Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chusta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chusta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 października 2022

Katedry w skarpetkach

 

"Nie trzeba myśleć w tych kategoriach, czy niepamięć jest losem czy nie jest, trzeba myśleć inaczej, co Bergman właśnie zapisał: ludzie zewsząd znosili kamienie, kiedy budowano katedry, i nie trzeba nic więcej robić, tylko przynieść swój kamyk na jakie miejsce - to bez znaczenia."

Trzy tłumaczki, Krzysztof Umiński

Trzy szkice o trzech tłumaczkach, trochę mi było wszystkiego mało, nabrałam tylko chęci na przeczytanie ich przekładów. Dziennik braci Goncourt czeka już tyle lat na półce (Joanna Guze), może coś Durrella albo Jane Austen (Anna Przedpełska-Trzeciakowska) albo Władcę Pierścieni (Maria Skibniewska) w końcu. Zaraz, gdzie ja mam Dziennik? Chyba w okolicach starożytności, nie wiem czemu, widocznie ustawiałam go w nowym regale na koniec i nie miałam siły wszystkiego przestawiać, więc został. Zaraz, zaraz, a czy Samotnia też tłumaczona przez Przedpełską? Tylko gdzie stoi, chyba za kucharskimi. Dlaczego Czechowa mam obok książek z przepisami? I w dodatku pomieszanego ze starożytnością? Omatko, czyli starożytność mam w dwóch regałach ustawionych przy przeciwległych ścianach! Czemu? Pewnie po remoncie naznosiłam całą w moim mniemaniu starożytność, a za dwa dni znalazłam kolejną i już nie miałam siły wszystkiego przestawiać. O, jaki ładny Pauzaniasz, może by tak go zacząć w końcu? "Trakowie twierdzą, że słowiki, które mają swe gniazda na grobie Orfeusza, śpiewają głośniej i z większą słodyczą niż inne."

Co to ja robię na podłodze z górą powyciąganych książek? Ach tak, piszę bloga. Już naprawdę chciałabym siedzieć w fotelu i pięć godzin dziennie czytać sobie zamiast dziesięć godzin być zajętą pracą elektryczną. Nawet jeżeli jest w miarę sympatyczna. 

Natomiast w kwestii znoszenia kamyków, nikt nie buduje w Zgierzu katedry, więc skończyłam chustę szarą w sowie pióra







Chusta jest lekka, bardzo ciepła i bardzo duża, mogę się poowijać swobodnie, najlepiej jednak na czymś śliskim, bo nieco obłazi, Delight tak ma. Robiłam na drutach 3,75. Gdybym kiedyś zaczęła kolejną, to może spróbowałabym na mniejszych, na przykład nr 3. Na razie jednak nie grozi, bo zabrałam się za skarpetkowe nauki. Jestem tuż za palcami, więc dużych przemyśleń nie mam.


 Tylko tyle, że wybrałam sobie śliczny wzór w warkoczyki. Ze skarpetkami mam od dawna problem, bo po co mi śliczne warkoczyki, które i tak na ogół schowane są w butach? No ale, w sumie, kto mi zabroni. Mogę przecież siedzieć sobie na kanapie, skrzyżować stopy w ślicznych skarpetkach i czytać Pauzaniasza. Pięta nie wiem jaka będzie, jeszcze do niej daleko, druty nr 2, wolno się dzieje. 

Poza kamykami mam kolorowo w drodze do pracy oraz słodko, bo październik to miesiąc w urodziny bogaty.







Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 9 października 2022

Niespieszne polany i brioszki powolne

"Jak gdy na niebie gwiazdy świecą dokoła księżyca,
blask ich zaś rzuca się w oczy, a eter spokój ducha wypełnia,
widać wszystkie strażnice, wzgórza wysokie, a także 
leśne parowy, z nieba zaś spływa cudowne powietrze;
gwiazdy można policzyć, a pasterz cieszy się w sercu,
takie blaski rzucały ogniska palone przez Trojan
pod Ilionem, pomiędzy statkami i nurtem Ksantosu.
Na równinie tysiące ognisk płonęło, a w blasku
ognia każdego po pięćdziesięciu mężów siedziało.
Konie zaś biały orkisz chrupały i ziarno jęczmienia.
Stały przy wozach czekając Jutrzenki o tronie wspaniałym.
Iliada, Homer
tłum. Robert Roman Chodkowski

