Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Len. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Len. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2024

System w paski czyli wzloty i upadki

 


"Wiozło nas osiem koni ustrojonych jak muły w Hiszpanii, z dzwoneczkami u szyi, grzechotkami przy lejcach, z czaprakami i frędzlami wełnianymi rozmaitego koloru. Matka wzdychała, siostry gadały do utraty tchu; ja wypatrywałem oczy i nasłuchiwałem pilnie, olśniony przy każdym obrocie kół: pierwsze kroki Żyda Wiecznego Tułacza, które nie miały nigdy ustać. I gdyby to człowiek zmieniał tylko miejsca! ale zmieniają się dni jego i serce."

Pamiętniki zza grobu, Chateaubriand

Najmniej mówiąca okładka roku, ale muszę przyznać, że ta oprawa klasyczna, w środku jedwabiste kartki, niektóre podklejone fachowo na zakładki, budziła we mnie wspomnienia wakacyjnych bibliotek małych miasteczek. Same Pamiętniki z wakacjami nie mają nic wspólnego. 

O tej książce usłyszałam bardzo dawno temu, czyli jakieś piętnaście lat temu, ale już wtedy na Allegro jej cena skutecznie gasiła chęć natychmiastowego zakupu. Kupiłam sobie na pocieszenie Opis Jerozolimy tego samego autora i podobało mi się. No ale przyszedł czas bibliotek, cena Pamiętników nie zmalała, więc wypożyczyłam sobie. Przez pierwsze dwieście stron (albo niecałe) żałowałam, że one pożyczone są, ale potem jednak ucieszyłam się, że nie są moje. Nie podobało mi się, że jest tak uprzedzony. Do Napoleona. Do rewolucjonistów. Poniekąd jego uprzedzenia były uzasadnione, ale w uprzedzeniach zawsze się widzi tylko swoje racje. No i to ciągłe utyskiwanie, że jest się nad grobem, skoro już z tytułu było o tym wiadomo, męczące. W ogóle Chateaubriand usposobienie miał melancholijne i było to widać. Ale część opisująca jego ponure dzieciństwo w ponurym gotyckim zamku, z ponurym surowym ojcem była pasjonująca, potem opis wybuchu rewolucji wstrząsający, ciekawy opis podróży do Ameryki i powrót do Francji, w której nastali powszechnie obywatele i obywatelki oraz messidory, thermidory i fructidory. Tak sobie pomyślałam, że gdyby zamiast przerabiać w szkołach zwykły program historii powszechnej, w którym to wszystko jest datą, nazwiskiem i wydarzeniem zupełnie dla nas obojętnym, bo było dawno i dawno minęło, gdyby zamiast tego przeczytać opis Chateaubrianda, który był w Paryżu, kiedy biegano tam z głowami ludzkimi zatkniętymi na piki, może wtedy byłoby inaczej. A może byłoby tak samo, bo jednak poza pewnymi stronami, jako gatunek jesteśmy jednak beznadziejny. 

W każdym razie było to fascynujące doświadczenie życia kogoś kto rozmawiał z Ludwikiem XVI,  Napoleonem i z Washingtonem - dla mnie to takie magiczne otwieranie furtek do przeszłości.

 "Co robię wśród pustkowi? Nic! Słucham ciszy i patrzę, jak mój cień przesuwa się wzdłuż akweduktów oświetlonych księżycem"  

Też trochę się zapatrzyłam w swój cień, ale niedługo, bo przyszedł poniedziałek i zaczęłam wdrażać swój kulinarny system. 


Jak ogólnie wiadomo, wdrażanie wszelkich systemów, nawet tych najlepszych, jest trudne i burzliwe. Rzadko kiedy wszystko działa od razu, wręcz przeciwnie, na ogół nic nie działa i masowo ujawniają się różne nieuwzględnione w systemie warunki i założenia. Teoretycznie miałam zaplanować menu na tydzień i wypisać na kartce składniki do zakupu, tak zrobiłam, spis okazał się zawierać około trzydziestu pozycji i z taką listą poszłam niefrasobliwie do sklepu spożywczego, po czym stałam przed panią ekspedientką w popłochu usiłując wyłapać z listy te składniki, które są spożywcze i które w sumie nie ważą więcej niż ja, bo przecież tylko mrówki mogłyby się podjąć transportu. W efekcie wpadłam w stres, kupiłam rzodkiewki, które nie były na liście, ale wpadły mi w oko i kupiłam rukolę, której nie miałam jeszcze na kartach inspiracji, ale gdzieś kojarzyłam, że można coś z niej robić, nawet jeżeli jest w dużej ilości. I wróciłam do domu z silnym postanowieniem dopracowania techniki tworzenia list zakupowych oraz rozbudowania kart inspiracji. 

