Pokazywanie postów oznaczonych etykietą merino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą merino. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2023

Opakowanie czyli Journal

 


"Młoda dekoratorka i jej kierownik zjawiają się w swoich sklepach raz w miesiącu. Zdejmują z wystaw starą ekspozycję, następnie wykładają witrynę papierem w kolorowy deseń, a na uroczyste okazje - tapetą. On projektuje dekoracje, ona podaje szpilki do ich przymocowania. On rozkłada kartoniki z wypisanymi wcześniej własnoręcznie cenami towarów. Ona przynosi makarony, owsianki, proszki do prania, puszki i wszystko to, z czego można budować piramidy."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Te piramidy! Jaki to był szczyt dekoracyjnego wyrafinowania, zwłaszcza gdy były z bombonierek i czekolad. Podobnie jak niewzruszone butelki po mleku i śmietanie wypełnione solą. Dzieci grały w kapsle, a w puszkach po landrynkach przechowywało się guziki. W moim barku ( a właściwie barku rodziców) przez wiele lat na święta myłam zakurzone butelki po lepszych alkoholach i ponownie zalewałam świeżą wodą; szkoda było wyrzucić, wszystko co wtedy nie było szare i pakowe stanowiło śliczny element upiększający.

"To pewne, że żaden rodak nie pozbyłby się opisanych wyżej butelek po wypiciu zawartości - podobnie jak bohater Dziewczyn do wynajęcia (1972) Janusza Kondratiuka. W filmie pojawia się szczególna scena, w której bohaterki i ich absztyfikanci trafiają do mieszkania kelnera granego przez Zbigniewa Buczkowskiego. Po wychyleniu kieliszków okazuje się, że buteleczki wypełnia nie alkohol, lecz kolorowa woda, jednak bohaterka grana przez Ewę Szykulską broni tego pomysłu, mówiąc: Bardzo pomysłowe. Elegancko wygląda".

 Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Bardzo solidnie opracowana pozycja - mnóstwo, mnóstwo cudownych zdjęć z okropnymi opakowaniami przedmiotów, które oczywiście sama miałam, kupowałam i wyparłam z pamięci. Mnóstwo, mnóstwo cytatów z branżowych pism. Brak tektury, żyłek, folii aluminiowej, zła jakość barwników, niezamykające się słoiki, okropna blacha w konserwach i w tym świecie całkiem nieźli graficy, których projekty po wykonaniu nie przypominały samych siebie. 




Pełna emocji podróż w czasie. Nie wszystko jednak było złe wtedy, chociaż jeszcze o tym nie było wiadomo.

"Na łamach Opakowania z 1959 roku czytamy: Ziemniaki każda gospodyni kupuje co drugi, trzeci dzień, względnie raz w tygodniu większą ilość. Zakup ziemniaków związany jest ze specjalnym wybraniem się do odpowiedniego sklepu z koszem , siatką czy woreczkiem. Dokonanie zakupu bez uprzedniego zaopatrzenia się we własne opakowanie jest wręcz niemożliwe. Spojrzenie i odpowiedź sprzedawcy na prośbę o zważenie ziemniaków w torbę papierową jest tak wymowne, że największy optymista nie odważy się na powtórzenie tej prośby."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

60 lat później z podobnym spojrzeniem można się spotkać na prośbę zapakowania ziemniaków do własnej siatki, a tylko najwięksi optymiści wierzą w pokonanie wszechobecnego plastiku. Zero waste miało się w PRLu (z musu ale zawsze) lepiej, za to kolory zdecydowanie miały się gorzej. W zeszycie można było najwyżej namalować kolorowy szlaczek, nic dziwnego w sumie, że trochę rekompensuję sobie te kolory teraz. Zeszyty. No, można powiedzieć, że wpadłam we własne sidła. Kiedy tak popatrzyłam na te swoje zeszyty, poczytałam o Waszych zeszytach i porozmawiałam z koleżanką o jej zeszytach, temat sam zaczął się drążyć i rozwijać. I niespodziewanie, ale jakże przyjemnie wypłynęłam z zeszytami na głębokie wody, co w dobie Internetu i Allegro jest banalnie proste. Po dwóch dniach mąk moralnych wyłączyłam temat zeszytów z Roku Bez Zakupów, nawet ma to swoje prawne uzasadnienie jako siła wyższa, na wszelki wypadek nie sprawdzałam zbyt dokładnie. Nie wdając się zatem w szczegóły (i wydatki też nie), założyłam sobie Reading Journal (czyli w języku szkolnym zeszyt lektur), chociaż na początku wydawało mi się, że to zupełnie nie dla mnie. 


