"...pochodzące z IV i początków III wieku p.n.e. komedie, w których aż roi się od ryb i owoców morza, namiętnie wyliczanych przez bohaterów w długich monologach przedstawiających listy zakupów i dań w menu, przepisy na potrawy z ryb ze szczegółowo omówionymi składnikami i dokładnie opisaną metodą przygotowania. Publiczność siedząca na widowni teatru zdawała się czerpać przyjemność z samego słuchania o kulinarnych urokach ryb i owoców morza. Deklamowane nazwy wodnych stworzeń wpływały do uszu widzów niczym przepyszne litanie, oczyma wyobraźni widzieli opisywane dania, nos wyławiał zapach pichcenia i każdy mógłby przysiąc, że czuł smak tuńczyka czy krewetki właśnie w tym momencie, kiedy mówił o nim aktor. Smakowite sztuki pisano nie tylko w Atenach, gdyż wszystkie greckie uszy łaknęły słuchać o rybach."
Starożytna Grecja od kuchni, Magdalena Nowakowska
A któż by nie łaknął? Słucham więc i ja już trzeci tydzień. Nie tylko zresztą o rybach, dla których Grecy żywili obsesyjne wręcz uwielbienie (do tego stopnia, że smakosz po grecku jest ryboszem), ale o kogutach, tych perskich budzikach, krewetkach, asfodelach, pomidorach (ale to już w mniej starożytnej Grecji), ogórkach i melonach, które były jabłkiem i brzoskwinią i pigwą i śliwką z granatem, a właściwie miękkim jabłkiem. Dociekania, czym tak naprawdę było samo jabłko, którym Ewa skusiła Adama, albo Parys rzucił trzem boginiom, pozostają nomen omen bezowocne. Właściwie najbardziej do raju pasuje figa, natomiast granat do jabłka niezgody (biorąc pod uwagę jego drugie znaczenie militarne).
Dużo, dużo przepysznej etymologii, z której wynikają różne flory bakteryjne (jak w jogurcie), początki ogrodnictwa i grządek w ogrodzie (jak z pora) albo niechęć do picia mleka.
Siedzę więc sobie pod niezwykle starą oliwką, owiewają mnie aromaty ziół, dobiegają mnie pobekiwania owiec i stukot kozich kopytek, a gdzieś tam w dole, nad samym morzem prawie, Cyklop wytwarza fetę w nadobnych koszykach. Bo o serach też tu jest i o winie będzie.
Wcale mi się nie spieszy do końca. W przeciwieństwie do chusty, którą wrzuciłam na druty spragniona koloru. Koloru nie ma przesadnie dużo, bo jest szary, a potem żółty i biały na końcu, ale już bym chciała je widzieć wszystkie poukładane w chuściane rządki i owijać się nimi w ciepłe wiosenne popołudnia i chłodne ranki.
Wolną chwilą sprawiłam sobie lustro i przetestowałam je pod kątem lustrzanego selfi. No cóż, mistrzem nie jestem, ale wstawiam zdjęcia zielonego sweterka. Dają pewien (nieostry) pogląd ogólny.
Bardzo dziękuję za odwiedziny i za komentarze (które mnie cieszą niezmiennie) i życzę dobrego dnia i samych pysznych lektur. Z rybami lub bez. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popularnonaukowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popularnonaukowe. Pokaż wszystkie posty
środa, 21 marca 2018
środa, 29 kwietnia 2015
Powiewając mitami
Dzieci powinny rodzić się w dwóch egzemplarzach - stwierdził dawno, dawno temu pewien wujek trzymając na kolanach słodkie niemowlę - jeden egzemplarz powinien być normalny, a drugi do zjedzenia.
Nie byłam tym stwierdzeniem zaskoczona w najmniejszym stopniu, bo często z własnym dzieckiem bawiłam się w zjadanie. Dziecko śmiało się w głos, gdy zaczynałam zjadanie od paluszków. Paluszki są oczywiście najpyszniejsze. Oczywiście zabawę można było powtarzać na nowo, bo całe zjadanie było z miłości i zupełnie na niby (to uwaga dla przyszłych antropologów).