Nierozważnie zaplanowałam też wątróbkę w dzień sprzątania, więc wyszłam po nią w południe, czyli w porze, w której po wątróbce w sklepie nawet nie było śladu. Jakoś z tego wybrnęłam, coś zjedliśmy, nawet dobrego w miarę, w ten czwartek, czyli w dniu tworzenia menu (no dobrze, w piątek rano tak naprawdę), listy zakupowe zrobiłam już rozsądnie dzieląc je na sklepy mięsne i spożywcze oraz na składniki, które muszą być bardzo świeże i na takie, które świeże być w ogóle nie muszą, bo są w puszce albo są cukrem. 

Nie wiem jak skuteczny okaże się mój system długofalowo, trochę to zależy ode mnie, bo jednak nawet najświetniejszy system sam nic nie kupi ani nie ugotuje, ale już teraz, po prawie dwóch tygodniach widzę, że jest duża szansa na to, żebym zapanowała nad zakupami, czyli żebym kupowała rzeczy potrzebne i nie kupowała rzeczy niepotrzebnych i żebym otwierała się na nowe przepisy, a nie, tak jak do tej pory sięgała sporadycznie do książek kucharskich, których w dużej liczbie nakupiłam w czasach zarazy, a potem zapominała o tym, co tam czytałam. Było to frustrujące, zniechęcało do wysiłków i nic dziwnego, kiedy niedawno okazało się, że to na półce z książkami kucharskimi mam największy kurz.

Teraz, gdy będę przeglądała książki z przepisami, mam plan zapisywać co ciekawsze w podręcznym notesiku (bo wiadomo, notesiki są ważne i przydatne). Mam też ogromną chęć przepisać mój zeszyt z przepisami po raz piąty, bo teraz odkryłam takie cudne zeszyty o grubych kartkach, papiery o ślicznych wzorach i nauczyłam się robić różne klapki i kieszonki, a nawet koperty (to znaczy koperty jeszcze nie robiłam, ale mam narzędzie, więc myślę, że umiem). Powstrzymuję się jednak, bo lubię ten zeszyt, który ozdobiłam starymi kalendarzami i teraz ozdabiam go dalej.  

Poza gotowaniem, ucieraniem past różnych i siekaniem sałatek, miałam czas na spacery w miejsca z wieloma smokami


Skończyłam też lniany cardigan granatowy, ale tak długo sechł, że nie zdążyłam go wyprowadzić w plener. Działam też z paskami, przeszłam do pierwszego rękawa i myślę teraz nad paskami korpusu, które nie są takie prześliczne jak myślałam, że będą. 


Już kiedy dołączyłam ten zielony, to byłam lekko rozczarowane brakiem zachwytu, ale pomyślałam, że może jakoś to będzie, chociaż wiem doskonale, że w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach nie będzie i lepiej od razu pruć. Na czas robienia rękawów wsadziłam sweter do torby i jak po kilku dniach niewidzenia wyciągnę go i się zachwycę, to zostanie bez zmian, jeżeli nie, to spruję, bo on ma być po domu, ale po co nawet po domu ma mnie denerwować.

Nawet po domu możemy być kolorowe i niesmutne, czego sobie i Wam życzę!

Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Nie zdążyłam zrobić zdjęcia zakładki w książce, to jest właśnie minus pożyczania, że jak się odda to koniec, ale zakładałam zakładką z moją ulubioną pozycją czytania kiedyś, dawno temu, kiedy w karku nic nie strzykało. Obok zakładki mój reading journal, czyli zeszycik z lekturami




niedziela, 5 maja 2024

Czasem lato, czasem żyrandol

 "W lecie najdziwniejsze jest to, że mija tak szybko"

My na wyspie Saltkråkan, Astrid Lindgren


Wstyd się przyznać, ale z twórczości Astrid Lindgren w przepisowym czasie przeczytałam tylko Dzieci z Bullerbyn i Karlssona z dachu. Pippi poznałam w serialu, reszty nie poznałam, przestraszano może okropnym charakterem Karlssona, który do dziś pozostał najbardziej mnie irytującą postacią literacką.

