Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ażur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ażur. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2023

Opakowanie czyli Journal

 


"Młoda dekoratorka i jej kierownik zjawiają się w swoich sklepach raz w miesiącu. Zdejmują z wystaw starą ekspozycję, następnie wykładają witrynę papierem w kolorowy deseń, a na uroczyste okazje - tapetą. On projektuje dekoracje, ona podaje szpilki do ich przymocowania. On rozkłada kartoniki z wypisanymi wcześniej własnoręcznie cenami towarów. Ona przynosi makarony, owsianki, proszki do prania, puszki i wszystko to, z czego można budować piramidy."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Te piramidy! Jaki to był szczyt dekoracyjnego wyrafinowania, zwłaszcza gdy były z bombonierek i czekolad. Podobnie jak niewzruszone butelki po mleku i śmietanie wypełnione solą. Dzieci grały w kapsle, a w puszkach po landrynkach przechowywało się guziki. W moim barku ( a właściwie barku rodziców) przez wiele lat na święta myłam zakurzone butelki po lepszych alkoholach i ponownie zalewałam świeżą wodą; szkoda było wyrzucić, wszystko co wtedy nie było szare i pakowe stanowiło śliczny element upiększający.

"To pewne, że żaden rodak nie pozbyłby się opisanych wyżej butelek po wypiciu zawartości - podobnie jak bohater Dziewczyn do wynajęcia (1972) Janusza Kondratiuka. W filmie pojawia się szczególna scena, w której bohaterki i ich absztyfikanci trafiają do mieszkania kelnera granego przez Zbigniewa Buczkowskiego. Po wychyleniu kieliszków okazuje się, że buteleczki wypełnia nie alkohol, lecz kolorowa woda, jednak bohaterka grana przez Ewę Szykulską broni tego pomysłu, mówiąc: Bardzo pomysłowe. Elegancko wygląda".

 Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Bardzo solidnie opracowana pozycja - mnóstwo, mnóstwo cudownych zdjęć z okropnymi opakowaniami przedmiotów, które oczywiście sama miałam, kupowałam i wyparłam z pamięci. Mnóstwo, mnóstwo cytatów z branżowych pism. Brak tektury, żyłek, folii aluminiowej, zła jakość barwników, niezamykające się słoiki, okropna blacha w konserwach i w tym świecie całkiem nieźli graficy, których projekty po wykonaniu nie przypominały samych siebie. 




Pełna emocji podróż w czasie. Nie wszystko jednak było złe wtedy, chociaż jeszcze o tym nie było wiadomo.

"Na łamach Opakowania z 1959 roku czytamy: Ziemniaki każda gospodyni kupuje co drugi, trzeci dzień, względnie raz w tygodniu większą ilość. Zakup ziemniaków związany jest ze specjalnym wybraniem się do odpowiedniego sklepu z koszem , siatką czy woreczkiem. Dokonanie zakupu bez uprzedniego zaopatrzenia się we własne opakowanie jest wręcz niemożliwe. Spojrzenie i odpowiedź sprzedawcy na prośbę o zważenie ziemniaków w torbę papierową jest tak wymowne, że największy optymista nie odważy się na powtórzenie tej prośby."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

60 lat później z podobnym spojrzeniem można się spotkać na prośbę zapakowania ziemniaków do własnej siatki, a tylko najwięksi optymiści wierzą w pokonanie wszechobecnego plastiku. Zero waste miało się w PRLu (z musu ale zawsze) lepiej, za to kolory zdecydowanie miały się gorzej. W zeszycie można było najwyżej namalować kolorowy szlaczek, nic dziwnego w sumie, że trochę rekompensuję sobie te kolory teraz. Zeszyty. No, można powiedzieć, że wpadłam we własne sidła. Kiedy tak popatrzyłam na te swoje zeszyty, poczytałam o Waszych zeszytach i porozmawiałam z koleżanką o jej zeszytach, temat sam zaczął się drążyć i rozwijać. I niespodziewanie, ale jakże przyjemnie wypłynęłam z zeszytami na głębokie wody, co w dobie Internetu i Allegro jest banalnie proste. Po dwóch dniach mąk moralnych wyłączyłam temat zeszytów z Roku Bez Zakupów, nawet ma to swoje prawne uzasadnienie jako siła wyższa, na wszelki wypadek nie sprawdzałam zbyt dokładnie. Nie wdając się zatem w szczegóły (i wydatki też nie), założyłam sobie Reading Journal (czyli w języku szkolnym zeszyt lektur), chociaż na początku wydawało mi się, że to zupełnie nie dla mnie. 


