Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 stycznia 2023

Szpony nałogów i katalogowania

 


"Miałem wszystko. Ale wszystko było ułudą. Nie było sposobu, żeby rozwiązać mój problem. Dopiero po wielu latach zacząłem powoli rozumieć, gdzie szukać rozwiązania. Proszę, nie zrozumcie mnie źle. To wszystko - Julia, wymarzony dom, milion dolarów tygodniowo - było wspaniałe i zawsze będę za to wdzięczny. Jestem jednym z największych farciarzy na świecie. I najlepiej na świecie się bawiłem.

Ale to nie była odpowiedź. Czy gdybym miał zrobić to jeszcze raz, znów poszedłbym na przesłuchanie do Przyjaciół? No pewnie, że tak. Czy znowu bym pił? No pewnie, że tak."

Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz, Matthew Perry

Kiedy weszłam do księgarni (po prezenty dla wnucząt), Matthew spojrzał na mnie od samego progu. Wiedziałam, że muszę go mieć, no i mam. Książka raczej dla fanów, czyli jak najbardziej dla mnie. Przyjaciół oglądam średnio raz na dwa lata (wszystkie dziesięć sezonów) i zawsze na koniec płaczę i zawsze żałuję, że to koniec i tylko resztki zdrowego rozsądku powstrzymują mnie od puszczenia tego serialu od początku. Moją ulubioną postacią jest Chandler grany przez Matthew Perry,ego, więc przeczytałam jego książkę ze ściśniętym sercem. To takie smutne, że tak bardzo nie można komuś pomóc. Niczym. Przyjaźnią, miłością, uwielbieniem, sławą, powodzeniem, pieniędzmi. Każdy sam osobiście musi się pozbierać i w sobie znaleźć siły, żeby przetrwać. Tu mamy historię walki z ekstremalnie Straszną Rzeczą, ale w sumie na co dzień też walczymy z różnymi lękami, smutkami i smuteczkami. Książka dla fanów albo dla kogoś, kto jest ciekawy historii jednego cierpienia. 

Tymczasem siedzę sobie na emeryturze, spadł śnieg i się roztopił, było wielkie sprzątanie, wielkie gotowanie i wielkie zakupy. Wszystkie zakupy w ramach prezentów, więc mój bezzakupowy słoik trzyma się dzielnie i pęcznieje, podobnie jak moje biblioteczne półeczki. 


   Kubeczek dostałam od koleżanek i kolegów z pracy na nową emerytalną drogę życia. I w ogóle musieli mnie lubić, bo dostałam też płytę i to był ogromny szok i zaskoczenie.


Dimash (mój idol) wydał tylko jedną płytę i trzeba ją sprowadzić z Chin, więc nie kupuje się jej tak łatwo, jak wszystko inne w dzisiejszych czasach (poza przejściowymi trudnościami z cukrem). Zatem moje emerytura przebiega miło i przy cudnych dźwiękach. 

Robię oczywiście na drutach i są to w dalszym ciągu getry, na szczęście koniec drugiej nogawki. W przerwach zrobiłam też dwie czapki z owcami. 





Do drugiej używałam ślicznych markerów z cyframi na sobie, owce miałam więc ponumerowane co znacznie ułatwiało mi wyrabianie wzoru. Markery nie dość że pożyteczne to jeszcze naprawdę prześliczne w wyglądzie i w dotyku. 


Markery oficjalnie dostałam w prezencie gwiazdkowym. Dostałam też wspólnie z mężem Scrabble, którym mamy zamiar odnawiać zaniknięte połączenia neuronowe w mózgu. 

Poza czytaniem, dzierganiem i przymuszaniem się do spacerów (spacerować lubię, najgorzej nie lubię zebrać się i wyjść z domu), wpadłam w manię katalogowania. I pomyślałam sobie, że gdyby moja praca zawodowa polegała na katalogowaniu, to siłą musieliby mnie wyciągać na emeryturę albo od razu do Domu Spokojnej Starości. Na szczęście nie polegała, więc teraz mogę sobie katalogować bez granic. Kataloguję książki (znalazłam śliczną aplikację, wiadomo, w dzisiejszych czasach musi być aplikacja)

Aplikacja sczytuje kod ISBN, każda książka może mieć okładkę, liczbę stron i czy jest przeczytana. Na razie skatalogowałam dwie półki, bo kataloguję też włóczki. Na stronie Ravelry - super strona dla dziergających i bardzo uczynna - jak przeglądam wzór na sweter to podpowiada mi z jakich włóczek ze swoich zapasów mogę go zrobić. Skatalogowałam na razie dwa pudełka włóczek, bo kataloguję też zdjęcia i robię album z objaśnieniami dla potomnych. 


