Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bawełna - wiskoza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bawełna - wiskoza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lipca 2023

Burzliwe piramidy

 


"Pisarze ledwo nadążali z robotą - trzeba było udokumentować, opisać i zapisać mnóstwo rzeczy i spraw oraz skopiować i zarchiwizować to wszystko."

Egipt w czasach piramid, Guillemette Andreu

Zupełnie jak ja, chociaż ani nie jestem pisarzem, ani nie siedzę w cieniu piramid, ale też archiwizuję wszystko albo znaczną większość. Nie czułam więc przesadnej przepaści geograficznej czy antropologicznej, kiedy czytałam tę przyjemną i wciągającą książkę, w której niestety, poza okładką, nie było żadnych obrazków i znowu musiałam zaglądać do wszystkomającego Internetu, żeby zobaczyć na przykład pisarza lub innych. Egipcjanie wrzucali do Nilu ichniejsze Marzanny i wianki, artyści utrwalali przemijającą rzeczywistość rzeźbiąc i malując, co dziś znacznie łatwiej osiągnęliby robiąc miliony zdjęć. Moje książki na przykład są uwiecznione we wszystkich nieomal swoich konfiguracjach i ustawieniach. Do książki raczej już nie będę wracać (chociaż wiadomo, że z takimi deklaracjami nigdy nic nie wiadomo). Jeden tylko szczegół mnie zdziwił, nie dotyczył on na szczęście Egiptu, otóż autorka uznała, że Szeherezada "wymyśla różne niezwykłe historie, by rozerwać sfrustrowanego sułtana". Wydaje mi się, że głównym celem Szeherezady było przeżyć, bo rozrywki sułtana zupełnie nie polegały na słuchaniu opowieści. To drobiazg, ale trochę nadszarpnął moją wiarę w panią Andreu.

Chyba, że się mylę, co też nie jest wykluczone. Egipt piramid przeminął, zupełnie tak samo jak mój wywczas (bo przecież nie urlop, kiedy po raz pierwszy po powrocie z letnich wyjazdów, siedzę w domu ze swoimi książkami i włóczkami, zamiast pracować dzielnie w firmie jakiejś). Nie wiem czy to z tego powodu, czy z jakiegoś innego (globalnego ocieplenia może), pogoda w tym roku nas nie rozpieszczała, jeżeli w Polsce była jedna jedyna burza, to właśnie w Wierchomli.

Dostawałam różne ostrzeżenia na zmianę, od burz z piorunami poprzez upały, powodzie i lawiny (sic!), aż trochę się bałam, że drogi nam zaleje i zmyje i zostanę już na wywczasowym tarasie na zawsze. Na szczęście nie zmyło ani nie zalało, na wszelki wypadek siedziałam na ulubionym fotelu i nie oddalałam się od domu - na zdjęciu poniżej mam na sobie trzy z moich wełnianych (!!!) robótek.


po burzach zawsze za to była tęcza, owce i lody




Ponieważ turystycznie nie udzielałam się w ogóle (nie bez ukrytego w głębiach zadowolenia), główną atrakcją poza czytaniem i robieniem na drutach były zakupy (o Roku bez Zakupów jeszcze będzie, do jego końca został tylko miesiąc) w licznych punktach z pamiątkami regionu beskidzkiego oraz w powstałym niedawno w Piwnicznej Centrum Chińskim. Co w sumie, biorąc pod uwagę kraj produkcji wszystkich pamiątek na świecie, wychodzi prawie na jedno; w Centrum może oferta jest bardziej synkretyczna. Kupiłam sobie do swoich licznych zeszytów naklejki i litery do drutów albo biżuterii


Pan z wąsem przypominał mi bardzo Marcela Prousta i to pomimo angielskiej wieży z zegarem. W kwestii markerów natomiast zainspirowana Internetem zrobiłam sobie licznik rzędów, który wisi na drucie i nie wymaga notowania ani przekręcania a tylko przekładania z kółka na kółko. 