Najpierw był chaos twórczy, piórnik, nowe kredki (bo musiałam mieć ponumerowane), nowy stoliczek (bo nie dało się na dłuższą metę na kolanach prowadzić Journala) no i naklejki, naklejki i ozdobne taśmy, bo muszą być, wiadomo. Stoliczek przydaje się nie tylko do Journala ale do kawy i lektur bieżących:


Po tygodniu (albo dwóch) ciężkiej pracy wyłonił się Journal


Najpierw strona tytułowa, a zaraz potem pojawił się problem co dalej, bo ja uwielbiam ozdoby w dużych ilościach, ale jednak lubię jak coś jest poza tym. I po kolejnych dwóch tygodniach masowego oglądania filmików o journalach, po niezliczonych naradach z koleżanką i nieprzespanych świtach mam w swoim Journalu jedno wyzwanie 52 książki w roku


Kiedyś mi się wydawało, że to wyzwanie jest banalnie proste, ale zaraz potem okazało się, że mam lata, w których przeczytałam tylko kilkanaście książek, więc nie wiem jakie mam szanse tego roku, na razie idę zgodnie z planem. Przeczytane książki zaznaczam kolorem według skali ocen i dzięki temu zobaczę sobie na koniec czy czytałam ładne książki czy nie. 

Do wyzwania założyłam dla czystej już przyjemności strony z półeczkami:


Drugim punktem w Journalu jest Książkowe Lotto i to już wymyśliłam sama w związku z moim stosikiem książek do przeczytania. Od wielu lat kupowałam więcej niż czytałam, zakupy rozparcelowywałam na półkach, nie spiętrzały się więc ani w stosiki ani w wyrzuty sumienia. Ukazały się dopiero czarno na białym w procesie katalogowania (podczas którego przy każdej pozycji zaznaczam czy jest przeczytana). Katalogowanie doprowadziłam mniej więcej do połowy i ujawniły się 174 książki nieprzeczytane. Ostatnio czytam praktycznie tylko swoje książki, ale polega to na tym, że wybieram te, na które mam chęć. Przeważnie mam chęć na coś lekkiego, chudego, albo po prostu na to co jest w zasięgu wzroku. I tak niektóre książki są od lat spychane na koniec kolejki. Lotto ma im dać szansę. 

Przefiltrowałam wszystkie swoje wielkie nieprzeczytane i wydrukowałam listę


Dwa dni myślałam co z nią zrobić i z pomocą koleżanki (która już też ma swój Reading Journal) ustaliłam dwa losowania - pierwsze losowanie na rok 2023. Przewidziałam dwie losowane książki miesięcznie, czyli 20 tytułów (bo już marzec jest). Wylosowane numery pomalowałam na żółto, wpisałam w tabelkę; drugie losowanie jest na każdy miesiąc, czyli co miesiąc będę losować dwa tytuły z żółtych. Niespodziewanie okazało się to być świetną zabawą. Jest ekscytacja, niepokój i radość, zupełnie jakby się dostało prezent. W marcowym Lotto wypadł Kundera i Prokopiusz, do losowania okazały się idealne moje numeryczne markery. Nie wiem, kiedy w naturalny sposób przeczytałabym Prokopiusza, a tu proszę - przeczytam w marcu. 


Kunderę już przeczytałam - nie bolało, a czekał na półce od 2007 roku (Sic!). 


Na początku wydał mi się zbyt intelektualny, niektóre fragmenty były dla mnie nużące, ale w większości czytałam zafascynowana trafnością i wnikliwością. I to pomimo, że najwięcej odwołań jest do Kafki. Aż nabrałam ochoty na przeczytanie Zamku, chociaż lata temu przerwałam lekturę po kilkunastu stronach, tak bardzo mnie przygnębiła. Jednym słowem świetne eseje o powieści, o tłumaczeniach, o muzyce, jest też cień totalitaryzmu i sobie pomyślałam, że Kundera jest świetnym pisarzem, który w tak niewielu słowach potrafił tak wiele powiedzieć. 

Po Lotto Książkowym  wymyśliłam też losowanie autora miesiąca, ale na razie nie opracowałam jeszcze metody postępowanie z pisarzem wylosowanym. 