I tak sobie myślę, czy można żyć bez katalogowania - pewnie można, ale o ile mniej przyjemnie. 
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!




czwartek, 1 grudnia 2022

Getry znienacka

 


"Stoorworm w śmiertelnych konwulsjach wznosił kilkakrotnie łeb wysoko ku niebu, by następnie opuszczać go z olbrzymim hukiem, wywołując potężne trzęsienia ziemi. Za każdym razem z jego pyska wylatywał ząb. Pierwszy uformował Orkady, drugi Szetlandy, a ostatni - Wyspy Owcze."

Farerskie kadry, Maciej Brencz

Wersja geologiczna wydarzeń nieco się różni od tradycyjnej, bo nie wspomina potworach morskich ale o wulkanicznych erupcjach, jest też mnie ekscytująca. Ebooka o Wyspach owczych dostałam na urodziny, przeczytałam szybko i z zaciekawieniem, bo mało o tym regionie wiedziałam. No dobrze, nic nie wiedziałam praktycznie, nawet że formalnie należy do Danii. Książkę czyta się szybko, bo też nie jest przesadnie obszerna, może nawet pozostaje pewien niedosyt. Jest trochę historii, trochę kulinariów, trochę obyczajów. I, jak dla mnie, bardzo mało o owcach.

"Rozbrykane małolaty, każdy noszący wełnę w innym kolorze, skaczą radośnie po łąkach i skałach. Farerowie rozróżniają trzysta kombinacji umaszczenia owiec, każde określając odrębną nazwą. Eyglittur to owca z czarnymi plamami wokół oczu, a snadlittur taka z białym paskiem wzdłuż głowy. Do rzadkości należą owce z białym zadkiem (far. rumpuhvitur)"

Farerskie kadry, Maciej Brencz

A wiadomo, o owcach bym chciała najwięcej. Na pocieszenie zrobiłam sobie skarpetki z wełny owczej.




Piętę mają robioną później z żywych oczek zostawionych na nitce zapasowej. Stopy trzymają się dobrze, spałam w nich kilka razy i wytrzymały do rana. Trochę jednak wydaje mi się ta pięta spiczasta. 
A potem poszłam na spacer i okazało się, że nastąpił pierwszy atak zimy. 



I wtedy oddałam się refleksji połączonej ze wspomnieniem. Otóż kiedy mnie więcej dziesięć lat temu zaczęłam ponownie robić na drutach, bezpośrednim powodem tego powrotu był szalik grubym ściegiem. I taki sobie zrobiłam pół z wełny pół z akrylu. W miarę przekopywania się przez internetowe doświadczenia, przestałam robić z akrylu i nawróciłam się na wszystko naturalne. (Nie wszystko co naturalne jest oczywiście dobre, ale to już inna historia). Wyeliminowałam akrylowe swetry, akrylowe czapki, poliestrowe bluzki. Jedyne co zostało mi sztucznego, to rajstopy i getry. No ale kto w obecnych czasach robiłby rajstopy ręcznie czy getry na przykład. Jeszcze prawie pamiętałam ten zachwyt nylonami, kiedy będąc małą dziewczynką nie miałam innej opcji jak helanko i opadające wełniane rajtuzy. Robienie tych części garderoby nie wchodziło więc zupełnie w grę. No, tak myślałam, aż zobaczyłam Petrę z podcastu Knit Ink (mniej więcej w moim wieku i mojej postury) w wełnianych getrach. No i ten obrazek plus podwiewająca śniegiem i mrozem niespodziewana zima spowodowała, że robię getry. Rzuciłam się na wzór zaraz po przyjściu ze spaceru. Od razu miałam w głowie Fabel Dropsa, szybko obliczyłam, że cztery motki granatowe będą w sam raz, nabrałam oczka i w natchnieniu robiłam getry całą sobotę. Wyrobiłam cały motek, a na drutach miałam wąski paseczek. Już dawno zauważyłam, że matematyka w dziewiarstwie sprowadza mnie na manowce. Jakbym nigdy latami nie wkuwała o równaniach trzeciego stopnia, całkach, macierzach, różniczkach i liczbach zespolonych. Nie. Potrzeba było całego dnia dziergania i dwóch kalkulatorów, żebym metodą żmudnych obliczeń stwierdziła, że pół kilograma wełny na getry przy wykorzystaniu 50 gramowych motków daje wynik dziesięciu motków. No tak, 500 gramów podzielić na 50 to dziesięć. Teraz to widzę nawet bez kalkulatora. Na szczęście w swojej górze zapasów mam jeszcze bordową wełnę Fabel. Getry więc będą w swojej ukrytej części granatowo niebieskie a nogawki będą miały bordowe. Nie wiem tylko czy odważę się zrobić w nich sesję. Na razie zapowiadają się na jeden z moich największych ubraniowych hitów. 


