Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koc. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

Noc z mandalami

 


"... trzeba się ćwiczyć w dzielności."

Państwo, Platon

Dawno mnie tu nie było, ale chyba wracam.

W marcu zmarł mój mąż, a ja spałam w pokoju obok. Czy mogłam coś zrobić, gdybym nie spała? Lekarze i przyjaciele twierdzą, że nie mogłam. Sprzedałam więc jego samochód i laptop, została gitara, pudełko nut, przewodnik po Zakopanym, atlas grzybów. I czapka ciemnoróżowa z pomponem, którą zrobiłam dla siebie, a w której wychodził na balkon, kiedy było poniżej minus pięć stopni. -Zrobię ci granatową może, chcesz? Ale nie chciał.

Odwołałam więc wszystkie nasze zaplanowane wakacje, książki zakładam przytulnym wieczornym czytaniem, żeby oswoić noc. 

Na drutach nic nie mam, kawałek zaczętej skarpetki, ale nie mogę przebrnąć przez piętę, mimo, że mam stosowne zapiski z przeszłości. Na szydełku za to mam kolejne kocykowe kwiatki na życzenie wnuczki i w planie kocykowe kwadraty babuni na życzenie wnuczka. Kolory i wzory przez wnuczki zatwierdzone, ale kocyki szydełkują się wolno. 

Dalej prowadzę zeszyty lektur, w notesy wciągnęłam też wnuczkę, nie musiałam jej długo namawiać, też lubi zeszyty i napisy.


Wnuczka nie uznaje na razie spacji i pisze więc zupełnie jak Herodot, nawet tytuł i tematyka zbliżona. 

Na niedawnym spotkaniu łódzkim biblionetkowym usłyszałam komentarz koleżanki "kiedy Czajka jeszcze czytała książki starożytne". Wróciłam do domu i po chwili długiej pomyślałam, ale zaraz, przecież ja dalej czytam starożytne, bo dalej je lubię. Czy nie? Postanowiłam to sprawdzić, a wiadomo, że takie rzeczy najlepiej się sprawdza kwiatkami i legendą. - Ty powinnaś pracować w Urzędzie Statystycznym - powiedziała druga koleżanka i coś w tym jest.

Opracowałam legendę, przyznam, że trochę inspirowałam się kocykami temperaturowymi a trochę kolorami poziomów morza na mapach, w której każdy kolor przypisany jest do określonego przedziału czasowego. Wybrałam kolorowankę z mandalą kwietną i tak powstała mandala lat, w których książka została napisana. I zaraz potem zrobiłam drugą z językami, bo byłam ciekawa, jakie języki przewijają się w moich lekturach i w jakich ilościach. Oczywiście, w oryginałach nie czytam, może tylko poza Kubusiem Puchatkiem, ale wiadomo, dla Kubusia warto się poświęcić.   



Z pomiarów nad moim czytaniem wynika, że od trzech lat czytam głównie książki współczesne i faktycznie cała starożytność stoi na półkach i się kurzy, postanowiłam to zmienić.
Wyciągnęłam "Państwo" Platona i czytam powoli. Właściwie nic nie powinnam pisać o Platonie, bo o nim to już dużo napisano i w dodatku na ogół mądrze. 
Tak sobie jednak dziś pomyślałam, że może faktycznie był genialny i że faktycznie cała filozofia na nim stoi, ale na ludziach to on się nie znał. Pół Państwa (bo jestem w połowie) jest o tym jak z człowieka miotanego pokusami i żądzami  zrobić przepisem prawnym i lekturą prawomyślną człowieka idealnego. No, panie Platonie, tak się chyba nie da, chociaż jak się rozejrzeć dokoła, to ten pogląd pokutuje do dziś dnia.

I tak mija zimny maj. Mąż zawsze stawał w drzwiach, kiedy pisałam.
- Co piszesz?
- No bloga przecież!
Piszę bloga, ale tak naprawdę, to ćwiczę się w dzielności.

Dziękuję za komentarze. Dobrego dnia!

poniedziałek, 10 lipca 2023

Zapasy z obrazami

 


"Dzieła sztuki, chociaż w przeszłości pełniły rozmaite funkcje i wyrażały treści ważne dla zleceniodawców, historycznych odbiorców i samych malarzy, to jednak w muzeach wyobraźni służą głównie przyjemności. Nie ma większego znaczenia, jaki element ktoś dostrzeże, a jakiego nie; co zrozumie, a co wzbudzi w nim konsternację. Ważniejsza od pełnego zrozumienia sztuki wydaje się przyjemność jej doznawania."

Rozmowy obrazów, Grażyna Bastek

Przyjemność przyjemnością, ale czasem dobrze jest poczytać, co dostrzega w obrazach osoba mądra i kształcona, umiejąca pasjonująco tę wiedzę przekazać i obdarzona w dodatku świetnym głosem (co akurat w przypadku książki papierowej nie było słychać, na szczęście panią Bastek można posłuchać w radiowej Dwójce). W Rozmowach wiedzy jest zawartej wiele i można się poczuć oszołomionym wszystkimi znaczeniami, technikami, kolorami i historiami. Obrazy są omawiane po dwa na raz, jako że z założenia mają rozmawiać ze sobą i wybrane są pod kątem różnych aspektów, czyli na przykład autoportrety, kobiety, mieszczanie, małżeństwa, fałszerze, perspektywa i wiele innych. Część obrazów ogólnie znanych i słynnych, część w ogóle mi nie znanych (np, autoportret Sofonisby), co zresztą uważam za dodatkowy plus, bo ile można czytać o Leonardzie (chociaż o Leonardzie też było). Dużo rzeczy się dowiedziałam: o strusim jaju, o światłocieniach, o camera obscura (fascynujące i pomyśleć, że dziś wystarczy pstryknąć smartfona), o odchylonym kolczyku, żółtych ciżemkach z noskiem, o ważeniu złota i o najdroższych obrazach świata.

