć, być wdzięczna swoim darczyńcom zakładkowym i wspominać, że jedne zakładki mi przywozili przez śniegi, inne przez upały, jedne samochodami, inne samolotami albo Pocztą Polską, podziwiać swoje własnoręcznie zrobione i wspominać te czekoladki, które były w nie pierwotnie opakowane. 





I kiedy dokupię te brakujące kartki, poukładam pozostały niepoukładany stosik w teczce ofertowej, to natychmiast biorę się za drugą skarpetkę. Chyba, że znowu jakieś porządki nabiorą priorytetu. Mycie podłogi, na ogół zwykle grzecznie czeka na swoją kolej, ale z priorytetami nigdy nic nie wiadomo. Człowiek nie wiem jak jest czujny, a zawsze ta przysłowiowa druga skarpetka może spaść na koniec kolejki. 

Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!  

PS. Ołówków nie muszę porządkować, bo one faktycznie samoistnie trwają w ładzie i porządku :D


niedziela, 6 stycznia 2019

Rzeczy z szalikiem.

"Jeszcze w dzieciństwie przyzwyczaił się, by ubrania zawsze wieszać kolorami. Od najjaśniejszych do najciemniejszych. Szereg zaczynały więc jasne koszule - najpierw kilka białych, potem ta w jasno- i ciemnoszarą kratkę, na końcu błękitna i całkiem zielona. Wyjątek robił tylko dla koszuli frakowej. Jako jedyna wisiała oddzielnie, wraz z frakiem, kamizelką, spodniami i zestawem białych much. Szczelnie owinięte futerałem zajmowały miejsce honorowe."
Rzeczy Iwaszkiewicz intymnie, Anna Król


Na tytuł natknęłam się na którymś z blogów o minimalizmie. Zaglądam na nie, żeby się wesprzeć w procesie ograniczania rzeczy. Od razu wyobraziłam sobie, że ta książka też o minimalizmie jest. O nadmiarze. O starych ubraniach trzymanych niewiadomopoco. O pękniętych puderniczkach, niewyrzuconych tubkach po paście do zębów zalegających szuflady. Oczywiście, nie o tym jest.
Sama nie wiem o czym. Jakbyśmy odwiedzili z autorką Stawisko, zajrzeli do szafy, przejrzeli jakieś rachunki, jakiś list przypadkowy, zawiesili oko na fragmencie opowiadania, przejrzeli kilka fotografii.

A potem wyszli na świeże powietrze, na wiatr i na słońce. Nic by się nie stało, gdybym tej książki nie przeczytała. Nie byłabym jakoś mniej wzbogacona, nie czuję, że ominęłoby mnie coś ważnego. Ale nie czuję też, że chwila z nią była czasem straconym - spojrzenie na starego Iwaszkiwicza, spojrzenie na kres poprzez pozostawione rzeczy, poprzez stare papiery, poprzez relacje świadków - to zawsze skłania do refleksji, a refleksje, jak wiadomo, zdrowe są i korzystne.
Trochę sama autorka wmieszana jest w tę opowieść, na szczęście bardzo symbolicznie. Interesujące dla mnie były informacje o Annie Iwaszkiewicz, której dzienniki niedawno czytałam. Informacje o tym, jak zmagała się całe życie z depresją.

Tymczasem przyszedł Nowy Rok, usiadłam wygodnie, spojrzałam na termometr i zgodnie z noworocznym postanowieniem zrobiłam pierwszy rządek mojego szalika temperaturowego.
Tak byłoby w życiu idealnym. W życiu nieidealnym pierwszy rządek nie podobał mi się wcale i w ogóle. Wymyśliłam ścieg mozaikowy w czarnych ramkach - wyglądało smutno i płasko. Cztery razy nabierałam oczka i cztery razy prułam. No, ale miałam czas - nie świętowałam przesadnie przełomu w kalendarzach, nie wypiekałam tortów ani nie tańczyłam na parkietach, więc mogłam pruć bez pośpiechu. Zrezygnowałam z mozaiki i zdecydowałam się na zwykły, ale jak ślicznie puchaty, ścieg patentowy. Moja chuda alpaka nabrała objętości i urody i od razu zrobiło mi się raźniej na duszy. Udziergałam dwa rządki, przyjrzałam się uważnie kolorom i wtedy okazało się, że jeden z tęczowej palety jest turkusowy; zgodnie z tęczą powinien być zielony, a turkus niezbyt dobrze w roli zielonego wypada.
Oczywiście zgodnie z zasadą, że jak coś ma się nie udać, to na pewno sie nie uda - turkusowy wypadł jako pierwszy w szaliku. Nie załamałam się, poleciałam do sklepi-ku, zakupiłam limonkę. W piątek przyszła, więc przerobiłam szaliczek zaczynając po raz piąty. Na zdjęciu może dalej nie jest przesadnie zielona, ale na żywo zapowiada się całkiem milusio.