 Spójrzmy bowiem prawdzie w oczy - swetrów mam lekki nadmiar. Chust i szalików, czapek i skarpetek też. A getry są na razie jedne jedyne. Mam tylko nadzieję, że wyrobię się jeszcze przed wiosną. Druty są numer dwa, więc szybko nie idzie. 

Od wtorku za to jestem na emeryturze, czasu jakby więcej, co mnie napawa nadzieją. Siedzę więc w swojej wysprzątanej i zazielenionej pracowni,


patrzę na niepochowane nitki w kwiatowym kocu i myślę, żeby zdążyć przed wiosną, czego i Wam życzę. :)

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

poniedziałek, 31 października 2022

Kolorowe pomieszanie

 "- Mogę zamiast tego kwiatka dostać niebieski? - zapytała Madeline.

- Nie - odpowiedziała nauczycielka. - Kolor niebieski jest dla chłopczyków, a różowy dla dziewczynek."

Lekcje chemii, Bonnie Garmus


 Nie biegaj jak baba - mówił mi tata, więc nie biegałam i zawsze ścigałam się z chłopakami. Nie cierpiałam mojej chłopięcej fryzury i lubiłam różowy z falbankami, bo jednak jestem babą. 

I tak zostałam pomieszana. Długo trwało zanim doszłam do wniosku, że ściganie się z chłopakami nie ma sensu - od dawna pracowałam już jako elektryk. I mimo tego, że od dawna panuje równouprawnienie, nie było łatwo. W tego rodzaju typowo męskiej branży kobieta musi udowodnić, że jest dobra, natomiast mężczyzna wręcz przeciwnie - musi udowodnić, że jest do niczego. 

Oczywiście nie miałam tak dramatycznych przejść jak Elizabeth Zott, bohaterka "Lekcji chemii", ale musiałam walczyć z własnym szefem o pracę, na stażu w warsztacie dostałam pracę, która miała mnie doprowadzić do płaczu (po wielu latach przyznał się do tego mój monter i jak duże wrażenie na nich zrobił fakt, że się nie popłakałam). Ile razy zostałam wzięta za sekretarkę to nawet szkoda gadać. To mnie nawet przestało irytować, odkąd sama wzięłam panią na stanowisku technicznym za sekretarkę. Zresztą słusznie poniekąd, bo pani okazała się w bliższej rozmowie nie mechanikiem ale filologiem klasycznym. Zrozumiałam, że nie ma w tym nic złego, gorzej, jeżeli pan już wie, że rozmawia z kobietą elektrykiem a koniecznie chce z panem. No, może to niezbyt elegancko, ale uświadomienie takiemu panu, że nie jest zbyt bystry w branży sprawiało mi niecną przyjemność. 

"Teraz rozrywam wewnętrzne wiązania cząsteczek jajek, aby wydłużyć łańcuch aminokwasów - opowiadała mu, ubijając jajka trzepaczką - co pozwoli uwolnionym atomom powiązać się z innymi podobnie uwolnionymi atomami. Następnie zrekonstruuję tę mieszaninę jako luźną całość i wyłożę ją na powierzchnię stopu żelaza z węglem, gdzie poddam ją precyzyjnej obróbce cieplnej, nieustannie poruszając mieszaniną aż do osiągnięcia przez nią stanu bliskiego koagulacji."

Lekcje chemii, Bonnie Garmus

Jak dobrze, że nic nie trzeba wiedzieć o łańcuchach ani wiązaniach,  żeby gotować, wystarczy przywołać obraz mamy czy babci (albo zajrzeć do Youtuba), bo ja chemii akurat nie znoszę, no ale Elizabeth ją kochała, więc wszystko widziała przez jej pryzmat, nawet skórkę ziemniaka. Lekcje są opowieścią o przedzieraniu się kobiet przez męski świat, który niby w odwrocie, ale wciąż jeszcze w pewnym stopniu jest aktualny, o różnych wydarzeniach dramatycznych, komicznych i zagadkowych, o miłości też jest, o wychowywaniu dzieci i o psie. Celu psiego wątku nie zrozumiałam ale z czasem polubiłam. Książkę czytałam nawet w busie, co jest swoistym wyróżnieniem, bo raczej nie czytam już w drodze do pracy, nie chce mi się wyciągać okularów i wolę pogapić się na zamglone lasy jesienne i krzaczki. Pomyśleć o wełnianych skarpetkach i o tym co się czasem dzieje w głowie, kiedy człowiek nie myśli.

