Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedwab. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedwab. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 czerwca 2022

Niezmienność bibliotek

 


"Moja ostatnia biblioteka mieściła się w małej, bo liczącej nie więcej niż dziesięć domostw, ustronnej wiosce na południu francuskiej Doliny Loary, na terenie starej kamiennej plebanii. Wraz z partnerem wybraliśmy to miejsce z powodu stojącej opodal domu stodoły, przed wiekami częściowo już wyburzonej, a na tyle dużej, że zdolnej pomieścić moją bibliotekę, która rozrosła się wówczas do trzydziestu pięciu tysięcy tomów. Myślałem, że gdy moje książki znajdą własne miejsce, także ja odnajdę swoje. Jak się miało okazać, byłem w błędzie."
Pożegnanie z biblioteką, Alberto Manguel

Nie wiem na co liczyłam, bo nawet średnio bystra osoba słowa "Pożegnanie" i "ostatnia biblioteka" zinterpretowałaby raczej poprawnie. Tymczasem ja, niezłomna optymistka, razem z autorem rozsiadłam się na kamiennych schodkach z dzbankiem świeżo zaparzonej czarnej herbaty, żeby cieszyć się książkami, porannymi promieniami słońca, różanymi krzewami we francuskim ogrodzie, ale przede wszystkim książkami. Jak szybko doznałam szoku, nie minęła chwila i już książki były pakowane w kartony. Dlaczego Manguel musiał wyprowadzić się do Nowego Jorku nie dowiadujemy się, a szkoda, bardzo byłam ciekawa. Na szczęście, okazuje się, że ludzie którzy kochają książki, tak naprawdę nigdy ich nie tracą - ale między nimi wędrują, czasem są to te same, czasem inne, a czasem tylko zapamiętane, ale zawsze jest z nimi jakaś biblioteka. I nie ma znaczenia, jaka jest duża.

Samo "Pożegnanie z biblioteką" jest krótkie, nostalgiczne i pełne różnych czarujących obrazów, półek pełnych książek tych prawdziwych i tych zmyślonych (ja nawet nie pamiętałam, jak piękną bibliotekę miał na swoim okręcie kapitan Nemo).
"Uwielbiam niekończące się rzędy książek, których utrwalone na grzbietach tytuły (nigdy nie odkryłem, dlaczego po angielsku i włosku zapisuje się je od góry do dołu, a po niemiecku i hiszpańsku od dołu do góry) próbuję odcyfrować."
Pożegnanie z biblioteką, Alberto Manguel
Ha, teraz przynajmniej wiem, że część polskich wydawców jest pod wpływami angielskimi a część pod niemieckimi. 

"...słowniki historyczne zawierające słowa, które wyszły z użycia, podobnie jak istnieją słowniki tak zwanych martwych języków, ale nawet one zapewniają swoim zasobom krótkie chwile zmartwychwstania, ilekroć ktoś do nich zagląda. Borges podczas zgłębiania dawnych sag Północy często zaglądał do Anglo-Saxon Dictionary autorstwa Boswortha i Tollera i znajdował przyjemność, recytując Ojcze nasz w języku dawnych mieszkańców Brytanii, żeby - jak mawiał - "zrobić Bogu małą niespodziankę."
Pożegnanie z biblioteką, Alberto Manguel

Patrzę sobie na swoje książki i myślę, że w Dolinie Loary nie muszę mieszkać, ale bez książek nie mogłabym.
Tymczasem mija ostatni, trzeci tydzień mojego urlopu (tak, wiem, to rozpusta, ale już nawet mój szef się przyzwyczaił, chociaż zawsze wzdycha głęboko, podpisując wniosek urlopowy :))
Czasem chmury,

czasem nie

I jak zwykle wzięłam za dużo robótek. Ale komu to szkodzi? Nikomu. Skończyłam sweter, bardzo mnie cieszy i kolor i fason, jeszcze tylko pochowanie nitek i zdjęcia w całości z rękawami:






Zaczęłam mitenki z alpaki dla koleżanki z pracy:



I wiadomo - jak upał i alpaka, to najlepiej coś małego, wtedy nawet przymierzyć się da bez bólu. 
Ale mam też różne duże w koszyku, i kwiaty, i skarpetki, i słońce i deszcze, czego i Wam życzę.