Aż tu wtem bratnia dusza książkowa podrzuciła tę Wyspę, cóż było robić, nie czytało się za młodu, trzeba przeczytać na starość, pożyczyłam z biblioteki. I co to było za lato (a nawet chyba dwa lata i jedna zima). Zamaszyście nakreślone postacie, dużo wody w morzu i nie tylko, dużo mgły, dużo chodzenia wieczorami po mleko (kto pamięta czasy, kiedy na wakacjach mleko było u sąsiada a nie w Biedronce?), dużo humoru, trochę mało psa, ale wielki był, więc może nie bardzo się zmieścił. Mamy tu dziewczynki małe (ich działania w celach nażenienia panien starszych, a związane z żabami - prześmieszne i przeurocze - "Stina w ogóle ma głowę całkowicie zapchaną zaczarowanymi książętami, Kopciuszkami, Czerwonymi Kapturkami i nie wiadomo czym"), mamy dziewczynki starsze i najstarsze, mamy też dorosłych zaradnych, niezaradnych, dobrych, podłych, do wyboru. Na koniec mamy wielkie niewiadome, emocje i wzruszenia. No, przynajmniej ja się wzruszyłam chyba z dwa razy, to nietypowe, bo od czasu, kiedy płakałam nad śmiercią Winnetou, nad książkami płaczę sporadycznie. 

"Siedzieć sobie w ogrodzie w słońcu, jeść i czuć, że jest lato"

U nas lata jeszcze nie ma, czego zaletą jest, że nie mija szybko, zatem zamiast siedzieć sobie w słońcu oddawałam się różnym aktywnościom rękodzielniczym. Pierwsza aktywność związana była z ubiegłorocznym prezentem imieninowym. Otóż kilka razy nawinęła mi się przed oczy makieta księgarni. Kilka razy się opanowałam i nie uległam pokusie, ale jak zobaczyłam ją na żywo w Manufakturze, a dwa dni później dostałam jej zdjęcie mailem razem z zachwytami koleżanki, a były to terminy okołoimieninowe, uznałam to za przeznaczenie i znak, no i wpisałam na listę "O tym zawsze marzyłam" jak to mówi moja wnuczka mniej więcej przy co drugiej reklamie. Bąknęłam też, że to już będzie prezent na wszystkie imieniny dopóki makiety nie złożę. Bo tę makietę księgarni trzeba złożyć samemu. Prezent dostałam, zajrzałam do pudełka, przejrzałam dokumentację składania, obejrzałam dwa filmiki na Youtubie i tak minął rok. I wtedy się przestraszyłam, bo był już maj, moje imieniny za pasem, wizja imienin bez prezentu stała się zupełnie realna. Zatem w czwartek wyciągnęłam pudełko z makietą, puściłam sobie muzykę na nerwy, od męża wzięłam różne szczypce i obcinaczki i zabrałam się do pracy. 



Oczywiście, jako emerytowany elektryk, najwięcej problemów miałam z żyrandolem, w czasie jego składania nawet nie bardzo wiem, jaka akurat leciała muzyka; nie przeklinałam (no może raz), bo ja w zasadzie nie przeklinam. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że w tym żyrandolu są naprawdę cienkie druciki. Poza tym żyrandole potrafią być wredne, od razu mi się przypomina historia żyrandola w moim rodzinnym salonie, który wtedy jeszcze nazywany był dużym pokojem. Wprowadziłam się z rodzicami i z malutkim bratem, mama kupiła żyrandol pięcioramienny, żarówki do niego (czyli żarowe źródła światła, ale kto by tam tak długo wymawiał) nieprzesadnie dużej mocy. Tata podłączył przewody w kostce, włączył żyrandol, widać było różnicę między świeceniem a nieświeceniem, ale niezbyt wielką. Rodzice zdiagnozowali, że pięć żarówek sześćdziesiątek, to może zbyt mało, żeby oświetlać salony, mama pobiegła więc po nowy komplet. Podczas czwartych zakupów, kiedy moc żarówki oscylowała już w okolicach dwustu, sprzedawca uprzejmie się zainteresował, czy mama będzie oświetlać stodołę. Najwyraźniej więc diagnoza słabych żarówek nie była słuszna, został wezwany prawdziwy elektryk (ja byłam wtedy na szczęście w wieku nastoletnim, nie musiałam się jeszcze znać na prądzie). Prawdziwy elektryk popatrzył w kostkę, coś przełączył, żyrandol jak nie świecił tak nie świecił, elektryk zdiagnozował błąd instalacji i zalecił kucie w ścianach i w suficie. Został więc wezwany drugi elektryk (amator, ale bardzo zaprzyjaźniony), pogrzebał w kostce, w puszce, wyraził wątpliwość czy kucie w ścianach coś da, zalecił pogodzenie się z losem i tak minęło wiele lat, wyszłam za mąż, usiedliśmy w salonie i nagle mąż zapytał - co tu tak ciemno? Poszedł po taboret, rozkręcił kostkę, przepiął dwa, góra trzy przewody i nastąpiła iluminacja, żarówki w te pędy trzeba były wymieniać na mniejsze. Co prawda w tej historii żyrandol nie do końca jest wredny, ale dla mnie na zawsze pozostał podchwytliwy.