Teraz już robię zupełnie na żywo, a temperaturowy szaliczek na żywo dzierga się nazdzwyczaj przyjemnie. Nic nie trzeba wymyślać - pogoda sama się wymyśla codziennie i wyświetla na termomentrze.
Co prawda koleżanka w pracy stwierdziła, że szaliczek bez czapki nie ma sensu, muszę więc wymyśleć czapkę. No trudno, tochę myślenia jestem w stanie wytrzymać.

Czarny sweterek miał swój debiut użytkowy, mimo ogólnego ciepła (zwłaszcza w pracy mam ciepło, szef jakby nie współpracuje w kierunku mojego hobby i wełnianych swetrów, szali oraz mitenek indorowych). Debiut uważam za udany, softly Hani Maciejewskiej sam się dziergał, rękawy ma jak wszyte, na koniec nie musiałam niczego zaszywać ani przyszywać. Ma tak misterną konstrukcję, że bez wzoru nie wydziergałabym go drugi raz.



Po praniu Drops Merino się sporo wyciągnęło i zrobiło over size'owe, ale takie swetry lubię. Jest przy okazji lejące. I nie gryzie.
Jeżeli chodzi o moje drugie postanowienie noworoczne, to też jak najbardziej je realizuję.


Czyli jednym słowem mam zamiar nauczyć się wyrabiać śliczne skarpetki. Te robię ze skarpetkowej Dropsa, jest nieco szorstka, ale na nauki w sam raz. Wzór mam z bloga Arne i Carlosa, których na marginesie uwielbiam za pozytywny przekaz.
Są to ponoć najłatwiejsze skarpetki ever. I faktycznie. Piętę wyrabia się z dodatkowej nitki, którą się usuwa a powstałą dziurę zalepia:



tak jak palce, tylko odwrotnie. Powstaje mała dziurka technologiczna, którą się zaszywa igłą z nitką. Może będę jeszcze testować inne metody, mam nadzieję, że jestem na dobrej drodze.

Rzeczy zakładałam zakładką świąteczną:



dziękuję wszystkim za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Dosłałam też życzenia z Ameryki - bardzo, bardzo się wzruszyłam i ucieszyłam!! :D

niedziela, 30 grudnia 2018

Porty w podsumowaniach

"Życz sobie, żeby długie było wędrowanie:
by zaświtało wiele takich poranków lata,
kiedy - z jaką uciechą, z jakim rozradowaniem -
podpływać będziesz do portów, nigdy przedtem nie widzianych"
Itaka, Konstandinos Kawafis

Wszystkim tu zaglądającym życzę dobrego wędrowania przez ten Nowy Rok. Wielu poranków słonecznych i portów ciekawych oraz bogatych w dobra duchowe i materialne!
Uciechy i rozradowania.

Tymczasem wszędzie dookoła podsumowania i rozliczenia, taki czas, taka godzina i taka tradycja, aż usiadłam sobie w kąciku i pomyślałam, że nic w tym mijającym nie zrobiłam i że jakoś tak minął bez poranków szczególnych. Zajrzałam na wszelki wypadek w tablet, który lepszą ma pamięć niż naturalna i bez konserwantów, no i okazało się, że tak zupełnie bezowocnie nie siedziałam i coś się zadziało.









 Szary sweterek jakoś uniknął sesji w pełnej wersji, obiecuję się poprawić. Czarny skończony rzutem na taśmę, padł na fotel i teraz tylko czeka go namaczanie, chowanie nitek i noszenie. O ile oczywiście pogoda będzie sprzyjać, bo do tej pory sprzyja cienkim, niewełnianym bluzeczkom.