Zakładką nie zakładałam, ale zakładka musi być. Tym razem z Wedla. Co ja mam, że nawet opakowania po ptasim mleczku nie umiem wyrzucić?
"Zbieractwo: sposób, by sprawować kontrolę nad tym, co jest nie do zniesienia, powiada Ruth Padel"
Pożegnanie z biblioteką, Alberto Manguel
W takim razie w dużym stopniu powinnam tę kontrolę mieć. 



Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

poniedziałek, 13 czerwca 2022

Moje Komodo

 


"Znalazłem kapitana pogrążonego w drzemce w czółnie leżącym na boku na pokładzie wzdłuż kabiny.

- Przyjacielu - zagadnąłem. - Ile godzin do Komodo?

- Nie wiem - brzmiała chmurna odpowiedź.

- Czy byłeś już przedtem na Komodo? - spytałem, próbując go sprowokować do jakiejś szacunkowej oceny.

- Belum - odparł kapitan. To słowo było dla mnie nowością. Wczołgałem się do kabiny po słownik. "Belum: jeszcze nie", przeczytałem. W umyśle zrodziło mi się okropne podejrzenie. Wypełzłem z kabiny; kapitan w tym czasie znowu zasnął. Potrząsnąłem nim delikatnie.

- Kapitanie, czy wiesz, gdzie leży Komodo? - indagowałem. Ułożył się w wygodniejszej pozycji.

- Nie wiem. Tuan wie.

- Tuan - odparłem głośno i zdecydowanie - nie wie."

Przygody młodego przyrodnika, David Attenborough

Cóż, podróżowanie w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku nie było ani proste, ani bezpieczne ani wygodne. Nie to co dzisiaj, wsiadamy w auto z nawigacją i nawigacja zawsze wie gdzie jest Wierchomla i ile do niej godzin. Nie wiem ile razy David Attenborough był na Komodo (bo cudem sam ją znalazł i dotarł), za to wiem, że w Wierchomli jestem setny raz (a przynajmniej tak mi się wydaje, że setny). Przyznam, że od kilku lat niezwykłe przywiązanie mojego męża do tej urlopowej lokalizacji budziło moją niechęć (łagodnie rzecz ujmując). Bo ja chciałabym na Komodo, ostatecznie chciałabym do Jastrzębiej Góry, no, gdzie indziej chciałabym, ale w tym roku pomyślałam sobie inaczej. W sumie to od nas zależy co zrobimy z urlopem. W końcu David Attenborough też mógł siedzieć zniechęcony podczas wielodniowej flauty, albo otoczony moskitami wisieć w hamaku nad kałużą, mógł wiele dni jeść suchy maniok, zrazić się, uciec do Anglii i tam już zostać. Na szczęście dla mnie (i pewnie wielu czytelników, bo pięknie i dowcipnie wszystkie swoje pierwsze podróże opisał i udokumentował zdjęciami) nie uciekł, karmił cuchnącą kozą warany, łapał gołymi rękami leniwce i pancerniki, zaprzyjaźniał się z misiami i orangutanami. No to ja też zamiast narzekać, mogę skupić się na plusach Wierchomli.




Waranów tu nie ma, co może też jest jej plusem. Wzięłam za to za dużo (jak zwykle) robótek, bo ostatnio mam nasilony w wysokim stopniu pęd robótkowy, niewykluczone, że przestawiam się na tryb emerytalny - dużo dziergania, dużo czytania.

Robię między innymi Tantę po raz drugi, tym razem w wersji letniej - z jasno szarej, wręcz srebrnej pokrzywy indyjskiej i jedwabiu.