Na drutach wisi poza licznikiem robótka, które ma być docelowo kardiganem Corran, robię go z bardzo przyjemnej włóczki Line Sadnes Garn, przy szyi mnie lekko podgryza, ale mnie len prawie zawsze podgryza, a w Line jest poza bawełną i wiskozą trochę lnu właśnie. Kardigan ma być długi, z długimi rękawami i dekoltem V, na razie przyrasta bardzo szybko, ale jest wyjątkowo niefotogeniczny na etapie WIP (czyli pracy w toku).


Na żywo ładniejszy trochę, w kolorze szałwiowym.

Za oknem piękna pogoda (no pewnie, skoro już jestem w mieście), na targu piękne warzywa i owoce, na półkach książki, można się delektować latem, czego sobie i Wam życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. A książkę zakładałam delikatną zakładką z hieroglifami (pewnie wyprodukowaną w Chinach, ale co tam, wygląda jak z Egiptu prosto)


PS PS Na lipiec wylosowałam (w moim LOTTO nieczytanych) między innymi Fausta, no cóż, czekał, czekał, aż się doczekał. Trzeba przetrwać tę romantyczną dawkę. :D

niedziela, 31 marca 2019

Haczyk w czasie

"Uprzywilejowani, którzy dostąpili zaszczytu uczestniczenia w rodzinnej uroczystości Forsyte'ów, mieli okazję oglądać czarujący i pouczający widok rodziny należącej do zamożnego mieszczaństwa, w pełni upierzenia."
Saga rodu Forsyte'ów, John Galsworthy


Mój komplet sagi został wydrukowany na miesiąc przed moim urodzeniem i trafił do księgarń w liczbie niewiele ponad siedem tysięcy, nie był więc chyba bestselerem. Nie wiem kto go kupił, może mój tata, a może moja babcia, ale dzięki temu mogę być nieustająco uprzywilejowana od czasu, kiedy wyrosłam z Kubusiów Puchatków (chociaż na całe szczęście, tak naprawdę z Kubusiów nigdy nie wyrosłam).
Mogę więc patrzeć na te pyszne ciotki i stryjów, w co się ubierają, co jedzą, co piją, o czym rozmawiają; mogę chłodzić się czerwcowymi londyńskimi wietrzykami albo omdlewać w podlondyńskich upałach, mogę ubolewać nad podłością Soamesa, podziwiać starego Jolyona i emocjonować tragicznym romansem.
Mogłabym bywać u nich częściej, gdyby tylko było możliwe przywrócić te dawno minione wakacje i ferie, które trwały niczym lata - każdy dzień przynosił całe oceany godzin od rana do samego wieczora.

W dzisiejszych czasach dnie jakby krótsze, wpadam więc do Forsyte'ów na krótko i zachwycam się, a kiedy nie wpadam, to szydełkuję i rozmyślam o cioci Lodzi, która z szydełkiem nieodmiennie mi się kojarzy. Zawsze przychodziła do nas z szydełkiem, zupełnie nie pamiętam, co dziergała, ale było to na pewno bardzo malownicze (jaka ogromna szkoda, że Instagram wymyślono tak późno).  Podziwiałam, jak z jej nieznacznych ruchów małym haczykiem powstaje i pieni się materia w łańcuszkach i kolorach. Podziwiałam też i zazdrościłam jej pracy w kiosku Ruchu, który był dla mnie kioskiem obwitości bogatym w kolorowe pisemka, ołówki, długopisy, małe plastikowe laleczki i stosy niebieskich i brązowych zeszytów. W kiosku też szydełkowała, próbowała mnie nauczyć, ale byłam gruntem zupełnie niepodatnym, więc po kilku próbach zaprzestała.

I dopiero teraz, po tylu latach z pomocą internetu w ogóle, a filmikom na Youtube w szczególności miałam okazję zabrać się do nauki i jednak zdobyłam jakieś arkana.



Ombre oczywiście - od limonki do ciemnego granatau, Bubulina dumna, jakby wlasnoręcznie wydziergała. Wracam teraz do drutów, do mojej jedwabnej bluzeczki zaczętej w lipcu ubiegłego roku. Brakuje jej już tylko rękawów, więc mam nadzieję, że się doczekamy i ona ich i ja jej.