Książka została wydana w dwóch tomach, zawiera bardzo dużo reprodukcji mniejszych i większych i ma staranną oprawę graficzną - przyjemne marginesy, wyraźną czcionkę i strony tytułowe rozdziałów w ślicznych kolorach.


A kolorom to ja nie bardzo mogę się oprzeć. I mam tak chyba od dziecka, zawsze robiły na mnie wrażenie odpusty ze swoimi pierścionkami, bransoletkami, piłeczkami, kolorowe stragany na jarmarkach, kolorowe tkaniny, kredki, okładki, no i włóczki oczywiście. Co bywa zdradliwe, zwłaszcza kiedy nie prowadzi się prawidłowo dokumentacji i nie stosuje się jeszcze katalogu kolorów. Ale po kolei, czyli jak to z zapasami bywa.

Dawno temu zapatrzyłam się w kolorowy witraż w kościele. Pewnie dzień był słoneczny, albo w tym kościele zawsze jest światło (zupełnie jak w Combrey). Przyszłam do domu i kupiłam kilka motków alpaki Dropsa z mglistą wizją otulacza albo szalika. Motki przeleżały w szufladzie i czekały aż z mętnej wizji powstanie krystaliczny plan. Nie powstał. Pomyślałam zatem, co mają się tak obijać w szufladzie, biedaki, zrobię temperaturowy duży szal. No ale miałam tylko ciepłe kolory (jak witraż), dokupiłam zatem zimnych, bo jak wiadomo, temperatura na tym polega, że raz jest ciepło a raz zupełnie nie. Dokupiłam i nawet zaczęłam, ale dobrałam zły wzór, alpaka w tym wzorze okazała się być smutną szmatką, kolory w ogóle nie grały i nie świeciły, mimo, że dnie były słoneczne nawet. Wróciła więc do szuflady razem z zaczętym szalikiem. Lata mijały, motki siedziały w szufladzie, miały nawet spory luz i przestrzeń, przyszła pandemia, lockdawn i w ramach pocieszenia a także lepszej komunikacji, kupiłam sobie nowy telefon i wtedy wpadłam na pomysł, że z kolorowej alpaki zrobię etui. Wybrałam dwa kolory, zrobiłam etui i od razu uprzedzę - mało ubyło. Powiedziałabym nawet, że ubytek w zapasach był niezauważalny. No i wtedy wróciliśmy na stałe do biura i obiecałam koleżance mitenki. Zapakowałam całą torbę kolorów i dwa odcienie szarości (które zostały mi po starożytnym swetrze przerobionym ostatecznie na chustę, komin i czapkę). Szarości odpadły od razu, bo koleżanka też lubi kolory kolorowe nie szare. Wybrała kolor. I tu zadziałało właśnie prawo niekontrolowanego wzrostu zapasów. Wybrała kolor, którego miałam tylko jeden motek. I oczywiście był to jeden z nielicznych motków bez banderoli. Po licznych poszukiwania, porównywaniach zdjęć w różnych sklepach, wytypowałyśmy numer koloru, i zamówiłam go natychmiast w małej ilości. Paczkę odebrałam, odpakowałam, przytknęłam do posiadanego - oczywiście - kolor był inny. Zawiozłam do pracy, koleżanka obejrzała, potwierdziła moją diagnozę i powiedziała, no ale ten też ładny. No, wiadomo było, że ładny ale nie prześliczny. Wznowiłyśmy poszukiwania, wytypowałyśmy kolejny kolor i zamówiłam. Tylko wtedy już byłam w amoku kupowania, przeglądania kolorów, w dodatku byłam już po zrobieniu koca w kwiatki z merino i w dodatku miałam już i tak duży zapas, wymyśliłam więc, że skoro i tak zamawiam alpakę, z której nie wiem co zrobić, to zamówię na kolejny koc w kwiatki. I przyszła duża paczka, mitenki zrobiłam, alpakę upchnęłam do szuflady i wtedy sobie przypomniałam, że jest śliska, w kocu z kwiatków jest miliony nitek, i jak ja je pochowam.
- Zrób skarpetki - powiedziała moja ulubiona ciocia. Ale skarpetki nie rozwiązują sytuacji. 


I właśnie, gdybym miała katalog kolorów jak dziś, nie kupowałabym kolorów w ciemno, kupiłabym tylko potrzebny motek wybranego koloru i nie miałabym góry alpaki. No, pozostaje ten witraż - to mnie nauczyło, żeby nie kupować włóczki mając tylko mglisty plan. W moim przypadku kończy się to górą. Miłą, bo z alpaki, ale zawsze górą. 
Szal robię teraz inną techniką zszywania - rozbudowuję róg - mam więc kontrolę nad wymiarami, poprzednio najpierw połączyłam wszystkie kwiatki w kawałki po dwanaście i kiedy zaczęłam je łączyć, musiałam użyć wszystkie, mam więc bardzo duży koc z merino. O merino też można opowiedzieć równie długą historię, ale to może w innym odcinku. Podobnie o bawełnie, z której miałam robić maskotki i nabyłam w dużych ilościach, już zrobiłam dwa sweterki, a ostatnio zrobiłam mydelniczkę. A ta z kolei robótka po raz kolejny mnie umocniła w postanowieniu, żeby się nie spieszyć z dzierganiem. Otóż dawno temu (chyba sześć lat temu) wpadłam na pomysł, żeby zrobić sobie siateczkę na mydło. Siateczkę zrobiłam szybko, oczka wyszły mi trochę za duże, pasek trochę niewygodny. Ale nie chciałam poświęcać na taki drobiazg dużo czasu, nie chciałam pruć, czy poprawiać. No i w efekcie, przez sześć lat codziennie układałam mydło starannie, żeby nie wypadło. Naprawdę, nie warto się spieszyć. Zwłaszcza, że mokre mydło na podłodze w łazience, to może nie pożar, ale bezpieczne nie jest. :D

Po lewej stara (widać jak mydło łatwo z niej ucieka), po prawej nowa:

Nowa z chińskim misiem prosto z Beskidów:





Koniec mydlanych dygresji, z zapasów powstaje zwiewny szal z kwiatków, powoli, z przerwami, bo realizuję też zamierzenia kocykowe, swetrowe i inne, czego i Wam życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny, przemiłe komentarze, dobrego dnia! 