Niedawno ukazało się nowe tłumaczenie Homera, najlepsze oczywiście, jak to zazwyczaj z nowymi tłumaczeniami bywa. Homera mam dużo, nawet z Krety mam i po czesku oraz po szwedzku, więc nowe tłumaczenie też kupiłam (szczęśliwie odbyło się to przed moim Rokiem  bez Zakupów). Nie wypadało, żeby Mistrz czekał na półce w normalnej książkowej kolejce, zaczęłam więc czytać Iliadę poza kolejnością, jakoś na początku września. Wydanie jest bardzo ładne, z greckim wzorkiem, starożytną tkaniną na okładce i szyte w środku. Dużo literówek, niestety. Filologicznie nie będę się wygłupiać i wydawać opinii, jako laik mogę stwierdzić, że nie ma rymów (odetchnęłam, bo rymów nie lubię) oraz rytm ma. 

Gdy myślę o Homerze zawsze przypomina mi się moja stara czytatka w Biblionetce, w której Emkawu pisała: "Na tym seminarium po prostu czyta się Iliadę. Bardzo wolno Czytamy głośno kawałek po grecku, tłumaczymy, komentujemy. Tak mniej więcej dwie strony na tydzień. Chodzę tam już kilka lat, a rekordziści to już chyba od lat dziesięciu i dobrnęliśmy dopiero do śmierci Patroklosa. I dopiero dzięki tej metodzie czytania Homera zachwyciłam się Iliadą. Z bezsensownego szczęku broni zaczęły wyłaniać się obrazy. Okazało się, że wśród setek opisanych pojedynków nie ma dwóch identycznych!"

Czytam oczywiście nie po grecku, więc idzie mi szybciej, tak mniej więcej pieśń na tydzień. Nie spieszę się, patrzę sobie w te gwiazdy, które wtedy świeciły i teraz świecą, patrzę na Nestora jak opowiada młodym stare historie i myślę, że jestem już w jego wieku i też opowiadam, a kiedyś byłam w wieku Andromachy, patrzę jak Trojanki wybierają najładniejszy peplos dla Ateny, jak Grecy pieką mięso na rożnach i sięgają po nie rękami. 
Patrzę, jak mały synek Hektora przestrasza się zbroi ojca i groźnej kity końskiej na czubie szyszaka i patrzę na niebieskooką Atenę, "która miała egidę bezcenną, niestarzejącą się, wieczną. Sto powiewało przy niej frędzli ze złota czystego, wszystkie misternie plecione, a każdy wart był stu byków."

I przypomina mi się opowieść kolegi z pracy, jak to jego ojciec zaprowadził najpiękniejszego byka na targ, sprzedał i kupił pierścionek zaręczynowy. Matka kolegi ma ów pierścionek do dzisiaj, ale nie nosi, żeby nie zniszczyć no i palce przez lata jej trochę zgrubiały. 
Czytanie Iliady czyni wszystko prostszym, punktuje rzeczy najważniejsze i najpiękniejsze. Dużo jest rzeczy pięknych w Iliadzie, nawet sandały są błyszczące i zbroja kunsztowna. I kiedy tak czytałam o smokach z ciemnoniebieskiej emalii, które oplatają srebrny uchwyt tarczy, sama zapragnęłam być otoczoną przez rzeczy ładne, sięgnęłam więc po swój koszyk do wełny kupiony lata temu. Koszyk fabrycznie wyposażony był w rzepy, które z wełną nie współpracują dobrze, chociaż producent zapewniał, że idealnie są dopasowane i wełna wczepiać się nie będzie. Wczepiała się jednak, więc wymościłam koszyk flanelą w owieczki. Mimo owieczek wyglądał mało efektownie i zupełnie niewesoło, uszyłam mu po długim namyśle wkład lniany, co poprawiło wygląd, ale wesołości nie dodało. I dziś wreszcie po wielu latach namyślania, doszyłam mu tasiemkę ozdobną w pompony. Daleko mu może do tarczy Agamemnona, ale w końcu nie wszystko musi być jak Agamemnon, chociaż być może tak samo długo było wykonywana (a może dłużej). 