Najpierw był chaos twórczy, piórnik, nowe kredki (bo musiałam mieć ponumerowane), nowy stoliczek (bo nie dało się na dłuższą metę na kolanach prowadzić Journala) no i naklejki, naklejki i ozdobne taśmy, bo muszą być, wiadomo. Stoliczek przydaje się nie tylko do Journala ale do kawy i lektur bieżących:


Po tygodniu (albo dwóch) ciężkiej pracy wyłonił się Journal


Najpierw strona tytułowa, a zaraz potem pojawił się problem co dalej, bo ja uwielbiam ozdoby w dużych ilościach, ale jednak lubię jak coś jest poza tym. I po kolejnych dwóch tygodniach masowego oglądania filmików o journalach, po niezliczonych naradach z koleżanką i nieprzespanych świtach mam w swoim Journalu jedno wyzwanie 52 książki w roku


Kiedyś mi się wydawało, że to wyzwanie jest banalnie proste, ale zaraz potem okazało się, że mam lata, w których przeczytałam tylko kilkanaście książek, więc nie wiem jakie mam szanse tego roku, na razie idę zgodnie z planem. Przeczytane książki zaznaczam kolorem według skali ocen i dzięki temu zobaczę sobie na koniec czy czytałam ładne książki czy nie. 

Do wyzwania założyłam dla czystej już przyjemności strony z półeczkami:


Drugim punktem w Journalu jest Książkowe Lotto i to już wymyśliłam sama w związku z moim stosikiem książek do przeczytania. Od wielu lat kupowałam więcej niż czytałam, zakupy rozparcelowywałam na półkach, nie spiętrzały się więc ani w stosiki ani w wyrzuty sumienia. Ukazały się dopiero czarno na białym w procesie katalogowania (podczas którego przy każdej pozycji zaznaczam czy jest przeczytana). Katalogowanie doprowadziłam mniej więcej do połowy i ujawniły się 174 książki nieprzeczytane. Ostatnio czytam praktycznie tylko swoje książki, ale polega to na tym, że wybieram te, na które mam chęć. Przeważnie mam chęć na coś lekkiego, chudego, albo po prostu na to co jest w zasięgu wzroku. I tak niektóre książki są od lat spychane na koniec kolejki. Lotto ma im dać szansę. 

Przefiltrowałam wszystkie swoje wielkie nieprzeczytane i wydrukowałam listę


Dwa dni myślałam co z nią zrobić i z pomocą koleżanki (która już też ma swój Reading Journal) ustaliłam dwa losowania - pierwsze losowanie na rok 2023. Przewidziałam dwie losowane książki miesięcznie, czyli 20 tytułów (bo już marzec jest). Wylosowane numery pomalowałam na żółto, wpisałam w tabelkę; drugie losowanie jest na każdy miesiąc, czyli co miesiąc będę losować dwa tytuły z żółtych. Niespodziewanie okazało się to być świetną zabawą. Jest ekscytacja, niepokój i radość, zupełnie jakby się dostało prezent. W marcowym Lotto wypadł Kundera i Prokopiusz, do losowania okazały się idealne moje numeryczne markery. Nie wiem, kiedy w naturalny sposób przeczytałabym Prokopiusza, a tu proszę - przeczytam w marcu. 


Kunderę już przeczytałam - nie bolało, a czekał na półce od 2007 roku (Sic!). 


Na początku wydał mi się zbyt intelektualny, niektóre fragmenty były dla mnie nużące, ale w większości czytałam zafascynowana trafnością i wnikliwością. I to pomimo, że najwięcej odwołań jest do Kafki. Aż nabrałam ochoty na przeczytanie Zamku, chociaż lata temu przerwałam lekturę po kilkunastu stronach, tak bardzo mnie przygnębiła. Jednym słowem świetne eseje o powieści, o tłumaczeniach, o muzyce, jest też cień totalitaryzmu i sobie pomyślałam, że Kundera jest świetnym pisarzem, który w tak niewielu słowach potrafił tak wiele powiedzieć. 

Po Lotto Książkowym  wymyśliłam też losowanie autora miesiąca, ale na razie nie opracowałam jeszcze metody postępowanie z pisarzem wylosowanym. 

Poza pracami kreatywnymi, poza czytaniem i niegotowaniem, robiłam oczywiście na drutach. Robiłam kocyki dla wnucząt, widać je trochę pod opakowaniami i robiłam zielony boxy z Safranu. Wszytskie trzy robótki długofalowe, żadna się więc nie kończy, co mnie już trochę frustruje, bo już jest marzec. No nic, może dobrnę z nimi do mety. Do dziergania puszczam sobie radiową Dwójkę albo angielskojęzyczne podcasty włóczkowe i po obejrzeniu milion razy jak dziewiarki stosują znaczniki do liczenia rzędów, postanowiłam spróbować. Bo do tej pory rzędy zapisywałam sobie w notesiku, albo zaznaczałam na liczniku. Ten system ma dwie wady - trzeba pamiętać i trzeba odłożyć druty, żeby wziąć ołówek czy licznik. Markery zapina się co któryś rząd i nie sposób pominąć rzędu, bo każdy rząd jest zrobiony niezależnie czy się o nim pamięta czy nie. Spróbowałam i bardzo jestem zadowolona jak uprościło mi się dzierganie. Musiałam tylko raz się skupić i wykoncypować, który rząd jest pierwszy i jak liczyć te oczka, które są na drutach. Sama się zdziwiłam, jak bardzo to jest proste i czemu miałam z tym problem przez tyle lat. No ale widać nawet do najprostszych rzeczy trzeba dojrzeć i jednym to przychodzi szybko a innym wręcz przeciwnie. 