PS. Książkę zakładałam śliczną włoską zakładką, która do sztuki włoskiej pasuje, a do niewłoskiej zresztą też.


PS PS. Albrecht na tym obrazie jest tak współczesny, że nie mogłam uwierzyć, że on jest renesansowy. :D

niedziela, 12 marca 2023

Opakowanie czyli Journal

 


"Młoda dekoratorka i jej kierownik zjawiają się w swoich sklepach raz w miesiącu. Zdejmują z wystaw starą ekspozycję, następnie wykładają witrynę papierem w kolorowy deseń, a na uroczyste okazje - tapetą. On projektuje dekoracje, ona podaje szpilki do ich przymocowania. On rozkłada kartoniki z wypisanymi wcześniej własnoręcznie cenami towarów. Ona przynosi makarony, owsianki, proszki do prania, puszki i wszystko to, z czego można budować piramidy."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Te piramidy! Jaki to był szczyt dekoracyjnego wyrafinowania, zwłaszcza gdy były z bombonierek i czekolad. Podobnie jak niewzruszone butelki po mleku i śmietanie wypełnione solą. Dzieci grały w kapsle, a w puszkach po landrynkach przechowywało się guziki. W moim barku ( a właściwie barku rodziców) przez wiele lat na święta myłam zakurzone butelki po lepszych alkoholach i ponownie zalewałam świeżą wodą; szkoda było wyrzucić, wszystko co wtedy nie było szare i pakowe stanowiło śliczny element upiększający.

"To pewne, że żaden rodak nie pozbyłby się opisanych wyżej butelek po wypiciu zawartości - podobnie jak bohater Dziewczyn do wynajęcia (1972) Janusza Kondratiuka. W filmie pojawia się szczególna scena, w której bohaterki i ich absztyfikanci trafiają do mieszkania kelnera granego przez Zbigniewa Buczkowskiego. Po wychyleniu kieliszków okazuje się, że buteleczki wypełnia nie alkohol, lecz kolorowa woda, jednak bohaterka grana przez Ewę Szykulską broni tego pomysłu, mówiąc: Bardzo pomysłowe. Elegancko wygląda".

 Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Bardzo solidnie opracowana pozycja - mnóstwo, mnóstwo cudownych zdjęć z okropnymi opakowaniami przedmiotów, które oczywiście sama miałam, kupowałam i wyparłam z pamięci. Mnóstwo, mnóstwo cytatów z branżowych pism. Brak tektury, żyłek, folii aluminiowej, zła jakość barwników, niezamykające się słoiki, okropna blacha w konserwach i w tym świecie całkiem nieźli graficy, których projekty po wykonaniu nie przypominały samych siebie. 




Pełna emocji podróż w czasie. Nie wszystko jednak było złe wtedy, chociaż jeszcze o tym nie było wiadomo.

"Na łamach Opakowania z 1959 roku czytamy: Ziemniaki każda gospodyni kupuje co drugi, trzeci dzień, względnie raz w tygodniu większą ilość. Zakup ziemniaków związany jest ze specjalnym wybraniem się do odpowiedniego sklepu z koszem , siatką czy woreczkiem. Dokonanie zakupu bez uprzedniego zaopatrzenia się we własne opakowanie jest wręcz niemożliwe. Spojrzenie i odpowiedź sprzedawcy na prośbę o zważenie ziemniaków w torbę papierową jest tak wymowne, że największy optymista nie odważy się na powtórzenie tej prośby."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

60 lat później z podobnym spojrzeniem można się spotkać na prośbę zapakowania ziemniaków do własnej siatki, a tylko najwięksi optymiści wierzą w pokonanie wszechobecnego plastiku. Zero waste miało się w PRLu (z musu ale zawsze) lepiej, za to kolory zdecydowanie miały się gorzej. W zeszycie można było najwyżej namalować kolorowy szlaczek, nic dziwnego w sumie, że trochę rekompensuję sobie te kolory teraz. Zeszyty. No, można powiedzieć, że wpadłam we własne sidła. Kiedy tak popatrzyłam na te swoje zeszyty, poczytałam o Waszych zeszytach i porozmawiałam z koleżanką o jej zeszytach, temat sam zaczął się drążyć i rozwijać. I niespodziewanie, ale jakże przyjemnie wypłynęłam z zeszytami na głębokie wody, co w dobie Internetu i Allegro jest banalnie proste. Po dwóch dniach mąk moralnych wyłączyłam temat zeszytów z Roku Bez Zakupów, nawet ma to swoje prawne uzasadnienie jako siła wyższa, na wszelki wypadek nie sprawdzałam zbyt dokładnie. Nie wdając się zatem w szczegóły (i wydatki też nie), założyłam sobie Reading Journal (czyli w języku szkolnym zeszyt lektur), chociaż na początku wydawało mi się, że to zupełnie nie dla mnie. 


Najpierw był chaos twórczy, piórnik, nowe kredki (bo musiałam mieć ponumerowane), nowy stoliczek (bo nie dało się na dłuższą metę na kolanach prowadzić Journala) no i naklejki, naklejki i ozdobne taśmy, bo muszą być, wiadomo. Stoliczek przydaje się nie tylko do Journala ale do kawy i lektur bieżących:


Po tygodniu (albo dwóch) ciężkiej pracy wyłonił się Journal


Najpierw strona tytułowa, a zaraz potem pojawił się problem co dalej, bo ja uwielbiam ozdoby w dużych ilościach, ale jednak lubię jak coś jest poza tym. I po kolejnych dwóch tygodniach masowego oglądania filmików o journalach, po niezliczonych naradach z koleżanką i nieprzespanych świtach mam w swoim Journalu jedno wyzwanie 52 książki w roku


Kiedyś mi się wydawało, że to wyzwanie jest banalnie proste, ale zaraz potem okazało się, że mam lata, w których przeczytałam tylko kilkanaście książek, więc nie wiem jakie mam szanse tego roku, na razie idę zgodnie z planem. Przeczytane książki zaznaczam kolorem według skali ocen i dzięki temu zobaczę sobie na koniec czy czytałam ładne książki czy nie. 

