Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minimalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minimalizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 września 2021

Masy i sztuki

 


"Robię porządki przed śmiercią, co po szwedzku nazywa się döstädning.

to śmierć, a städning - sprzątanie, porządkowanie. W języku szwedzkim termin ten oznacza, że wyrzucacie niepotrzebne rzeczy i zaprowadzacie w domu porządek, kiedy czujecie, że zbliża się chwila rozstania z ziemskim padołem.

Chciałabym wam o tym opowiedzieć, bo to bardzo ważna sprawa. Może także będę mogła wam udzielić kilku rad, ponieważ prędzej czy później każdy z nas zmierzy się z tym problemem. Naprawdę musimy to zrobić, jeśli chcemy zaoszczędzić cenny czas naszych najbliższych, kiedy nas już nie będzie."

"W ostatnich latach życia, za każdym razem, kiedy ją [teściową] odwiedzaliśmy albo kiedy ona składała nam wizytę, dawała nam w prezencie piękne porcelanowe talerze, obrusy albo kolorowe serwetki. Trwało to kilka lat, zanim przeprowadziła się do dużo mniejszego, ostatniego już w jej życiu mieszkania. W taki sposób porządkowała swoje życie - po cichu, niepostrzeżenie rozdawała rzeczy, które stawały sie wspaniałą ozdobą domów jej bliskich i przyjaciół."

Sztuka porządkowania życia po szwedzku, Margareta Magnusson

Tak sobie pomyślałam o tej książce, kiedy z kuchennej szafki mojej teściowej, zza szeregu torebek z mąką, cukrem, kaszą i zza stosów obtłuczonych fajansów, wyciągałam porcelanowe talerze w różyczki.

Nie byłyśmy z teściową jak matka z córką, po kilku dramatycznych spięciach wypracował się naturalny kompromis, spotykałyśmy się regularnie na rodzinnych uroczystościach, przez wiele wakacji opiekowała się moimi dziećmi na wynajmowanych letniskach, zaopatrywała nas w trudno dostępne śpiochy i buty. Z biegiem lat nauczyłam się przyjmować jej krytykę bez żalu, ale czy ona pogodziła się z moja metodą obierania ziemniaków, to nie wiem.

Po raz pierwszy w życiu właściwie zmierzyłam się z tematem likwidowania mieszkania i mimo że nie byłyśmy sobie bardzo bliskie, to jednak jest to doświadczenie poruszające, bo poprzez zostawione rzeczy wędrujemy w przeszłość ich właściciela otoczeni różnymi myślami i emocjami. A rzeczy u teściowej jest dużo. Można właściwie powiedzieć, że są wszystkie jej rzeczy, łącznie z pilotką skórzaną jej taty, poprzez Singera jej mamy, wszystkie zasłony, obrusy, talerze, sztućce, kostiumy kąpielowe i szaliczki mojego męża (bardzo gryzące). Odbywam więc podróż w czasy PRL i wynoszę, wynoszę do śmieci kolejne worki. Walczę ze sobą, żeby siebie nie zagruzować, skoro od sześciu lat próbuję się zminimalizować. Patrzę na wyjęte z jakiejś filiżanki stareńkie pudełko ze świętym Antonim i przypominam sobie, że miałam też identyczną figurkę ale w plastikowym pomarańczowym pudełku. Sprawiało mi przyjemność, nie wiem czemu, czy przez swoją miniaturowość, czy przez zamknięcie, które wydawało cichy dźwięk i święty był bezpieczny w swojej samotni? Czy to jest ważne, żeby trzymać takie rzeczy? Na półce klasycznej meblościanki po teściowej siedzi mała laleczka w łowickim stroju ludowym. Też taka miałam - można je było kupić w kiosku, miały niebieskie zamykane oczy. Moja została wyrzucona dawno temu, a mimo to pamiętam, jak produkowałam dla niej krzywe ubiory na szydełku i jak moja babcia szyła dla niej szyfonowe sukienki, utyskując przy tym, bo malutkie falbanki wkręcały się w stopkę maszyny.

Czy dobrze jest trzymać wszystko? Żeby nie zapomnieć? Żeby wykorzystać? 