Tak, dobrze, rób kolejny sweterek - powiedziałaby pewnie moja ulubiona ciocia, zastanawiając się pewnie dyskretnie, gdzie ja je wszystkie chowam i ogólnie, co z nimi robię. Ale ten sweterek nie jest tak naprawdę nowy, powstaje ze sprutej tuniki (a jakże, robiłam ją też w Wierchomli), która obiektywnie była fajna, lejąca, letnia, ale coś mi w niej nie pasowało i nie chodziłam w niej praktycznie w ogóle. 

Zatem wszystko jest pod kontrolą, może prawie wszystko, ale czy wszystko pod kontrolą być musi?

Chyba nie, czego i Wam życzę oraz Wierchomli i Komodo według potrzeb i według możliwości. 

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 12 września 2021

Akrobacje z kocami

 


"Pod koniec lat sześćdziesiątych popularność zaczynają zyskiwać zestawy składające się z kanapy, dwóch foteli i dwóch pufów, którym towarzyszy ława typu "jamnik", czasem także rozkładana do wymiarów dużego, wysokiego stołu jadalnianego."

Asteroid i półkotapczan, Katarzyna Jasiołek

Nie ma to jak trwałość i stabilizacja, pomyślałam sobie, bo sześćdziesiąt lat później w moim salonie nadal króluje ława, fotele i meblościanka. Tylko puf jest jeden, bo drugi poszedł na śmietnik (nie sam oczywiście, wyniosłam go we własnych objęciach) w ramach minimalizmu meblowego. Książkę kupiłam zachęcona przez biblionetkową koleżankę - nie mogłam się oprzeć tajemniczemu tytułowi  (półkotapczan znałam z autopsji, ale asteroid wyjaśnił się dopiero pod koniec i okazał się być wielofunkcyjnym szklanym zestawem), tym kolorom, smukłym nóżkom (które znowu są modne) no i oczywiście temu krzesłu, na którym w młodości wyprawiałam akrobacje porządkowe.

"Asteroid..." powstał przypadkiem, kiedy pani Jasiołek kupiła cukiernicę z polskiej porcelany i okazało się, że trudno znaleźć jakiekolwiek informacje o projektantach. Zaczęła zgłębiać temat i zgromadziła wiedzę w sam raz na książkę. Akcja zaczyna się tuż po wojnie od Wandy Telakowskiej, która była przekonana, że: "Ludzi trzeba uczyć umiejętności wybierania, zestawiania i harmonizowania przedmiotów masowo produkowanych. Sztuka zestawiania to przejaw osobistej twórczości, dający poczucie uczestnictwa w wytwarzaniu kultury. To udział w walce o piękno."

Jak bardzo to się nie udało, można by pomyśleć, kiedy się przypomni  te wszystkie bure meble, identyczne meblościanki i nieokreślonego koloru obicia. Nie mogło się udać, jak nigdy nie udają się odgórne akcje nauczania ludności (bo nawet nauka ortografii, nie mówiąc o fleksji w tak wielu przypadkach okazuje się być żałośnie nieskuteczna). Nie udała się też w wyniku nierównej walki projektantów z producentami, w wyniku której ci pierwsi niejednokrotnie nie mogli poznać własnych projektów. To co było zaprojektowane ładnie i wyprodukowane ładnie, wyjeżdżało oczywiście za granicę. To smutne zresztą, ile zmarnowano pomysłów o światowym potencjale. 

Dla mnie jako osoby mało spostrzegawczej (tłumacza w literaturze dostrzegłam dopiero niedawno)  książka była niezwykle odkrywcza, bo z zachwytem i zdumieniem dowiedziałam się, że każda półka w regale i każdy wzór na wazonie został zaprojektowany. Ja cały czas myślę, że takie rzeczy dzieją się same. No, może z wyjątkiem słoneczników, bo te wiadomo, kto namalował. 