Do wyzwania założyłam dla czystej już przyjemności strony z półeczkami:


Drugim punktem w Journalu jest Książkowe Lotto i to już wymyśliłam sama w związku z moim stosikiem książek do przeczytania. Od wielu lat kupowałam więcej niż czytałam, zakupy rozparcelowywałam na półkach, nie spiętrzały się więc ani w stosiki ani w wyrzuty sumienia. Ukazały się dopiero czarno na białym w procesie katalogowania (podczas którego przy każdej pozycji zaznaczam czy jest przeczytana). Katalogowanie doprowadziłam mniej więcej do połowy i ujawniły się 174 książki nieprzeczytane. Ostatnio czytam praktycznie tylko swoje książki, ale polega to na tym, że wybieram te, na które mam chęć. Przeważnie mam chęć na coś lekkiego, chudego, albo po prostu na to co jest w zasięgu wzroku. I tak niektóre książki są od lat spychane na koniec kolejki. Lotto ma im dać szansę. 

Przefiltrowałam wszystkie swoje wielkie nieprzeczytane i wydrukowałam listę


Dwa dni myślałam co z nią zrobić i z pomocą koleżanki (która już też ma swój Reading Journal) ustaliłam dwa losowania - pierwsze losowanie na rok 2023. Przewidziałam dwie losowane książki miesięcznie, czyli 20 tytułów (bo już marzec jest). Wylosowane numery pomalowałam na żółto, wpisałam w tabelkę; drugie losowanie jest na każdy miesiąc, czyli co miesiąc będę losować dwa tytuły z żółtych. Niespodziewanie okazało się to być świetną zabawą. Jest ekscytacja, niepokój i radość, zupełnie jakby się dostało prezent. W marcowym Lotto wypadł Kundera i Prokopiusz, do losowania okazały się idealne moje numeryczne markery. Nie wiem, kiedy w naturalny sposób przeczytałabym Prokopiusza, a tu proszę - przeczytam w marcu. 


Kunderę już przeczytałam - nie bolało, a czekał na półce od 2007 roku (Sic!). 


Na początku wydał mi się zbyt intelektualny, niektóre fragmenty były dla mnie nużące, ale w większości czytałam zafascynowana trafnością i wnikliwością. I to pomimo, że najwięcej odwołań jest do Kafki. Aż nabrałam ochoty na przeczytanie Zamku, chociaż lata temu przerwałam lekturę po kilkunastu stronach, tak bardzo mnie przygnębiła. Jednym słowem świetne eseje o powieści, o tłumaczeniach, o muzyce, jest też cień totalitaryzmu i sobie pomyślałam, że Kundera jest świetnym pisarzem, który w tak niewielu słowach potrafił tak wiele powiedzieć. 

Po Lotto Książkowym  wymyśliłam też losowanie autora miesiąca, ale na razie nie opracowałam jeszcze metody postępowanie z pisarzem wylosowanym. 

Poza pracami kreatywnymi, poza czytaniem i niegotowaniem, robiłam oczywiście na drutach. Robiłam kocyki dla wnucząt, widać je trochę pod opakowaniami i robiłam zielony boxy z Safranu. Wszytskie trzy robótki długofalowe, żadna się więc nie kończy, co mnie już trochę frustruje, bo już jest marzec. No nic, może dobrnę z nimi do mety. Do dziergania puszczam sobie radiową Dwójkę albo angielskojęzyczne podcasty włóczkowe i po obejrzeniu milion razy jak dziewiarki stosują znaczniki do liczenia rzędów, postanowiłam spróbować. Bo do tej pory rzędy zapisywałam sobie w notesiku, albo zaznaczałam na liczniku. Ten system ma dwie wady - trzeba pamiętać i trzeba odłożyć druty, żeby wziąć ołówek czy licznik. Markery zapina się co któryś rząd i nie sposób pominąć rzędu, bo każdy rząd jest zrobiony niezależnie czy się o nim pamięta czy nie. Spróbowałam i bardzo jestem zadowolona jak uprościło mi się dzierganie. Musiałam tylko raz się skupić i wykoncypować, który rząd jest pierwszy i jak liczyć te oczka, które są na drutach. Sama się zdziwiłam, jak bardzo to jest proste i czemu miałam z tym problem przez tyle lat. No ale widać nawet do najprostszych rzeczy trzeba dojrzeć i jednym to przychodzi szybko a innym wręcz przeciwnie. 


Opakowania zaznaczałam przepisem z PRLu, a Kunderę Pragą oczywiście.



Niedługo wiosna, śniegi pewnie odpuszczą i zimno czego sobie i Wam serdecznie życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

czwartek, 9 lutego 2023

Szał w zeszytach, koce i len

 


"Idą po moście, pień taszcząc wielki.

Mięśnie napięte mają i szelki

(z wysiłku mało nie zgubią spodni).

Idą przy świetle smolnych pochodni.

Nienawiść mają w oczach i zębach.

Gdybym tam był - to bym był ich się bał.

Kiedy we wrota łupną taranem,

pewno po Bestii będzie nad ranem..."