Sprawa zaczęła mnie intrygować dosyć niedawno. Dlaczego, jak podaje Słownik języka polskiego, patrzymy na kogoś z zachwytem, jakbyśmy chcieli go zjeść? I w ogóle o co chodzi z tym zjadaniem się wzajem, toteż kiedy zobaczyłam bardzo przecenioną rzecz z ludożercą w tytule, kupiłam ją natychmiast.
Po uważnym spojrzeniu okazało się, że tytuł brzmi "Mit ludożercy", co mnie zaniepokoiło z lekka i słusznie, albowiem Arens na ponad dwustu stronach przekonuje czytelnika, że dowody na istnienie kanibalizmu są bardzo nikłe. "Termin <<kanibal>> to zbiorowa etykietka, jaką każda grupa naznacza inną grupę, tę, która jest po drugiej stronie wzgórza, o której często niewiele wie."
Zawsze kanibalizm był gdzie indziej albo kiedy indziej, ale nigdy tu i teraz. Herodot twierdził, że kanibale żyją na północy, Strabon, że w Irlandii, Chińczycy, że w Korei, Koreańczycy, że w Chinach, Brytyjczycy, że w Afryce, a Afrykanie, że w Europie, a Grecy że to głównie Kronos zjadał dzieci, potem już prawie nigdy nikt. Natomiast pewna Szkotka we wspominanej przeze mnie niedawno "Historii kuchni" twierdziła, że kanibalizm szerzył się na Śląsku. Mężczyźni twierdzą, że kanibalizm uprawiają głównie kobiety, jako te cywilizacyjnie bardziej upośledzone i ledwie nadążające za moralnymi zasadami. Kobiety niczego nie twierdzą, bo pewnie gotują (kury oczywiście) i nikt ich nie pyta.
Nie dowiedziałam się zatem, skąd wzięła się Baba Jaga ze swoimi zakusami na Jasia i Małgosię, ani skąd się wzięło zjadanie bogów, ani zjadanie z zachwytu, ale i tak było warto przeczytać. Arens pisze lekko i nieco ironicznie i zawsze to dobrze spojrzeć na jakieś teorie świeżym spojrzeniem. I nabrać podejrzeń.
Mit zakładałam bardzo stosowną zakładką:
A na drutach powiewa w dalszym ciągu koło z bambusa, zrobiłam już ćwierć plisy, biegnę czytać i dziergać dalej zgodnie z środą, bo nie mogę się doczekać, kiedy koło zacznie powiewać za mną swoimi połami (czy koło ma poły?) na wietrze.
Bardzo dziękuję z wizyty i za bardzo miłe komentarze. Miłego dnia!
Nie byłam tym stwierdzeniem zaskoczona w najmniejszym stopniu, bo często z własnym dzieckiem bawiłam się w zjadanie. Dziecko śmiało się w głos, gdy zaczynałam zjadanie od paluszków. Paluszki są oczywiście najpyszniejsze. Oczywiście zabawę można było powtarzać na nowo, bo całe zjadanie było z miłości i zupełnie na niby (to uwaga dla przyszłych antropologów).
Sprawa zaczęła mnie intrygować dosyć niedawno. Dlaczego, jak podaje Słownik języka polskiego, patrzymy na kogoś z zachwytem, jakbyśmy chcieli go zjeść? I w ogóle o co chodzi z tym zjadaniem się wzajem, toteż kiedy zobaczyłam bardzo przecenioną rzecz z ludożercą w tytule, kupiłam ją natychmiast.
Po uważnym spojrzeniu okazało się, że tytuł brzmi "Mit ludożercy", co mnie zaniepokoiło z lekka i słusznie, albowiem Arens na ponad dwustu stronach przekonuje czytelnika, że dowody na istnienie kanibalizmu są bardzo nikłe. "Termin <<kanibal>> to zbiorowa etykietka, jaką każda grupa naznacza inną grupę, tę, która jest po drugiej stronie wzgórza, o której często niewiele wie."