Czytanie sprawiło mi wiele przyjemności na wielu poziomach. Poznawczym - te wszystkie historie spania po zakładach porcelany i przewożeniu szklanych wyrobów tak, żeby nie pourywały się ich elementy ozdobne, wymyślanie mebli Kowalskich (przy czym, żeby było śmieszniej to projektanci nazywali się Kowalscy, a że meblościanka była dla Kowalskich to się okazało dopiero później). Estetycznym - dużo pięknych zdjęć. I oczywiście na poziomie sentymentalnym - wiele przedmiotów zabrało mnie do przeszłości (nie na długo na szczęście, bo jak wiadomo, nie można w przeszłości siedzieć za długo, skoro ma się teraźniejszość i przyszłość).



Powyższe żyłki były jednak mało funkcjonalne i po pewnym czasie zwisały smętnie tu i ówdzie.

Jak tylko wróciłam z przeszłości (a może nawet zanim, czas jest nad wyraz podchwytliwy) wydziergałam chustę z merino wzór darmowy Reyna





i sweter z jedwabiu Lakeside




Tyle razy obiecywałam sobie, że nie przerwę robótki w kluczowym czy problematycznym momencie i nic z tych obietnic nie wyszło. Do swetra (ciepły i nie gryzie, jedwab nieco rustykalny) wróciłam po dwóch latach - przerwałam go tuż przed nabieraniem oczek na rękawy. I nawet nie zapisałam jakimi drutami robiłam korpus. Jakoś się udało wstrzelić z rozmiarem. Tuż po bolesnej nauczce i na fali jeszcze solenniejszych postanowień, wróciłam do koca z kwiatków, który porzuciłam, bo nie chciałam go zabierać na urlop. Oczywiście porzuciłam go tuż przed łączeniem, które wymaga kilkukrotnego przeczytania wzoru, kilkugodzinnego oglądania obrazka ze schematem i obejrzenia filmiku poglądowego nie wiem ile razy. Co to za pech, że zawsze w najgorszym momencie robótki wypada urlop, zmierzch albo, na przykład, taki poniedziałek? 
Mój koc zdominował pokój hobby i wygląda teraz tak:


Każdy kolor dostał numerek i tym sposobem każdy kwiatek siedzi na swoim miejscu w schemacie.



W ramach nie odkładania rzeczy na później obmyślam sposób połączenia babcinych serwetek w firankę (może jak już rozgryzę łączenie kwiatków, firanka pójdzie mi jak z płatka)


i szukam zastosowań dla odzyskanych z dna szafy haftów:


Mam nadzieję na przypływ licznych wen, czego i Wam życzę. Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Asteroid zakładałam jedynie słuszną zakładką z ptasiego mleczka:


PSPS. I kto pamięta, że na kurtkę mówiło się skafander? Tak mi się kosmicznie skojarzyło. :)

niedziela, 5 maja 2019

Poezja buraka

"Jakże pięknie wygląda dobrze doprawiona gleba koloru czekolady, a nad tym błękit nieba i powietrze przezroczyste, pełne aromatu, a w górze szczebioczą nad głową skowronki. Człowiek całą swoją istotą wchłania ten przedziwny czar przyrody i pracy na roli. Na sercu tak lekko, tak wesoło. Zapomina się troski, nawet urząd skarbowy wydaje się czymś przyziemnie dalekim.
Hej, nie ma to jak burak!!!"
Na skraju Imperium, Mieczysław Jałowiecki

Widać coś niezwykle urokliwego tkwi w burakach kieleckich, bo tak samo jak Bogumił Niechcic nad Barbarę, tak i kniaź Jałowiecki roślinę tę przedkładał nad wszystko inne na świecie. Opis buraczków malutkich i większych, opis ich kielkowania i walki z pędrakami oraz glapami wyróżnia się w całych wspomnieniach żywością, natchnieniem, czułością, tempem i poetyką.
Nawet o swojej nowej żonie nie wspominał tyle, co o buraku cukrowym. 
Poza burakami, niewiele w drugiej i trzeciej części jest spraw pozytywnych. Zwłaszcza jeżeli chodzi o ludzi, to dalej bagno i żałość, i można się zadumać nad marnością rodu ludzkiego. Szkoda, szkoda, że w tym bagnie szarpali się ludzie takiego formatu, jak Jałowiecki (bo przecież na pewno nie on jeden). Można go nie lubić, może razić jego ostrość spojrzenia, surowość sądów, może razić jego pańskość i pochwała rodu, ale nie sposób nie cenić jego uczciwości, pracowitości, systematyczności i honoru - taki obraz się z tych wspomnień wyłania i ja temu obrazowi wierzę. Nawet jeżeli chcialoby się część tych przekonań zweryfikować.
Poza tym, to właśnie Jałowiecki kupił dla Polski Westerplatte. I stare spichlerze w Gdańsku. 