Poza pracami kreatywnymi, poza czytaniem i niegotowaniem, robiłam oczywiście na drutach. Robiłam kocyki dla wnucząt, widać je trochę pod opakowaniami i robiłam zielony boxy z Safranu. Wszytskie trzy robótki długofalowe, żadna się więc nie kończy, co mnie już trochę frustruje, bo już jest marzec. No nic, może dobrnę z nimi do mety. Do dziergania puszczam sobie radiową Dwójkę albo angielskojęzyczne podcasty włóczkowe i po obejrzeniu milion razy jak dziewiarki stosują znaczniki do liczenia rzędów, postanowiłam spróbować. Bo do tej pory rzędy zapisywałam sobie w notesiku, albo zaznaczałam na liczniku. Ten system ma dwie wady - trzeba pamiętać i trzeba odłożyć druty, żeby wziąć ołówek czy licznik. Markery zapina się co któryś rząd i nie sposób pominąć rzędu, bo każdy rząd jest zrobiony niezależnie czy się o nim pamięta czy nie. Spróbowałam i bardzo jestem zadowolona jak uprościło mi się dzierganie. Musiałam tylko raz się skupić i wykoncypować, który rząd jest pierwszy i jak liczyć te oczka, które są na drutach. Sama się zdziwiłam, jak bardzo to jest proste i czemu miałam z tym problem przez tyle lat. No ale widać nawet do najprostszych rzeczy trzeba dojrzeć i jednym to przychodzi szybko a innym wręcz przeciwnie. 


Opakowania zaznaczałam przepisem z PRLu, a Kunderę Pragą oczywiście.



Niedługo wiosna, śniegi pewnie odpuszczą i zimno czego sobie i Wam serdecznie życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 16 października 2022

Pokusa i klopsik

 


"- Czy dużo masz obrazów tam u siebie na górze? - zapytał. 

- Kilka tysięcy - odpowiedział Karlsson. - Sam je maluję w wolnych chwilach. Mnóstwo małych kogucików i ptaszków, i innych ładnych rzeczy. Jestem najlepszym malarzem kogutów i ptaszków. Jestem najlepszym malarzem kogutów i ptaszków na świecie - oświadczył Karlsson, lądując eleganckim łukiem tuż obok Braciszka."

Karlsson z Dachu, Astrid Lindgren

Chyba nigdy żaden bohater literacki nie irytował mnie tak bardzo, jak ten mały tłuściutki Karlsson. Najlepszy we wszystkim, w swoich latach też, objadał grzecznego Braciszka z czekolady, kwaskowatych cukierków i irysków, zostawiał klopsiki na wieży z klocków i doprowadzał maszyny parowe do wybuchu. Zawsze też miał stosowne wyjaśnienia i logiczne acz przewrotne argumenty. Jego skłonność do żarcików zawsze źle kończyła się dla innych, bo przecież nigdy nie dla niego - najlepszego Karlssona na świecie. Tak sobie myślę, że zawsze byłam Braciszkiem, czasem jednak przychodzi pokusa porzucić grzeczne wykańczanie chusty w sowie pióra i poczuć się najlepszym malarzem żakardów. Nawyciągałam więc wełny islandzkiej po sprutych noszonych i nienoszonych czapkach, nabrałam na druty i policzyłam ile mam oczek oraz ile w nich zmieści mi się norweskich wzorów. Nic na razie nie wybuchło, chociaż sweter wygląda niezbyt efektownie. I gryzie, bo to Lopi, wiadomo. No ale cóż, kiedy jest się chwilowo Karlssonem, racjonalne argumenty nie działają. Najwyżej się spruje, trudno. Zwykła rzecz, którą nikt nie powinien się kłopotać, jakby powiedział najlepszy specjalista od maszyn parowych. 

Latem minionym też mnie napadła pokusa, ale już bardziej racjonalna - nabrałam chęci na wydzierganie kremowego topu z bawełny, kupiłam więc wzór (bo ja bez wzoru umiem tylko kiedy czuję się Karlssonem, czyli rzadko) i zrobiłam w trzy tygodnie. Bo to ażur dwustronny był. Wyszło ładnie i niegryząco.