Moim noworocznym postanowieniem jest nauczenie się dziergania skarpetek, wyrobienie jak najwięcej zapasów włóczkowych, narobienie jak najmniejszej ilości nowych zapasów (może być ciężko, bo w Łodzi otwiera się zaraz e-dziewiarka). I ogólnie. Bynajmniej się nie spieszyć w podróży.
I oczywiście - szaliczek temperaturowy. :)


Dosiego Roku!!
:D

PS. Przepraszam za zwłokę w odpowiedziach, zaraz idę nadrabiać. :)

niedziela, 23 grudnia 2018

Wesołych Świąt!


"Udekorowali ją muszlami, które latem zdobiły grządki kwiatków, i naszyjnikiem z pereł Panny Migotki. Zdjęli kryształowe wisiorki z żyrandola w salonie i zawiesili je na gałęziach, a na samym szczycie umieścili jedwabną różę, którą Mama Muminka dostała od Tatusia.
Wszyscy znosili, co mieli najładniejszego, by ubłagać niepojęte moce zimy.
Kiedy choinka była już gotowa, znowu minęła ich ciotka Paszczaka. Szła teraz w przeciwnym kierunku i, jeśli to w ogóle było możliwe, spieszyła się jeszcze bardziej.
- Spójrz na naszą choinkę! - zawołał Muminek.
- Coś podobnego!  - wykrzyknęła ciotka Paszczaka. - Wyście zawsze byli dziwni. No, ale spieszę się... Muszę zrobić jedzenie na wigilię...
- Jedzenie? - powtórzył Muminek zdumiony. - To ona je?
Ale ciotka już nie słuchała.
- Myślisz, że dacie sobie radę bez jedzenia? - powiedziała niecierpliwie i ruszyła dalej po zboczu."
Choinka, Tove Jansson

Myślę, że dałabym radę, ale niezbyt długo, więc tak jak Mama Muminka, krzątałam się całe popołudnie i przygotowałam jedzenie dla Wigilii. Co prawda bez zsiadłego mleka, ale za to z kapustą, sernikiem, śledziami, sałatką włoską. I teraz tylko susz namacza się na kompot, grzyby na grzybową, a dorsz się nie namacza, bo już dość się moczył w słonej wodzie i tym sposobem w ogóle nie siedziałam w fotelu czytając, ani prawie nie patrzyłam w okno, na szczęście oba rękawy u czarnego swetra mam skończone, został tylko koniec dołu. Wpadłam otóż na sprytny pomysł zrobienia uciążliwych rękawów przed zrobieniem dołu swetra. Co prawda, pomysł ma swoje minusy, bo zamiast od razu po rękawach zakładać przyodziewek i jechać do pracy, to ja muszę jeszcze machać drutami. Może i dobrze w sumie, jako że praca z racji czasu świątecznego została chwilowo wstrzymana, a i dół dzierga się przyjemnie (choć czarno) i prosto.

Napisałabym jeszcze coś niezwykle mądrego i głębokiego, ale mam za bardzo głowę nabitą śledziami, jabłkami oraz czy jutro działać z listą czy bez listy. Działanie z listą jest na ogół bardziej pewne, ale męczy wielokrotnym czytaniem, za to działanie bez listy niesie pewne ryzyko.
Całkiem niedawno, chcąc potwierdzić swoje podejrzenia, że jestem jeszcze zupełnie młoda i pamięć mam niezawodną, działałam bez listy.
W przeddzień wigilii usiadłam w fotelu i zadowoleniem stwierdziłam, że o wszystkim pamiętałam, nawet o tymianku do kurczaka. Pozostało mi tylko wsadzić kurczaka w marynatę i wtedy sobie uświadomiłam, że zapomniałam o winie wytrawnym, kluczowym składniku marynaty. Był już późny wieczór, ale nie było rady, narzuciłam kurtkę i w drzwiach dogonił mnie jeszcze głos Czajkomęża - Jak już idziesz do sklepu, to kup mi dwa piwa!
Wpadłam do sklepu zazipana nieco i wyrecytowałam - poproszę tanie wino wytrawne i dwa piwa.
Pan sklepowy zapakował mi to wszystko w reklamówkę z Mikołajem, postawił na ladzie i powiedział - Wesołych Świąt!