Sagę zakładałam nie wiem czemu słomianą laleczką w kolorowej krajce prosto ze Słowenii.

Chusta Virus niczym jagody w zielonych liściach. Za oknem jagód co prawda jeszcze nie ma, ale zielonych liści coraz więcej, więc chyba to wiosna przyszła z nadziejami. 
Czego i Wam życzę, dziękując za odwiedziny i przemiłe komentarze - dobrego dnia! :)

niedziela, 24 marca 2019

Muzyczny wirus z czajnikiem w tle

"Darwin z niekłamanym zdziwieniem pisał w O pochodzeniu człowieka: Skoro zaś ani zamiłowanie, ani zdolność do wytwarzania tonów muzycznych nie są właściwościami oddającymi najmniejszą nawet przysługę człowiekowi w jego codziennym trybie życia, musi się je zaliczyć do zdolności najbardziej tajemniczych, w które człowiek jest wyposażony."
Muzykofilia Opowieści o muzyce i mózgu, Oliver Sacks


Muzyka jest zjawiskiem fascynującym (pomimo swojej bezużytności), mózg również, więc połączenie tych dwóch tematów jest niezmiernie przyjemne. Autorem jest neurolog, więc wie o czym pisze. Zaczyna się interesująco - o nagłym uwielbieniu muzyki, muzycznych napadach, muzyce natrętnej, muzycznych halucynacjach.
Przykłady są oczywiście z życia wzięte, a objaśnienia neurologiczne zrozumiałe (na razie) dla prostego nieneurologa (czyli dla mnie).

Do czytania włączam sobie muzykę skrzypcową, no bo jak już dostać halucynacji, to najlepiej jakichś przepięknych. Słucham, w mózgu moje różne synapsy i neurony się delektują, a w wolnym międzyczasie chodzę sobie na spotkania książkowe w mieście Łodzi.
Spotkania w pierwszych dniach wiosny polegają głównie na bezie Pawlowej i spacerach, co szczegółowo udokumentowałam przezfotograficznie (spacer tylko, bo bezę zjadłam zbyt szybko, taka była dobra)

Cienie na drodze, w tym jeden z kucykiem a trzy bez:


Świeża wiosenna zieleń i świeża wiosenna woda:


Malowniczy bruk (jakoś mnie urzekł ogromnie, nie wiem czemu, może ma jakieś harmonie w sobie):


Czajka w szpilce (nie, nie, obok szpilki, bo w szpilce nie wolno było):


Zakaz z cebulą:

Niewinne rozrywki kulinarne (ale nikt nie zginął ani nie ucierpiał):


Czajka w czajniku (a właściwie obok, chociaż do czajnika niby zakazu nie było):


 W centrum wiosna, tymczasem w naszych górach, jak mi relacjonuje moj ulubiony podróżnik, wszystko naraz.




Rękodzielniczo szydełkuję chustę virus. Potwierdzam na własnej osobie sprawdzoną teorię, że virus uzależnia. W dodatku jest świetnym wzorem dla początkujących - powtarzalny i zawsze wiadomo, gdzie się jest, co w przypadku szydełkowania nie jest wcale takie oczywiste.
To moja druga praca na szydełku, więc nie mogę się nadziwić, że umiem takie różne wachlarzyki i w dodatku równo.


Muzykofilię zakładam muzyczną oczywiście zakładką:


Pozostając już w bardzo wiosennym nastroju, dziękuję za Wasze odwiedziny i komentarze. Dobrego dnia! :))

środa, 11 kwietnia 2018

Tumult w zachwycie


"Ile pustyń, tyle różnych pejzaży. Bogactwo oświetleń, bogactwo gamy barwnej, zależnej od pory roku, pory dnia, różnic gleby i różnego jej ukształtowania.
Pustynie pomiędzy Meszhedem a Teheranem z wyrastającymi nagle z piaszczystej płaszczyzny jak z morza skalistymi górami-rafami, to niebieskoszarymi, to liliowymi, różowymi czy nawet cytrynowymi, pustynie piaszczyste Transjordanii, z setkami lekkich wielbłądów, kawowych, białych, chrupiących kolczaste nędzne krzaczki, albo dziesiątki mil równo zasypanych czarnymi kamieniami, tak że nic nie widać więcej jak te kamienie czarne, z lekka nabierające fioletu i czerwieni o zachodzie."
Tumult i widma, Józef Czapski