Zawsze kanibalizm był gdzie indziej albo kiedy indziej, ale nigdy tu i teraz. Herodot twierdził, że kanibale żyją na północy, Strabon, że w Irlandii, Chińczycy, że w Korei, Koreańczycy, że w Chinach, Brytyjczycy, że w Afryce, a Afrykanie, że w Europie, a Grecy że to głównie Kronos zjadał dzieci, potem już prawie nigdy nikt. Natomiast pewna Szkotka we wspominanej przeze mnie niedawno "Historii kuchni" twierdziła, że kanibalizm szerzył się na Śląsku. Mężczyźni twierdzą, że kanibalizm uprawiają głównie kobiety, jako te cywilizacyjnie bardziej upośledzone i ledwie nadążające za moralnymi zasadami. Kobiety niczego nie twierdzą, bo pewnie gotują (kury oczywiście) i nikt ich nie pyta.
Nie dowiedziałam się zatem, skąd wzięła się Baba Jaga ze swoimi zakusami na Jasia i Małgosię, ani skąd się wzięło zjadanie bogów, ani zjadanie z zachwytu, ale i tak było warto przeczytać. Arens pisze lekko i nieco ironicznie i zawsze to dobrze spojrzeć na jakieś teorie świeżym spojrzeniem. I nabrać podejrzeń.
Mit zakładałam bardzo stosowną zakładką:
A na drutach powiewa w dalszym ciągu koło z bambusa, zrobiłam już ćwierć plisy, biegnę czytać i dziergać dalej zgodnie z środą, bo nie mogę się doczekać, kiedy koło zacznie powiewać za mną swoimi połami (czy koło ma poły?) na wietrze.
Bardzo dziękuję z wizyty i za bardzo miłe komentarze. Miłego dnia!
czwartek, 12 marca 2015
Bieg ku owcy
"Aczkolwiek mózg nasz jest podstawową adaptacją naszego gatunku, do czego jest on adaptacją, bynajmniej nie jest jasne".
z wykładu "Ewolucja i majsterkowanie" François Jacoba
Jest to motto niezwykle zaskakującej książki, której autorzy twierdzą, że homo sapiens został sapiens przypadkiem. Napisana została bardzo przystępnie i czyta się ją jak kryminał. Może z wyjątkiem nielicznych fragmentów takich jak ten: "Jeśli ASPM i MCPH P1 są zaangażowane w regulację proliferacji neuroblastów, ewolucyjne zmiany w tych genach mogłyby zmienić tempo podziału i/lub różnicowania neuroblastów podczas neurogenicznej fazy embriogenezy, co z kolei mogłoby zmieniać wielkość i strukturę mózgu uzyskiwanego w tym procesie".
Na szczęście tego typu fragmentów jest niewiele i są na końcu książki, kiedy już czytelnik wpadł po uszy w intrygę, prawie więc ich nie zauważa.
Jakby tu streścić hipotezę w trzech słowach. Albo w trzech zdaniach. Otóż okazało się jakiś czas temu, że mózg człowieka zaczął niespodziewanie rosnąć i rósł zaskakująco szybko przez półtora miliona lat. Przyjmowano, że rósł od myślenia. Tyle tylko, że przez te półtora miliona lat człowiek nic nie wymyślił. Starał się przeżyć, polując bez kłów i bez pazurów. Ponieważ zdolności człowieka do długodystansowego biegu są unikalne w świecie zwierząt, przypuszcza się, że polował zaganiając zwierzynę, aż padała od udaru cieplnego. "Ten bieg tworzył człowieka, a jego umysł oraz krtań, którą mówi, to ewolucyjna nagroda za ten bieg."