Teraz chodzę sobie kolorową drogą do pracy


zamierzam nauczyć się wyrabiać piękne skarpetki i zgodny z tym zamiarem dostałam prezent urodzinowy


Achajowie walczą resztką sił w obronie okrętów, ale wyjdą z tego cało, czego i sobie i Wam życzę. :)
Karlssona zakładałam oczywiście Karlssonem:

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

niedziela, 28 lipca 2019

Gwoździe w katedrę


"Czy wbijanie gwoździ byłoby możliwe dziś wieczór albo jutro między czwartą a piatą po południu? (Gdyby mój atak skończył się wcześniej, natychmiast bym Panią powiadomił).
Albo, gdyby ich wbijanie było konieczne rano, czy można by to zrobić w tej części Pani mieszkania, która znajduje się nad moją kuchnią, a nie w tej nad moim pokojem?"
Listy do sąsiadki, Marcel Proust

Trudno było zbijać kufry podróżne, będąc sąsiadką Prousta. Chory, wrażliwy, śpiący w dzień, aktywny nocą, był wymagającym sąsiadem. I całe szczęście, bo z tej wrażliwości wzięły się liściki Marcela do pani Marie Williams. Liściki z gatunku "rachunków z pralni", czyli wydanych wszelkich znalezionych papierów po szufladach i kufrach zmarłego pisarza. Jako nieuleczalna wielbicielka Marcela Prousta, kupiłam je całkiem niedawno razem z listami do matki i do przyjaciela. Kupiłam trzy tomy nieco przerażona, no tylko jeden był chudy, za to dwa pozostałe bardzo opasłe i kiedy ja to przeczytam, myślałam sobie. No cóż, okazało się, że wydawnictwo Eperons-Ostrogi dba o czas swoich czytelników. Trzy tomy okazały się być wydane tak wielką czcionką, że w sumie mogłabym je czytać bez okularów i z tak szerokimi marginesami, że mogłabym na nich napisać drugie Poszukiwanie straconego czasu, gdybym była Proustem. Samych listów jest rozczarowująco mało, poczułam niesmak, bo nie lubię takich praktyk. Wolałabym jeden kompletny tom listów, przyjemnie gruby, z przyjemnymi marginesami i przyjemną ceną.

Trudno, nawet gdybym te listy widziała na żywo w księgarni, a nie tylko internetowej stronie, i tak bym kupiła. Rachunki rachunkami, ale to jednak Proust. Poza wbijaniem gwoździ są róże, wiersze, koncerty i katedry.

"Wszelako Reims, której uśmiech zdawał się zapowiadać uśmiech Leonarda, a draperie nasuwały skojarzenia z najpiękniejszą epoką Grecji, była wyjątkowa. Anie Amiens, bardziej na sposób biblijny surowa, ani Chartres, bardziej uświęcona i niematerialna, nie były jej równe. Oczywiście dobrze wiem, że wśród opłakujących Reims wielu jest takich, którzy nie podnieśli wzroku na Notre-Dame i naiwnie wierzą, że najpiękniejszym kościołem w Paryżu jest nasza parafia, nasz okropny Święty Augustyn. Ale ja, podejmujący, o ile zdrowie pozwala, do kamieni w Reims pielgrzymki równie nabożne jak do kamieni w Wenecji, sądzę, iż mam prawo mówić o umniejszeniu ludzkim, które dopełni się w dniu, kiedy na dobre runą sklepienia, w połowie dzić spalone, na te anioły, które, nie zważając na niebezpieczeństwo, zrywają wciąż cudowne owoce z kunsztownie stylizowanych gałęzi kamiennego lasu."
Listy do sąsiadki, Marcel Proust

Zakładałam reklamową zakładką, ale bardzo książkową


Na zdjęciu rozkład mieszkania, co mnie ucieszyło, o teraz widzę naocznie, gdzie Franciszka gotowała dla pana Marcela kawę i gdzie był taras. Nie wiedziałam, że Proust miał taras, ciekawe czy z niego korzystał.