Opakowania zaznaczałam przepisem z PRLu, a Kunderę Pragą oczywiście.



Niedługo wiosna, śniegi pewnie odpuszczą i zimno czego sobie i Wam serdecznie życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

czwartek, 9 lutego 2023

Szał w zeszytach, koce i len

 


"Idą po moście, pień taszcząc wielki.

Mięśnie napięte mają i szelki

(z wysiłku mało nie zgubią spodni).

Idą przy świetle smolnych pochodni.

Nienawiść mają w oczach i zębach.

Gdybym tam był - to bym był ich się bał.

Kiedy we wrota łupną taranem,

pewno po Bestii będzie nad ranem..."

Jeremi Przybora małoletnim i stuletnim

Małoletnie wnuczki i ja może nie stuletnie ale na najlepszej drodze no i Przybora, kto by się oparł. Dodatkowo są duże obrazki, są małe obrazki i różne ozdoby ilustracyjne. Przybora opowiada trochę prozą, trochę wierszem (niektóre trudno wymówić - "to bym był ich się bał" ćwiczę od dawna i nie bardzo mi się udaje, ale jaka piękna fraza), trochę śmiesznie, trochę poważnie. I z wyczuciem. Nudziłam się jedynie przy Alicji, no ale ja w ogóle trochę się nudzę przy oryginale, Alicję lubię tylko w cytatach - takie skrótowe opowiadanie nie pomogło. W sumie jednak przyjemnie spędzone dwa dni. Bajek mamy cały przekrój - od Kopciuszka po Królewicza i żebraka, którego nabrałam chęci przeczytać ponownie po pięćdziesięciu trzech (sic!) latach.

Zanim jednak do tego dojdzie, nadal robię kocyki - teraz już dwa.


Podejrzewam bowiem, że po skończeniu różowego dla wnuczki nie miałabym odwagi tak od razu zacząć niebieski dla wnuczka (stereotypowo w kolorach, ale co tam). 

Kocyki robi się długo i na ogół zawsze jest jeszcze daleko do końca, więc dla oddechu złapałam lniane moteczki, które siedziały w pudłach od chyba ośmiu lat. Z tym czasem to ostatnio jakaś katastrofa jest - nie można normalnie odmierzać w tygodniach czy nawet w miesiącach, tylko od razu jest dziesięć albo wręcz pół wieku. A jakby to ładnie było - kupiłam włóczkę miesiąc temu i tydzień temu skończyłam sweter. No trudno, kupiłam włóczkę lnianą osiem lat temu, wzór (w ogóle nie do tej włóczki, tylko do nieokreślonej jakiejś) dwa lata temu i na stronie Ravelry okazało się, że jedno do drugiego pasuje. Lovenote z Bomull Lin Dropsa.

Robię na drutach grubych, więc w miarę szybko by szło, gdyby nie to, że włóczka ma strukturę jak sznurek konopny - bardzo nieprzyjemną. Po praniu trochę zmięknie, więc staram się nie zważać na dyskomfort dziergania. W bluzce używam żyłek bardzo w modzie ostatnio, można kupić zagraniczne (bardzo drogie), ja kupiłam u Lovieczki (bardzo niedrogie)


   Komfort przymierzania z tymi żyłkami jest bardzo wysoki, od razu powiem, że nie udało mi się przeciągnąć jej w dzianinie robionej cienkimi drutami (na przykład dwójkami), ale może nie znam się. W tej bluzce bardzo łatwo przeszło (żyłkę nadziewa się na czubek drutu i wciąga w gąszcz oczek).

Robię więc teraz prawe oczko za prawym, myśli puszczone mam luzem, przychodzą sobie i odchodzą swobodnie i jedna była o organizowaniu. Bo ja tak organizuję i organizuję (mój kolega w pracy twierdził, że to się nigdy nie skończy) i, zastanowiłam się, czy coś już zorganizowałam i czy to ma sens. Okazało się, że tak, zorganizowałam i że miało sens. 