U nas temat porządków przed śmiercią jest sprawą bardzo delikatną. Nie wyobrażam sobie, żeby kogoś do tego namawiać. Ale gdy tak pomyśleć trzeźwo, to my cały czas jesteśmy przed śmiercią, więc dla mnie porządki przed śmiercią są po prostu sposobem na spędzenie reszty dni (oby jak największej ich liczby) cisząc się tym, co dla nas ważne. Upchnięta pod stertę bielizny pilotka nie budzi radości, tak samo jak niepotrzebnym gratem są upakowane w torebki foliowe haftowane serwetki i ciśnięte na dno kosza, bo przecież nigdzie już się nie zmieszczą. 

Postanowiłam sobie, że moja masa spadkowa będzie jasna, uporządkowana i ładna. Mam tę nadzieję, że przy okazji ja sama się nią zdążę jeszcze nacieszyć.




Nie chcę mieć już niczego poupychanego, przywiezionych talerzy porcelanowych używamy z mężem codziennie, ja patrzę na delikatne różyczki, mąż pewnie na schabowe w panierce. Myślę nad tym, jak wyeksponować haftowane poszewki i szydełkowe obrusy. Wysypuję umyte owoce na kryształowe salaterki. Mam w planie z beli cierpliwego adamaszku uszyć prześcieradła, a z poplamionych lnianych obrusów uszyć torby na zakupy.

"Pewnego dnia wyznałam synowi, że porządkuję swoje sprawy i piszę o tym książkę. Zapytał, czy to będzie smutna książka i czy ta praca nie działa na mnie przygnębiająco.
- Nie, nie - odpowiedziałam. - To wcale nie jest smutne. Ani te porządki, ani pisanie o nich.(...)
Porządki przed śmiercią to nie odkurzanie czy czyszczenie, lecz sposób na wprowadzenie trwałego ładu, dzięki któremu życie codzienne będzie prostsze."
Sztuka porządkowania życia po szwedzku, Margareta Magnusson

Trudno powiedzieć, czy ta książka była dla mnie przydatna w stu procentach, raczej nie. Niektóre rady były bardzo szwedzkie, karteczki z cenami na poszczególnych rzeczach praktyczne, ale nieco przygnębiające, ale jako ogólnie motywująca i wspomagająca utrzymanie się na szlaku minimalizowania - jak najbardziej.








Czego złego by nie mówić o minionym ustroju, to jednak skład czekoladek był całkiem niezły.

Postanowiłam sobie, że moja masa spadkowa będzie ładna i uporządkowana. 
- Żeby od razu było wiadomo co wyrzucić? - zapytał kolega z pracy.




No cóż, i tak bywa, a wiedzieć co wyrzucać jest bardzo ważne - po tygodniach segregowania śmieci i nieśmieci, oddzieliłam moje złote pierścionki od plastikowych. Póki co, działam. W ramach przetwarzania mojej już dosyć pięknej masy spadkowej na masę jeszcze piękniejszą i użyteczną zrobiłam wreszcie po dwóch latach jedwabny sweter, którego zdjęcia mam nadzieję niedługo pokazać.

Długo mnie nie było, przepraszam, stęskniłam się, ale co zrobić - segreguję i wyrzucam, wyrzucam, wyrzucam.

PS. Laleczka w stroju ludowym dalej siedzi na regale, w sumie mała jest, nie zajmuje dużo miejsca, więc może zrobię jej jakieś bardziej proste autfity na szydełku? Jej strój bowiem mocno zakurzony.
Wiem nawet, gdzie może zamieszkać - w pudełku na listy, albo na zdjęcia - dosyć tam jest przestronnie.





Dziękuję za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 25 sierpnia 2019

Przepis przyjemny i śliczny

"Przepisywała, wycinała te przepisy, z czego tylko się dało, brała od różnych znajomych, od sąsiadek, a najwięcej panny Ponckie jej przynosiły. Zapisywała te przepisy już nie tylko w zeszytach, lecz i na pojedynczych kartkach, na skrawkach gazet, na kawałkach torebek po zakupach, na kartkach z kalendarza, a często i na nie dopisanych miejscach w listach ode mnie czy od Anny, na pocztówkach z życzeniami czy pozdrowieniami, opisując te życzenia, pozdrowienia po brzegach lub nawet wpisując między zdania czy wokół adresu. Potem już tylko na życzeniach, pozdrowieniach ode mnie i od Pawła i w naszych listach. Na kartce z widokiem Akropolu, którą przysłał jej Paweł z wycieczki do Grecji, między jego rozstrzelonymi słowami, „Kochana Babciu, przesyłam Ci najpiękniejsze pozdrowienia z kraju Apollina, całuję Twoje ręce, Paweł", wpisała: dwie szklanki mąki, cztery jajka, ćwierć masła, rodzynki, migdały, żółtka ubić osobno...