Jeremi Przybora małoletnim i stuletnim

Małoletnie wnuczki i ja może nie stuletnie ale na najlepszej drodze no i Przybora, kto by się oparł. Dodatkowo są duże obrazki, są małe obrazki i różne ozdoby ilustracyjne. Przybora opowiada trochę prozą, trochę wierszem (niektóre trudno wymówić - "to bym był ich się bał" ćwiczę od dawna i nie bardzo mi się udaje, ale jaka piękna fraza), trochę śmiesznie, trochę poważnie. I z wyczuciem. Nudziłam się jedynie przy Alicji, no ale ja w ogóle trochę się nudzę przy oryginale, Alicję lubię tylko w cytatach - takie skrótowe opowiadanie nie pomogło. W sumie jednak przyjemnie spędzone dwa dni. Bajek mamy cały przekrój - od Kopciuszka po Królewicza i żebraka, którego nabrałam chęci przeczytać ponownie po pięćdziesięciu trzech (sic!) latach.

Zanim jednak do tego dojdzie, nadal robię kocyki - teraz już dwa.


Podejrzewam bowiem, że po skończeniu różowego dla wnuczki nie miałabym odwagi tak od razu zacząć niebieski dla wnuczka (stereotypowo w kolorach, ale co tam). 

Kocyki robi się długo i na ogół zawsze jest jeszcze daleko do końca, więc dla oddechu złapałam lniane moteczki, które siedziały w pudłach od chyba ośmiu lat. Z tym czasem to ostatnio jakaś katastrofa jest - nie można normalnie odmierzać w tygodniach czy nawet w miesiącach, tylko od razu jest dziesięć albo wręcz pół wieku. A jakby to ładnie było - kupiłam włóczkę miesiąc temu i tydzień temu skończyłam sweter. No trudno, kupiłam włóczkę lnianą osiem lat temu, wzór (w ogóle nie do tej włóczki, tylko do nieokreślonej jakiejś) dwa lata temu i na stronie Ravelry okazało się, że jedno do drugiego pasuje. Lovenote z Bomull Lin Dropsa.

Robię na drutach grubych, więc w miarę szybko by szło, gdyby nie to, że włóczka ma strukturę jak sznurek konopny - bardzo nieprzyjemną. Po praniu trochę zmięknie, więc staram się nie zważać na dyskomfort dziergania. W bluzce używam żyłek bardzo w modzie ostatnio, można kupić zagraniczne (bardzo drogie), ja kupiłam u Lovieczki (bardzo niedrogie)


   Komfort przymierzania z tymi żyłkami jest bardzo wysoki, od razu powiem, że nie udało mi się przeciągnąć jej w dzianinie robionej cienkimi drutami (na przykład dwójkami), ale może nie znam się. W tej bluzce bardzo łatwo przeszło (żyłkę nadziewa się na czubek drutu i wciąga w gąszcz oczek).

Robię więc teraz prawe oczko za prawym, myśli puszczone mam luzem, przychodzą sobie i odchodzą swobodnie i jedna była o organizowaniu. Bo ja tak organizuję i organizuję (mój kolega w pracy twierdził, że to się nigdy nie skończy) i, zastanowiłam się, czy coś już zorganizowałam i czy to ma sens. Okazało się, że tak, zorganizowałam i że miało sens. 

Jedną z pierwszych zorganizowanych rzeczy były papiery bardzo ważne i mniej ważne, które na początku mojej dorosłości składałam na stertę a z czasem na kilka stert. Jakieś dwadzieścia pięć lat temu (a nie mówiłam, jakaś zgroza z tym czasem) wywiozłam wszystkie sterty na letnisko i pół wakacji poświęciłam na segregowanie. Nie było to przesadnie bolesne, siedziałam sobie pod sosną, ptaszki śpiewały, słońce świeciło, wiatr igrał z różnymi świadectwami pracy, podatkami i umowami. Posortowane papiery wsadziłam w segregatory, opisałam i tak trwają do dzisiaj. Oczywiście, co jakiś czas wymagają drobnej interwencji, część mogłam już wyrzucić, wymieniłam im też segregatory (naprawdę ten otworek w grzbiecie jest bardzo wygodny przy wyciąganiu). Czy to miało sens? Miało, bo nie dalej jak dziś rano Czajkomąż niepewnie zapytał, czy dałoby się znaleźć jego receptę na okulary sprzed pięciu lat. No oczywiście i nie jest to kwestia znalezienia, ale wyjęcia z kieszeni teczki o napisie "Medyczne". No, Czajkomąż był pod wrażeniem. 

Od kilku lat też mam samoutrzymujący się porządek w kuchennych szafkach, ale tu zasada była prosta - każdy sprzęt dostał swoje miejsce. Co zresztą dotyczy wszystkiego organizowanego.


Udało mi się też stopniowo, i też trwało to latami, zorganizować moje zeszyty. Ach, zeszyty... 


Mieszkają sobie w zimowej torebce (na to też wpadłam niedawno, wcześniej przechowywałam je w stosiku i wyciągałam, przy czym zasada jest taka, że ten którego się potrzebuje jest zawsze pod spodem)


Zeszyty. Moja ogromna słabość, nie wiem co w tym jest, ale zawsze wielbiłam sklepy papiernicze. Pociągały mnie bardziej nawet od sklepu z cukierkami, a na mojej ulicy, mimo szarego Peerelu był sklep bogato wyposażony w kolorowe bombonierki, pudełka z groszkami oraz zapakowanymi w gustowne prostopadłościany iryski. No i dropsy w rulonach, wiadomo. Landrynki w puszkach i celofanowych torebkach. Ale zeszyty, ołówki, długopisy, notesiki miały w sobie jakąś obietnicę. Chociaż od zawsze nie bardzo miałam co w nich zapisywać. Była moja pierwsza i jedyna powieść; miałam osiem lat a powieść zajęła niecałe dwie strony cienkiego zeszytu, nie była więc przesadnie rozbudowana. Króliczek poszedł do lasu, ale zaraz wrócił. Z przyjaciółką założyłyśmy też encyklopedię, która zakończyła się na kilku hasłach, ponieważ hasło "trawa' i opis "trawa jest zielona" tak nas rozśmieszyło, że dalsza praca była niemożliwa, i pomyśleć, że mogłyśmy zostać nowymi Diderotami. Prowadziłam też latami (ale niezbyt systematycznie) pamiętniki w standardowych, burych, stukartkowych zeszytach. Nie przetrwały do dzisiaj, nic w nich porywającego raczej nie było, może tylko koloryt tamtych lat, ale pewnie niezbyt wyraźny. 