 Od razu milej się robi na duszy, jak się na niego popatrzy. Z koszyka wystaje szara wersja brioszki w sowie pióra - jestem już na etapie frędzli. Jak widać, z brioszką jak i z Iliadą - nie spieszę się. Jem urodzinowe torty, spaceruję w słońcu i po swoich ulubionych polanach, czego i Wam życzę.





Iliadę zakładałam szwedzką zakładką, ale z końmi, co bardzo do Trojan, znanych kiełznaczy koni, pasuje. Dziękuje bardzo za odwiedziny, przemiłe komentarze, dobrego dnia!


 

  

niedziela, 2 października 2022

Fotel w lesie


 "W końcu kobieta musi odpocząć, pokołysać się w fotelu, odzyskać skupioną uwagę. Musi odmłodnieć, odzyskać energię."

Biegnąca z wilkami, Clarissa Pinkola Estés

Nie jestem pewna tego odmłodzenia, ale co do reszty, to jeszcze niecałe dwa miesiące i będę mogła się kołysać w fotelu. "Biegnącą z wilkami" czytałam dawno temu i chcę do niej wrócić, chociaż mam do niej nieco ambiwalentny stosunek, bo ja organicznie nie lubię psychologii. Psychologia u mnie siedzi w jednym worku z romantyzmem, Dziadami Mickiewicza zwłaszcza. Nie wiem z czego to wynika, odbieram jakieś zakłamanie, jakieś naciąganie, egzaltację no i po prostu nie lubię tych wszystkich jaźni i wewnętrznych mocy. Jednak pani Estés jest nie tylko psychologiem ale też antropologiem i pisała "Biegnącą z wilkami" ponad dwadzieścia lat. Przymknęłam oko na wycie i czekanie aż zbiegną się moje utracone instynkty, ale skupiłam się na konkretach, czyli na archetypach, mnóstwie przytoczonych baśni i opowieści oraz na własnoręcznym uszyciu czerwonych trzewiczków. Trzewiczki potraktowałam metaforycznie oczywiście i wymyśliłam, że w moim przypadku będzie to zeszyt głębokich i pięknych myśli, które oczywiście wypisuję z książek. Lubię do niego wracać czasem i przypominać sobie, jakie ładne rzeczy czytałam.



 Ostatnio się trochę zaniedbałam, bo wiadomo - wszystko jest elektroniczne i wirtualne ale i tak zapisuję już drugi zeszyt. I mam zamiar się poprawić w czasie kołysania się w fotelu.


"Idź w las, idź w las. Jeśli nie wejdziesz do lasu, to nic ci się nie przydarzy i nigdy nie zaczniesz naprawdę żyć. Idź w las, idź w las."

"Podstawowy cel, jaki przyświecał mi podczas pisania, to udowodnienie, że wszystkie ludzkie istoty rodzą się z jakimś darem."

"Dla nas opowieść jest lekarstwem, które wzmacnia i pokazuje właściwą drogę każdemu człowiekowi i całym społecznościom."

Biegnąca z wilkami, Clarissa Pinkola Estés

Robię szarą wersję sowiej chusty z brioszką, planuję w co przerobić moje kilometrowe zapasy włóczkowe i rozmyślam nad swoim darem mając nadzieję, że uda mi się go rozpoznać, czego i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Książkę zakładam prześliczną zakładką z naturą i latem, bo dobrze się zaopatrzyć w kolory na jesienne szarugi. 



niedziela, 25 września 2022

Psotnik z wekiem

 


"Choć w nazwach ptaków nie ma tyle literackiej fantazji, co w nazwach owadów [7], one też mogłyby ucieszyć niejednego językoznawcę: nur, podgorzałka, ogorzałka, uhla, markaczka, edredon, turkan, birginiak, mandarynka, karolinka, kłochtun, rożeniec, szlachar, ohar, kazarka, szczudłak, kulon, ostrygojad, batalion, stalugwa, szlamnik, słonka, maskonur, baba(...)