W czasie takiego biegu podnosi się temperatura całego ciała, przy czym najbardziej narażony jest mózg. Zatem postawiono tezę, że aby przetrwać takie udary, zaczęły powstawać buforowe neurony i nadmiarowe połączenie. Tylko przy takim zapasie mózg może wytrzymywać temperatury powyżej czterdziestu stopni. Obniżyła się też krtań, żeby ułatwić oddychanie. I wtedy nagle, po milionie lat, okazało się, że człowiek może mówić. I myśleć. Przestał biegać, mózg przestał rosnąć, ale myślenie zostało. Głównym wyróżnikiem myślenia jest możliwość tworzenia światów abstrakcyjnych. Wtedy, patrząc na owcę nie widzimy jedynie owcy, ale tworzymy koncept włóczki i drutów. I zupełnie naturalną koleją rzeczy dziergamy, nawet jeżeli to już czwartek:
Pozaznaczałam w tej książce dziesiątki fragmentów. Hipoteza nie jest oczywiście pewnikiem, ale na mnie zrobiła ogromne wrażenie. Fascynujące było patrzeć na tych naszych przodków (a był wśród nich nasz własny i najbardziej osobisty), jak tak biegną w upał. Fascynujące i trochę straszne, albowiem byli bez litości. Nie poddawali się, gonili antylopę do skutku, napędzani trochę siłą woli, a trochę endorfinami. Ten upór mamy w genach i tak samo zdarza nam się teraz - dziergamy do skutku, czyli aż sweter padnie wśród dwóch rękawów.
Zakładałam sobie zakładką zupełnie w chwili obecnej abstrakcyjną:
Dziękuję bardzo za odwiedziny i za komentarze. Miłego dnia!
z wykładu "Ewolucja i majsterkowanie" François Jacoba
Jest to motto niezwykle zaskakującej książki, której autorzy twierdzą, że homo sapiens został sapiens przypadkiem. Napisana została bardzo przystępnie i czyta się ją jak kryminał. Może z wyjątkiem nielicznych fragmentów takich jak ten: "Jeśli ASPM i MCPH P1 są zaangażowane w regulację proliferacji neuroblastów, ewolucyjne zmiany w tych genach mogłyby zmienić tempo podziału i/lub różnicowania neuroblastów podczas neurogenicznej fazy embriogenezy, co z kolei mogłoby zmieniać wielkość i strukturę mózgu uzyskiwanego w tym procesie".
Na szczęście tego typu fragmentów jest niewiele i są na końcu książki, kiedy już czytelnik wpadł po uszy w intrygę, prawie więc ich nie zauważa.
Jakby tu streścić hipotezę w trzech słowach. Albo w trzech zdaniach. Otóż okazało się jakiś czas temu, że mózg człowieka zaczął niespodziewanie rosnąć i rósł zaskakująco szybko przez półtora miliona lat. Przyjmowano, że rósł od myślenia. Tyle tylko, że przez te półtora miliona lat człowiek nic nie wymyślił. Starał się przeżyć, polując bez kłów i bez pazurów. Ponieważ zdolności człowieka do długodystansowego biegu są unikalne w świecie zwierząt, przypuszcza się, że polował zaganiając zwierzynę, aż padała od udaru cieplnego. "Ten bieg tworzył człowieka, a jego umysł oraz krtań, którą mówi, to ewolucyjna nagroda za ten bieg."
W czasie takiego biegu podnosi się temperatura całego ciała, przy czym najbardziej narażony jest mózg. Zatem postawiono tezę, że aby przetrwać takie udary, zaczęły powstawać buforowe neurony i nadmiarowe połączenie. Tylko przy takim zapasie mózg może wytrzymywać temperatury powyżej czterdziestu stopni. Obniżyła się też krtań, żeby ułatwić oddychanie. I wtedy nagle, po milionie lat, okazało się, że człowiek może mówić. I myśleć. Przestał biegać, mózg przestał rosnąć, ale myślenie zostało. Głównym wyróżnikiem myślenia jest możliwość tworzenia światów abstrakcyjnych. Wtedy, patrząc na owcę nie widzimy jedynie owcy, ale tworzymy koncept włóczki i drutów. I zupełnie naturalną koleją rzeczy dziergamy, nawet jeżeli to już czwartek:
Pozaznaczałam w tej książce dziesiątki fragmentów. Hipoteza nie jest oczywiście pewnikiem, ale na mnie zrobiła ogromne wrażenie. Fascynujące było patrzeć na tych naszych przodków (a był wśród nich nasz własny i najbardziej osobisty), jak tak biegną w upał. Fascynujące i trochę straszne, albowiem byli bez litości. Nie poddawali się, gonili antylopę do skutku, napędzani trochę siłą woli, a trochę endorfinami. Ten upór mamy w genach i tak samo zdarza nam się teraz - dziergamy do skutku, czyli aż sweter padnie wśród dwóch rękawów.