Nie tylko obie te walizki, które wówczas niosła, gdyśmy szli do gminy, gdzie ojciec miał objąć posadę, okazały się być pełne. Lecz gdziekolwiek zajrzałem, cokolwiek otworzyłem, wszędzie te przepisy zalegały. We wszystkich szufladach, w stole, w kredensie, na wszystkich półkach, pod łóżkami, w szafie między bielizną, ale i na szafie jakiś zakurzony, zleżały plik ich znalazłem, co świadczyło, że odkąd je tam położyła, nigdy do nich nie zajrzała. Taki sam plik był wetknięty za obraz z widokiem morza, który jej z Anną przywieźliśmy na urodziny w prezencie, jako że pragnęła mieć choćby nieduży widoczek z morzem, bo tak bardzo lubi morze, mówiła, gdzie tam bardziej niż góry, na morze patrzyłaby i patrzyła, a gór się boi, mimo że nie była nigdy ani tu, ani tu. Zwitek tych przepisów, opasany czerwoną tasiemką, zawiązaną na kokardkę, jakby je miała komuś ofiarować i zapomniała, tkwił w kryształowym wazonie, stojącym, nie wiadomo czemu, za wezgłowiem łóżka, przy nodze. I także w książeczce do nabożeństwa niektóre modlitwy założone były przepisami powycinanymi z gazet. A nawet przepis na ziemniaki „od Maxima" znalazłem w kieszeni jej palta."
Widnokrąg, Wiesław Myśliwski

Koniecznie muszę wrócić do "Widnokręgu", bo jest w tej książce oddech i przestrzeń, a nic z niej nie pamiętam. Pamiętam tylko te przepisy, bo sama gromadziłam latami. Gromadziłam na różne sposoby i przy użyciu różnych technologii. Zbierałam zatłuszczone z czasem karteczki, kupowałam okropne kalendarze gospodyni wiejskiej (albo miejskiej) z poradami i przepisami na każdy dzień. Kupowałam zgrzebne pocztówki z peerelowskim dizajnem, kupowałam śliczne Kuchnie Kuronia, jakieś egzotyczne Sole i pieprze, przepisy na grilla, na makarony i sałatki, zbierałam to wszystko w sterty według wielkości, pracowicie odkurzając je co święta.
I właśnie chyba po Widnokręgu opamiętałam się i z bólem zaczęłam eliminowanie. Po dwudziestu blisko latach (czy ktoś mówił, że minimalizowanie jest błyskawiczne? Zdecydowanie nie jest), zostałam z jednym zeszytem, kilkoma cienkimi poradnikami kulinarnymi (no i z Termomisiem, ale on ma swój własny świat i wifi) oraz Kuchnią polską.

Patrzę na "Lane, leniwe, śląskie" Hanny Szymanderskiej. Kupiłam w 2001 roku, w marcu, zapłaciłam za nią 4 złote 70 groszy. I nic z niej ugotowałam, szkoda, bo są tu i knedle zbójnickie, i knedle z kaszą manną i kluski z kaszki kukurydzianej, i nawet słowacka strapaczka jest. No, to musi być pyszne, więc trzymam. Poza tym dobrze jest mieć teorię kluski pod ręką.
Z czasem pogodziłam się z myślą, że nie ugotuję nigdy karczocha nadziewanego jarmużem i szparagami, ani nie upiekę niczego bardziej wyrafinowanego ponad sernik Makłowicza i szarlotkę mojej mamy. Zostałam więc z jednym zeszytem, do którego przeprowadziłam się kilka lat temu (wcześniejsze nie przeszły próby ze względu na okropne bure okładki, albo zalanie surowym ciastem czekoladowym) i myślałam, że to już koniec i jestem zorganizowana. Aż tu nagle nabrałam ogromnej chęci na nowomodny przepiśnik, z zakładkami, uroczymi zdjęciami, bo do zdjęć i uroczych obrazków mam słabość nieprzezwyciężoną. Już, już miałam kupić, no ale przecież jestem praktukującą minimalistką, wyciągnęłam więc zeszyt, który kupiłam jakiś czas temu. Miał zakładki, nie miał co prawda zdjęć ozdobnych, ale i tak zaczęłam wpisywać przepisy. Trochę wyglądały smutno, mimo mąki, masła, jajek i cukru.