Dawno, bardzo dawno temu czytałam "Europę w rodzinie. Czas odmieniony" Marii Czapskiej i tak dowiedziałam się o istnieniu Józefa Czapskiego, jej brata. Z książki nic już nie pamiętam, ale nazwisko zapadło mi w pamięć z bardzo pozytywnymi konotacjami. Potem czytałam "Czytając" i Józef Czapski na trwale skojarzył mi się z głęboką refleksją, niezwykłą kulturą i z Marcelem Proustem. Bardzo mile, jednym słowem. Nie byłam więc przesadnie zaskoczona, gdy na targach książki dwa lata temu, wbrew niekupowaniu, wysupłałam ostatnie pieniądze na pierwszy tom listów Józefa Czapskiego. Pięknie wydane przez Terytoria. Drugi tom miał się pojawić lada dzień. I faktycznie, niespełna dwa lata później - pojawił się. Kupiłam oczywiście, bo trudno mieć pierwszy tom i nie mieć drugiego. Przy okazji nawinął się Tumult. Chyba to jasne, że wpadł do koszyka bez walki.
Zapakowany w paczkę razem z listami, obwiązany taśmą klejącą, błyskawicznie przebył do kiosku w moim pobliżu i tuż przed busem do pracy zdążyłam go odebrać.

Lubię paczki z Arosa, bo książki w nich są bezpieczne, a jednocześnie nie są nadmiernie zabarykadowane. Z łatwością i bez połamania paznokci dają się rozbroić gołymi rękami. Do Tumultu zajrzałam więc już w busie i tak, kartkując,  śmiałam się i wzruszałam całą drogę do pracy. Czeka mnie piękna lektura. Prosto z "Kultury".
 Tymczasem w domu udziergałam przepiękną chustę. Wpadłam w zachwyt już w czasie zamykania oczek, chociaż przy pierwszej setce myślałam, że na zakończenie zużyję dodatkowy motek i z jakieś dwa miesiące. Nie było tak źle. Do zachwytu przyznaję się bez skrupułów, bo w sumie ja tylko przekładałam oczko przez oczko i tyle było mojej zasługi. Włóczkę wymyśliła Danonk, kolory dobrał Lane Mondial, wzór wymyślił Drops, a zakończenie Makunka.
Efekt końcowy tak mi przypadł do serca swoją miękkością, sprężystością, urokiem bąbelków, że chyba będę w niej chodzić bez przerwy. W dodatku mam w planie wyprodukowanie kolejnych chust w tym fasonie. Primavera ma jeszcze tę zaletę, że kończy się kolorem białym, więc przypomina bezy. A raczej bitą śmietanę. Albo lody waniliowe. A właściwie wszystko naraz. No co ja poradzę? Naprawdę uwielbiam bąbelki. A waniliowe tym bardziej. 
Zrobiłam jej zdjęcia, ale nic nie odda jej uroku - na żywo podoba mi się nawet bardziej, niż na Bubulinie.





Nawet na mnie mi się podoba:




Tu niewiele widać, poza tym, jak złotem się trochę mieni:


Dane techniczne:
Primavera 0854, bawełna, mikrofibra 150g
Druty nr 4

Włóczka składa się z czterech sznurkowatych, luźnych nitek, ale w efekcie daje wyrób bardzo miękki i lejący. W dodatku nieśliski, czyli po omotaniu pozostaje w pozycji omotanej. I nie gniecie się! Ale to zasługa wzoru chyba.