Czego sobie i Wam wszystkim życzę!
PS. Zakładki nie ma, bo nie czytałam. Myślałam o śledziach. Przeważnie.
Dziękuję za odwiedziny, przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)


niedziela, 16 grudnia 2018

Gęsi, guru i merino, czyli coraz bliżej Święta

"Reszta dnia upłynęła tak, jak zwykła upływać gęsiej matce. Poszliśmy na łąkę zbierać delikatną młodą trawę i udało mi się przekonać moje dziecko, że posiekane twarde jajo zmieszane z pokrzywą jest świetnym jadłem. A dziecku z kolei udało się przekonać mnie, że - przynajmniej na razie - jest całkiem niemożliwe, abym choć na minutę je opuścił i pozostawił samo. Natychmiast bowiem wpadało w taką rozpacz i trwogę, płakało tak wzruszająco, że po kilku próbach poddawałem się i zmajstrowałem mały koszyczek z uchwytem, w którym mogłem je stale nosić. Tylko sen dziecka umożliwiał mi swobodne poruszanie się"
Opowiadania o zwierzętach, Konrad Lorenz



Każdy nałogowy czytelnik (albo nawet zwykły) odrywa się w pewnym momencie od samej książki, a zaczyna myśleć o autorze. Okazuje się, że autorzy są różni. Są tacy, o których nie myśli się w ogóle, są tacy, o których też się myśli przez mgnienie z wdzięcznością, albo wręcz przeciwnie - z niechęcią. Są autorzy zupełnie przezroczyści, niewidoczni zza swojego tekstu, jak Homer, albo są tacy, którzy cali są swoim tekstem, jak Proust. Są tacy, których chętniej się czyta, niż spotyka na żywo i odwrotnie. 
Ale jest też grupa, bardzo nieliczna, autorów, których się kocha wielką miłością i wielbi właściwie od pierwszych słów. Tacy, których zdjęcie ustawia się jako pulpit telefonu, albo w postaci magnesiku przypina do lodówki. 



Źródło: https://www.discogs.com/artist/1359177-Konrad-Lorenz

I właśnie Konrad Lorenz, przyrodnik, noblista, miłośnik zwierząt, jest z tej grupy. Chciałoby się go słuchać, na niego patrzeć i za nim podążać niczym za guru jakimś. Kiedy opisuje akwarium, ma się chęć od razu zakładać swoje, bez względu na obowiązki zawodowe. Kiedy opisuje historie małżenskie pielęgnic, ma się chęć natychmiast wstąpić w związki, albo ostatecznie obserwować perypetie miłosne w nabytym właśnie akwenie wodnym, bo lepsze są niż u samego Balzaca albo w świecie seriali.

Oczywiście bardzo też się nabiera ochoty na wodzenie gromadki gąsiątek i to mimo naszych perskich dywanów. Lorenz, jako przyrodnik, nie poetyzuje bowiem i nie ukrywa, jak wygląda dywan po wizycie zestresowanych gęsi - otóż nie da się już go wyprać. 
Poza całym mnóstwem historii wręcz anegdotycznych, poza mnóstwem wnikliwych obserwacji, poza dużą dozą humoru, dobroci i optymizmu, mamy w tych opowiadaniach piękny, żywy, barwny język, więc przyjemność czytania jest ogromna i właściwie mogłabym cytować opowiadanie po opowiadaniu. 