W każdym razie, po dniu walki, utraconych paznokciach, mój mini-żyrandol świeci z czego jestem niezwykle dumna. Złożyłam też meble i zostały mi tylko do sklejenia książki, obrazki, czyli same przyjemności dekoracyjne. Jedyne obiekcje, jakie żywię do tego rodzaju ozdób, to ich funkcjonalność, ponieważ mimo niezaprzeczalnego uroku, kurzą się, a odkurzanie takich maciupeńkich książek, obrazków i półek może nie być przyjemne, po trzech dniach wymyśliłam, że zrobię witrynkę antykurzową. W ramach prowadzenia journali (o journalach jeszcze będzie), zgromadziłam kleje, papiery, trymery, bigownice i obejrzałam miliony godzin o scrapowaniu, więc czułam się gotowa do dzieła. Przyznam, że z narzędziami jednak działa się lepiej niż bez (co można stwierdzić nawet przy obieraniu ziemniaków), więc po kilku godzinach witrynka była gotowa. Ma okna z folii, więc nie dość, że zapobiega kurzeniu ale dodatkowo nie wyklucza eksponowania. Moja ulubiona ciocia stwierdziła, że w Windsorze najwięcej ludzi zbiera się przy mini domkach. No, moja makieta to nie Windsor, ale też codziennie rano na nią patrzę, mimo że brakuje jej kilkaset książek. 

Makieta bez witrynki:


Makieta z witrynką:



Witrynka z tyłu też jest ozdobna:



Majówka minęła mi więc niepostrzeżenie, tym bardziej, że walczyłam też z plisą, mam już prawie pół, więc mało widać, ale dziurki na guziki już gotowe. W celu nadrabiania plisy odłożyłam z żalem mój sweter po domu, ten bowiem nie ma plisy i robił się bardzo szybko. No ale porządek w robieniu musi być.




Co mnie zresztą nie martwi, bo jak powiedział pan Melker na wyspie "nie powinno się martwić o dzień jutrzejszy, tylko cieszyć się dniem dzisiejszym. W taki słoneczny ranek jak ten - stwierdził - życie jest samą radością".
Ja więc też cieszę się plisą i dzisiejszym porankiem, czego i Wam życzę.

(Trochę co prawda czekam na deszcz, żeby bez wyrzutów sumienia nie chodzić na spacery, siedzieć w domu i kończyć biblioteczny stosik)
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!
PS. Biblioteczną Wyspę zakładałam reklamową zakładką, za to bardzo wiosenną w wyrazie. 




Razem z zakładką widać moją nową poduszkę do trzymania książek, na szczęście kot jest równie kupny jak zakładka i nie wymagał żadnych rękodzielniczych działań.

niedziela, 3 września 2023

Ścierka czyli arras

 - Gdzie chciałby pan żyć?

- Gdziekolwiek - trzy pokoje, biblioteka, w zimie ciepło, w lecie chłodno, za oknem drzewa.