Zrobiłam pierwszą skarpetkę w śliczne warkoczyki - zajęło mi to ponad tydzień. Już po zrobieniu kilku centymetrów wiedziałam, że nie podoba mi się dzianina - była sztywna i zbita, jakbym robiła ze sznurka a nie ze skarpetkowej, ale jednak z wełny. Co się działo w mojej głowie, że robiłam dalej i dalej i dalej, jakby miał się w tym dalej zdarzyć jakiś cud? Nie wiem, cud się oczywiście nie zdarzył, skarpetka pierwsza okazała się być testową do sprucia a teraz robię na grubszych drutach i druga skarpetka, która będzie pierwszą nie przypomina wreszcie blachy. 

Poza niemyśleniem obchodziłam dziś dzień oszczędzania, mój słoik postępu dzielnie się bogaci:


zajęłam się też warzywnymi mieszaninami bo długim jedzeniu tylko chleba z serem białym


No i wracam do swoich Achajów


I tak sobie myślę, że w różowym i niebieskim nie ma nic złego. Dobrze byłoby jednak, żeby każdy mógł sobie wybrać co chce i żeby nie był uważany za gorszego tylko dlatego, że woli różowy. Różowy jest też ważny. Niebieski zresztą tak samo. :)

A za oknem ciepło i mgła. Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! 

niedziela, 23 października 2022

Katedry w skarpetkach

 

"Nie trzeba myśleć w tych kategoriach, czy niepamięć jest losem czy nie jest, trzeba myśleć inaczej, co Bergman właśnie zapisał: ludzie zewsząd znosili kamienie, kiedy budowano katedry, i nie trzeba nic więcej robić, tylko przynieść swój kamyk na jakie miejsce - to bez znaczenia."

Trzy tłumaczki, Krzysztof Umiński

Trzy szkice o trzech tłumaczkach, trochę mi było wszystkiego mało, nabrałam tylko chęci na przeczytanie ich przekładów. Dziennik braci Goncourt czeka już tyle lat na półce (Joanna Guze), może coś Durrella albo Jane Austen (Anna Przedpełska-Trzeciakowska) albo Władcę Pierścieni (Maria Skibniewska) w końcu. Zaraz, gdzie ja mam Dziennik? Chyba w okolicach starożytności, nie wiem czemu, widocznie ustawiałam go w nowym regale na koniec i nie miałam siły wszystkiego przestawiać, więc został. Zaraz, zaraz, a czy Samotnia też tłumaczona przez Przedpełską? Tylko gdzie stoi, chyba za kucharskimi. Dlaczego Czechowa mam obok książek z przepisami? I w dodatku pomieszanego ze starożytnością? Omatko, czyli starożytność mam w dwóch regałach ustawionych przy przeciwległych ścianach! Czemu? Pewnie po remoncie naznosiłam całą w moim mniemaniu starożytność, a za dwa dni znalazłam kolejną i już nie miałam siły wszystkiego przestawiać. O, jaki ładny Pauzaniasz, może by tak go zacząć w końcu? "Trakowie twierdzą, że słowiki, które mają swe gniazda na grobie Orfeusza, śpiewają głośniej i z większą słodyczą niż inne."

Co to ja robię na podłodze z górą powyciąganych książek? Ach tak, piszę bloga. Już naprawdę chciałabym siedzieć w fotelu i pięć godzin dziennie czytać sobie zamiast dziesięć godzin być zajętą pracą elektryczną. Nawet jeżeli jest w miarę sympatyczna. 

Natomiast w kwestii znoszenia kamyków, nikt nie buduje w Zgierzu katedry, więc skończyłam chustę szarą w sowie pióra







Chusta jest lekka, bardzo ciepła i bardzo duża, mogę się poowijać swobodnie, najlepiej jednak na czymś śliskim, bo nieco obłazi, Delight tak ma. Robiłam na drutach 3,75. Gdybym kiedyś zaczęła kolejną, to może spróbowałabym na mniejszych, na przykład nr 3. Na razie jednak nie grozi, bo zabrałam się za skarpetkowe nauki. Jestem tuż za palcami, więc dużych przemyśleń nie mam.


 Tylko tyle, że wybrałam sobie śliczny wzór w warkoczyki. Ze skarpetkami mam od dawna problem, bo po co mi śliczne warkoczyki, które i tak na ogół schowane są w butach? No ale, w sumie, kto mi zabroni. Mogę przecież siedzieć sobie na kanapie, skrzyżować stopy w ślicznych skarpetkach i czytać Pauzaniasza. Pięta nie wiem jaka będzie, jeszcze do niej daleko, druty nr 2, wolno się dzieje. 

Poza kamykami mam kolorowo w drodze do pracy oraz słodko, bo październik to miesiąc w urodziny bogaty.







Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 16 października 2022

Pokusa i klopsik

 


"- Czy dużo masz obrazów tam u siebie na górze? - zapytał. 

- Kilka tysięcy - odpowiedział Karlsson. - Sam je maluję w wolnych chwilach. Mnóstwo małych kogucików i ptaszków, i innych ładnych rzeczy. Jestem najlepszym malarzem kogutów i ptaszków. Jestem najlepszym malarzem kogutów i ptaszków na świecie - oświadczył Karlsson, lądując eleganckim łukiem tuż obok Braciszka."

Karlsson z Dachu, Astrid Lindgren

Chyba nigdy żaden bohater literacki nie irytował mnie tak bardzo, jak ten mały tłuściutki Karlsson. Najlepszy we wszystkim, w swoich latach też, objadał grzecznego Braciszka z czekolady, kwaskowatych cukierków i irysków, zostawiał klopsiki na wieży z klocków i doprowadzał maszyny parowe do wybuchu. Zawsze też miał stosowne wyjaśnienia i logiczne acz przewrotne argumenty. Jego skłonność do żarcików zawsze źle kończyła się dla innych, bo przecież nigdy nie dla niego - najlepszego Karlssona na świecie. Tak sobie myślę, że zawsze byłam Braciszkiem, czasem jednak przychodzi pokusa porzucić grzeczne wykańczanie chusty w sowie pióra i poczuć się najlepszym malarzem żakardów. Nawyciągałam więc wełny islandzkiej po sprutych noszonych i nienoszonych czapkach, nabrałam na druty i policzyłam ile mam oczek oraz ile w nich zmieści mi się norweskich wzorów. Nic na razie nie wybuchło, chociaż sweter wygląda niezbyt efektownie. I gryzie, bo to Lopi, wiadomo. No ale cóż, kiedy jest się chwilowo Karlssonem, racjonalne argumenty nie działają. Najwyżej się spruje, trudno. Zwykła rzecz, którą nikt nie powinien się kłopotać, jakby powiedział najlepszy specjalista od maszyn parowych. 

Latem minionym też mnie napadła pokusa, ale już bardziej racjonalna - nabrałam chęci na wydzierganie kremowego topu z bawełny, kupiłam więc wzór (bo ja bez wzoru umiem tylko kiedy czuję się Karlssonem, czyli rzadko) i zrobiłam w trzy tygodnie. Bo to ażur dwustronny był. Wyszło ładnie i niegryząco.


Teraz chodzę sobie kolorową drogą do pracy


zamierzam nauczyć się wyrabiać piękne skarpetki i zgodny z tym zamiarem dostałam prezent urodzinowy


Achajowie walczą resztką sił w obronie okrętów, ale wyjdą z tego cało, czego i sobie i Wam życzę. :)
Karlssona zakładałam oczywiście Karlssonem:

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

wtorek, 5 kwietnia 2022

Monitor i słoneczniki

 "Wasz czas jest ograniczony, więc nie marnujcie go, żyjąc cudzym życiem. Nie wpadajcie w pułapkę dogmatów, żyjąc poglądami innych ludzi. Nie pozwólcie, żeby hałas cudzych opinii zagłuszył wasz własny wewnętrzny głos. I najważniejsze – miejcie odwagę kierować się sercem i intuicją."

Steve Jobs, źródło: https://potencjalprzedsiebiorczosci.pl/steve-jobs-cytaty/


Kiedy już opanowałam brioszkę i mogłam słuchać, ale nie mogłam jeszcze oglądać seriali, odłączyłam się od seriali a podłączyłam się do odtwarzacza audiobooków. I to było bardzo dobre. Liczba przeczytanych książek wzrosła, liczba seriali zmalała, a wiadomo, że seriale niedobre są w dużych ilościach. Tym sposobem przeczytałam biografię Steve'a Jobsa napisaną przez Isaacsona Waltera.

Do napisania książki zmusił go tak naprawdę Jobs, wybrał go dlatego, że Walter był autorem biografii Franklina i Leonarda da Vinci. No i bardzo dobrze zrobił. Powstał trójwymiarowy, żywy i, wydaje się, obiektywny portret człowieka, który nie pytał ludzi czego potrzebują, ale po prostu to wymyślał (ponoć Ford odparł, że gdyby miał pytać ludzi, to musiałby wyprodukować szybszego konia, a nie samochód).

Nie wiem, czy to dobrze, bo nieraz chciałoby się po prostu zdjąć ten cały nadmiar i zgiełk, usiąść nad strumykiem i w niego popatrzeć, zamiast w Instagram, ale cofnąć się tego już chyba nie da.