[7] Na przykład: psotnik zakamarnik, pilniczek włochatek, turkuć podjadek, niezdarka dziewica (gatunek pasikonika), bzyg brzęk i nieżłop nakwietny (rodzina bzygowatych), zgrzypik twardziel (rodzina kózkowatych), przekrasek mróweczka, pokątnik złowieszczek, tutkarz bachusek (chrząszcze), odorek zieleniak i wtyk straszyk(...)"

Zobacz ptaka, Jacek Karczewski

Każdy słyszał te straszne opowieści, w których szczęśliwy ojciec tuż po odpowiednio procentowym uczczeniu narodzin dziecka, rejestrował je w księgach parafialnych w oszołomieniu i stąd mamy Chałasów i Horążych w nazwiskach. Ale w przypadku nazewnictwa naukowego wydawałoby się, że wszystko przebiega w powadze i trzeźwości i pewnie tak jest, natomiast na szczęście i tak jest humorystycznie. Taki kłochtun na przykład - jak pięknie można się zadziwić i jak długo nad etymologią i nad urodą nazwy oraz nad urodą samego kłochtuna. Nie wiem co prawda, bo nie widziałam, ale wydaje mi się, że osobiście nie jest tak śliczny jak ma na imię.

Dla samych tych nazw (a o nazwach jest dużo i jeszcze śmieszniej, choć czasem strasznie, gdy poruszamy temat orłana) warto przeczytać. Ale nie tylko o nazwach jest ta książka, bo jest również o szkodliwości trawników, bioróżnorodności, ogrodach i bibliotekach (ale o bibliotekach bardzo mało). No i o ptakach jest przede wszystkim- jakie są, jak wyglądają, co jedzą (chleba nie jedzą, a raczej nie powinny). Dobra na wiosnę, ale na jesień też. No i na przygnębiony nastrój - wystarczy wtedy pomyśleć o nieżłopie nakwietnym i od razu raźniej się robi na duszy.

A jak raźniej na duszy, to i robótki lepiej się dzieją, zatem nakończyłam ich całe mnóstwo. Po pierwsze skończyłam mitenki dla koleżanki z pracy, idzie zima pomału, ma być zimno i drogo (to znaczy drogo już jest), więc mitenki w biurze jak najbardziej przydatne:



Alpaka Dropsa, wzór własny, druty nr 2.

Po drugie skończyłam sweter z Cashmerino, które kupowałam sto lat temu w dwóch ratach (bo było drogie) i wreszcie się doczekało. Wzór to Ilha . Bardzo przyjemnie się robiło i bardzo przyjemnie się go nosi. 





Po trzecie już było wspomniane, ale nie miało zdjęcia z takim prześlicznym tłem, więc też wstawiam, malowane cegiełki:



 Po czwarte zrobiłam czapkę, rok temu chyba, ale dopiero teraz doczekała się tła, pompona i metki :Hand made". Na zdjęciu razem z chustą Morning rays zrobioną w czasie lock-downu. 


Zaraz po chłodnej sesji zrobiło się słonecznie i znacznie cieplej, oby tak trwało, czego i sobie i Wam życzę, dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. W komentarzach pod poprzednim postem ujawniły się fanki słoików, do których jak najbardziej też się zaliczam. Nie wiem czy to chodzi o poczucie zabezpieczenia się na zimę, przyjemność z posiadanych zapasów, ale słoiki zawsze wzbudzały we mnie przyjemne myśli, na pulpicie mam tapetę ze słoikami. No i oczywiście słoiki w pierwszym rzędzie kojarzą mi się z babcią. Pamiętam jej weki, te gumki ze sprężynkami i to, że ciągle się urywał koniuszek przy otwieraniu. Pamiętam smak tych wszystkich kompotów, chyba najbardziej lubiłam śliwkowy, ale też wiśniowy z jego kolorem rubinowym i lekką goryczką. Pamiętam też naszą ekscytację, kiedy na rynku pojawiły się twisty i wyparły niewygodne gumki. Pamiętam te coroczne rozmowy, czy truskawki już się nadają na weki, czy można jeszcze poczekać. I tak to trwało - od jednego sezonu wekowania do drugiego. Babcine kompoty i weki, od razu przypomniało mi się to zdjęcie - robione chyba nad stawami Jana. Miałam może pięć lat.