Herbert, Andrzej Franaszek


W prawie trzech swoich pokojach z jednym drzewem za oknem spisałam swoje wszystkie książki, zaznaczyłam przeczytane. Wszystko wskazuje na to, że mam blisko 900 książek, w tym 290 nieprzeczytanych. Gdybym czytała w dobrym tempie, przeczytałabym je w niewiele ponad dwa lata. Gdybym czytała w fatalnym tempie, przeczytanie ich zajęłoby mi osiemnaście lat (sic!). Ale od 2004 roku - czyli odkąd zaczęłam zapisywać przeczytane książki - tak dobre jak i fatalne tempo zdarzyło mi się raz. Gdybym się zmobilizowała i nie kupowała nowych (taaak), mogłabym mieć nadzieję, że przeczytam je w ciągu pięciu lat. I nie chodzi mi o jakieś wyzwania czy wyścigi, ale po prostu szkoda mi ich, jak tak stoją na półkach i się kurzą czekając. Pięć lat to długo, osiemnaście to ryzykownie długo, mała presja czasu więc jest. Taka wręcz presyjka. Oczywiście staram się nie dać zwariować i przy wyborze lektury nie kierować się grubością książek, dalej staram się czytać z przyjemnością, ale mała presja jest. I z taką małą presją gdzieś z tyłu głowy, zabrałam czytnik i pojechałam na wakacje. Wybór i chęć wskazywały na biografię Herberta. Zaczęłam czytać i tylko co jakiś czas zerkałam na podsumowanie na dole. 1 %, no nic, czytam dalej a tu dalej też 1%. Na drugi dzień dzielnie czytam dalej - zerkam, a tam w dalszym ciągu 1%. Najpierw myślałam, że popsuło się liczydło w czytniku, ale zaraz potem, tknięta przeczuciem, sprawdziłam liczbę stron tej biografii - dwa tysiące stron. Gdyby spróbować określić ją jednym słowem, byłoby to słowo "hojna". No ale skoro udało mi się przeczytać 1%, to chyba dam radę przeczytać całość. Czytałam prawie miesiąc. 

"Herbert" Franaszka to bardzo hojna biografia i, co w sumie dziwne, nie przytłacza ani nie nuży. Zapomniałam zupełnie o presji i siedziałam w morzu cytatów, zapisków, faktów i przypuszczeń. W dolach i niedolach, w zdrowiu i w chorobie, w podróżach i w powrotach. Przejmujące życie, przejmujące okoliczności (i ta ohyda teczek, agentów, inwigilacji), piękno poezji i myśli w tym wszystkim. Przejmująca lektura. Warta tego miesiąca i psucia statystyk oraz tempa.

Sierpień przeminął jak z bicza trzasnął, do czego przyczynił w znacznym stopniu reading journal. Otóż kiedy zgodnie z planem od nowego roku przeprowadzę się z moimi książkowymi i ogólnożyciowymi zapiskami do nowego notesu, stary (no, nie taki stary, bo tegoroczny) zostałby w większości pusty. Szkoda mi było, myślałam, żeby może wpisać w niego jakieś lektury dzieciństwa, albo ulubionych pisarzy, albo ulubione książki, aż po tygodniu myślenia wpadłam na pomysł wpisania do niego wszystkich moich lektur od 2004 roku. Pomysł szalony, więc pierwszy rok wpisałam i ozdobiłam błyskawicznie, żeby mój zdrowy rozsądek nie zdążył zareagować. Nie wiem, czy aż tak musiałam się spieszyć, w każdym razie nie zareagował, a dalej to już poszło. Jestem już w roku 2014 i teraz nawet aż tak szalone mi się to nie wydaje. 


Każdy rok jest w innym stylu, mam okazję się naocznie przekonać, co mi się podoba najbardziej (kwiatki jednak i vintage), wykorzystać moje nakupowane w ilościach hurtowych papiery, kredki i naklejki oraz nabrać wprawy w zdobieniu. 
W każdym roku jest strona powitalna, jest topka, lista przeczytanych książek i piksele, czyli oceny i typy w kolorach. Skalę i kolory ocen zmieniałam od założenia reading journala chyba dziesięć razy aż wreszcie wpadłam na sześć ocen (wydaje mi się, że ktoś go już stosuje) i kolory tak intuicyjne, że po kilku książkach nauczyłam się ich na pamięć. Typy też zmieniłam - początkowo były w odcieniach brązu i tylko Veermer mógłby odróżnić audiobook od książki papierowej - na zielone i niebieskie dla elektronicznych (czyli e-book i audiobook) oraz żółty dla papieru, fioletowy dla powtórki a czerwony dla pożyczonej. Nie wiem na czym to polega, ale przyjemnie jest popatrzeć na taki rok w kolorach i powiedzieć - o, w tym roku czytałam dużo pożyczonych i słuchałam dużo audiobooków, a w tamtym znowu czytałam dużo pożyczek.