I wtedy mi się przypomniało, że z ostatniego minimalizowania ostały się resztki kalendarzy (tak, tak, zbierałam też latami torebki prezentowe i kalendarze, zwłaszcza kulinarne i dopiero teraz zebrałam siły na wyrzucenie prawie wszystkich) i jak bardzo się przydały i odwdzięczyły. Powycinałam otóż co ładniejsze i ponaklejałam na okładkę


Zakładki opisałam stosownie:

Mniejsze obrazki i uratowane przed minimalizmem naklejki naklejam również w środku:





Oczywiście przeważnie obrazek nie nawiązuje do treści, ale to mi nie przeszkadza.
W moim osobistym, samodzielnie wykonanym z prawie śmieci, znalazły również miejsce poczciwe pocztowki i zatłuszczone karteczki:



Na koniec przepisowej przeprowadzki doszłam do kilku wniosków. Po pierwsze mój minimalizm zdecydowanie nie dąży do wyeliminowania wszystkiego, ale do odkopania rzeczy najlepszych, najprześliczniejszych i najpotrzebniejszych i znalezienia dla nich miejsca. Po drugie nigdy nie wiadomo, kiedy co nam się przyda, więc trzymam ten uroczy przepis na kamizelkę:



i trzymam przypinki, które niespodziewanie służą mi od jakiegoś czasu do mocowania fartucha:


Po trzecie, za dużo czasu jednak poświęcałam na obsługiwanie mojego zbioru przepisów i nie musiałam gromadzić ich w takiej obfitości. Po czwarte, warto sobie uprzyjemniać i upiększać nawet zeszyt z przepisami.
Mało dziergałam i mało czytałam, ale z minimalizowaniem jestem na dobrej drodze, większość śmieci wyniesiona, więc zostaje mi usiąść w fotelu i zająć się uprawianiem swoich hobby.
Czego i Wam życzę, dobrego dnia!

Dzękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. :))

PS. Z frontu eko i zero waste: okazało się, że Aleksandrów łódzki, w którym pracuję jest bardzo eko i robi siatki na zakupy. :D
Oraz sprzedaje środki czystości ze swoim opakowaniem. Koniecznie muszę iść. :)

niedziela, 3 marca 2019

Melisa z kluczem

"Paliłem fajkę. Taką krótką angielską fajkę. Po wypaleniu kładłem ją zawsze na popielniczce. Pipuś doszedł do przeświadczenia, że to nie ma najmniejszego sensu. Moja fajka powinna leżeć na piecu w salonie. Koniec! Niech no Pipuś zobaczył moją fajkę na popielniczce! Zanim się zdążyłem obejrzeć, już ją chwytał w dziób i ciągnął na piec. Kładł fajkę zawsze w tym samym miejscu, na gzymsie. I wracał. Siadał przede mną i patrzył mi z wymówką w oczy. – Czy ty się nigdy nie nauczysz porządku? Nie będziesz kładł twojej fai, gdzie należy? Kiedyś Pipuś siedział na stole i czyhał tylko na to, żeby porwać mi fajkę. Patrzę na niego i myślę sobie, że dobrze by było zrobić Pipusiowi figla.

Biorę więc fajkę do ręki, wstaję. Pipuś spogląda za mną jednym okiem. Idę do pieca. Pipuś już jest na piecu. Położyłem fajkę tam, gdzie ją kładł kruk, i wracam. Pipuś szalał z radości! Wrzeszczał, machał skrzydłami, przestępował z nogi na nogę, co u niego było znakiem wielkiego rozradowania. Sfrunął z pieca, siadł mi na ramieniu i swoim twardym dziobiskiem zaczął delikatnie przebierać w moich włosach. To była najwyższa Pipusina pieszczota. – Zrozumiałeś! Nareszcie zrozumiałeś! Zrozumiałeś, że tak, jak ja chcę, jest najlepiej!"
Reksio i Pucek i inne opowiadania, Jan Grabowski

W czas najgorszego odgruzowywania nie można zbyt obciążać się intelektualnie, duchowo oraz fizycznie. Najlepiej zaparzać sobie dobrej melisy z miętą, jeść czekoladę gorzką i domowe ciasteczka a w nielicznych chwilach wolnych czytać pocieszające książki i robić na drutach coś różowego.