 Nie wiadomo też czy książka jest świetna, czy beznadziejna, ponieważ Jobs jej nie przeczytał i nie wyraził opinii, zupełnie jak nie Jobs. Bo Jobs zawsze miał opinię (zawsze zero-jedynkową) na temat wszystkiego czego produkowaniem się zajmował. Pracować dla niego pewnie było strasznie, bo nie był w ogóle dyplomatyczny. Ale gdy patrzę na toporne pudełko mojego peceta, cieszy mnie fakt, że gdzieś jest firma, w której inspiracją dla monitora były rosnące w ogrodzie Jobsa słoneczniki.

Jest więc dzieciństwo (bardzo pobieżnie), pierwszy Apple i wszystkie następujące po nim produkty, jest Pixar, jest praca, jest (dyskretnie) życie prywatne, są relacje z ludźmi, są wypowiedzi Jobsa i ludzi wokół niego. Bardzo pasjonujące 700 stron czy 97 rozdziałów audiobooka. Na fali książki powspominałam dzieje swojego komputeryzowania się (pierwszy komputer na uczelni był wielkości ogromnej szafy), obejrzałam jedną prezentację i jedną reklamę (tę z Wielkim Bratem) i film Pixara Wall-E. Bardzo śmieszną i wzruszającą historię o robocie Wall-E, jego ukochanej Sondzie i o ludziach, którzy już  muszą tylko wciskać przyciski podpisane piwo albo basen a i tak wracają na ziemię, żeby uprawiać pizzę na roli. Czyli robienie jest ważne i bardzo dobrze. 

Dzięki czemu skończyłam chustę z sowimi piórami. Jest tak śliczna i ciepła, że aż szkoda, że idzie lato. Chociaż nawet w lato bywają wieczory chłodne. Jest śliczna nawet nieblokowana, swoją drogą, na razie nie myślę, gdzie ja ją zablokuję, najlepiej byłoby dokupić jakiś pokój. Zdjęcie na razie w fotelu, bo nie wychodzę do ludzi jako że zakatarzona lekko jestem.


Jakoś prawdziwe kolory nie chcą się oddać, może jak już wyjdę w plener. Tymczasem jestem uwięziona w domu, na szczęście energia w miarę jest, głowa też, mogę więc czytać i produkować, czego i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! :)

poniedziałek, 7 marca 2022

Brioszkowe nauki

 "I did not want to spend another year in that office. I wanted out."

This Golden Fleece, Esther Rutter


(Nie chciałam spędzić kolejnego roku w tym biurze. Chciałam się wydostać.)

Zawsze możemy się wydostać, chociaż czasem nam się wydaje, że nie możemy. No, nie mogę zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej, nie mogę przyjąć do domu rodziny uchodźców, nie mogę przestać myśleć, że w biały dzień do kraju obok wjechały czołgi, ale na pewno nie mogę siedzieć na kanapie pogrążona w stuporze. Wstałam, podlałam storczyki, wpłaciłam na pomoc Ukrainie, uśmiechnęłam się do wnuczki i do wnuczka i dalej robiłam na drutach. To jest moje wydostawanie się.

A co na drutach. Najpierw jednak co w podcastach. Wkręciłam się bowiem czas jakiś temu w oglądanie podcastów dziewiarskich. I o ile jeszcze niedawno wydawało mi się, że teoretycznie (a i zakupowo też) bardzo ewoluowałam w dzianiu od akrylu, poprzez wełnę, bawełnę, alpakę, merino, jedwab aż po kaszmir i wełnę z jaka, tak teraz okazało się, że w świecie anglosaskim można kupić (na szczęście dla mojego portfela nie tak łatwo w Polsce) nie tylko wełnę owczą, ale wełnę z konkretnej rasy owiec, uprzędzioną w konkretnej izbie. Moja komercyjna włóczka ma się do tej ręcznie przędzionej pewnie mniej więcej tak, jak serek Danone do serka od prawdziwego górala. Naoglądałam się różnych wybitnych dziewiarek i ich przepięknych ręcznie zrobionych wyrobów z ręcznie wyhodowanych owiec. Naoglądałam się luksusowych motków farbowanych i naturalnych. I też zapragnęłam jakiegoś luksusu. Nie żeby nakupić, ale może zrobić coś widowiskowego. Coś, czego jeszcze nie robiłam. I wtedy całkiem przypadkiem wpadła mi w oko chusta w sowie pióra. Kojarzyłam jeszcze z czasów pandemiczno-zamkniętych, ze Intensywnie Kreatywna zrobiła filmik. Niejeden. No i miałam w swoich pudełkach wełnianego Fabel delight kupionego w 2015 (tak!!) roku. I jakieś alpaki (dobrze, żeby nie przedłużać, od razu się przyznam, że alpaki dokupiłam)