Babica może pięćdziesiąt...

(W drugim tle tata i moja ulubiona ciocia)

A tu uciekam, ale słoik bardziej widoczny:



wtorek, 5 kwietnia 2022

Monitor i słoneczniki

 "Wasz czas jest ograniczony, więc nie marnujcie go, żyjąc cudzym życiem. Nie wpadajcie w pułapkę dogmatów, żyjąc poglądami innych ludzi. Nie pozwólcie, żeby hałas cudzych opinii zagłuszył wasz własny wewnętrzny głos. I najważniejsze – miejcie odwagę kierować się sercem i intuicją."

Steve Jobs, źródło: https://potencjalprzedsiebiorczosci.pl/steve-jobs-cytaty/


Kiedy już opanowałam brioszkę i mogłam słuchać, ale nie mogłam jeszcze oglądać seriali, odłączyłam się od seriali a podłączyłam się do odtwarzacza audiobooków. I to było bardzo dobre. Liczba przeczytanych książek wzrosła, liczba seriali zmalała, a wiadomo, że seriale niedobre są w dużych ilościach. Tym sposobem przeczytałam biografię Steve'a Jobsa napisaną przez Isaacsona Waltera.

Do napisania książki zmusił go tak naprawdę Jobs, wybrał go dlatego, że Walter był autorem biografii Franklina i Leonarda da Vinci. No i bardzo dobrze zrobił. Powstał trójwymiarowy, żywy i, wydaje się, obiektywny portret człowieka, który nie pytał ludzi czego potrzebują, ale po prostu to wymyślał (ponoć Ford odparł, że gdyby miał pytać ludzi, to musiałby wyprodukować szybszego konia, a nie samochód).

Nie wiem, czy to dobrze, bo nieraz chciałoby się po prostu zdjąć ten cały nadmiar i zgiełk, usiąść nad strumykiem i w niego popatrzeć, zamiast w Instagram, ale cofnąć się tego już chyba nie da.

 Nie wiadomo też czy książka jest świetna, czy beznadziejna, ponieważ Jobs jej nie przeczytał i nie wyraził opinii, zupełnie jak nie Jobs. Bo Jobs zawsze miał opinię (zawsze zero-jedynkową) na temat wszystkiego czego produkowaniem się zajmował. Pracować dla niego pewnie było strasznie, bo nie był w ogóle dyplomatyczny. Ale gdy patrzę na toporne pudełko mojego peceta, cieszy mnie fakt, że gdzieś jest firma, w której inspiracją dla monitora były rosnące w ogrodzie Jobsa słoneczniki.

Jest więc dzieciństwo (bardzo pobieżnie), pierwszy Apple i wszystkie następujące po nim produkty, jest Pixar, jest praca, jest (dyskretnie) życie prywatne, są relacje z ludźmi, są wypowiedzi Jobsa i ludzi wokół niego. Bardzo pasjonujące 700 stron czy 97 rozdziałów audiobooka. Na fali książki powspominałam dzieje swojego komputeryzowania się (pierwszy komputer na uczelni był wielkości ogromnej szafy), obejrzałam jedną prezentację i jedną reklamę (tę z Wielkim Bratem) i film Pixara Wall-E. Bardzo śmieszną i wzruszającą historię o robocie Wall-E, jego ukochanej Sondzie i o ludziach, którzy już  muszą tylko wciskać przyciski podpisane piwo albo basen a i tak wracają na ziemię, żeby uprawiać pizzę na roli. Czyli robienie jest ważne i bardzo dobrze. 

Dzięki czemu skończyłam chustę z sowimi piórami. Jest tak śliczna i ciepła, że aż szkoda, że idzie lato. Chociaż nawet w lato bywają wieczory chłodne. Jest śliczna nawet nieblokowana, swoją drogą, na razie nie myślę, gdzie ja ją zablokuję, najlepiej byłoby dokupić jakiś pokój. Zdjęcie na razie w fotelu, bo nie wychodzę do ludzi jako że zakatarzona lekko jestem.