I tym właśnie sposobem przeczytałam "Opowiadania" Jana Grabowskiego, a kiedy zabrałam się za organizowanie Czajkomężowych narzędzi, to nawet poczułam się jak ów Pipuś, którego systemu porządkowania nikt nie mógł pojąć i o którym z lekkim przekąsem (a może też z bezsilnością) mówiono Błogosławieństwo domu.
Czajkomąż zupełnie nie mógł zrozumieć, dlaczego przenoszę jego skarby z trudnodostępnej szafki w kuchni (sic!) do eleganckich, przezroczystych pojemniczków i wygodnych szufladek (uwolnionych po moim osobistym odgruzowaniu się). Błogosławieństwo było znaczeniowo bardzo daleko od użytych przez niego zwrotów i fraz, najłagodniejsza brzmiała, że mi odłączy internet i odseparuje od tych dziwacznych minimalistów. Zresztą nie miał na szczęście dużo czasu na wyrażanie swoich odczuć, bo cały czas pilnował, czy nie wyrzucam nic poza dziesięcioletnimi klejami i skruszałymi jednorazówkami.

Koniec operacji był nerwowy i nie wróżył najlepiej, zwłaszcza, że wszystko miało być posortowane i łatwoznajdywalne, a ja nie umiałam odpowiedzieć na pytanie, do jakiej kategorii przydzieliłam niezwykle cenny i kluczowy  wierceniu kluczyk do wiertarki. Jako kobieta elektryk poprawnie identyfikuję ściągaczki, obcinaczki i neonówki, natomiast z innych narzędzi, mniej elektrycznych, odróżniam jedynie śrubokręt od młotka. Po powrocie ze sklepu zastałam Czajkomęża z karteczką, na której w swojej niezaprzeczalnej dobroci, mimo nadszarpniętych nerwów, naszkicował rzeczony kluczyk.


Jakim cudem skojarzyłam tę doniczkę z kluczem oczkowym, nie mam pojęcia, może mi pomógł jakiś duch od organizacji, w każdym razie kluczyk został odnaleziony w sekundę właśnie wśród kluczy oczkowych, przy okazji okazało się, że ów skarb można przyczepić do wietrarki za pomocą specjalnego uchwytu i nie ma potrzeby przechowywać go w stercie części samochodowych. Uspokojony Czajkomąż  wspaniałomyślnie pozwolił nawet owe części wyrzucić, zwłaszcza że samochód od nich został przez nas sprzedany kilkanaście lat temu.

Ja tymczasem mogłam już w pełni cieszyć się opowiadaniami napisanymi z ogromnym wdziękiem przez przedwojennego matematyka. Jak wtedy pięknie pisano po polsku!
Opowiadania czytałam oczywiście, jako strasznie dawne dziecko i bardzo dobrze je wspominałam. Czułam do tej pory zapach mydlin wylewanych przez Katarzynę na podwórko i coś mi mówiło, że to były dobre opowiadania. No i pamięć mnie nie myliła. Odnalazłam ten sam humor, werwę i zapach.
Wzruszała dobroć, chociaż zwierzęta u niego cieszyły się dużą wolnością, co nieraz kończyło się różnie. Mimo wszystko jednak jest to słoneczna lektura, w sam raz na ciężki czas.