Jedną z pierwszych zorganizowanych rzeczy były papiery bardzo ważne i mniej ważne, które na początku mojej dorosłości składałam na stertę a z czasem na kilka stert. Jakieś dwadzieścia pięć lat temu (a nie mówiłam, jakaś zgroza z tym czasem) wywiozłam wszystkie sterty na letnisko i pół wakacji poświęciłam na segregowanie. Nie było to przesadnie bolesne, siedziałam sobie pod sosną, ptaszki śpiewały, słońce świeciło, wiatr igrał z różnymi świadectwami pracy, podatkami i umowami. Posortowane papiery wsadziłam w segregatory, opisałam i tak trwają do dzisiaj. Oczywiście, co jakiś czas wymagają drobnej interwencji, część mogłam już wyrzucić, wymieniłam im też segregatory (naprawdę ten otworek w grzbiecie jest bardzo wygodny przy wyciąganiu). Czy to miało sens? Miało, bo nie dalej jak dziś rano Czajkomąż niepewnie zapytał, czy dałoby się znaleźć jego receptę na okulary sprzed pięciu lat. No oczywiście i nie jest to kwestia znalezienia, ale wyjęcia z kieszeni teczki o napisie "Medyczne". No, Czajkomąż był pod wrażeniem. 

Od kilku lat też mam samoutrzymujący się porządek w kuchennych szafkach, ale tu zasada była prosta - każdy sprzęt dostał swoje miejsce. Co zresztą dotyczy wszystkiego organizowanego.


Udało mi się też stopniowo, i też trwało to latami, zorganizować moje zeszyty. Ach, zeszyty... 


Mieszkają sobie w zimowej torebce (na to też wpadłam niedawno, wcześniej przechowywałam je w stosiku i wyciągałam, przy czym zasada jest taka, że ten którego się potrzebuje jest zawsze pod spodem)


Zeszyty. Moja ogromna słabość, nie wiem co w tym jest, ale zawsze wielbiłam sklepy papiernicze. Pociągały mnie bardziej nawet od sklepu z cukierkami, a na mojej ulicy, mimo szarego Peerelu był sklep bogato wyposażony w kolorowe bombonierki, pudełka z groszkami oraz zapakowanymi w gustowne prostopadłościany iryski. No i dropsy w rulonach, wiadomo. Landrynki w puszkach i celofanowych torebkach. Ale zeszyty, ołówki, długopisy, notesiki miały w sobie jakąś obietnicę. Chociaż od zawsze nie bardzo miałam co w nich zapisywać. Była moja pierwsza i jedyna powieść; miałam osiem lat a powieść zajęła niecałe dwie strony cienkiego zeszytu, nie była więc przesadnie rozbudowana. Króliczek poszedł do lasu, ale zaraz wrócił. Z przyjaciółką założyłyśmy też encyklopedię, która zakończyła się na kilku hasłach, ponieważ hasło "trawa' i opis "trawa jest zielona" tak nas rozśmieszyło, że dalsza praca była niemożliwa, i pomyśleć, że mogłyśmy zostać nowymi Diderotami. Prowadziłam też latami (ale niezbyt systematycznie) pamiętniki w standardowych, burych, stukartkowych zeszytach. Nie przetrwały do dzisiaj, nic w nich porywającego raczej nie było, może tylko koloryt tamtych lat, ale pewnie niezbyt wyraźny. 

Potem miałam już tylko zeszyt z przepisami kulinarnymi, chciałam zerwać z rodzinną tradycją przechowywania przepisów na milionach karteczek (słyszałam, że ludzie między innymi dzielą się na zeszytowych i kartkowych, nie ma w tym nic złego ani dobrego, ja jestem zdecydowanie zeszytowa). Mój obecny zeszyt (kiedyś o nim chyba wspominałam), to mój czwarty zeszyt i wygląda na to, że już z niego się nie przeprowadzę. Pierwszy (założyłam go 32 lata temu) był okropnie brzydki, chociaż gruby, drugi był kiepskiej jakości, chociaż ręcznie robiony, trzeci był za mało ozdobiony jak na moje potrzeby. Ja lubię jak jest ozdobione, co na to poradzę. Mam to po babci chyba, która też lubiła ozdoby, miała śliczne wycięte kwiatki przyklejone na starych kafelkach i zawsze miała broszkę. Teraz zeszyt kulinarny jest ozdobiony w sam raz i przyjemnie mi się go przegląda nawet kiedy nie szukam przepisów.

Pod wpływem "Biegnącej z wilkami" założyłam sobie dwa zeszyty - jeden do zapisywania przeczytanych książek; zapisywanie książek - koncepcja, która mnie kiedyś (czterdzieści lat temu) bardzo śmieszyła, bo jak można nie pamiętać tego, co się przeczytało? Okazało się że jak najbardziej można. Zaczęłam w zwykłym zeszyciku jak niegdysiejsze zeszyty do słówek (kto pamięta te małe zeszyty do słówek? Nigdy nie używałam ich do słówek, ale miałam zawsze bo były takie słodkie w formacie - z wyglądu brzydkie oczywiście), i po latach przeprowadziłam się do luksusowego notesu z Muchą (Alfonsem) na okładce i w którym zapisuję przeczytane książki nieprzerwanie od 2004 roku (nie do wiary!). Czy jest przydatny? Trochę tak, a trochę nie. Ale nie zajmuje to w ogóle czasu (pomijając to przepisanie), więc nie rezygnuję.  