 








Wśród tych szalonych poczynań nastał wrzesień i Zlot Biblionetkowy w Ciechocinku (co było lokalizacją dla emerytki bardzo stosowną). Zlot jak każdy był bardzo udany, ożywczy i radosny, Ciechocinek ukwiecony i słoneczny, ognisko trzaskające, wino czerwone, domowe nalewki za to najprzeróżniejsze. Prawie udało mi się nie przywieźć żadnej książki, ostatecznie przywiozłam jedną, co można uznać za wynik przyzwoity. 





Na zlot zabrałam druty i prostą robótkę. Okazało się jednak, że prosta robótka poza oczywistą zaletą, że jest prosta, bo nie trzeba liczyć oczek, patrzeć w schemat czy zapisywać przerobionych rzędów, ma również wadę, a mianowicie taką, że nie jest atrakcyjna. I tu już nawet nie chodzi o mnie (w każdym razie nie w dużej mierze o mnie, bo wiadomo, że na ogół wygląda się lepiej z wykwintną robótką niż z niewykwintną), ale o kogoś kto podchodzi i pyta co robię. Na pewno znacznie przyjemniej byłoby mu dowiedzieć się, że robię na szydełku (okazuje się, że różnica między drutami a szydełkiem w świecie niedziergającym jest praktycznie niemożliwa do wychwycenia, często więc moje druty nazywane były szydełkiem, a próba wyjaśnienia szybko wywoływała popłoch i pomieszanie) arras wawelski a co najmniej ciechociński. A ja tu siedzę i dziergam ścierki kuchenne. Po prostu sama byłam rozczarowana swoją prozaicznością. Do tego stopnia, że w drodze powrotnej postanowiłam spruć w połowie gotową ściereczkę i zrobić jednak sweter, tym bardziej, że bawełna na ściereczki to nie resztki a całkiem spore pudło całych motków (jak to możliwe?) i trochę głupio. Ściereczki będę robić, jak już zostaną z niej resztki. 

 W Ciechocinku dało się mi zrobić zdjęcie niedawno ukończonego Corran cardigan



Bardzo jestem z niego zadowolona - lekki i przyjemny. I nawet plisę udało mi się nabrać za pierwszym razem i nie pruć. Z tyłu nie widać ściągacza, bo mąż nie wiedział, że ściągacz jest ważny, ale ściągacz z tyłu też jest.
350 gramów Line firmy Sandnes Garn - jest w niej len, więc mam nadzieję, że się będzie dobrze nosić
Druty nr 5 (do ściągaczy nr 4)

I tym sposobem zbliżamy się do jesieni, grzybów oraz innych jadalnych dóbr natury, jesiennego słońca, mgiełek i kolorów, czego sobie i Wam życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

poniedziałek, 3 lipca 2023

Burzliwe piramidy

 


"Pisarze ledwo nadążali z robotą - trzeba było udokumentować, opisać i zapisać mnóstwo rzeczy i spraw oraz skopiować i zarchiwizować to wszystko."

Egipt w czasach piramid, Guillemette Andreu

Zupełnie jak ja, chociaż ani nie jestem pisarzem, ani nie siedzę w cieniu piramid, ale też archiwizuję wszystko albo znaczną większość. Nie czułam więc przesadnej przepaści geograficznej czy antropologicznej, kiedy czytałam tę przyjemną i wciągającą książkę, w której niestety, poza okładką, nie było żadnych obrazków i znowu musiałam zaglądać do wszystkomającego Internetu, żeby zobaczyć na przykład pisarza lub innych. Egipcjanie wrzucali do Nilu ichniejsze Marzanny i wianki, artyści utrwalali przemijającą rzeczywistość rzeźbiąc i malując, co dziś znacznie łatwiej osiągnęliby robiąc miliony zdjęć. Moje książki na przykład są uwiecznione we wszystkich nieomal swoich konfiguracjach i ustawieniach. Do książki raczej już nie będę wracać (chociaż wiadomo, że z takimi deklaracjami nigdy nic nie wiadomo). Jeden tylko szczegół mnie zdziwił, nie dotyczył on na szczęście Egiptu, otóż autorka uznała, że Szeherezada "wymyśla różne niezwykłe historie, by rozerwać sfrustrowanego sułtana". Wydaje mi się, że głównym celem Szeherezady było przeżyć, bo rozrywki sułtana zupełnie nie polegały na słuchaniu opowieści. To drobiazg, ale trochę nadszarpnął moją wiarę w panią Andreu.