Mimo jednak rozgrywek politycznych, niefajnych i żałosnych, układów i układzików, posłów wytarzanych w mące, są też złote pola pszeniczne, sierpniowe wieczory, pachnąca kawa do świeżych rogalików, szum morza i zawsze rozczulające mnie Zoppoty. Zgrabnie to wszystko bardzo wspomniane. 
Czytam więc wolno, albo może nie tyle wolno, co czytam mało, bo lwią część dnia i nocy zajmuje mi mój niekonczący się czarny sweterek. Zawzięłam się i godzinami produkuję oczka prawe, lewe oraz ażurowe łańcuszki. No i sama się dziwię, bo tydzień temu miałam znikomą próbkę otoczoną agrafkami, a dziś właściwie prawie cały korpus, czego to jednak kobieta nie jest w stanie dokonać, żeby sweter na grzbiet zarzucić. 



Poza maratonem bawełnianym moja długa majówka polegała na wypiekaniu i zjadaniu ciast różnych:



 Oraz fotografowaniu się w moim świeżo ukończonym jedwabnym sweterku. Nie było łatwo, bo trochę było ciemno, troche nieostro i trochę niwygodnie. Ale ogólny zarys jest.







Ażurek na rękawku próbowałam złapać samodzielnie, dlatego widać go trochę połowicznie. 
Dane techniczne, bo dawno nie było: sweterek zrobiłam z dwóch motków Maharaja Silk Yarn, czyli 200 gram - został malutki kłębuszek, ale rękawy 3/4. Dziergałam drutami nr 3, ściągacz francuski w zakończeniu drutami nr 2,5

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! :)

niedziela, 28 kwietnia 2019

Plugastwa wytrwałe

"To ukochanie śpiewu, ta muzykalność pochodzi zapewne z samej przyrody kresowej, z jej czarownych dźwięków, z szumu borów, plusku fal jeziornych, rechotu żab, krzyku derkaczy i innego ptactwa wodnego, pieśni skowronka w noc majową, bulgotania cietrzewi, jęku żurawi ciągnących gdzieś w przestworzach nieba, dalekiego ujadania psów, płynie z tej potężnej symfonii ziemi kresowej, od akordów leśnych aż do ledwo uchwytnych, a tak delikatnych półtonów, że zdawać by się mogło, że płyną one nie z ziemi, ale gdzieś z nieba, gdzie promień o promień się trąca. Przyroda Kresów nie jest martwa, jak nie jest martwe powietrze tego kraju, powietrze tak aromatyczne, krzepiące a upojne jak stary trunek, powietrze pełne aromatów lasu i zapachu świeżo skoszonej trawy. Nawet zimą mroźne powietrze ma w sobie coś, co przypomina delikatny zapach migdałów."
Na skraju Imperium i inne‌ wspomnienia, Mieczysław Jałowiecki


Kiedy czytam książkę, zazwyczaj buduje mi się gdzieś za kulisami relacja z autorem. Relacja nie przekłada się na moje zdanie o książce, na ogół lubię autorów lubianych przez siebie książek, ale nie zawsze - i to jest właśnie ten przypadek.
Wspomnienia czyta się świetnie. Jest przyroda, co uwielbiam, są śpiewy kresowe, beztroska dzieciństwa, szkoła, praca, pojawia się polityka, za którą nie przepadam, ale tu nawet mi nie przeszkadza, są straszne czasy, rewolucja, wojna, nic nie szkodzi, bo wspomnienia czyta się świetnie. Jednak autor, kniaź Pierejesławski, książę Jałowiecki, autor lubić się nie da. No i właściwie nic nie szkodzi, bo moje lubienie czy nielubienie istotne za bardzo nie jest.