Różowe na początku to suszarka na mydlo, jako że faktycznie, mydło w myjce wymydlalo się szybciej. Żeby nie było, że robię tylko zmywaki i zerowastowe suszarki, to codziennie oczywiście zapisuję alpaką temperaturę w szaliczku. Dzisiaj prezentuje się tak:


Ze skali kolorów jestem bardzo zadowolona, szkoda mi jedynie, że fioletowego nie dałam cieplejszego - jak widać, w tym roku temperatura poniżej siedmiu stopni w dzień pojawiła się tylko raz. Szkoda, bo śliwkowy mam ładny.
Robię też jedwabną tunikę zaczętą latem. Bardzo cienka, więc ledwo mam od góry do bioder. Zaczęłam też jedwabny gruby sweterek, ale coś musiałam pomylić w liczeniu i z nerwów odłożyłam prucie, ale w końcu do niego wrócę, bo kolor jest bardzo prześliczny i jak wino.
Myślę też o szydełkowej serwetce do wielkanocnego koszyczka, jednym słowem jakoś czuję, że wraz z odgruzowaniem szaf, zwolniło mi się miejsce w głowie na nowe pomysły.
Czego i Wam życzę, dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

Na koniec bez zakładek, bo opowiadania czytałam w ebooku, ale za to moje zorganizowane pudełka:



I jak to nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda wstążeczka z opakowania prezentu, okładka od zużytego notesu i stara kartka z życzeniami oraz guzik niewiadomodoczego.
Teraz wiem, gdzie mam biżuterię, gdzie guziki, a gdzie moje wstążki do produkcji zakładek.

Ukochane koniki Czajkomęża:


Suszarka z mydłem:



I wreszcie domowe ciasteczka z tego przepisu


Bardzo szybkie,  łatwe i bardzo dobre. Ja piekłam z domowym dżemem z pigwy i pomarańczy.

niedziela, 24 lutego 2019

Do rzeczy


"Trzeba zacząć od wyrzucania. Ta zasada nigdy się nie zmienia. Reszta zależy od tego, jaki chcesz osiągnąć poziom uporządkowania."
Magia sprzątania, Marie Kondo

Zawsze myślałam, że mam za małe mieszkanie. Zawsze też myślałam, że rozwiązaniem jest sprytne magazynowanie. Upychałam więc latami i zimami stosując coraz nowsze wynalazki i wykorzystując dachy regałów, wnętrza tapczanów, ściany oraz przestrzenie pomiędzy.
Żenująco długo zajęło mi zrozumienie, że nie mam małego mieszkania, ale mam za dużo rzeczy.


Po tej błyskotliwej diagnozie, określiłam swój docelowy poziom uporządkowania, który nie polega na pozostawieniu jednego kubka i kilku ubrań. Moim dążeniem było mieć kubki w jednym miejscu, ubrania w szafie, książki na półkach. I żeby już nigdy wyjmowanie szmatki nie zajmowało mi więcej czasu, niż mycie całej kuchni, a wyjmowanie zimowego kubka w aniołki nie wymagało użycia drabiny. I żebym ogólnie wiedziała, gdzie co mam.
Proces ogruzowywania jest dla mnie ciężki dosłownie (nie ważyłam, ale oceniam wyprowadzone skarby na ponad dwieście kilogramów) i duchowo, ponieważ okopywałam się mentalnie przy każdej nadpękniętej lekko desce bambusowej albo nieużywanej od dwudziestu lat foremce na mufinki.

Musiałam więc się wspierać książkowo. Nakupiłam książek o minimaliźmie (oczywiście w ebookach), bo kiedy tak się naczytałam o wyrzucaniu, o upraszczaniu, to łatwiej mi było wyrzucać i upraszczać. "Magia sprzątania" jednak nie tylko pomagała mi wprowadzić się w klimat, ale dostarczyła metody przechowywania, którą muszę się podzielić. Na początku mnie rozśmieszyła, bo kto normalny przechowuje ubrania pionowo? Nawet trudno to sobie wyobrazić. Zaintrygowało mnie to jednak i po kilku filmikach poszłam trochę dla zabawy poskładać bluzki pionowo. Było to dla mnie odkrycie roku:


Od razu widać przewagę prawego sposobu nad lewym.
Co robiłam, poza odgruzowywaniem? Niewiele, ale jednak. Po pierwsze skończyłam skarpetki



i nawet zdążyłam się w nie odziać kilka razy na mróz i śnieg.