 
  Drugi zeszyt po "Biegnącej..." to mój zeszyt z cytatami - nie są to złote myśli, ale po prostu fragmenty, który mnie zauroczyły). Też się przeprowadzałam ze zwykłego grubego zeszytu w okładce w kratkę do luksusowego notesu w arabskie mazaje. Zapełniam już drugi tom.
Założyłam też zeszyt robótkowy praktycznie zaraz jak wróciłam do drutów, czyli dziesięć lat temu? Tu też się przeprowadzałam kilka razy. Pierwszy był zwykłym zeszytem w lakierowanej okładce z ładnym widoczkiem (to już były te czasy z ładnymi okładkami), ale się zamykał w czasie pracy. Przeniosłam się wiec do kołonatatnika i przez długi czas miotałam się między koncepcjami czy to ma być czystopis, czy brudnopis, nie wnikając w szczegóły, po latach miałam klarowną koncepcję co jest dla mnie najwygodniejsze do robótek ręcznych, otóż muszę mieć i na czysto i na brudno, kupiłam więc luksusowy notes z okładką mieniącą się kwiatkami i listowiem. Wpisuję w niego wszystkie robótki i chociaż zdarza się, że nie wpisałam rozmiaru drutów, to jednak bardzo rzadko.

Bardzo często z niego korzystam i sprawdzam jakimi drutami robiłam, z jakiej włóczki i jaka próbka.  
W zeszłym tygodniu wpadłam na pomysł katalogowania kolorów włóczek. Wiem, wiem, brzmi nieco obłędnie (w sensie wyższego poziomu obłędu), ale naprawdę, to że  nie miałam zapisanych porządnie kolorów, kosztowało mnie sporo pieniędzy. Ale to długa historia, nie taka co prawda jak ta o zeszytach, nadaje się na kolejny odcinek. 


Do katalogowania wystarczy mała karteczka z dziurkowaniem - obok przywiązanej włóczki wpisujemy kolor i tyle. Nie wiem czemu obmyślenie tego sposobu zajęło mi tyle czasu. A próby podejmowałam różne - przywiązywałam na przykład kawałek włóczki do etykiety z kolorem, no ale o ile ten sposób jest w miarę wygodny w przypadku dwóch kolorów, o tyle w przypadku piętnastu jest idiotyczny. 

Mam też od lat notesik z adresami. Zmęczywszy się ciągłym przepisywaniem adresów i telefonów z kolejnych kalendarzyków, kupiłam luksusowy (no tak, utracjusz ze mnie zeszytowy) notes Moleskine. Jest czarny i poza gumką w ogóle nie jest ozdobny, ale bardzo mnie pociesza fakt, że notes takiej samej firmy miał van Gogh, w związku z tym nie wyprowadzam się z niego od lat. A skoro mowa o van Goghu, to (zachowując proporcje) kupiłam sobie niedawno szkicownik (bo miał śliczną okładkę)i codziennie (albo prawie) w nim szkicuję, kiedyś lubiłam rysować, mój tata ślicznie rysował, więc po trzydziestu latach przerwy wróciłam. W końcu skoro robię na drutach, czytam, prawie haftuję krzyżykami, kataloguję i organizuję, to chwila na szkicowanie też się znajdzie. 

I ostatni, co nie oznacza, że najgorszy to notes ogólny. Od lat mianowicie wiedziałam, że kalendarze to nie dla mnie, nie zapisywałam w nich 80% kartek, rok mijał, kalendarz do wyrzucenia. Z karteczkami nie umiem, więc byłam bardzo niepocieszona. Aż w końcu znalazłam rozwiązanie (znowu po latach, ale ja jestem nie bez powodu alezaraz@).


Kupiłam sobie w imieniu wnucząt i spersonalizowałam, czyli urządziłam się w nim wygodnie. Mam ozdoby, mam wklejony kalendarz, mam kieszonkę na karteczkę z zakupami (bo wiadomo, wygodniej na zakupy iść z karteczką niż z notesem, a przez pandemię nabrałam niechęci do korzystania z telefonu na zakupach), mam rachunki i rzeczy do załatwienia. Mam też muzykę, jaka mi się podobała, bo wiadomo, przeważnie to Dimash, ale nie zawsze. 