Bardzo dziękuję za komentarze i wizyty. Dobrego i coraz bardziej wiosennego dnia! :)

środa, 4 kwietnia 2018

Niezmienność trawnika


"A jeśli nie potrafimy robić wielkich rzeczy, możemy robić rzeczy małe, za to z wielką miłością."
Ciotka Zgryzotka, Małgorzata Musierowicz

Co dwa lata mniej więcej w internecie podnosi się szumek i emocje. Tak często bowiem ukazuje się kolejna część Jeżycjady, cyklu powieściowego dla młodych dziewcząt, który ukazuje się od 1975 roku. Zajeżycjowani biegną wtedy do księgarń przydrożnych i sieciowych, kupują nowy tom w lakierowanych okładkach ozdobionych barwnym portretem, czytają i dzielą się na dwie grupy. Spadkową grupę i grupę constans. Grupa spadkowa ubolewa nad upadkiem ogólnym oraz upadkami w detalu. Że nuda w akcji, że bohaterowie wredni, że tendencyjnie podzieleni na role męskie i żeńskie. Że za mało przyjacielscy, że za bardzo katoliccy, że nie mają psa, nie umierają, że nie chodzą do lekarza i że się odchudzają za bardzo, albo jedzą za tłusto. Po czym z obrzydzeniem i niesmakiem czekają na kolejny tom, kupują, czytają, ubolewają, że nuda i upadek. Jest to tak zwana trudna miłość.

Grupa constans trwa niezmiennie w miłości łatwej, lekkiej i przyjemnej. Nie dostrzegają upadku. Nie odczuwają nudy. Bohaterów wrednych oraz katolickich przyjmują w tolerancji. Nie dziwią się odchudzaniu ani unikaniu lekarzy (zwłaszcza to ostatnie ma długowieczną tradycję, wynikającą poniekąd z doświadczenia). Czytają, doceniają styl i cieszą się na kolejny tom z mniejszą lub większą niecierpliwością.
Może są jeszcze inni, bardziej wycieniowani w uczuciach, pewnie na pewno - nie wiem. Ja należę do grupy constans, dla mnie Jeżycjada jest fenomenem pokrewnym angielskiemu trawnikowi, który podlewa się przez wieki całe - nie można przerwać czytania. A jeśli nawet można, to po co?

"Oboje byli już w łóżkach, jak zwykle zatopieni w lekturze, każde przy swojej miłej lampie ze złotawym abażurkiem. Resztę pokoju zacierał ciepły półmrok. Grzbiety starych książek równymi szeregami obiegały trzy ściany i to bielały, to ciemniały, to polśniewały, to znów mieniły się kolorami, tworząc jedyną w swoim rodzaju kompozycję, intrygującą jak ogromny gobelin, a kuszącą jak kolekcja skarbów. Każdy z tych skarbów znajdował się na swoim miejscu i każdy oczywiście pełen był zakładek, karteluszków i podkreśleń."
Ciotka Zgryzotka, Małgorzata Musierowicz


Chociażby dla tych ścian lubię przebywać w świecie Borejków. Sama mam swoje ściany, nie trzy może, ale też połyskujące, doskonale rozumiem tego rodzaju zachwyty i ciągle mi ich mało.

W "Ciotce" mamy trafny obraz rodziny w czasie - niektórzy się starzeją, remontuje się sufity i łazienki, kurz osiada na pamiątkach, rodzą się nowe dzieci, podlotki dorastają, zakochują się, przybywa zięciów i teściowych, a dni wesela przychodzą i mijają ze swoimi tortami, pasztetami i szynkami.
Mamy tu  też malutką cukierenkę, bujne pokrzywy, całkiem zgrabny początek młodzieńczych zadurzeń, tęskny dźwięk oboju, sporo ślicznych kolorów i gustownych ilustracji, czyli jednym słowem - dwa dni miłej lektury.
Byłoby może jeszcze milej, gdyby poświęcić pewne fragmenty (zwłaszcza w nudnawych mailach) i pewne postaci, które niczego szczególnego nie wnoszą do ogólnego obrazka, a rozmydlają całość.
Tak jakoś mi się wydaje (a jednak, trochę o upadku wspomnę), że dawniej struktura poszczególnych tomów był bardziej zdyscyplinowana i zwarta.
No i "lokum", "bene" czy "ad rem" objaśnione w przypisach, ale to już raczej upadek czytelnika, nie autorki. 