"Jedna z najładniejszych zabaw kakadu, przypominająca swą twórczą wynalazczością i rzeczowością małpy i ludzkie dzieci, zrodziła się z gorącej miłości Koka do mojej matki, która - póki mogła przebywać w ciepłym ogrodzie - bez przerwy robiła na drutach. Kakadu zdawała się posiadać całkowity wgląd w mechanikę kłębka oraz przydatność wełny. Zawsze brała koniec wełnianej nitki do dzioba, po czym szybowała w powietrzny przestwór, rozwijając za sobą kłębek. Niczym latawiec z długim ogonem ptak wzbijał się wysoko, po czym krążył dokoła wielkiej lipy, która wówczas rosła przed domem. Pewnego razu, gdy nikt mu w tym nie przeszkodził, osnuł drzewo aż po czub barwną włóczką, której nie można było zdjąć z sękatej, rozłożystej korony. Goście stawali zdumieni przed ową lipą nie rozumiejąc, w jakim celu ozdobiono ją w ten sposób ani jak tego dokonano."
Opowiadania o zwierzętach, Konrad Lorenz

Poza samą, czystą przyjemnością czytania i wizualizowania Lorenza na łące albo na dachu, znajdziemy też cały szereg bardzo rzeczowych porad, jeżeli chcielibyśmy sobie kupić coś żywego, a nie wiemy co, albo co gorsza, mamy zamiar kierować się modą. 

"Niewiarygodnie dużo czasu spędziłem tego pierwszego „gęsiego lata" z moim dziesięciorgiem dzieci i niewiarygodnie dużo nauczyły mnie one. Szczęśliwa nauka, w której zasadnicza część badań polega na tym, że nago drepcze się po naddunajskich łąkach i pływa w towarzystwie gromadki dzikich gęsi. Jestem człowiekiem bardzo leniwym, tak leniwym, że o wiele lepszy ze mnie obserwator niż eksperymentator. W istocie pracuję jedynie pod przymusem najcięższych Kantowskich moralnych imperatywów, zawsze wbrew moim naturalnym skłonnościom. W takim czysto obserwującym życiu i pracy z dziko żyjącymi zwierzętami wspaniałe jest to, że zwierzęta same są tak cudownie leniwe. Idiotyczny pośpiech pracy nowoczesnego człowieka cywilizowanego, któremu brak nawet czasu, by posiadł prawdziwą kulturę, jest obcy zwierzęciu. Nawet pszczoły i mrówki, owe symbole pilności, spędzają większą część dnia na dolce far niente, tylko wówczas nie widzi się tych obłudników, ponieważ - gdy nie pracują - siedzą w swych budowlach."
Opowiadania o zwierzętach, Konrad Lorenz

Moje dolce far niente jest całkiem zaniedługo, Boże Narodzenie za pasem, tymczasem przygotowania świąteczne, wieszanie śnieżnych firanek, wyjmowanie kubków z aniołkami, zakładanie książek zimowymi zakładkami i ozdabianie robótek gwiazdkowymi markerami. W roli robótki oczywiście czarny sweterek merino, drugi rękaw w drugiej połowie i już bardzo chce mi się jakiegoś koloru. I czegoś mniejszego niż sweter. Jest nadzieja, bo przekopałam się w końcu przez miliony zdjęć i mogę wreszcie znowu zasiąść w fotelu i produkować wyroby wełniane w dużych ilościach.

  
Czego i Wam życzę, każdemu takiego dolce, jakie lubi. :D 
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze - dobrego dnia!

Ps. Opowiadania czytałam w ebooku, więc nie zakładałam niczym, za to jako bonus zdjęciowy - powrót do czasów dawnych, kiedy miałam białą plastikową torebkę, kokardę w grochy, a moda kobieca była bardzo kobieca.