 
Bardzo dumna jestem z kieszonki zrobionej z pudełka po skarpetkach :D


Mogę tu wklejać kawałki papierów do prezentów, widokówki czy opakowania po cukierkach. Chociaż Czajkomąż mnie straszy, że opakowania po cukierkach mogłyby się nie zmieścić. No nie wiem, na razie odstawiłam się od cukru. 
- Że też ci się chce - powiedziała koleżanka na widok moich dokonań zeszytowych i zdobniczych. No tak, zawsze mi się chce kiedy w grę wchodzą rzeczy miłe i przyjemne dla oka. Czego sobie i Wam serdecznie życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

Ps. Bajki zakładałam bardzo bajkową zakładką, która już kiedyś była, ale to nic nie szkodzi.



niedziela, 25 września 2022

Psotnik z wekiem

 


"Choć w nazwach ptaków nie ma tyle literackiej fantazji, co w nazwach owadów [7], one też mogłyby ucieszyć niejednego językoznawcę: nur, podgorzałka, ogorzałka, uhla, markaczka, edredon, turkan, birginiak, mandarynka, karolinka, kłochtun, rożeniec, szlachar, ohar, kazarka, szczudłak, kulon, ostrygojad, batalion, stalugwa, szlamnik, słonka, maskonur, baba(...)

[7] Na przykład: psotnik zakamarnik, pilniczek włochatek, turkuć podjadek, niezdarka dziewica (gatunek pasikonika), bzyg brzęk i nieżłop nakwietny (rodzina bzygowatych), zgrzypik twardziel (rodzina kózkowatych), przekrasek mróweczka, pokątnik złowieszczek, tutkarz bachusek (chrząszcze), odorek zieleniak i wtyk straszyk(...)"

Zobacz ptaka, Jacek Karczewski

Każdy słyszał te straszne opowieści, w których szczęśliwy ojciec tuż po odpowiednio procentowym uczczeniu narodzin dziecka, rejestrował je w księgach parafialnych w oszołomieniu i stąd mamy Chałasów i Horążych w nazwiskach. Ale w przypadku nazewnictwa naukowego wydawałoby się, że wszystko przebiega w powadze i trzeźwości i pewnie tak jest, natomiast na szczęście i tak jest humorystycznie. Taki kłochtun na przykład - jak pięknie można się zadziwić i jak długo nad etymologią i nad urodą nazwy oraz nad urodą samego kłochtuna. Nie wiem co prawda, bo nie widziałam, ale wydaje mi się, że osobiście nie jest tak śliczny jak ma na imię.

Dla samych tych nazw (a o nazwach jest dużo i jeszcze śmieszniej, choć czasem strasznie, gdy poruszamy temat orłana) warto przeczytać. Ale nie tylko o nazwach jest ta książka, bo jest również o szkodliwości trawników, bioróżnorodności, ogrodach i bibliotekach (ale o bibliotekach bardzo mało). No i o ptakach jest przede wszystkim- jakie są, jak wyglądają, co jedzą (chleba nie jedzą, a raczej nie powinny). Dobra na wiosnę, ale na jesień też. No i na przygnębiony nastrój - wystarczy wtedy pomyśleć o nieżłopie nakwietnym i od razu raźniej się robi na duszy.

A jak raźniej na duszy, to i robótki lepiej się dzieją, zatem nakończyłam ich całe mnóstwo. Po pierwsze skończyłam mitenki dla koleżanki z pracy, idzie zima pomału, ma być zimno i drogo (to znaczy drogo już jest), więc mitenki w biurze jak najbardziej przydatne:



Alpaka Dropsa, wzór własny, druty nr 2.

Po drugie skończyłam sweter z Cashmerino, które kupowałam sto lat temu w dwóch ratach (bo było drogie) i wreszcie się doczekało. Wzór to Ilha . Bardzo przyjemnie się robiło i bardzo przyjemnie się go nosi. 





Po trzecie już było wspomniane, ale nie miało zdjęcia z takim prześlicznym tłem, więc też wstawiam, malowane cegiełki:



 Po czwarte zrobiłam czapkę, rok temu chyba, ale dopiero teraz doczekała się tła, pompona i metki :Hand made". Na zdjęciu razem z chustą Morning rays zrobioną w czasie lock-downu. 


Zaraz po chłodnej sesji zrobiło się słonecznie i znacznie cieplej, oby tak trwało, czego i sobie i Wam życzę, dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. W komentarzach pod poprzednim postem ujawniły się fanki słoików, do których jak najbardziej też się zaliczam. Nie wiem czy to chodzi o poczucie zabezpieczenia się na zimę, przyjemność z posiadanych zapasów, ale słoiki zawsze wzbudzały we mnie przyjemne myśli, na pulpicie mam tapetę ze słoikami. No i oczywiście słoiki w pierwszym rzędzie kojarzą mi się z babcią. Pamiętam jej weki, te gumki ze sprężynkami i to, że ciągle się urywał koniuszek przy otwieraniu. Pamiętam smak tych wszystkich kompotów, chyba najbardziej lubiłam śliwkowy, ale też wiśniowy z jego kolorem rubinowym i lekką goryczką. Pamiętam też naszą ekscytację, kiedy na rynku pojawiły się twisty i wyparły niewygodne gumki. Pamiętam te coroczne rozmowy, czy truskawki już się nadają na weki, czy można jeszcze poczekać. I tak to trwało - od jednego sezonu wekowania do drugiego. Babcine kompoty i weki, od razu przypomniało mi się to zdjęcie - robione chyba nad stawami Jana. Miałam może pięć lat.