Dookoła księcia samo plugastwo, czerń pijana i zezwierzęcona. Dostało się bolszewikom (to można zrozumieć), dostało się Niemcom i Żydom, a już Anglikom dostało się chyba najbardziej (ponoć nawet ich małpi przodek był zdecydowanie bardziej małpi niż nasz, co zbadał szczegółowo francuski antropolog). Dostało się też mojemu ulubionemu Melchiorowi Wańkowiczowi, że leń i obibok.
Nie lubię więc autora, ale czytam z zacięciem i daję się porwać tym śpiewem, tym kawiorem, tej kawie trzygwiazdkowej, tym czasom dawnym, tym losom zadziwiającym i trudnym. No i temu spojrzeniu Kresów na nas, bo to zwykle my patrzymy na Kresy.
Chłonę z zachwytem różne antyczne smaczki w restauracjach, sklepach z antykami i smaczki językowe (swoją drogą, dużo tu tekstów rosyjskich nie przetłumaczonych, co dla młodego czytelnika może stanowić kłopot).

"Kuchnia u George’a była zdrowa, smaczna, niewybredna, przeznaczona na wiejskie apetyty. Menu było wypisywane po francusku, jako że polski był zabroniony, a rosyjskiego nikt by do ręki nie wziął. Francuszczyzna była osobliwa, jak: „L’enfant de cochon rôti” (dziecko świni pieczone) czy „Boeuf brisé” (wół siekany). Mało kto zaglądał jednak do jadłospisu, zwracając się o radę bezpośrednio do kelnera, który tradycyjnie pytał: – A co pan ma w życzeniu? Czasami kelner wracał, by oznajmić, że danie jest wyczerpane, i zaproponować w zamian coś innego: – Kaczka wyszedłszy, może gęś w życzeniu?"
Na skraju Imperium i inne‌ wspomnienia, Mieczysław Jałowiecki

Wspomnień jest trzy części, na razie przeczytałam pierwszą, z kolejnych będę jeszcze zdawać relację. Kniaź w tej chwili czeka w Gdańsku na amerykańską mąkę, a tymczasem ja skończyłam jeden sweterek i zaczęłam drugi.
Skończony sweterek jest cały z jedwabiu, zaczęłam go latem ubiegłego roku, więc trochę trwało zanim dobrnęłam do finału. Włóczki mi nie starczyło na długi rękaw, mam więc rękaw 3/4, co nawet nie wygląda źle. Wiosna akurat przechodzi fazę mokrą, ciemną i zimną, więc zdjęć na mnie chwilowo nie ma.


Rozmiar ku mojemu zdziwieniu wyszedł idealnie, fason też, warto było dokupić cieńsze druty, spruć zawijający się w rulon dół i zrobić zdyscyplinowany ścieg francuski.
Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że lepiej poświęcić więcej czasu i powalczyć, niż poddać się, a potem nie nosić, bo nieudane.
Z takim wnioskiem zaczęłam sweterek drugi, który na razie wygląda jak kupka nieszczęścia. wszędzie nitki, agrafki, ale coś czuję, że będą z niego ludzie.


Robię go z bawełny, którą kupiłam strasznie dawno temu i nie jest to ogólnie znana wersja dla męża (wiadomo przecież, że wydatki z przeszłości się nie liczą w budżecie domowym). Jest to moje piąte (sic!!) podejście do tej włóczki. W pierwszym miał być pulowerkiem przez głowę i nie dodziergałam nawet do pach. W drugim podejściu miał być zszywanym rozpinanym kardiganem. Po drobnych przygodach (i przyszyciu przodu w miejsce rękawa) powstał, został wyposażony w guziki i obfotografowany. Nawet poświęciłam się i zabrałam go dwa razy do pracy, ale z bólem przyznałam, że nie zasługuje. Bo szwy krzywe, fason krzywy - sprułam. W trzecim połączyłam go z wiskozą i jeszcze nie sprułam, ale też w nim nie chodzę. W czwartym udziergałam korpus i po trzech latach siedzenia w szufladzie, doszłam do wniosku, że muszę mieć wzór, żeby sweter miał fason i rozmiar. Wybrałam więc dla niego Softly Hani Maciejewskiej i jestem pełna nadziei, że szczęście sprzyja wytrwałym, jakby powiedział Eneasz, gdyby robił na drutach.
Trzymajcie kciuki, żebym nie zrobiła z niego ściereczek eko, bio i zero-waste, jak mi nie wyjdzie po raz piąty. ;)