Za to na drutach moich też się nieco rozdyscyplinowało - chusta dobrnęła do ostatniego rzędu i czeka na zamknięcie. Zanim owo zamknięcie obmyślę i się go nauczę z pomocnych filmików, dziergam sobie zarzucony szal jedwabny. To właśnie jest przewaga rozgrzebanych dwóch robótek zamiast jednej. gdy jedna wpadnie w kryzys, druga ma szansę utrzymywać poziom dziergania w normie.
Zakładki za to żadnego kryzysu nie odnotowują, wręcz przeciwnie - wystąpiły licznie i skutecznie:

  
 Tak siedzę od długiego czasu w jedwabiach cienkich i bawełenkach zwiewnych i naszła mnie tęsknota do wełny ciepłej, sprężystej, puchatej. Za oknem jednak ma się na wiosnę najwyraźniej, temperatury radośnie wysokie, więc chyba tęsknoty o ciepłych przyodziewach schowam w kącik głęboki, czego i Wam życzę! Dobrego dnia. :)

PS. Dziękuję niezmiernie za komentarze i odwiedziny!

środa, 28 marca 2018

Makaroniki nadobne

"A jeżeli zamiast tysiąca cekinów znajdę na gałęziach drzew dwa tysiące?... Albo zamiast pięciu - sto tysięcy?... Och, stałbym się wtedy możnym panem!... Chciałbym mieć piękny pałac, tysiące koników drewnianych i tysiące stajen, gdzie mógłbym się zabawiać, i piwnice pełne słodkich napojów, a także bibliotekę pełną kandyzowanych owoców, tortów, ciastek, makaroników i ptysiów ze śmietaną."
Pinokio, Carlo Collodi

Jak doskonale rozumiem tę wizję biblioteki i jak wyraźnie pamiętam z dzieciństwa sklep cukierniczy, w którym luksusowe bombonierki pyszniły się na górnych półkach, a za szklaną ladą leżały iryski zapakowane w zgrabne kostki brązowe i granatowe, landrynki w celofanowych torebkach, kukułki luzem czy kolorowe groszki w plastikowych pudełkach. Okrągłe cukierki w kształcie malin i z kwaskowym nadzieniem. Z wiekiem człowiek mądrzeje i nad makaroniki zdecydowanie przedkłada półki pełne nadobnych tomów z głębokimi myślami. Słabość do tortów blaknie i niknie tłumiona energicznie przez zdrowe style życia, szkodliwość pustych kalorii czy twardych margaryn.
Częściej więc zdarza mi się gapić w tytuły internetowych dyskontów książkowych niż stać przed witryną cukierni. Tak właśnie niedawno wpadł mi w koszyk Pinokio.



"Pinokia" czytałam oczywiście za młodu, ale tylko raz, bo nie był jakoś moją ukochaną lekturą. Nie wiem czemu, może dlatego, że dla mnie zawsze ważny był w książkach humor, jeżeli było czasem śmiesznie, to mogło być nawet strasznie niekiedy, a tutaj jest cały czas strasznie.
Kupiłam więc "Pinokia" nie ze względu na niego samego, ale na rysunki Marcina Szancera, którym po prostu nie mogłam się oprzeć. Nie umiem pisać o malarstwie czy ilustracjach, więc pisać nie będę, ale mała dziewczynka na stercie brzuchatych poduszek (a tak naprawdę na ziarnku grochu), mały chłopiec pędzący w małych saneczkach za wielkimi saniami Królowej Śniegu, tajemniczy i kolorowy świat orientu spod pigwy, te wszystkie smukłe postacie, ta elegancka kreska, te pełne wdzięku floresy zostały mi w głowie i w oczach i pewnie jeszcze przez jakiś czas zostaną.
Ja wiem, że powstają nowe ilustracje i nowi ilustratorzy, ale cieszę się, że to właśnie Szancer jest moim kanonem i odnośnikiem.