Jakoś prawdziwe kolory nie chcą się oddać, może jak już wyjdę w plener. Tymczasem jestem uwięziona w domu, na szczęście energia w miarę jest, głowa też, mogę więc czytać i produkować, czego i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! :)

poniedziałek, 7 marca 2022

Brioszkowe nauki

 "I did not want to spend another year in that office. I wanted out."

This Golden Fleece, Esther Rutter


(Nie chciałam spędzić kolejnego roku w tym biurze. Chciałam się wydostać.)

Zawsze możemy się wydostać, chociaż czasem nam się wydaje, że nie możemy. No, nie mogę zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej, nie mogę przyjąć do domu rodziny uchodźców, nie mogę przestać myśleć, że w biały dzień do kraju obok wjechały czołgi, ale na pewno nie mogę siedzieć na kanapie pogrążona w stuporze. Wstałam, podlałam storczyki, wpłaciłam na pomoc Ukrainie, uśmiechnęłam się do wnuczki i do wnuczka i dalej robiłam na drutach. To jest moje wydostawanie się.

A co na drutach. Najpierw jednak co w podcastach. Wkręciłam się bowiem czas jakiś temu w oglądanie podcastów dziewiarskich. I o ile jeszcze niedawno wydawało mi się, że teoretycznie (a i zakupowo też) bardzo ewoluowałam w dzianiu od akrylu, poprzez wełnę, bawełnę, alpakę, merino, jedwab aż po kaszmir i wełnę z jaka, tak teraz okazało się, że w świecie anglosaskim można kupić (na szczęście dla mojego portfela nie tak łatwo w Polsce) nie tylko wełnę owczą, ale wełnę z konkretnej rasy owiec, uprzędzioną w konkretnej izbie. Moja komercyjna włóczka ma się do tej ręcznie przędzionej pewnie mniej więcej tak, jak serek Danone do serka od prawdziwego górala. Naoglądałam się różnych wybitnych dziewiarek i ich przepięknych ręcznie zrobionych wyrobów z ręcznie wyhodowanych owiec. Naoglądałam się luksusowych motków farbowanych i naturalnych. I też zapragnęłam jakiegoś luksusu. Nie żeby nakupić, ale może zrobić coś widowiskowego. Coś, czego jeszcze nie robiłam. I wtedy całkiem przypadkiem wpadła mi w oko chusta w sowie pióra. Kojarzyłam jeszcze z czasów pandemiczno-zamkniętych, ze Intensywnie Kreatywna zrobiła filmik. Niejeden. No i miałam w swoich pudełkach wełnianego Fabel delight kupionego w 2015 (tak!!) roku. I jakieś alpaki (dobrze, żeby nie przedłużać, od razu się przyznam, że alpaki dokupiłam)

Dwukolorowa brioszka we wzorek. Robiłam raz komin dwukolorowy zwykłym brioszkowym ściągaczem. Nigdy nie nosiłam, bo ma jakieś błędy - otóż o ile z dziewiarskimi błędami można nieraz żyć, to błędy w brioszce nie wybaczają i wyglądają okropnie. No ale w końcu - robię na drutach kilkanaście lat, jestem obłożona wydrukowanymi schematami i opisami, znam swoje słabe strony, więc co złego mi się może przytrafić? Nic. Pełna zapału puściłam pierwszy filmik razemrobiony, złapalam za druty i ... zgubiłam się już w piątym rzędzie (w piątym rzędzie tej chusty ma się na drutach tylko jedenaście oczek).

Co drugie oczko musiałam sprawdzać, czy robię alpaką lewe czy wełną z narzutem czy odwrotnie. Co sekunda musiałam sprawdzać który rząd robię, a który już zrobiłam. Najpierw kładłam sobie linijkę na schemacie, potem dodatkowo zaznaczałam zrobiony rząd markerem. Oczywiście odpadało oglądanie seriali, odpadało słuchanie podcastów. Odpadało nawet słuchanie muzyki. Po trzech dniach prucia miałam skraweczek chusty o bokach około ośmiu centymetrów i wydawało mi się, że zaczynam odróżniać oczko zwykłe od oczka z narzutem i lewe od prawego. Wtedy pomyliłam się w listkach. Sprułam. Zaczęłam od nowa i wyobraziłam sobie, że jestem na brioszkowych warsztatach i nie chodzi o robienie brioszki na czas ale o naukę. Tak mówiłam w pracy, ale i tak wszyscy mi współczuli. Po czterech dniach wydawało mi się, że odróżniam rzędy i zaczynam rozumieć kiedy jest lewo a kiedy prawo. Miałam już piętnaście centymetrów i nitkę ratunkową w połowie. I wtedy pomyliłam się w gałązkach. Jestem na warsztatach, jestem na warsztatach, jestem na warsztatach, sprułam, zmieniłam koncepcję kolorystyczną, zaczęłam jeszcze raz. Po tygodniu miałam znowu trójkącik osiem na osiem ale jakby zgrabniejszy i żwawszy nieco. Włączyłam sobie muzykę, potem audiobooka (bo do seriali to jednak brioszka się nie nadaje).