Zakładałam sobie zakładką zupełnie w chwili obecnej abstrakcyjną:
Dziękuję bardzo za odwiedziny i za komentarze. Miłego dnia!
środa, 4 marca 2015
Wizja z bizonem
Nikt nie wie, po co tysiące lat temu ludzie malowali na ścianach jaskiń. Mieszkali wtedy w szałasach, ubierali się w skóry, jedli mięso upieczone w popiele albo na patyku, nie mieli kawy, herbaty, porcelany, internetu, muzeów, wszystko dokoła było dzikie i surowe (poza tym mięsem w popiele), a oni malowali takiego bizona:
Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Altamira
Wikipedia głosi, że lepiej myśleć o nich jako o artystach marzących o poznaniu świata, ja jednak nabrałam podejrzeń co do wyższości sztuki zaraz po tym kiedy się okazało, że pismo było najprawdopodobniej wymyślone do zapisywania worków z prosem, a nie do zapisywania Gilgamesza. I moja ostatnia lektura te moje podejrzenia potwierdza.
Skończyłam właśnie "Prehistorycznych szamanów", których napisali Jean Clottes i David Lewis-Williams. Cała książka przedstawia przekonanie obu autorów, że jeden z najbardziej istotnych aspektów malarstwa jaskiniowego ma związek z szamanizmem. Częściowo było zapisem wizji w czasie transu, częściowo ułatwiało wchodzenie w trans.
Książka bardzo ciekawa, napisana przystępnie i w sposób niezmiernie wyważony od początku do końca, a właściwie do połowy, bo w połowie się kończy. Za to zaczyna się dyskusja, to znaczy autorzy przytaczają różne reakcje innych badaczy na ich hipotezę i polemizują z krytyką. I to jest najfajniejsze, bo normalny człowiek bez wiedzy historycznej (taki jak ja) czasem nawet nie wie jak wobec takich teorii się zachować, czy z entuzjazmem czy raczej z rezerwą.
Do czytania dziergałam czekoladowy sweter i rozmyślałam sobie nad światem, jak się kręci dokoła, rozmyślałam nad czasem, jak mija niespiesznie i nad tym, co się zmienia a co się nie zmienia. Sweterek w kolorze konweniuje nieco z bizonem:
jest ciepły, lekki, bardzo gryzący, ma właściwą ilość rękawów i generalnie zgadza się z moją wizją:
Ubieram się jak ten szaman, żeby było mi ciepło, ale nie wiem, czy jemu było chociaż trochę przyjemnie w jakiejś wyjątkowo udanej skórze?
Książkę zakładałam zakładką, która z kolei konweniuje z wizjami szamana zwłaszcza z tyłu, albowiem ma różne kropki, zygzaki i fale, całkiem jak w transie. Poza tym pasuje też do rękodzieła, albowiem jest zrobiona (nie przeze mnie, niestety) ze skrawków materiałów:
Bardzo lubię na nią patrzeć, zwłaszcza na te najcieńsze niteczki i strzępki. A dzisiaj środa, czytamy, dziergamy, słońce odbija się w kałużach i kroplach, wiatr siecze raz deszczem, raz śniegiem, raz sobą, chmury się piętrzą czarne i białe na przemian. Zwariowany marzec z pierwszymi baziami.
Miłego dnia i bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarze! :)
Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Altamira
Wikipedia głosi, że lepiej myśleć o nich jako o artystach marzących o poznaniu świata, ja jednak nabrałam podejrzeń co do wyższości sztuki zaraz po tym kiedy się okazało, że pismo było najprawdopodobniej wymyślone do zapisywania worków z prosem, a nie do zapisywania Gilgamesza. I moja ostatnia lektura te moje podejrzenia potwierdza.