Chyba, że się mylę, co też nie jest wykluczone. Egipt piramid przeminął, zupełnie tak samo jak mój wywczas (bo przecież nie urlop, kiedy po raz pierwszy po powrocie z letnich wyjazdów, siedzę w domu ze swoimi książkami i włóczkami, zamiast pracować dzielnie w firmie jakiejś). Nie wiem czy to z tego powodu, czy z jakiegoś innego (globalnego ocieplenia może), pogoda w tym roku nas nie rozpieszczała, jeżeli w Polsce była jedna jedyna burza, to właśnie w Wierchomli.

Dostawałam różne ostrzeżenia na zmianę, od burz z piorunami poprzez upały, powodzie i lawiny (sic!), aż trochę się bałam, że drogi nam zaleje i zmyje i zostanę już na wywczasowym tarasie na zawsze. Na szczęście nie zmyło ani nie zalało, na wszelki wypadek siedziałam na ulubionym fotelu i nie oddalałam się od domu - na zdjęciu poniżej mam na sobie trzy z moich wełnianych (!!!) robótek.


po burzach zawsze za to była tęcza, owce i lody




Ponieważ turystycznie nie udzielałam się w ogóle (nie bez ukrytego w głębiach zadowolenia), główną atrakcją poza czytaniem i robieniem na drutach były zakupy (o Roku bez Zakupów jeszcze będzie, do jego końca został tylko miesiąc) w licznych punktach z pamiątkami regionu beskidzkiego oraz w powstałym niedawno w Piwnicznej Centrum Chińskim. Co w sumie, biorąc pod uwagę kraj produkcji wszystkich pamiątek na świecie, wychodzi prawie na jedno; w Centrum może oferta jest bardziej synkretyczna. Kupiłam sobie do swoich licznych zeszytów naklejki i litery do drutów albo biżuterii


Pan z wąsem przypominał mi bardzo Marcela Prousta i to pomimo angielskiej wieży z zegarem. W kwestii markerów natomiast zainspirowana Internetem zrobiłam sobie licznik rzędów, który wisi na drucie i nie wymaga notowania ani przekręcania a tylko przekładania z kółka na kółko. 



Na drutach wisi poza licznikiem robótka, które ma być docelowo kardiganem Corran, robię go z bardzo przyjemnej włóczki Line Sadnes Garn, przy szyi mnie lekko podgryza, ale mnie len prawie zawsze podgryza, a w Line jest poza bawełną i wiskozą trochę lnu właśnie. Kardigan ma być długi, z długimi rękawami i dekoltem V, na razie przyrasta bardzo szybko, ale jest wyjątkowo niefotogeniczny na etapie WIP (czyli pracy w toku).


Na żywo ładniejszy trochę, w kolorze szałwiowym.

Za oknem piękna pogoda (no pewnie, skoro już jestem w mieście), na targu piękne warzywa i owoce, na półkach książki, można się delektować latem, czego sobie i Wam życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. A książkę zakładałam delikatną zakładką z hieroglifami (pewnie wyprodukowaną w Chinach, ale co tam, wygląda jak z Egiptu prosto)


PS PS Na lipiec wylosowałam (w moim LOTTO nieczytanych) między innymi Fausta, no cóż, czekał, czekał, aż się doczekał. Trzeba przetrwać tę romantyczną dawkę. :D

niedziela, 25 czerwca 2023

Pałace, kubki, kolory i niekocyki

 


"A już, wierzcie mi, wprost rozpacz mnie ogarnia, kiedy do snu się rozbieram i pomyślę, że rano przyjdzie mi się znowu ubrać, a wieczorem znów rozebrać, rano ubrać, wieczorem rozebrać, ubrać, rozebrać, to już nieraz chciałbym dnia nie dożyć. Całe szczęście, że lokaj mi pomaga, bo sam nie miałbym chyba siły.

Jakież to wszystko nudne. Co to będzie? Co to będzie?"

Pałac, Wiesław Myśliwski

Pałac wylosowałam w swoim miesięcznym losowaniu moich spośród moich Wielkich Nieprzeczytanych i tym sposobem nie stał już na półce, gdzie od ośmiu lat albo od dziesięciu, dokładnie nie pamiętam, bo jak kolejka długa, to lata mijają nie wiadomo kiedy.