Po dwóch tygodniach mam duuuużo chusty. I co mogę powiedzieć - nie używam już markera, linijki - nawet na schemat nie patrzę, bo widzę gdzie wyrasta listek a gdzie gałązka. I myślę sobie, że nigdy nie jest tak beznadziejnie jakby się wydawało. Przynajmniej w brioszcze.


O ile natomiast z chustą mi idzie w miarę raźno teraz, to nie mogę tego powiedzieć o "This Golden Fleece" (W moim tłumaczeniu "To Złote Runo"), czyli podróż przez historię robienia na drutach w Brytanii. Wywiadu z autorką wysłuchałam w jednym z podcastów Fruitty Knitting i od razu kupiłam książkę. Opowiada jej podróż po wełnianym kraju tuż po tym jak wyrwała się z nudnego biura. Napisana jest (jak się nie znam na angielskim) pięknym językiem, co sprawia że brnę jak żółw, bo dużo muszę sprawdzać w słowniku. Na razie mnie to nie zniechęca - nadrobię liczbowo w audiobookach, skoro już mogę słuchać przy brioszce. A opowieść niech się snuje przez farmy, małe owieczki, duże owce i kłaczki runa powiewających w wietrze na kolczastych płotkach.

Zakładam ją zakopiańską zakładką z wyhaftowanymi polskimi owieczkami.



Są też zdjęcia, co prawda małe niektóre, szkoda:



Zawsze tu kończyłam życzeniami miłego dnia, trudno teraz myśleć, że mógłby być miły, ale głęboko wierzę, że jest jednym z tych, które nas wydostaną z tej ciemnej doliny. Nie dajmy się. 

niedziela, 12 września 2021

Akrobacje z kocami

 


"Pod koniec lat sześćdziesiątych popularność zaczynają zyskiwać zestawy składające się z kanapy, dwóch foteli i dwóch pufów, którym towarzyszy ława typu "jamnik", czasem także rozkładana do wymiarów dużego, wysokiego stołu jadalnianego."

Asteroid i półkotapczan, Katarzyna Jasiołek

Nie ma to jak trwałość i stabilizacja, pomyślałam sobie, bo sześćdziesiąt lat później w moim salonie nadal króluje ława, fotele i meblościanka. Tylko puf jest jeden, bo drugi poszedł na śmietnik (nie sam oczywiście, wyniosłam go we własnych objęciach) w ramach minimalizmu meblowego. Książkę kupiłam zachęcona przez biblionetkową koleżankę - nie mogłam się oprzeć tajemniczemu tytułowi  (półkotapczan znałam z autopsji, ale asteroid wyjaśnił się dopiero pod koniec i okazał się być wielofunkcyjnym szklanym zestawem), tym kolorom, smukłym nóżkom (które znowu są modne) no i oczywiście temu krzesłu, na którym w młodości wyprawiałam akrobacje porządkowe.

"Asteroid..." powstał przypadkiem, kiedy pani Jasiołek kupiła cukiernicę z polskiej porcelany i okazało się, że trudno znaleźć jakiekolwiek informacje o projektantach. Zaczęła zgłębiać temat i zgromadziła wiedzę w sam raz na książkę. Akcja zaczyna się tuż po wojnie od Wandy Telakowskiej, która była przekonana, że: "Ludzi trzeba uczyć umiejętności wybierania, zestawiania i harmonizowania przedmiotów masowo produkowanych. Sztuka zestawiania to przejaw osobistej twórczości, dający poczucie uczestnictwa w wytwarzaniu kultury. To udział w walce o piękno."