Skończyłam właśnie "Prehistorycznych szamanów", których napisali Jean Clottes i David Lewis-Williams. Cała książka przedstawia przekonanie obu autorów, że jeden z najbardziej istotnych aspektów malarstwa jaskiniowego ma związek z szamanizmem. Częściowo było zapisem wizji w czasie transu, częściowo ułatwiało wchodzenie w trans.
Książka bardzo ciekawa, napisana przystępnie i w sposób niezmiernie wyważony od początku do końca, a właściwie do połowy, bo w połowie się kończy. Za to zaczyna się dyskusja, to znaczy autorzy przytaczają różne reakcje innych badaczy na ich hipotezę i polemizują z krytyką. I to jest najfajniejsze, bo normalny człowiek bez wiedzy historycznej (taki jak ja) czasem nawet nie wie jak wobec takich teorii się zachować, czy z entuzjazmem czy raczej z rezerwą.
Do czytania dziergałam czekoladowy sweter i rozmyślałam sobie nad światem, jak się kręci dokoła, rozmyślałam nad czasem, jak mija niespiesznie i nad tym, co się zmienia a co się nie zmienia. Sweterek w kolorze konweniuje nieco z bizonem:
jest ciepły, lekki, bardzo gryzący, ma właściwą ilość rękawów i generalnie zgadza się z moją wizją:
Ubieram się jak ten szaman, żeby było mi ciepło, ale nie wiem, czy jemu było chociaż trochę przyjemnie w jakiejś wyjątkowo udanej skórze?
Książkę zakładałam zakładką, która z kolei konweniuje z wizjami szamana zwłaszcza z tyłu, albowiem ma różne kropki, zygzaki i fale, całkiem jak w transie. Poza tym pasuje też do rękodzieła, albowiem jest zrobiona (nie przeze mnie, niestety) ze skrawków materiałów:
Bardzo lubię na nią patrzeć, zwłaszcza na te najcieńsze niteczki i strzępki. A dzisiaj środa, czytamy, dziergamy, słońce odbija się w kałużach i kroplach, wiatr siecze raz deszczem, raz śniegiem, raz sobą, chmury się piętrzą czarne i białe na przemian. Zwariowany marzec z pierwszymi baziami.
Miłego dnia i bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarze! :)
środa, 18 lutego 2015
Po swetrze do kłębka
W "Przyjaciołach", który jest jednym z moich ulubionych seriali, Monika znad resztek obiadu krzyczy do swoich dwóch przyjaciół: "Mam trzy skrzydełka i cztery nóżki". Na co jeden z przyjaciół, nieco sarkastyczny Chandler odpowiada: "To gdzie ty kupujesz ubrania?"
Ta scena stanęła mi żywo przed oczami, kiedy skończywszy karczek w szarym sweterku, zaczęłam zdejmować oczka na rękawy. Tył, jeden rękaw, przód, drugi rękaw, przód, trzeci rękaw. Policzyłam jeszcze raz, ale prawda była nieubłagana, drugi rękaw wypadał centralnie z przodu. Za to pierwszy i trzeci ulokowały się mniej więcej na właściwych miejscach, co było budujące. Jak wypadły dwa przody z tyłem i z której strony - tego już sobie nie próbowałam wyobrazić, westchnęłam głęboko i z żalem oddałam się pruciu:
Od dawna już miałam niejasne podejrzenia, że matematyka w oczkach za mną nie przepada, ale żeby nie zliczyć do dwóch? To mnie trochę przygnębiło, więc na pocieszenie poczytałam sobie jak z Bagdadu podróżowano do różnych części świata po cynamon, rabarbar, orzechy kokosowe, winogrona, miód, pigwy, jabłka, szafran, sól, przepiórki, granaty, figi i ocet winny. Poczytałam o strasznych sucharach na statkach, o szkorbucie, o beri beri i jak radośnie można pracować i wędrować cały dzień żując świeże liście koki.
Okazało się też, że Chińczycy nie pokutowali zimą jedząc wieprzowinę i pastę grochową, jak nasi biedni przodkowie, ale dawno dawno temu wymyślili sobie inspekty i mogli przez okrągły rok jeść świeże warzywa.