Dwukolorowa brioszka we wzorek. Robiłam raz komin dwukolorowy zwykłym brioszkowym ściągaczem. Nigdy nie nosiłam, bo ma jakieś błędy - otóż o ile z dziewiarskimi błędami można nieraz żyć, to błędy w brioszce nie wybaczają i wyglądają okropnie. No ale w końcu - robię na drutach kilkanaście lat, jestem obłożona wydrukowanymi schematami i opisami, znam swoje słabe strony, więc co złego mi się może przytrafić? Nic. Pełna zapału puściłam pierwszy filmik razemrobiony, złapalam za druty i ... zgubiłam się już w piątym rzędzie (w piątym rzędzie tej chusty ma się na drutach tylko jedenaście oczek).

Co drugie oczko musiałam sprawdzać, czy robię alpaką lewe czy wełną z narzutem czy odwrotnie. Co sekunda musiałam sprawdzać który rząd robię, a który już zrobiłam. Najpierw kładłam sobie linijkę na schemacie, potem dodatkowo zaznaczałam zrobiony rząd markerem. Oczywiście odpadało oglądanie seriali, odpadało słuchanie podcastów. Odpadało nawet słuchanie muzyki. Po trzech dniach prucia miałam skraweczek chusty o bokach około ośmiu centymetrów i wydawało mi się, że zaczynam odróżniać oczko zwykłe od oczka z narzutem i lewe od prawego. Wtedy pomyliłam się w listkach. Sprułam. Zaczęłam od nowa i wyobraziłam sobie, że jestem na brioszkowych warsztatach i nie chodzi o robienie brioszki na czas ale o naukę. Tak mówiłam w pracy, ale i tak wszyscy mi współczuli. Po czterech dniach wydawało mi się, że odróżniam rzędy i zaczynam rozumieć kiedy jest lewo a kiedy prawo. Miałam już piętnaście centymetrów i nitkę ratunkową w połowie. I wtedy pomyliłam się w gałązkach. Jestem na warsztatach, jestem na warsztatach, jestem na warsztatach, sprułam, zmieniłam koncepcję kolorystyczną, zaczęłam jeszcze raz. Po tygodniu miałam znowu trójkącik osiem na osiem ale jakby zgrabniejszy i żwawszy nieco. Włączyłam sobie muzykę, potem audiobooka (bo do seriali to jednak brioszka się nie nadaje).

Po dwóch tygodniach mam duuuużo chusty. I co mogę powiedzieć - nie używam już markera, linijki - nawet na schemat nie patrzę, bo widzę gdzie wyrasta listek a gdzie gałązka. I myślę sobie, że nigdy nie jest tak beznadziejnie jakby się wydawało. Przynajmniej w brioszcze.


O ile natomiast z chustą mi idzie w miarę raźno teraz, to nie mogę tego powiedzieć o "This Golden Fleece" (W moim tłumaczeniu "To Złote Runo"), czyli podróż przez historię robienia na drutach w Brytanii. Wywiadu z autorką wysłuchałam w jednym z podcastów Fruitty Knitting i od razu kupiłam książkę. Opowiada jej podróż po wełnianym kraju tuż po tym jak wyrwała się z nudnego biura. Napisana jest (jak się nie znam na angielskim) pięknym językiem, co sprawia że brnę jak żółw, bo dużo muszę sprawdzać w słowniku. Na razie mnie to nie zniechęca - nadrobię liczbowo w audiobookach, skoro już mogę słuchać przy brioszce. A opowieść niech się snuje przez farmy, małe owieczki, duże owce i kłaczki runa powiewających w wietrze na kolczastych płotkach.

Zakładam ją zakopiańską zakładką z wyhaftowanymi polskimi owieczkami.



Są też zdjęcia, co prawda małe niektóre, szkoda:



Zawsze tu kończyłam życzeniami miłego dnia, trudno teraz myśleć, że mógłby być miły, ale głęboko wierzę, że jest jednym z tych, które nas wydostaną z tej ciemnej doliny. Nie dajmy się. 

środa, 18 listopada 2020

Cisza z budzikiem

"W leśniczówce było czyściutko, cicho, miałam swój pokoik na facjatce, jak Ania z Zielonego Wzgórza, i nikt absolutnie nie przeszkadzał mi w czytaniu stosów przywiezionych z miasta książek, jak też w pisaniu i rysowaniu. Okazało się, jest mi to bardzo potrzebne i że to jest mój ideał wakacji.

Godzinami śledziłam obyczaje ptaków, chodziłam sama po lesie, zbierałam jagody i jeżyny, odwiedzałam z blokiem rysunkowym pobliską wioskę i szkicowałam dzieci oraz zwierzęta. Kiedyś pani leśniczyna zapytała mnie ciekawie, kim chciałabym zostać, gdy dorosnę, a ja po namyśle odparłam:

- Lubiłabym pisać książki.