Tymczasem ja na swoim minionym już urlopowym tarasie nie tylko czytałam, ale robiłam też bawełniany sweter, którego dokumentację dla porządku historycznego załączam.
Sweter powstawał według darmowego wzoru Dropsa i miał nad wyraz skomplikowany ażurek. Nie dość, że do końca się go nie nauczyłam, to żeby w ogóle go robić, musiałam utworzyć liczne pomoce, wykresy i kolorowe markery.
Jak widać kolory markerów odpowiadają kolorom segmentów ażurowego potwora:

Pomoce z bliska wyglądały nawet malowniczo


Dopiero po zaopatrzeniu się w takie pomoce naukowe, zdołałam wyprodukować udzierg. Najpierw w małym kawałku:


Potem w większym:


Aż w końcu cały




Jestem z niego bardzo zadowolona, super się nosi (chociaż nie ma jeszcze guzików - żadne do niego nie pasują). Cieszę się, bo dorobiłam mu ściągacz - we wzorze go nie ma. Nabrałam odważnie oczka wzdłuż dekoltu na własną odpowiedzialność. Fajnie, bo sweter nie spada mi teraz z ramion, trzyma formę i nie wymaga godzinnego drapowania oraz dobierania bluzek (nie lubię, jak bluzka wyłazi pięć centymetrów nad sweter).
Zrobiłam go z 12 motków bawełny Muskat. Druty nr 4

Nie mogę się napatrzeć na ten urlopowy ogród. 






I tym kolorowym akcentem pozostaję pełen szacunku i szczerze oddany
Marcel Proust
a tak naprawdę ja, czyli Czajka.
Dziękuję najserdeczniej za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :))

niedziela, 28 kwietnia 2019

Plugastwa wytrwałe

"To ukochanie śpiewu, ta muzykalność pochodzi zapewne z samej przyrody kresowej, z jej czarownych dźwięków, z szumu borów, plusku fal jeziornych, rechotu żab, krzyku derkaczy i innego ptactwa wodnego, pieśni skowronka w noc majową, bulgotania cietrzewi, jęku żurawi ciągnących gdzieś w przestworzach nieba, dalekiego ujadania psów, płynie z tej potężnej symfonii ziemi kresowej, od akordów leśnych aż do ledwo uchwytnych, a tak delikatnych półtonów, że zdawać by się mogło, że płyną one nie z ziemi, ale gdzieś z nieba, gdzie promień o promień się trąca. Przyroda Kresów nie jest martwa, jak nie jest martwe powietrze tego kraju, powietrze tak aromatyczne, krzepiące a upojne jak stary trunek, powietrze pełne aromatów lasu i zapachu świeżo skoszonej trawy. Nawet zimą mroźne powietrze ma w sobie coś, co przypomina delikatny zapach migdałów."
Na skraju Imperium i inne‌ wspomnienia, Mieczysław Jałowiecki


Kiedy czytam książkę, zazwyczaj buduje mi się gdzieś za kulisami relacja z autorem. Relacja nie przekłada się na moje zdanie o książce, na ogół lubię autorów lubianych przez siebie książek, ale nie zawsze - i to jest właśnie ten przypadek.
Wspomnienia czyta się świetnie. Jest przyroda, co uwielbiam, są śpiewy kresowe, beztroska dzieciństwa, szkoła, praca, pojawia się polityka, za którą nie przepadam, ale tu nawet mi nie przeszkadza, są straszne czasy, rewolucja, wojna, nic nie szkodzi, bo wspomnienia czyta się świetnie. Jednak autor, kniaź Pierejesławski, książę Jałowiecki, autor lubić się nie da. No i właściwie nic nie szkodzi, bo moje lubienie czy nielubienie istotne za bardzo nie jest.

Dookoła księcia samo plugastwo, czerń pijana i zezwierzęcona. Dostało się bolszewikom (to można zrozumieć), dostało się Niemcom i Żydom, a już Anglikom dostało się chyba najbardziej (ponoć nawet ich małpi przodek był zdecydowanie bardziej małpi niż nasz, co zbadał szczegółowo francuski antropolog). Dostało się też mojemu ulubionemu Melchiorowi Wańkowiczowi, że leń i obibok.
Nie lubię więc autora, ale czytam z zacięciem i daję się porwać tym śpiewem, tym kawiorem, tej kawie trzygwiazdkowej, tym czasom dawnym, tym losom zadziwiającym i trudnym. No i temu spojrzeniu Kresów na nas, bo to zwykle my patrzymy na Kresy.
Chłonę z zachwytem różne antyczne smaczki w restauracjach, sklepach z antykami i smaczki językowe (swoją drogą, dużo tu tekstów rosyjskich nie przetłumaczonych, co dla młodego czytelnika może stanowić kłopot).