Babica może pięćdziesiąt...

(W drugim tle tata i moja ulubiona ciocia)

A tu uciekam, ale słoik bardziej widoczny:



niedziela, 18 września 2022

Dygresje spiralne


 "Nic nie porusza się z taką prędkością jak światło, lecz ani ono, ani życie jako takie nigdy się nigdzie nie spieszą. Słońce - jak pisał niegdyś Galileusz - ze wszystkimi planetami obracającymi się wokół niego i odeń zależnymi, zawsze znajdzie czas, by ogrzać swymi promieniami kiść winogron, jakby w całym wszechświecie nie miało nic lepszego do roboty."

Księga zwierząt niemalże niemożliwych. Bestiariusz XXI wieku, Caspar Henderson

Sztuka pożyczania książek polega na tym, żeby pożyczona książka spodobała się osobie, której pożyczamy. Czasem książka podoba się na tyle, iż osoba ta kupuje dla siebie swój własny egzemplarz. Tak było w tym przypadku, koleżanka pożyczyła mi Bestiariusz, a ja kupiłam go sobie będąc w połowie wstępu, ku dzikiej satysfakcji koleżanki. No ale o to przecież chodzi - żeby książki nam się podobały.

W tej podobało mi się wszystko, włączając autora. Jeszcze nawet nie zdążyłam zapiąć pasów, a już mknęłam z nim przez miliardy lat, przez głębiny oceaniczne, przez lądowe zakamarki Ziemi, ale głównie jednak przez głębiny. Każde opisane zwierzę ma przypisany mu rozdział , porcję humoru i porcję erudycji. Z erudycji autora bierze się pewnie jego dygresyjność - zaczynamy od łodzika, a właściwie od gorgonii, żeby w oszołomieniu przemknąć nad spiralami stożkowymi, kalafiorami, zigguratami, strukturą DNA, rybą Babel, retrowirusami, znaczeniem piękna i sensem życia. Już przy kalafiorach zapominamy o łodziku, ale to nie ma znaczenia, bo wszystko się wiąże, wszystko jest ciekawe i pobudza do refleksji.



Każdy rozdział zaczyna się prześlicznymi ilustracjami (reprodukcje w środku są jednak średniej jakości, ale od czego internet - możemy tam znaleźć skakuna, kraba yeti albo iridogorgię - warto).

Ach, być sobie jak Słońce, mieć czas na wszystkie kiście winogron. No trudno, trzeba sobie wybierać te najśliczniejsze. Poza czytaniem bestariusza czas poświęciłam oczywiście na robótki ręczne. Przez urlop, różne zobowiązania i gorące lato porzuciłam monogamię i w pewnym momencie miałam na drutach kilka rzeczy, ale powoli zamykam tematy i przyznam, że najprzyjemniej mi teraz z jedną robótką (w porywach z dwiema - jedna telewizyjna, druga radiowa).

Skończyłam zatem swoje malarskie cegiełki. Czyli sweter Stephena Westa inspirowany "Tarasem kawiarni w nocy" van Gogha :


 Zapowiada się na bardzo wygodny i niegryzący, ciepły sweter. Dwa razy pomyliłam się z granatowym, podobno kobiety lepiej rozróżniają kolory, w moim przypadku chyba niekoniecznie. Na razie o tym nie myślę, nie pruję i zobaczymy latem. 

Zrobiłam też z wnuczką szalik dla lalki 

i ten niebieski jest w jednym odcieniu, w dodatku bardzo twarzowym:



Całe szczęście, że lalka ma niezbyt długą szyję, bo wnuczka po trzech rzędach stwierdziła, że szalik gotowy. 
Zrobiłam też trochę konfitur egzotycznych, bo z cukinii i z imbiru, ale zaraz potem zaczęły sie perypetie z cukrem, więc zaprzestałam. W sumie na cukinię dalej trwa sezon, więc zawsze mogę dosmażyć. 

Z ważniejszych rzeczy zainspirowałam się pewnym młodym człowiekiem, który ze względów ekologicznych (kiedy zobaczył wyspę śmieci na oceanach) przestał kupować przez rok. Po głębokim. mniej więcej trzygodzinnym namyśle również podjęłam takie zobowiązanie. Moje zasady to niekupowanie niczego co nie służy do jedzenia, pachnienia (czy ogólnie pojętej higieny) oraz nie jest prezentem dla bliskich (wiadomo, wnuczki nie muszą jeszcze poddawać się wyrzeczeniom).
Założyłam sobie pasek postępu w postaci słoika i codziennie wrzucam do niego złotówkę. 