Czekoladowy sweter dorobił się kawałka rękawa (jednego z dwóch), a "Historia kuchni" dobiegła końca.
Cała książka wywołała we mnie poczucie, że ludzie od zawsze mieli kłopoty z jedzeniem. A to trzeba było w trudzie usuwać łuski ze zboża, a to tłuc owo zboże kamieniami i moczyć w wodzie, a to mięso najlepiej było opiekać i gotować, mleko przerabiać na śmietanę a śmietanę na masło. W dodatku nigdy za dobrze nie było i nie jest wiadomo czy już robimy sobie krzywdę tym przerabianiem (jak było z łuskanym ryżem) i posypywaniem proszkiem na owady czy jeszcze nie. Ciągle też ludzkość wpadała w różne żywnościowe mody i teorie, może dlatego tak łatwo, że zdrowe odżywianie poprawia nam samopoczucie i daje przekonanie o większej kontroli nad naszym życiem. Reay Tannahill jednak odnosi się do tych "panik żywnościowych" nieco sceptycznie, będąc zdania, że tak do końca wszystkiego nie wiemy. I muszę przyznać, że popsuł mi się nieco humor, kiedy pijąc dziś po raz pierwszy kawę z miodem, przeczytałam, że według najnowszych badań cukier właściwie w ogóle nie jest szkodliwy.
Pozdrawiam najserdeczniej w kolejną środę - dziękuję za odwiedziny i komentarze, które poprawiają humor zdecydowanie bardziej niż zdrowe odżywianie :)
Ta scena stanęła mi żywo przed oczami, kiedy skończywszy karczek w szarym sweterku, zaczęłam zdejmować oczka na rękawy. Tył, jeden rękaw, przód, drugi rękaw, przód, trzeci rękaw. Policzyłam jeszcze raz, ale prawda była nieubłagana, drugi rękaw wypadał centralnie z przodu. Za to pierwszy i trzeci ulokowały się mniej więcej na właściwych miejscach, co było budujące. Jak wypadły dwa przody z tyłem i z której strony - tego już sobie nie próbowałam wyobrazić, westchnęłam głęboko i z żalem oddałam się pruciu:
Od dawna już miałam niejasne podejrzenia, że matematyka w oczkach za mną nie przepada, ale żeby nie zliczyć do dwóch? To mnie trochę przygnębiło, więc na pocieszenie poczytałam sobie jak z Bagdadu podróżowano do różnych części świata po cynamon, rabarbar, orzechy kokosowe, winogrona, miód, pigwy, jabłka, szafran, sól, przepiórki, granaty, figi i ocet winny. Poczytałam o strasznych sucharach na statkach, o szkorbucie, o beri beri i jak radośnie można pracować i wędrować cały dzień żując świeże liście koki.
Okazało się też, że Chińczycy nie pokutowali zimą jedząc wieprzowinę i pastę grochową, jak nasi biedni przodkowie, ale dawno dawno temu wymyślili sobie inspekty i mogli przez okrągły rok jeść świeże warzywa.
Czekoladowy sweter dorobił się kawałka rękawa (jednego z dwóch), a "Historia kuchni" dobiegła końca.
Cała książka wywołała we mnie poczucie, że ludzie od zawsze mieli kłopoty z jedzeniem. A to trzeba było w trudzie usuwać łuski ze zboża, a to tłuc owo zboże kamieniami i moczyć w wodzie, a to mięso najlepiej było opiekać i gotować, mleko przerabiać na śmietanę a śmietanę na masło. W dodatku nigdy za dobrze nie było i nie jest wiadomo czy już robimy sobie krzywdę tym przerabianiem (jak było z łuskanym ryżem) i posypywaniem proszkiem na owady czy jeszcze nie. Ciągle też ludzkość wpadała w różne żywnościowe mody i teorie, może dlatego tak łatwo, że zdrowe odżywianie poprawia nam samopoczucie i daje przekonanie o większej kontroli nad naszym życiem. Reay Tannahill jednak odnosi się do tych "panik żywnościowych" nieco sceptycznie, będąc zdania, że tak do końca wszystkiego nie wiemy. I muszę przyznać, że popsuł mi się nieco humor, kiedy pijąc dziś po raz pierwszy kawę z miodem, przeczytałam, że według najnowszych badań cukier właściwie w ogóle nie jest szkodliwy.