Żeby jednak nie poprzestać na samych ilustracjach, czy też na samych makaronikach, zaczęłam czytać i zostałam wciągnięta przez szalone przygody niesfornego pajaca. Czytam i żałuję nieszczęsnego Dżepetta. Żałuję również Pinokia, bo on właściwie od samego początku chciał dobrze, tylko tak bardzo nie umiał się oprzeć najprzeróżniejszym pokusom i pomysłom i droga do zrozumienia trafiła mu się długa i wyboista przez ognie, patelnie, suche gałęzie i wieloryby.
Ładnie to napisane językiem żywym, bogatym i plastycznym, akcja zmienia się szybko, wszystko to pozwala łatwo przymknąć oko na nieco dydaktyki, która się sączy gdzieniegdzie. Jednym słowem klasyka niczym najlepszy makaronik.

Na drutach również klasycznie - chusta z bawełny i wiskozy, miękka i milutka, robi się szybko, bo samymi prawymi. No i jak tu nie zgodzić się z podejrzewaniem rzeczy martwych o złośliwość? Wpadłam w nerwy w połowie dziergania, bo wyobraziłam sobie, jak motek kończy mi się w momencie, kiedy chusta jest wielkości chusteczki do nosa. Nie miałam wyjścia, poleciałam do sklepu i zabezpieczyłam się drugim motkiem (kupiłam też trochę innego koloru na przyszłość, ale o tym sza, mały wypadek w koszyku). Tymczasem chusta wykazuje się oszczędnością niezwykłą i wszystko wskazuje na to, że drugi motem będzie niepotrzebny. Muszę więc obmyślić na niego jakiś plan.

"Pinokia" zakładam nim samym:


zakładam też zakładką z Maroka, która jakoś mi tu pasuje:


 Ma zresztą tak śliczny kształt i chwościk, że pasowałaby wszędzie.
Bardzo dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Oraz życzę Najlepszych Świąt!



  

środa, 21 marca 2018

O ryboszach i melonach

"...pochodzące z IV i początków III wieku p.n.e. komedie, w których aż roi się od ryb i owoców morza, namiętnie wyliczanych przez bohaterów w długich monologach przedstawiających listy zakupów i dań w menu, przepisy na potrawy z ryb ze szczegółowo omówionymi składnikami i dokładnie opisaną metodą przygotowania. Publiczność siedząca na widowni teatru zdawała się czerpać przyjemność z samego słuchania o kulinarnych urokach ryb i owoców morza. Deklamowane nazwy wodnych stworzeń wpływały do uszu widzów niczym przepyszne litanie, oczyma wyobraźni widzieli opisywane dania, nos wyławiał zapach pichcenia i każdy mógłby przysiąc, że czuł smak tuńczyka czy krewetki właśnie w tym momencie, kiedy mówił o nim aktor. Smakowite sztuki pisano nie tylko w Atenach, gdyż wszystkie greckie uszy łaknęły słuchać o rybach."
Starożytna Grecja od kuchni, Magdalena Nowakowska

A któż by nie łaknął? Słucham więc i ja już trzeci tydzień. Nie tylko zresztą o rybach, dla których Grecy żywili obsesyjne wręcz uwielbienie (do tego stopnia, że smakosz po grecku jest ryboszem), ale o kogutach, tych perskich budzikach, krewetkach, asfodelach, pomidorach (ale to już w mniej starożytnej Grecji), ogórkach i melonach, które były jabłkiem i brzoskwinią i pigwą i śliwką z granatem, a właściwie miękkim jabłkiem. Dociekania, czym tak naprawdę było samo jabłko, którym Ewa skusiła Adama, albo Parys rzucił trzem boginiom, pozostają nomen omen bezowocne. Właściwie najbardziej do raju pasuje figa, natomiast granat do jabłka niezgody (biorąc pod uwagę jego drugie znaczenie militarne).
Dużo, dużo przepysznej etymologii, z której wynikają różne flory bakteryjne (jak w jogurcie),  początki ogrodnictwa i grządek w ogrodzie (jak z pora) albo niechęć do picia mleka.