Potem miałam już tylko zeszyt z przepisami kulinarnymi, chciałam zerwać z rodzinną tradycją przechowywania przepisów na milionach karteczek (słyszałam, że ludzie między innymi dzielą się na zeszytowych i kartkowych, nie ma w tym nic złego ani dobrego, ja jestem zdecydowanie zeszytowa). Mój obecny zeszyt (kiedyś o nim chyba wspominałam), to mój czwarty zeszyt i wygląda na to, że już z niego się nie przeprowadzę. Pierwszy (założyłam go 32 lata temu) był okropnie brzydki, chociaż gruby, drugi był kiepskiej jakości, chociaż ręcznie robiony, trzeci był za mało ozdobiony jak na moje potrzeby. Ja lubię jak jest ozdobione, co na to poradzę. Mam to po babci chyba, która też lubiła ozdoby, miała śliczne wycięte kwiatki przyklejone na starych kafelkach i zawsze miała broszkę. Teraz zeszyt kulinarny jest ozdobiony w sam raz i przyjemnie mi się go przegląda nawet kiedy nie szukam przepisów.

Pod wpływem "Biegnącej z wilkami" założyłam sobie dwa zeszyty - jeden do zapisywania przeczytanych książek; zapisywanie książek - koncepcja, która mnie kiedyś (czterdzieści lat temu) bardzo śmieszyła, bo jak można nie pamiętać tego, co się przeczytało? Okazało się że jak najbardziej można. Zaczęłam w zwykłym zeszyciku jak niegdysiejsze zeszyty do słówek (kto pamięta te małe zeszyty do słówek? Nigdy nie używałam ich do słówek, ale miałam zawsze bo były takie słodkie w formacie - z wyglądu brzydkie oczywiście), i po latach przeprowadziłam się do luksusowego notesu z Muchą (Alfonsem) na okładce i w którym zapisuję przeczytane książki nieprzerwanie od 2004 roku (nie do wiary!). Czy jest przydatny? Trochę tak, a trochę nie. Ale nie zajmuje to w ogóle czasu (pomijając to przepisanie), więc nie rezygnuję.  


 
  Drugi zeszyt po "Biegnącej..." to mój zeszyt z cytatami - nie są to złote myśli, ale po prostu fragmenty, który mnie zauroczyły). Też się przeprowadzałam ze zwykłego grubego zeszytu w okładce w kratkę do luksusowego notesu w arabskie mazaje. Zapełniam już drugi tom.
Założyłam też zeszyt robótkowy praktycznie zaraz jak wróciłam do drutów, czyli dziesięć lat temu? Tu też się przeprowadzałam kilka razy. Pierwszy był zwykłym zeszytem w lakierowanej okładce z ładnym widoczkiem (to już były te czasy z ładnymi okładkami), ale się zamykał w czasie pracy. Przeniosłam się wiec do kołonatatnika i przez długi czas miotałam się między koncepcjami czy to ma być czystopis, czy brudnopis, nie wnikając w szczegóły, po latach miałam klarowną koncepcję co jest dla mnie najwygodniejsze do robótek ręcznych, otóż muszę mieć i na czysto i na brudno, kupiłam więc luksusowy notes z okładką mieniącą się kwiatkami i listowiem. Wpisuję w niego wszystkie robótki i chociaż zdarza się, że nie wpisałam rozmiaru drutów, to jednak bardzo rzadko.

Bardzo często z niego korzystam i sprawdzam jakimi drutami robiłam, z jakiej włóczki i jaka próbka.  
W zeszłym tygodniu wpadłam na pomysł katalogowania kolorów włóczek. Wiem, wiem, brzmi nieco obłędnie (w sensie wyższego poziomu obłędu), ale naprawdę, to że  nie miałam zapisanych porządnie kolorów, kosztowało mnie sporo pieniędzy. Ale to długa historia, nie taka co prawda jak ta o zeszytach, nadaje się na kolejny odcinek. 


Do katalogowania wystarczy mała karteczka z dziurkowaniem - obok przywiązanej włóczki wpisujemy kolor i tyle. Nie wiem czemu obmyślenie tego sposobu zajęło mi tyle czasu. A próby podejmowałam różne - przywiązywałam na przykład kawałek włóczki do etykiety z kolorem, no ale o ile ten sposób jest w miarę wygodny w przypadku dwóch kolorów, o tyle w przypadku piętnastu jest idiotyczny. 

Mam też od lat notesik z adresami. Zmęczywszy się ciągłym przepisywaniem adresów i telefonów z kolejnych kalendarzyków, kupiłam luksusowy (no tak, utracjusz ze mnie zeszytowy) notes Moleskine. Jest czarny i poza gumką w ogóle nie jest ozdobny, ale bardzo mnie pociesza fakt, że notes takiej samej firmy miał van Gogh, w związku z tym nie wyprowadzam się z niego od lat. A skoro mowa o van Goghu, to (zachowując proporcje) kupiłam sobie niedawno szkicownik (bo miał śliczną okładkę)i codziennie (albo prawie) w nim szkicuję, kiedyś lubiłam rysować, mój tata ślicznie rysował, więc po trzydziestu latach przerwy wróciłam. W końcu skoro robię na drutach, czytam, prawie haftuję krzyżykami, kataloguję i organizuję, to chwila na szkicowanie też się znajdzie. 