Po drugie wpadłam w trend zero waste dla początkujących. Zero waste polega na minimalizowaniu śmieci, przy czym minimalizowanie śmieci zaczyna się w momencie kupowania. Obdarzyłam wszechobecne foliówki niechęcią i własnoręcznie uszyłam torebki, w których można ważyć nabywane przez nas produkty:




Na tej samej fali ekologicznej wypowiedziałam wojnę gąbkom i zrobiłam na drutach zmywaczki (są na pierwszym zdjęciu) i myjkę (sobie, bo Czajkomąż kategorycznie odmówił mycia się w sposób zero wastowy)


W środku jest mydło, na zewnątrz sznurek konopny i bawełniane resztki udziergane ściegiem ryżowym. Myjka spisuje się bardzo dobrze i w dodatku oszczędza czas, jako że nie trzeba jej namydlać, bo namydla się sama. W tym zaoszczędzonym czasie mogę wreszcie popatrzeć w niebo za moim oknem i zdumiewać się, jak czarne chmury zamieniają się w małą zwiewną smużkę, jak udają góry, albo z różowego przemalowują się na niebiesko






No i wreszcie  przeczytać kiedyś te wszystkie książki, które za mną zostały. Co prawda Marie Kondo twierdzi, że "Kiedyś oznacza nigdy", ale dla mnie kiedyś to kiedyś. Może nawet wkrótce.
Czego i Wam życzę. :))

Dziękuję za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

środa, 26 października 2016

Umiary i nadmiary

"Spojrzałem w górę na baldachim z książek nad moim łóżkiem i doszedłem do wniosku, że przygarbiłem się wskutek tego, że jakbym dźwigał na grzbiecie ten dwutonowy pawlacz pełen książek i ksiąg."
Zbyt głośna samotność, Bohumil Hrabal

Książek i ksiąg, włóczek i swetrów, kubków i płyt. Pawlacz pełen rzeczy.
Od zawsze lubię rzeczy. Lubię na nie patrzeć i lubię dotykać - gładkie grzbiety książek, połyskliwe uszka filiżanek, szorstkie kłębki wełny. Lubię je kupować i nie lubię się z nimi rozstawać. Gdybym mieszkała w pałacu o tysiącu pokojach i gdybym miała stado wielbłądów, które woziłyby za mną moje książki na urlop (trochę czytnik ostatnio robi za wielbłądy i całkiem nieźle mu idzie), pewnie nie rozstałabym się z żadną rzeczą. Ani z kotem w czarnym aksamitnym kapeluszu i czerwonych drewnianych butach, ani ze szmacianą Egipcjanką z czarnymi warkoczami, ani z pierwszym w życiu miśkiem, któremu mój brat zoperował łapkę czerwonym mazakiem, ani z bajkami spod pigwy, ani ze starymi kurtkami, które w zasadzie są dobre do lasu, ani z butami, które w sumie są w jednym kawałku, ani z za ciasnymi spodniami (bo może kiedyś schudnę), ani z za luźnymi spódnicami (bo może kiedyś przytyję).

Nie mieszkam jednak w tysiącu pokojach - część rzeczy odeszła za moimi plecami, a część w chwilach słabości. Pozostałe całymi latami zapełniały metaforyczny pawlacz. W pewnym momencie spojrzałam w górę i poczułam się przytłoczona. Właśnie wtedy przełączyłam się na minimalizm. Zaraz potem okazało się, że minimalizm jest w modzie i łatwo spotkać go w sieci w postaci książek, blogów i zdjęć.
I tak spotkałam książkę "Chcieć mniej" Katarzyny Kędzierskiej. Kupiłam w wersji elektronicznej (ze względu na wielbłądy) i zaraz przeczytałam. Dziergając w tle oczywiście (bo dzisiaj środa - czytamy i dziergamy z Maknetą).