"Kuchnia u George’a była zdrowa, smaczna, niewybredna, przeznaczona na wiejskie apetyty. Menu było wypisywane po francusku, jako że polski był zabroniony, a rosyjskiego nikt by do ręki nie wziął. Francuszczyzna była osobliwa, jak: „L’enfant de cochon rôti” (dziecko świni pieczone) czy „Boeuf brisé” (wół siekany). Mało kto zaglądał jednak do jadłospisu, zwracając się o radę bezpośrednio do kelnera, który tradycyjnie pytał: – A co pan ma w życzeniu? Czasami kelner wracał, by oznajmić, że danie jest wyczerpane, i zaproponować w zamian coś innego: – Kaczka wyszedłszy, może gęś w życzeniu?"
Na skraju Imperium i inne‌ wspomnienia, Mieczysław Jałowiecki

Wspomnień jest trzy części, na razie przeczytałam pierwszą, z kolejnych będę jeszcze zdawać relację. Kniaź w tej chwili czeka w Gdańsku na amerykańską mąkę, a tymczasem ja skończyłam jeden sweterek i zaczęłam drugi.
Skończony sweterek jest cały z jedwabiu, zaczęłam go latem ubiegłego roku, więc trochę trwało zanim dobrnęłam do finału. Włóczki mi nie starczyło na długi rękaw, mam więc rękaw 3/4, co nawet nie wygląda źle. Wiosna akurat przechodzi fazę mokrą, ciemną i zimną, więc zdjęć na mnie chwilowo nie ma.


Rozmiar ku mojemu zdziwieniu wyszedł idealnie, fason też, warto było dokupić cieńsze druty, spruć zawijający się w rulon dół i zrobić zdyscyplinowany ścieg francuski.
Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że lepiej poświęcić więcej czasu i powalczyć, niż poddać się, a potem nie nosić, bo nieudane.
Z takim wnioskiem zaczęłam sweterek drugi, który na razie wygląda jak kupka nieszczęścia. wszędzie nitki, agrafki, ale coś czuję, że będą z niego ludzie.


Robię go z bawełny, którą kupiłam strasznie dawno temu i nie jest to ogólnie znana wersja dla męża (wiadomo przecież, że wydatki z przeszłości się nie liczą w budżecie domowym). Jest to moje piąte (sic!!) podejście do tej włóczki. W pierwszym miał być pulowerkiem przez głowę i nie dodziergałam nawet do pach. W drugim podejściu miał być zszywanym rozpinanym kardiganem. Po drobnych przygodach (i przyszyciu przodu w miejsce rękawa) powstał, został wyposażony w guziki i obfotografowany. Nawet poświęciłam się i zabrałam go dwa razy do pracy, ale z bólem przyznałam, że nie zasługuje. Bo szwy krzywe, fason krzywy - sprułam. W trzecim połączyłam go z wiskozą i jeszcze nie sprułam, ale też w nim nie chodzę. W czwartym udziergałam korpus i po trzech latach siedzenia w szufladzie, doszłam do wniosku, że muszę mieć wzór, żeby sweter miał fason i rozmiar. Wybrałam więc dla niego Softly Hani Maciejewskiej i jestem pełna nadziei, że szczęście sprzyja wytrwałym, jakby powiedział Eneasz, gdyby robił na drutach.
Trzymajcie kciuki, żebym nie zrobiła z niego ściereczek eko, bio i zero-waste, jak mi nie wyjdzie po raz piąty. ;)

Przybywa też temperaturowego szaliczka, znacznie się ocieplił, a teraz znowu się ochładza. Ale magnolie i tak kwitną, czego i Wam życzę.


Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :))

środa, 13 września 2017

Mija lato


W maju zmarł niespodziewanie mój młodszy syn. Ten, dla którego zrobiłam tyle czapek i szalików...

Najdziwniejsze jest to, że w rzeczywistości, w której zostałam, niezmiennie przychodzą i odchodzą niedziele i środy. A skoro ja jestem i skoro one się wciąż pojawiają, muszę, chciałabym, wiem, że powinnam zmierzyć się z nimi. Wykorzystać dany mi czas. Wrócić.