I ostatni, co nie oznacza, że najgorszy to notes ogólny. Od lat mianowicie wiedziałam, że kalendarze to nie dla mnie, nie zapisywałam w nich 80% kartek, rok mijał, kalendarz do wyrzucenia. Z karteczkami nie umiem, więc byłam bardzo niepocieszona. Aż w końcu znalazłam rozwiązanie (znowu po latach, ale ja jestem nie bez powodu alezaraz@).


Kupiłam sobie w imieniu wnucząt i spersonalizowałam, czyli urządziłam się w nim wygodnie. Mam ozdoby, mam wklejony kalendarz, mam kieszonkę na karteczkę z zakupami (bo wiadomo, wygodniej na zakupy iść z karteczką niż z notesem, a przez pandemię nabrałam niechęci do korzystania z telefonu na zakupach), mam rachunki i rzeczy do załatwienia. Mam też muzykę, jaka mi się podobała, bo wiadomo, przeważnie to Dimash, ale nie zawsze. 




 
Bardzo dumna jestem z kieszonki zrobionej z pudełka po skarpetkach :D


Mogę tu wklejać kawałki papierów do prezentów, widokówki czy opakowania po cukierkach. Chociaż Czajkomąż mnie straszy, że opakowania po cukierkach mogłyby się nie zmieścić. No nie wiem, na razie odstawiłam się od cukru. 
- Że też ci się chce - powiedziała koleżanka na widok moich dokonań zeszytowych i zdobniczych. No tak, zawsze mi się chce kiedy w grę wchodzą rzeczy miłe i przyjemne dla oka. Czego sobie i Wam serdecznie życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

Ps. Bajki zakładałam bardzo bajkową zakładką, która już kiedyś była, ale to nic nie szkodzi.



wtorek, 31 stycznia 2023

Rozmach renesansowy w hobby i nie tylko

 


Ten, by użyć słów Graftona, "linoskoczek autokreacji" walczył z demonami depresji. Mówił, że wiosna i jesień wpędzają go w melancholię, gdyż patrząc na obfitość kwiatów i owoców, czuje, jak mało stworzył w życiu. "Battista - zwracał się do siebie - teraz twoja kolej obiecać ludzkości jakieś owoce". Również Leonarda prześladowało poczucie niespełnienia, będące negatywną stroną renesansowej ekspansywności. Jeśli możliwości jest nieskończenie wiele, ich spełnienie może być co najwyżej cząstkowe."

Leonardo da Vinci Lot wyobraźni, Charles Nicholl

Współcześnie rolę renesansu w dziedzinie ekspansywności spełnia doskonale Internet i też można się przygnębić nawet nie będąc Leonardem, że jest tyle możliwości a czasu cały czas jest tyle samo a nawet jakby mniej. Pierwsze dwa miesiące mojej wolności od etatu spędziłam w lekkim nadmiarze planów i chęci oraz zainteresowań. 


  A potem przemyślałam wszystko i ustaliłam, że nie muszę przerobić kilometrów moich włóczek w tydzień, nie muszę spruć nienoszonych swetrów i zrobić z nich noszone w drugi tydzień, nie muszę od razu wyhaftować trzech obrazków (taaak, bardzo nabrałam chęci na haft krzyżykowy po tym jak przywiozłam kilkanaście haftowanych poduszek z mieszkania po teściowej, no i moje babcia ze strony taty pięknie haftowała), które dostałam pod choinkę, nie muszę zrobić w minutę albumu fotograficznego i nie przeczytam wszystkich swoich nieprzeczytanych książek w miesiąc.

Wzięłam głęboki oddech, pocieszyłam się, że nie jestem Leonardem, cała ludzkość na mnie nie czeka i mogę sobie uprawiać swoje liczne hobby powoli, przyjemnie i niespiesznie. Postanowiłam też do gatunku hobby wliczyć gotowanie smacznych, oryginalnych i pożywnych obiadów (skoro jestem uwolniona od etatu), ale na razie się to nie udało i dalej je gotuję z niechęcią. Pooddychawszy głęboko,  pocieszywszy się i zmotywowawszy, wyszłam ze stuporu i melancholii. W pierwszym kroku skończyłam legginsy. Moja babcia ze strony mamy na widok mało porywających wełnianych reform albo peerelowskiego paltota zawsze mówiła - najważniejsze, że ciepłe. Tak jakoś mi się to skojarzyło, kiedy spojrzałam na moje świeżo wydziergane milionami oczek legginsy:


 Zestaw kolorów jest nieco ponury, włóczka bardzo gryząca, ale legginsy są naprawdę ciepłe, a spod sukienki wystaje mi tylko część bordowa, która nie jest najgorsza. Na pocieszenie przyszyłam sobie guzik dla zorientowania przodu (wiadomo, że najgorzej zawsze odróżnić przód od tyłu)


i wciągnęłam gumkę. Legginsy są mniej więcej na temperaturę poniżej 10 stopni Celsjusza, ale i tak chodzą mi po głowie kolejne, może z bardziej wyrafinowanej wełny i w warkocze, Nadmiar nadmiarem, ale nie ma co we wszystkim się ograniczać. Zaraz po przyszyciu guzika, zaczęłam planować morze malutkich skarpetek i wyrafinowanych sweterków i wtedy nagle okazało się, że wnuczka wyrosła ze swojego kocyka. Powstało zapotrzebowanie na nowe kocyki - tym razem prawie pełnowymiarowe i dwa, bo przecież jest wnuczka i wnuczek. Ucieszyłam się, że wreszcie może uda mi się wyrobić wszystkie zapasy Merino


którego od kilka lat w ogóle nie ubywa, mimo że zrobiłam z niego kocyk w warkocze, koc w kwiatki, sweter w cegiełki i pięć czapek. Trudno przewidzieć na tym etapie, mam dopiero 30 centymetrów pierwszego, robię wzorem tkanym, który jest bardzo włóczkożerny, więc nie wiem, liczę się z koniecznością dokupienia kolorów. Naprawdę, nie wiem co to Merino w sobie ma - jakieś tajemne moce pączkowania chyba.