niedziela, 9 grudnia 2018

Konserwa z katalogiem


Kiedy byłam małą dziewczynką, bardzo chciałam być sklepową i mieć półki zastawione wszelakim dobrem, ważyć je (ważenie było zwłaszcza w byciu sklepową bardzo atrakcyjne i pociągające), odmierzać, pakować i odbierać za nie należność. Nawet kasę miałam plastikową z małą szufladką i dzwoneczkiem. Dobra miałam różne, przeważnie pozyskane z ogólnie dostępnej natury, na przykład biała część słonecznika idealnie udawała słoninę.
Bardzo też chciałam być taksówkarzem, bo wyobraziłam sobie, że praca taksówkarza polega na czekaniu na postoju, co stwarza idealne wręcz warunki do czytania książek (czytającego taksówkarza zobaczyłam zresztą po raz pierwszy w życiu dopiero kilka tygodni temu, kiedy to wytoczyłam się z Ikei obwieszona moimi nowymi lampami, zasłonami i tym podobnym dobytkiem; okazało się, że książek dostarcza mu pracująca w bibliotece żona i to był bardzo przyjemny kurs, mimo że kosztowny).
Najbardziej chciałam być nauczycielką, dzielić się wiedzą, zarządzać klasówki, stawiać dwóje i wpisywać uwagi w dzienniczki (do dziś pamiętam radość z uzyskanego cudem prawdziwego dziennika, który przyniosła mi mama - miał odchylaną klapkę na nazwiska, różne rubryki na przedmioty i oceny i był tylko trochę zapisany).
Ale też bardzo chciałam pracować w aptece. Pociągały mnie tajemnicze słoiczki i flaszeczki na ciemnych półkach i w ciemnych szufladach oraz recepty, na które aptekarz przyklejał kolorowe paseczki (oczywiście zrobiłam sobie prawie takie same z kolorowego papieru), a najbardziej zachwycały mnie apteczne ławki, które swoim kolorem i fakturą przypominały mi iryski sprzedawane po dostępnej cenie w zgrabnych paczuszkach brązowych i granatowych.

Nigdy za to nie chciałam być elektrykiem, którym ku zaskoczeniu moim i całej rodziny, zostałam. O aptekarstwie mogę sobie tylko poczytać, kiedy więc zobaczyłam książkę o pigułkach oraz o starożytnych antidotach, pożyczyłam ją od razu i wnioslam na czwarte piętro z dużym poświęceniem. Lekka nie jest, mała też nie. Ma za to śliczne obrazki i ryciny, dużo różnych ciekawych etymologii, przepisów na maście i konserwy, które robi się z kwiatów, owoców i skórek, dodaje cukru, wystawia na słońce i potrząsa nimi od czasu do czasu.
Właściwie to miałam nadzieję, że tylko pooglądam obrazki, ale nie jest tak dobrze, no bo kto by nie chciał wiedzieć dlaczego lekarze powinni pachnieć olejkami, dlaczego książki kupowało się w aptece, na co należy zażywać rosę majową i co musieli wiedzieć aptekarze o preparowaniu czarnego ciermiernika, prażeniu jaskółek czy oczu raczych.

Szybko więc nie idzie, bo po pierwsze łatwo się zamyślić nad obrazkiem albo nad plastrem z żaby czy maścią na nerwy, a po drugie zrobił się znienacka grudzień nieomal w swojej połowie, więc wpadłam w wir porządkowania połączony z uprawianym przeze mnie od czasu jakiegoś minimalizmem. Wir przeniósł mnie z rzeczowej zawartości szaf w przestrzenie wirtualne, które wagę swoją też mają. Ogarniam (jak okropne to słowo, a jak pojemne) zdjęcia cyfrowe.
Nie wiem jak to się stało (podejrzewam brak systematyczności, konsekwencji oraz brak kilku innych cech tego gatunku), ale mam tysiące, tysiące zdjęć w różnych miejscach i w różnych katalogach, przy czym na szczęście większość katalogów w nazwie ma datę i miejscowość, ale duża część nazwana została - Zdjęcia, Fotki, Fotki nowe, Zdjęcia dzisiejsze, Nowe, Aktualne, co po ośmiu latach niezupełnie oddaje stan rzeczy i naprawdę nie polecam takiej metody katalogowania.
Sweter też dzierga się powoli, bo jest czarny i ma lew oczka; mam drugi rękaw mniej więcej w okolicy łokcia, ale raczej przed niż za. I na szczęście zaczynam od pierwszego rękawa, więc pierwszy mam już cały aż do mankietu.
Za to w porządkach znajduję różne Czajki starożytne i elektryczne, wstawię ku pamięci, w razie gdyby znowu miały przepaść gdzieć na dyskach zewnętrznych czy twardych.

Czajka w szkole (a konkretnie na stole w pokoju nauczycielskim):


Czajka w delegacji (a konkretnie na przenośniku - no, nie było latwo):


Pigułki zakładam zakładką starożytną, bardzo się dobrze komponuje:


Docelowo mam plan zaprowadzić w krótkim czasie ład realny oraz wirtualny, usiąść wreszcie na dłuższy czas w fotelu, skończyć sweter i skończyć pigułki, czego i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)