Najprędzej wróciłam do robienia na drutach. Druty ciche są i zgodne, zostawiają miejsce na myśli i na wspomnienia albo wręcz przeciwnie, angażują intelektualnie i manualnie i nie zostawiają wtedy miejsca na nic.
Przeszłam jedwabny szlak wymyślony przez Knitolog w podróży. Nie było łatwo. Szlak był chiński, wzór japoński i chociaż zaczęłam prawie równo z Knitologiem, on prawie od razu zamajaczył mi na dalekim horyzoncie i znikł z gotowym wyrobem. Ja natomiast szłam, szłam i szłam z drutami rozmiaru 2,5. Nie dochodziłam do mety, za to dochodziłam do różnych wniosków. Pierwszy był taki, że wzorcowa bluzeczka z krótkimi rękawkami składa się z biliona oczek mniej niż wymyślony przeze mnie sweter z długimi rękawami i z szerokimi połami. Drugi był taki, że ażur japoński przerabiany w okrążeniach wygląda zawsze tak samo, robiony na płask wygląda z każdej strony inaczej. Trzeci wniosek był taki, że chyba nie postąpiłam zbyt rozsądnie jak na debiutującego w jedwabiach. Czwarty wniosek był taki, że chyba idę przez Australię.
Aby przetrwać, obłożyłam się różnymi pomocami, pomysłami i samym jedwabiem.
Kupny jedwabny precelek zwinęłam w kłębek:


Zrobiłam sobie ściągę o dwóch oczkach razem po prawej stronie i dwóch oczkach razem po lewej stronie. Podzieliłam wzór na dwie części. Jedną pomalowałam na zielono i nazwałam zieloną, drugiej nie pomalowałam i nazwałam białą. Na część zieloną robótki założyłam dwa zielone markery, na część białą dwa białe. Oznaczyłam strzałką w lewo kierunek z prawej do lewej i strzałką w prawo kierunek z lewej do prawej.


  Po siedemdziesięciu ośmiu dniach pochowałam nitki i sfotografowałam się w arystokratycznych ruinach.










Zdjęcia trochę tego nie oddają, ale sweterek jest cudownie miękki, jedwabisty (w końcu nazwa zobowiązuje) ażurowy i lejący.
Wyszło 177 g. Maharaja Silk Lace, kolor 299, druty nr 2,5

Po pewnym czasie wróciłam do czytania. Zaczynałam różne książki i odkładałam, aż w końcu wymyśliłam sobie czytanie baśni.
"Baśnie pomagały dzieciom zasnąć i przejść, jak po czarodziejskiej drabinie, ze świata rzeczywistego w świat snu."
Iwona Taida Drózd
Są więc niczym kołysanka, nawet jeżeli zostały zebrane przez braci Grimm.



"Pewnego upalnego dnia siedział sobie krawiec,skrzyżowawszy nogi, na swoim stołeczku przy oknie."
Wszystkie baśnie i legendy, Bracia Grimm

No i tak właśnie sobie siedzi przez ponad 1000 stron. I nie tylko krawiec, ale Jaś z Małgosią, Tomcio Paluch, królewna Żabka, kogucik z kurką, pieczona kiełbaska oraz garnek ze smalcem.
Zostali zebrani z książek kupowanych przez młodych wtedy braci za ostatnie pieniądze i z opowieści przy piecu oraz w sadzie. Ozdobieni ilustracjami. Zapisani.
Dlaczego je czytam? Lubię ich kanoniczny schemat, który zawsze zaczyna się pewnego razu i na ogół kończy się długo i szczęśliwie. Lubię ich koloryt pełen upalnych dni, wrzecion, pieców chlebowych i popiołu. Lubię zawartą w nich prawdę o nas, o dawnych czasach, dawnych wyobrażeniach.
Lubię powtarzające się w nich motywy i lubię zastanawiać się, dlaczego rozstaje dróg, dlaczego czerwone buciki i taniec.
Tak, baśnie pomagają zasnąć, ale pomagają również wrócić do rzeczywistego świata. Taką mają moc, chociaż nie wiem, skąd ona się bierze.
Na zdjęciu powyżej baśnie siedzą na kocu, który udało mi się skończyć po czterech miesiącach (ale nie nieustającego) dziergania. Koc powstał z trzech włóczek: Alize bamboo fine (100% bambus), Lima Drops (65% wełna i 35% alpaka) oraz Drops Delight (75%wełna, 25% polyamid). Druty nr 10. Razem z frędzlami waży 1600g. i mierzy około 140x190cm.

A za oknem czarny bez zaczyna być czarny. Mija lato.

 Dobrego dnia!