Na zdjęciu widać drut z zestawu Mindful, co się wiąże z moim przejściem na emeryturę, otóż bowiem miałam takie szczęście, że zostałam obdarowana zarówno od kolegów i koleżanek jak i osobno od zarządu. Zarząd w swojej dobroci obdarował mnie kuponami na książki oraz hojną premią. No i pomyślałam sobie, że warto właściwie zamiast trzymać premię na kupce kupić sobie coś, co będzie miłe i wdzięczne. No i pomyślałam, że nie mam zestawu drutów, bo nigdy nie ośmieliłam się wydać tylu pieniędzy naraz na hobby. Oczywiście, jak to z takimi oszczędnościami bywa, są one złudne, bo i tak wydałam dużo więcej na pojedyncze druty niż gdybym na początku drogi dziewiarskiej zacisnęła zęby, przebolała duży wydatek i kupiła zestaw. No i jak nie teraz to kiedy. Nasłuchałam się zachwytów nad obrotowymi żyłkami, nad schludnym przechowywaniem, nad wygodą, więc zamknęłam oczy i podjęłam decyzję. Kupiłam dwa zestawy, bo jak prezent od zarządu, to nie ma co skąpić. 


Dorzuciłam też automatyczną miarkę (czyli centymetr krawiecki) i naprawdę, warto było - ile zaoszczędzę godzin unikając żmudnego zwijania to trudno sobie nawet wyobrazić. 

Do zestawu dołączone są milusie gadżeciki, w tym nożyczki idealne na podróż, bo składane


Powiem tak - rzeczywiście obrotowe żyłki to rewelacja. Wymiana drutów bajecznie prosta, już nie muszę grzebać za każdą zmianą rozmiaru w moim kłębowisku. Kłębowisko miałam niby uporządkowane i zorganizowane, ale uniknąć rozplątywania się nie udało do końca. Zestaw króciutkich drutów kupiłam głównie ze względu na etui, bo moje króciutkie tam się zmieściły też (na zdjęciu widać jeden z czerwoną żyłką). I kiedy tak patrzyłam na te zestawy i patrzyłam, to pomyślałam, że będę jeszcze korzystać ze starych swoich drutów, które też fajne są i drewniane niektóre, a niektóre kolorowe i są do czapek i do rękawów, ale że już nie chcę wyplątywać ich ze spinek i wydłubywać z plastikowych etui. 




Jak pomyślałam, tak zrobiłam, chciałoby się napisać, ale na razie tylko pomyślałam. Uszyję sobie etui. Trochę mi zajęło rozpracowanie systemu jaki byłby najwygodniejszy i doszłam do wniosku, że dla każdy rozmiar drutów będzie osobne etui (proste w konstrukcja, bo ja nie jestem wybitna w szyciu), zrobiłam na razie prototyp i o postępach będę relacjonować w następnych odcinkach. 
Tymczasem zrobiłam porządek w drutach skarpetkowych, które przechowywałam w materiałowym organizerze (kupionym dawno dawno temu), ale w którym miałam zawsze bałagan. Bałagan oczywiście tworzył się nie sam ale z nadmiaru i z nieopisania. Jednak opisy w porządkowaniu to rzecz kluczowa.
Nadmiar zlikwidowałam przez przeniesienie grubszych rozmiarów drutów do planowanego etui sarpetkowego (tym razem niekupnego ale własnoręcznie uszytego), a opisy na razie zrealizowałam prowizoryczne. Docelowo mają być haftowane, bo w sumie, jak już zrobię dwa kocyki, milion skarpetek, wyrafinowane sweterki, trzy haftowane obrazki, to mogę wyhaftować opisy do etui. Uff...



Oamtako i pomyśleć, że moja babcia ze strony mamy, która mnie nauczyła robić na drutach odróżniała tylko druty grube i cienkie. I miała chyba trzy pary. I długo, długo ja też funkcjonowałam w takim świecie. Nie wiedziałam, że są druty drewniane, bambusowe, metalowe, na żyłce 80cm, 100cm, duty 3,5mm duty 3,75mm, plastikowe, okrągłe i trójkątne. A także druty Yoga. Tak, zdecydowanie mamy obecnie kolejny renesans i dużo, dużo, dużo możliwości. 

A Leonardo? A właściwie jego biografia? Niestety, nie podobała mi się i to nie dlatego, że nie miała obrazków - popatrzyłam sobie na nie w Internecie, bo Internet to nie tylko zło samo, zalety też ma. Napisana moim zdaniem bardzo chaotycznie, wiele razy autor się powtarzał, co budziło zamęt, tym bardziej, że podał do wiadomości wielkie mnóstwo domysłów, co też budziło zamęt, nieraz wolałbym nawet żeby coś zmyślił, jak Stone w "Udręce i ekstazie". Bo o Leonardzie wielu rzeczy nie wiemy, to ironia w sumie, że zachował się spis ile miał garnków i patelni, jakie miał książki a nie zachowała się informacja kogo przedstawia Mona Lisa. Książkę więc przeczytałam z trudem i powoli (zajęło mi to ponad trzy tygodnie) i pomyślałam sobie, że w sumie szkoda, że zajmował się tyloma rzeczami, projektował kurki w łazience księżnej, ozdabiał zegary w klasztorach, projektował miasta idealne i idealne klatki schodowe, wielu rzeczy nie skończył, ale że był genialny, to skończyli za niego inni - na przykład nie tak dawno skończyli konia, którego Leonardo miał odlać z brązu. Szkoda też, że obrazy tak bardzo niszczeją i w sumie nie wiadomo już jak wyglądały one naprawdę. Nam pozostały tylko prześwitujące przez brudne werniksy cienie. 
No ale, zajmował się tym, co mu sprawiało przyjemność czego sobie i Wam serdecznie życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Lot wyobraźni zakładałam zakładką średniowieczną i wyobrażałam sobie, że to Leonardo jedzie ze swoimi książkami z Florencji do Mediolanu.