Przybywa też temperaturowego szaliczka, znacznie się ocieplił, a teraz znowu się ochładza. Ale magnolie i tak kwitną, czego i Wam życzę.


Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :))

niedziela, 3 marca 2019

Melisa z kluczem

"Paliłem fajkę. Taką krótką angielską fajkę. Po wypaleniu kładłem ją zawsze na popielniczce. Pipuś doszedł do przeświadczenia, że to nie ma najmniejszego sensu. Moja fajka powinna leżeć na piecu w salonie. Koniec! Niech no Pipuś zobaczył moją fajkę na popielniczce! Zanim się zdążyłem obejrzeć, już ją chwytał w dziób i ciągnął na piec. Kładł fajkę zawsze w tym samym miejscu, na gzymsie. I wracał. Siadał przede mną i patrzył mi z wymówką w oczy. – Czy ty się nigdy nie nauczysz porządku? Nie będziesz kładł twojej fai, gdzie należy? Kiedyś Pipuś siedział na stole i czyhał tylko na to, żeby porwać mi fajkę. Patrzę na niego i myślę sobie, że dobrze by było zrobić Pipusiowi figla.

Biorę więc fajkę do ręki, wstaję. Pipuś spogląda za mną jednym okiem. Idę do pieca. Pipuś już jest na piecu. Położyłem fajkę tam, gdzie ją kładł kruk, i wracam. Pipuś szalał z radości! Wrzeszczał, machał skrzydłami, przestępował z nogi na nogę, co u niego było znakiem wielkiego rozradowania. Sfrunął z pieca, siadł mi na ramieniu i swoim twardym dziobiskiem zaczął delikatnie przebierać w moich włosach. To była najwyższa Pipusina pieszczota. – Zrozumiałeś! Nareszcie zrozumiałeś! Zrozumiałeś, że tak, jak ja chcę, jest najlepiej!"
Reksio i Pucek i inne opowiadania, Jan Grabowski

W czas najgorszego odgruzowywania nie można zbyt obciążać się intelektualnie, duchowo oraz fizycznie. Najlepiej zaparzać sobie dobrej melisy z miętą, jeść czekoladę gorzką i domowe ciasteczka a w nielicznych chwilach wolnych czytać pocieszające książki i robić na drutach coś różowego.



I tym właśnie sposobem przeczytałam "Opowiadania" Jana Grabowskiego, a kiedy zabrałam się za organizowanie Czajkomężowych narzędzi, to nawet poczułam się jak ów Pipuś, którego systemu porządkowania nikt nie mógł pojąć i o którym z lekkim przekąsem (a może też z bezsilnością) mówiono Błogosławieństwo domu.
Czajkomąż zupełnie nie mógł zrozumieć, dlaczego przenoszę jego skarby z trudnodostępnej szafki w kuchni (sic!) do eleganckich, przezroczystych pojemniczków i wygodnych szufladek (uwolnionych po moim osobistym odgruzowaniu się). Błogosławieństwo było znaczeniowo bardzo daleko od użytych przez niego zwrotów i fraz, najłagodniejsza brzmiała, że mi odłączy internet i odseparuje od tych dziwacznych minimalistów. Zresztą nie miał na szczęście dużo czasu na wyrażanie swoich odczuć, bo cały czas pilnował, czy nie wyrzucam nic poza dziesięcioletnimi klejami i skruszałymi jednorazówkami.