- Co też ty opowiadasz, dziecko - odparła powątpiewająco."

Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę, Małgorzata Musierowicz przy współpracy Emilii Kiereś


Tak to jest, jak człowiek pochodzi po internetach, od razu mu w oko wpadnie coś, czego po prostu nie można nie kupić. No to kupiłam. Duże jest i ciężkie, nie wiem, teraz moda chyba taka na grube i ciężkie książki. Nie szkodzi, mam do książek specjalną poduszeczkę, więc ciężkie mi nie przeszkadzają; nie żałowałam zakupu, tym bardziej, że ta biografia Jeżycjady (bo tak można mniej więcej ją określić) nadzwyczajnie przyjemna w czytaniu jest.

A dla mnie nawet podwójnie przyjemna, bo po pierwsze jako miłośniczka Jeżycjady mogłam niejako zajrzeć za kulisy, popatrzeć sobie na maszynę do pisania, w której ten cały świat Borejków się wstępnie zmaterializował, poczytać o profesorze Latawcu, który nauczał języka polskiego małą Małgosię, zwiedzić antykwariat, w którym Tygrys usiłował sprzedać matczynego Senekę, zajrzeć do kamienic na poznańskich Jeżycach. Po drugie natomiast, jako miłośniczka w pewnym już wieku, mogłam sobie nostalgicznie popatrzeć na zgrzebne peerelowskie zdjęcia i powspominać dawne czasy. 



Dużo tu zdjęć, ilustracji, dużo anegdot i dużo zaskoczeń, to co wydawało się być zmyślone, okazało się być prawdziwe i odwrotnie. Oczywiście dopadł mnie skutek uboczny, a mianowicie nieprzezwyciężona pokusa powtórzenia sobie całej Jeżycjady, która tak bardzo wrosła w rzeczywistość, że ze swoim uzupełnieniem stanowi całość.

Na razie czytam z własnych półek, ale w wolnej chwili, kto wie, może zacznę czytać o pełnych, lekko przykurzonych półkach u Borejków.

Poza czytaniem ciężkich i grubych książek, dziergałam pracowicie skarpetki, których udziergałam dwie pary i które niedługo powędrują do swojej właścicielki.




Przy okazji skarpetek z warkoczykami nauczyłam się ściągacza jak ze sklepu  Makunki i jestem tym nabieraniem oczek zachwycona, bo jest elastyczne i wygodniejsze niż nabieranie z długim końcem.

Może tu najlepiej widać:


Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu dowiedziałam się z tych filmików, że dziergam po rosyjsku. Nie przeszkadza mi to zbytnio, wiem od niedawna, że oczka mają nóżki i jak te nóżki powinny siedzieć na drutach, a więc gdzie mają przód a gdzie tył. Kiedyś o takich rzeczach się nie mówiło, robić na drutach nauczyłam się od mojej Babci, która miała kilka pogiętych metalowych drutów zakończonych korkami, żeby nie spadały z nich oczka. Włóczki w tamtych latach były podobnie zgrzebne, szorstkie wełny o brzydkich kolorach. Moim pierwszym wyrobem był sweterek dla ukochanej lalki, sweterek był w kolorze buro-musztardowym, którego bardzo długo nie mogłam polubić. Szczegółów nie pamiętam, na pewno był szyty, wiem tylko, że był intensywnie noszony. Z tej samej wełny Babcia zrobiła wersję dorosła dla dziadka, która to wersja charakteryzowała się niezliczoną ilością supłów, z pewnością więc była to wełna z kolejnego odzysku. 

Ech, może teraz ubolewać na media, ale gdyby wtedy był Instagram! Wrócić teraz do tych swetrów, do tych kolorowych wełnianych makatek nad wersalką i przypomnieć sobie, jak Babcia tłumaczy mi przerabianie oczek na prawo i na lewo. U Babci zawsze była cisza, może dlatego, ze ciszę (jak pisał Bobkowski) najlepiej się słyszy, kiedy jest podkreślona budzikiem. A budzik na radiu musiał być, widomo. Stał i tykał, jak mi się wtedy złudnie wydawało, bardzo powoli.

Tak więc, za mną skarpetki, a przede mną wiśniowy plan:


Udało mi się też odetchnąć trochę leśnym powietrzem, czego i Wam życzę na ten jesienny czas!





Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Na Jowisza! zakładałam przyszytą fabrycznie wstążeczką, ale w środku zacytowany jest cały zestaw jeżycjadowych zakładek - niektóre jadalne a niektóre wręcz przeciwnie.