"Chcieć mniej" to jakby podsumowanie (w moim odczuciu nieco chłodne) kilku lat praktykowania minimalizmu, które autorka opisywała i dalej opisuje na swoim blogu. Książka jest nieco chaotyczna - powtórzenia, przytaczanie komentarzy z bloga. Spodziewałam się bardziej przetworzonego materiału i jeżeli miałabym określić jej formę posługując się ubraniem, to wybrałabym dres. Czyli w sumie nie tak źle - mało zobowiązująco ale przynajmniej ciepło i wygodnie. Przeczytałam w jeden dzień, chociaż niektóre problemy były zupełnie nie dla mnie (nie mam problemu z nadmiarem spotkań towarzyskich), na niektóre rozwiązania sama wpadłam (wycięłam kawałek ze starego szlafroka po babci, szlafrok wyrzuciłam),  a z niektórymi radami wręcz się nie zgadzam. Na przykład rozumiem, że unikanie pokus dla osoby, która ma problem z niekontrolowanym kupowaniem może pomóc, ale jest to krótkoterminowa pomoc. Nie chodzi o to, żeby nie kupować, bo jest się odciętym od sklepów i obniżek, chodzi o to, żeby nie kupować, bo się nie potrzebuje.
W nałogu trzeba być jak Sokrates - iść na targ i patrzeć bez ilu rzeczy jesteśmy szczęśliwi.
Największym plusem (dla mnie oczywiście) są zdjęcia - nie ma ich co prawda w książce, za to jest w niej adres do bloga. Obejrzałam wszystkie i bardzo mnie umocniły w minimalizmie i dostarczyły wielu estetycznych przyjemności. Poza tym widać w nich przebytą drogę i jest to motywujące, że każdy na początku może mieć kawał wieprzowej pieczeni a na końcu gustowny stosik pastelowych sweterków.
Co do samej książki to muszę jednak przyznać, że Katarzyna Kędzierska sprawę postawiła bardzo uczciwie - nie narzuca z góry z iloma rzeczami my będziemy szczęśliwi - pisze tylko o swoich doświadczeniach.

I słusznie - to bardzo indywidualne. Sami musimy wybrać między Katonem a profesor Janion:
"Odzież dla czeladzi: Tunika długa na półczwartej stopy i płaszcz co drugi rok. Gdy wydajesz tunikę lub płaszcz, odbierz najpierw stare. Można z niego porobić sienniki albo łaty do odzieży."
O gospodarstwie wiejskim LIX, Kato

"
- O Matko Boska!
- A jeden mój student, którego poprosiłam o zreperowanie okna w sypialni, zbladł, zachwiał się i omal nie zemdlał, gdy zobaczył, jak ta moja sypialnia wygląda. My jesteśmy teraz w tak zwanym gabinecie. Jest jeszcze pokój romantyczny, ale książki są również w kuchni i w łazience, nie mówiąc o przedpokoju. Ludzie mi mówią, że mam jakąś niesamowitą umiejętność upychania książek i papierów, a one są jak żywe rośliny, które się pną. Pracuję przy tym zapchanym małym stoliku, bo biurko już dawno zarosło. Przepraszam, czy pani aby nie kopie moich książek?
- Nie, to moja teczka.
- Napycham pod ten stolik książki, a potem mam pretensję do ludzi, że je kopią. A jak mają nie kopać, skoro pcham im je pod nogi? Niedawno musiałam sprzątnąć nawalone na podłodze w pokoju romantycznym rzeczy i moje oko padło na powielaczowe wydawnictwa stanu wojennego. Pomyślałam sobie o tej męce powielacza i jak to? Będę to teraz wyrzucać na śmieci? Okazało się, na szczęście, że IBL zbiera takie wydawnictwa, i już nie miałam wyrzutów sumienia. Ale zobaczyłam przy okazji, jak nieprawdopodobną ilość udało mi się tego napchać pod kaloryfer. Wie pani, może powinnam powiedzieć to w sposób bardziej poetycki - że mieszkam tak, jakbym mieszkała w drzewie. Że ta biblioteka jest jak drzewo, które się rozgałęzia."
Książki i ludzie, Barbara Łopieńska 

Jeżeli chodzi o książki, to jednak przychylam się ku rozgałęzionej bibliotece. Kiedy w ostatni weekend wprowadzałam minimalizm po szafach swoich i pawlaczach, ucieszyłam się niezmiernie znalazłszy książkę, o której myślałam, że dawno przepadła. Była o księżniczce Zubejdzie, która chorowała z braku słońca i powietrza i wyleczył ją pewien drwal kanapkami z twarogiem.

Dobrze więc czasem nie wyrzucić. Natomiast w kwestii ubrań skłaniam się jednak ku Katonowi. Jeden płaszcz. Jeden sweter powtarzam sobie patrząc na góry włóczek. Tak, najlepszy na nie będzie koc. Koc dużo pochłonie.
Tymczasem dziergam poncho z ciepłego Nepalu, do pracy nie bardzo wypada iść w kocu.

Dziękuję za wizyty i miłe komentarze, dobrego dnia! :)