Pierwszą książkę Myśliwskiego dostałam w prezencie, przeczytałam, podobała mi się, drugą kupiłam ze względu na tytuł, bo jak nie zauroczyć się traktatem o łuskaniu? Przeczytałam, podobała mi się i potem już łatwym kupowaniem internetowym nakupiłam kolejne cztery, wszystkie miały śliczne okładki, chociaż tytuły już mniej śliczne, postawiłam je na półce i już nie przeczytałam. Aż przyszło losowanie i na Pałac padło.

Przeczytałam i też mi się podobało. Nie jest to mój ulubiony w tej chwili typ lektury, ale nie można odmówić Myśliwskiemu uroku, głębokiej refleksji, tajemnicy, płynnej narracji i wręcz lekko narkotycznego rytmu. Sprawnie wprowadza czytelnika w trans i to jednym tylko pastuchem Jakubem, który najpierw jest Jakubem, a potem dalej jest pastuchem ale trochę się przemienia w dziedzica. Oczywiście w swojej wyobraźni a może w wyobraźni autora, w sumie nie ma to żadnego znaczenia ani dla powieści ani nie miało dla mnie, cały ten ciąg sugestywnych dworskich obrazków, cały korowód osób przewijających się i te wszystkie rozmowy były wystarczająco ciekawe.

Jako że zdecydowanie nie mam lokaja, dbam bardzo o to, że mnie ominęła ta nuda kolejnych dni i nocy. A nudę można rozproszyć różnymi rzeczami, w tym między innymi kolorami. Jak pomyślałam, tak zrobiłam, zaopatrzyłam się w kredki i kolorowanki (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie z pewnością w kolejnych odcinkach, bo w sierpniu ów Rok się kończy). Jakieś kredki od wielu lat miałam, ale okazały się być kredkami męczącymi i nienajlepszymi (tak to właśnie jest, kiedy człowiek wgłębia się w różne tematy na YouTube), teraz mam niemęczące (Polychromos Faber Castel, bo zdjęcie jest poglądowe tylko) chociaż dalej dla amatorów.



Kolorowanki kupiłam różne, dla dorosłych i dla dzieci, ale te dla dzieci wolałabym chyba dać wnuczkom, bo nie wyobrażam sobie jak ja pomaluję tego Vermeera. Wnuczęta moje pomalowałyby taką Dziewczynę z perłą raz dwa. No trudno, zaczęłam od kolorowanek dla dorosłych, a Vermeera przepracowuję w sobie, że to nie będzie profanacja tylko…, no do tego jeszcze nie doszłam w zastanawianiu co.  


 

Do kolorowania kupiłam (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie)s obie też kubek, który bardzo jest przydatny do przeganiania nudy, zwłaszcza że jest ręcznie ulepiony przez MiskiIzki z Łodzi. I trzeba wspierać lokalnych artystów, nie ma rady. Więc wsparłam (dwa razy)



Jakiś czas temu wygrałam niespodziewanie nagrodę główną na Instagramie, co prawda tematem konkurencji była największa wtopa dziewiarska, ale trudno, przepracowałam to w sobie, że dzierganie czyni mistrzów i że kiedyś będę, i że te trzy rękawy w swetrze to zrobiłam dawno temu i już się to nie powtórzy. Nagroda jest bardzo śliczna, trzyelementowa, przy czym część wełniana jest związana z Muminkami, co mnie cieszy jeszcze bardziej. 


Będą z niej skarpetki, ale najpierw zrobię sweterek. 


Sweterek zaczęłam od próbki i już bez wyrzutów sumienia, bo kocyki dla wnucząt skończone, wymagają tyko dorobienia pomponów i pochowania nitek. Robię więc wreszcie niekocyk, mam kawałek ściągacza (sweter robiony jest od dołu, raz tylko robiłam i wspomnienia mam nieco traumatyczne, ale to było w epoce trzech rękawów, więc dawno, teraz może pójdzie łatwiej) i tak sobie myślę, że odkąd wpisałam te kilogramy liczne moich włóczek w tabelki, to wydaje mi się, że one już przerobione są. To bardzo przyjemne uczucie, co prawda zaczynają wtedy po głowie chodzić nowe włóczki, ale Rok bez Zakupów jeszcze się nie skończył, ale o nim będzie. Tymczasem napadało dużo deszczu, ale dziś wyszło słońce, roślinność ozdobna i jadalna wymyta i żywa, można się cieszyć nią i spożywać, czego sobie i Wam życzę, dobrego dnia!

I niezmiennie dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, a Pałac zakładałam zakładką z parkiem jakby pałacowym trochę i letnim.