Pozdrawiam najserdeczniej w kolejną środę - dziękuję za odwiedziny i komentarze, które poprawiają humor zdecydowanie bardziej niż zdrowe odżywianie :)
środa, 26 lutego 2014
Zaczarowane motki
W "Historii miejsc legendarnych" im bardziej się podróżuje tym więcej jest wysp i lądów, u mnie im bardziej dziergam, tym więcej mam motków. Zaczynałam mitenki z dwoma wrzosowymi Delightami, teraz jestem w połowie drugiej mitenki, a motków mam sześć. Trochę one zaczarowane, a trochę jakby przybywały pocztą kolejnymi zamówieniami z e-dziewiarki. W każdym razie mam już zapas na chustę do mitenkowego kompletu i stan na dziś wygląda tak:
Wzór na chustę obmyślam, ma nie być za bardzo ażurowy, bo chusta na chłody.
Na razie pierwsza mitenka gotowa całkiem, najpierw był kciuk, uwielbiam to manewrowanie czterema drutami na obwodzie pietnastu chudziutkich oczek. :)
Dzielnie jednak przebrnęłąm, wybrnęłam nawet z zagubienia oczek po łączniku, chociaż tyle razy oglądałam filmiki Intensywnie Kreatywnej i chociaż to moje trzecie mitenki w życiu.
A potem w paseczku na kwiatek, który miał być prostym paseczkiem z trzech rzędów ściągacza, zrobiłam zakończenie ozdobne z supełkami według ABC robótek z oczkami warkoczowymi i nie wiem co zrobiłam źle, ale wyszła mi falbanka. Na szczęście na kwiatek nadała się bardzo, więc została.
A to dowód, że po drugiej stronie też jest wersja bez dziur. To chyba najczęstsza sekwencja, jaka się powtwarzała w filmikach instruktażowych Kreatywnej - żeby nie było dziur. No i nie ma. Uff. :)
Dzisiaj środa, więc tradycyjnie czytamy i dziergamy:
A tutaj inna moja słabość - zakładki. Teraz nie dość, że muszę wybrać kolejną lekturę, to jeszcze wybieram do tej lektury zakładkę. Ostatni prezent od bratniej duszy książkowej, ślicznie koresponduje z mapami miejsc legendarnych.
Miłego dnia! :)
Wzór na chustę obmyślam, ma nie być za bardzo ażurowy, bo chusta na chłody.
Na razie pierwsza mitenka gotowa całkiem, najpierw był kciuk, uwielbiam to manewrowanie czterema drutami na obwodzie pietnastu chudziutkich oczek. :)
Dzielnie jednak przebrnęłąm, wybrnęłam nawet z zagubienia oczek po łączniku, chociaż tyle razy oglądałam filmiki Intensywnie Kreatywnej i chociaż to moje trzecie mitenki w życiu.
A potem w paseczku na kwiatek, który miał być prostym paseczkiem z trzech rzędów ściągacza, zrobiłam zakończenie ozdobne z supełkami według ABC robótek z oczkami warkoczowymi i nie wiem co zrobiłam źle, ale wyszła mi falbanka. Na szczęście na kwiatek nadała się bardzo, więc została.
A to dowód, że po drugiej stronie też jest wersja bez dziur. To chyba najczęstsza sekwencja, jaka się powtwarzała w filmikach instruktażowych Kreatywnej - żeby nie było dziur. No i nie ma. Uff. :)
Dzisiaj środa, więc tradycyjnie czytamy i dziergamy:
A tutaj inna moja słabość - zakładki. Teraz nie dość, że muszę wybrać kolejną lekturę, to jeszcze wybieram do tej lektury zakładkę. Ostatni prezent od bratniej duszy książkowej, ślicznie koresponduje z mapami miejsc legendarnych.
Miłego dnia! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