Jak bardzo to się nie udało, można by pomyśleć, kiedy się przypomni  te wszystkie bure meble, identyczne meblościanki i nieokreślonego koloru obicia. Nie mogło się udać, jak nigdy nie udają się odgórne akcje nauczania ludności (bo nawet nauka ortografii, nie mówiąc o fleksji w tak wielu przypadkach okazuje się być żałośnie nieskuteczna). Nie udała się też w wyniku nierównej walki projektantów z producentami, w wyniku której ci pierwsi niejednokrotnie nie mogli poznać własnych projektów. To co było zaprojektowane ładnie i wyprodukowane ładnie, wyjeżdżało oczywiście za granicę. To smutne zresztą, ile zmarnowano pomysłów o światowym potencjale. 

Dla mnie jako osoby mało spostrzegawczej (tłumacza w literaturze dostrzegłam dopiero niedawno)  książka była niezwykle odkrywcza, bo z zachwytem i zdumieniem dowiedziałam się, że każda półka w regale i każdy wzór na wazonie został zaprojektowany. Ja cały czas myślę, że takie rzeczy dzieją się same. No, może z wyjątkiem słoneczników, bo te wiadomo, kto namalował. 

Czytanie sprawiło mi wiele przyjemności na wielu poziomach. Poznawczym - te wszystkie historie spania po zakładach porcelany i przewożeniu szklanych wyrobów tak, żeby nie pourywały się ich elementy ozdobne, wymyślanie mebli Kowalskich (przy czym, żeby było śmieszniej to projektanci nazywali się Kowalscy, a że meblościanka była dla Kowalskich to się okazało dopiero później). Estetycznym - dużo pięknych zdjęć. I oczywiście na poziomie sentymentalnym - wiele przedmiotów zabrało mnie do przeszłości (nie na długo na szczęście, bo jak wiadomo, nie można w przeszłości siedzieć za długo, skoro ma się teraźniejszość i przyszłość).



Powyższe żyłki były jednak mało funkcjonalne i po pewnym czasie zwisały smętnie tu i ówdzie.

Jak tylko wróciłam z przeszłości (a może nawet zanim, czas jest nad wyraz podchwytliwy) wydziergałam chustę z merino wzór darmowy Reyna





i sweter z jedwabiu Lakeside




Tyle razy obiecywałam sobie, że nie przerwę robótki w kluczowym czy problematycznym momencie i nic z tych obietnic nie wyszło. Do swetra (ciepły i nie gryzie, jedwab nieco rustykalny) wróciłam po dwóch latach - przerwałam go tuż przed nabieraniem oczek na rękawy. I nawet nie zapisałam jakimi drutami robiłam korpus. Jakoś się udało wstrzelić z rozmiarem. Tuż po bolesnej nauczce i na fali jeszcze solenniejszych postanowień, wróciłam do koca z kwiatków, który porzuciłam, bo nie chciałam go zabierać na urlop. Oczywiście porzuciłam go tuż przed łączeniem, które wymaga kilkukrotnego przeczytania wzoru, kilkugodzinnego oglądania obrazka ze schematem i obejrzenia filmiku poglądowego nie wiem ile razy. Co to za pech, że zawsze w najgorszym momencie robótki wypada urlop, zmierzch albo, na przykład, taki poniedziałek? 
Mój koc zdominował pokój hobby i wygląda teraz tak:


Każdy kolor dostał numerek i tym sposobem każdy kwiatek siedzi na swoim miejscu w schemacie.



W ramach nie odkładania rzeczy na później obmyślam sposób połączenia babcinych serwetek w firankę (może jak już rozgryzę łączenie kwiatków, firanka pójdzie mi jak z płatka)


i szukam zastosowań dla odzyskanych z dna szafy haftów:


Mam nadzieję na przypływ licznych wen, czego i Wam życzę. Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Asteroid zakładałam jedynie słuszną zakładką z ptasiego mleczka:


PSPS. I kto pamięta, że na kurtkę mówiło się skafander? Tak mi się kosmicznie skojarzyło. :)