 Niekupowaniem nie czuję się zupełnie ograniczona, wręcz przeciwnie, czuję się dobrze zaopatrzona i uwolniona od tego ciągłego poddawania się różnym swoim nowym pomysłom. Pomimo mojej walki o minimalizm, ciągle zakupy były dla mnie w dużym stopniu rozrywką. 

- A jak zabraknie ci włóczki? - zapytała koleżanka z pracy. To akurat przez najbliższe dziesięć lat nie ma prawa się wydarzyć, biorąc pod uwagę moje niezmierzone zapasy. 

Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :D

niedziela, 7 listopada 2021

Strony, oczka i kwiaty w liczbie dużej


 "W języku zawierają się nie tylko słowa i odpowiadające im rzeczy. Każdy język inaczej w rzecz wstępuje, jak to określił swego czasu Michał Choromański."

O nich tutaj (książka o języku i przekładzie) - Wybrał i opracował Piotr Sommer

Piotr Sommer wybrał i opracował Najlepsze szkice o przekładzie, jakie ukazały się w "Literaturze na świecie" w latach 1984-2014, napisał wstęp i podzielił owe szkice na trzy części i nazwał je odpowiednio Ogóły, Szczegóły i Brokuły. 

To właśnie nazwy rozdziałów (a zwłaszcza Brokuły) ostatecznie skłoniły mnie do zakupu tej książki, ponieważ poza tym, że jest o tłumaczeniu, była dosyć droga. Można przypuszczać, że dlatego czytam ją chyba od września, wiadomo, że im na dłużej zakup starcza, tym bardziej jest ekonomiczny, ale nie. Czytam wolno, bo naprawdę nie chcę, żeby się skończyła. Czytam i naprawdę się delektuję. Bo jak można się nie delektować takim wierszem:

In die Rillen

der Himmelsmünze im Türspalt

preßt du das Wort [...]

"In die Rillen", z tomu Atemwende

I patrzeć na różne tłumaczenia:

W żłobienia | monety nieba w szparze drzwi | wtłaczasz słowo...

W uchylonych drzwiach | moneta nieba - w jej żłobienia | wtłaczasz słowo...

W rowki nieba, | tej monety, co prześwituje zza drzwi, | wtłaczasz słowo

Można tak naprawdę nie żałować nieznajomości niemieckiego, bo czasem znajomość języka to i tak za mało. Fascynujące przygody słów, przygody tłumaczy, wpadki też oczywiście, bo wpadki muszą być.  Co prawda mnóstwo osób powiedziałoby - czy naprawdę ludzie myślą o takich rzeczach? No i nie szkodzi. Warto usiąść i o nich pomyśleć albo chociaż poczytać, co o nich myślą inni.

Wiele, wiele znanych mi i zupełnie nieznanych nazwisk. Wiele, wiele stron i wiele obrazków z Noun project. Z nimi tutaj posiedzę pewnie do grudnia, co mnie nie martwi, bo jest przyjemnie. Inne książki też doczekają swojej kolejki, bo każda książka, nawet najgrubsza się kiedyś kończy. Tak jak największa robótka. Skończyłam bowiem koc z kwiatków, no dobrze, nie powszywałam nitek, ale jestem tak nim zachwycona, że nawet powiewające nitki mi nie przeszkadzają.

Moja kanapa w stronę okna wygląda teraz tak:


w stronę drzwi wygląda podobnie - bardzo, bardzo kwieciście i kolorowo:


Bubulina zadowolona podobnie jak ja:


Szydełkowałam pięć miesięcy (z małą przerwą na szal i na covid) i trochę zatęskniłam za drutami. W kolorystycznym rozpędzie wydziergałam więc czapkę z kolorowymi cekinami (idą ciemne powroty z pracy, trzeba być widocznym na drodze):





Wydziegałam też mniej kolorowe skarpetki:


I wtedy ogarnęła mnie ogromna chęć zrobienia swetra lekkiego, ciepłego i obszernego. Wyciągnęłam fioletową alpakę kupioną chyba siedem lat temu i zatonęłam w morzu oczek prawych. 


Sweter robię według darmowego wzoru L'Express, co jest nazwą paryskiego w stylu bistra w Montrealu. Bardzo jestem ciekawa efektu końcowego, dziergam szaleńczo rano i wieczorem. Czasem tylko spacer listopadowym Zgierzem:








  Napisi, napisi - jak wołała moja wnuczka. No tak, napisy są fajne, zwłaszcza w dużych ilościach, czego sobie i Wam życzę.
dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. A książkę zakładam nieadekwatną póki co deszczową zakładką.