Koniec operacji był nerwowy i nie wróżył najlepiej, zwłaszcza, że wszystko miało być posortowane i łatwoznajdywalne, a ja nie umiałam odpowiedzieć na pytanie, do jakiej kategorii przydzieliłam niezwykle cenny i kluczowy  wierceniu kluczyk do wiertarki. Jako kobieta elektryk poprawnie identyfikuję ściągaczki, obcinaczki i neonówki, natomiast z innych narzędzi, mniej elektrycznych, odróżniam jedynie śrubokręt od młotka. Po powrocie ze sklepu zastałam Czajkomęża z karteczką, na której w swojej niezaprzeczalnej dobroci, mimo nadszarpniętych nerwów, naszkicował rzeczony kluczyk.


Jakim cudem skojarzyłam tę doniczkę z kluczem oczkowym, nie mam pojęcia, może mi pomógł jakiś duch od organizacji, w każdym razie kluczyk został odnaleziony w sekundę właśnie wśród kluczy oczkowych, przy okazji okazało się, że ów skarb można przyczepić do wietrarki za pomocą specjalnego uchwytu i nie ma potrzeby przechowywać go w stercie części samochodowych. Uspokojony Czajkomąż  wspaniałomyślnie pozwolił nawet owe części wyrzucić, zwłaszcza że samochód od nich został przez nas sprzedany kilkanaście lat temu.

Ja tymczasem mogłam już w pełni cieszyć się opowiadaniami napisanymi z ogromnym wdziękiem przez przedwojennego matematyka. Jak wtedy pięknie pisano po polsku!
Opowiadania czytałam oczywiście, jako strasznie dawne dziecko i bardzo dobrze je wspominałam. Czułam do tej pory zapach mydlin wylewanych przez Katarzynę na podwórko i coś mi mówiło, że to były dobre opowiadania. No i pamięć mnie nie myliła. Odnalazłam ten sam humor, werwę i zapach.
Wzruszała dobroć, chociaż zwierzęta u niego cieszyły się dużą wolnością, co nieraz kończyło się różnie. Mimo wszystko jednak jest to słoneczna lektura, w sam raz na ciężki czas.

Różowe na początku to suszarka na mydlo, jako że faktycznie, mydło w myjce wymydlalo się szybciej. Żeby nie było, że robię tylko zmywaki i zerowastowe suszarki, to codziennie oczywiście zapisuję alpaką temperaturę w szaliczku. Dzisiaj prezentuje się tak:


Ze skali kolorów jestem bardzo zadowolona, szkoda mi jedynie, że fioletowego nie dałam cieplejszego - jak widać, w tym roku temperatura poniżej siedmiu stopni w dzień pojawiła się tylko raz. Szkoda, bo śliwkowy mam ładny.
Robię też jedwabną tunikę zaczętą latem. Bardzo cienka, więc ledwo mam od góry do bioder. Zaczęłam też jedwabny gruby sweterek, ale coś musiałam pomylić w liczeniu i z nerwów odłożyłam prucie, ale w końcu do niego wrócę, bo kolor jest bardzo prześliczny i jak wino.
Myślę też o szydełkowej serwetce do wielkanocnego koszyczka, jednym słowem jakoś czuję, że wraz z odgruzowaniem szaf, zwolniło mi się miejsce w głowie na nowe pomysły.
Czego i Wam życzę, dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

Na koniec bez zakładek, bo opowiadania czytałam w ebooku, ale za to moje zorganizowane pudełka:



I jak to nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda wstążeczka z opakowania prezentu, okładka od zużytego notesu i stara kartka z życzeniami oraz guzik niewiadomodoczego.
Teraz wiem, gdzie mam biżuterię, gdzie guziki, a gdzie moje wstążki do produkcji zakładek.

Ukochane koniki Czajkomęża:


Suszarka z mydłem:



I wreszcie domowe ciasteczka z tego przepisu


Bardzo szybkie,  łatwe i bardzo dobre. Ja piekłam z domowym dżemem z pigwy i pomarańczy.