Siedzę więc sobie pod niezwykle starą oliwką, owiewają mnie aromaty ziół, dobiegają mnie pobekiwania owiec i stukot kozich kopytek, a gdzieś tam w dole, nad samym morzem prawie, Cyklop wytwarza fetę w nadobnych koszykach. Bo o serach też tu jest i o winie będzie.
Wcale mi się nie spieszy do końca. W przeciwieństwie do chusty, którą wrzuciłam na druty spragniona koloru. Koloru nie ma przesadnie dużo, bo jest szary, a potem żółty i biały na końcu, ale już bym chciała je widzieć wszystkie poukładane w chuściane rządki i owijać się nimi w ciepłe wiosenne popołudnia i chłodne ranki.


Wolną chwilą sprawiłam sobie lustro i przetestowałam je pod kątem lustrzanego selfi. No cóż, mistrzem nie jestem, ale wstawiam zdjęcia zielonego sweterka. Dają pewien (nieostry) pogląd ogólny.
Bardzo dziękuję za odwiedziny i za komentarze (które mnie cieszą niezmiennie) i życzę dobrego dnia i samych pysznych lektur. Z rybami lub bez. :)

środa, 4 marca 2015

Wizja z bizonem

Nikt nie wie, po co tysiące lat temu ludzie malowali na ścianach jaskiń. Mieszkali wtedy w szałasach, ubierali się w skóry, jedli mięso upieczone w popiele albo na patyku, nie mieli kawy, herbaty, porcelany, internetu, muzeów, wszystko dokoła było dzikie i surowe (poza tym mięsem w popiele), a oni malowali takiego bizona:

Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Altamira

Wikipedia głosi, że lepiej myśleć o nich jako o artystach marzących o poznaniu świata, ja jednak nabrałam podejrzeń co do wyższości sztuki zaraz po tym kiedy się okazało, że pismo było najprawdopodobniej wymyślone do zapisywania worków z prosem, a nie do zapisywania Gilgamesza. I moja ostatnia lektura te moje podejrzenia potwierdza.
Skończyłam właśnie "Prehistorycznych szamanów", których napisali Jean Clottes i David Lewis-Williams. Cała książka przedstawia przekonanie obu autorów, że jeden z najbardziej istotnych aspektów malarstwa jaskiniowego ma związek z szamanizmem. Częściowo było zapisem wizji w czasie transu, częściowo ułatwiało wchodzenie w trans.
Książka bardzo ciekawa, napisana przystępnie i w sposób niezmiernie wyważony od początku do końca, a właściwie do połowy, bo w połowie się kończy. Za to zaczyna się dyskusja, to znaczy autorzy przytaczają różne reakcje innych badaczy na ich hipotezę i polemizują z krytyką. I to jest najfajniejsze, bo normalny człowiek bez wiedzy historycznej (taki jak ja) czasem nawet nie wie jak wobec takich teorii się zachować, czy z entuzjazmem czy raczej z rezerwą.

Do czytania dziergałam czekoladowy sweter i rozmyślałam sobie nad światem, jak się kręci dokoła, rozmyślałam nad czasem, jak mija niespiesznie i nad tym, co się zmienia a co się nie zmienia. Sweterek w kolorze konweniuje nieco z bizonem:


jest ciepły, lekki, bardzo gryzący, ma właściwą ilość rękawów i generalnie zgadza się z moją wizją:


Ubieram się jak ten szaman, żeby było mi ciepło, ale nie wiem, czy jemu było chociaż trochę przyjemnie w jakiejś wyjątkowo udanej skórze?
Książkę zakładałam zakładką, która z kolei konweniuje z wizjami szamana zwłaszcza z tyłu, albowiem ma różne kropki, zygzaki i fale, całkiem jak w transie. Poza tym pasuje też do rękodzieła, albowiem jest zrobiona (nie przeze mnie, niestety) ze skrawków materiałów:


Bardzo lubię na nią patrzeć, zwłaszcza na te najcieńsze niteczki i strzępki. A dzisiaj środa, czytamy, dziergamy, słońce odbija się w kałużach i kroplach, wiatr siecze raz deszczem, raz śniegiem, raz sobą, chmury się piętrzą czarne i białe na przemian. Zwariowany marzec z pierwszymi baziami.

Miłego dnia i bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarze! :)