Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szydełko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szydełko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

Noc z mandalami

 


"... trzeba się ćwiczyć w dzielności."

Państwo, Platon

Dawno mnie tu nie było, ale chyba wracam.

W marcu zmarł mój mąż, a ja spałam w pokoju obok. Czy mogłam coś zrobić, gdybym nie spała? Lekarze i przyjaciele twierdzą, że nie mogłam. Sprzedałam więc jego samochód i laptop, została gitara, pudełko nut, przewodnik po Zakopanym, atlas grzybów. I czapka ciemnoróżowa z pomponem, którą zrobiłam dla siebie, a w której wychodził na balkon, kiedy było poniżej minus pięć stopni. -Zrobię ci granatową może, chcesz? Ale nie chciał.

Odwołałam więc wszystkie nasze zaplanowane wakacje, książki zakładam przytulnym wieczornym czytaniem, żeby oswoić noc. 

Na drutach nic nie mam, kawałek zaczętej skarpetki, ale nie mogę przebrnąć przez piętę, mimo, że mam stosowne zapiski z przeszłości. Na szydełku za to mam kolejne kocykowe kwiatki na życzenie wnuczki i w planie kocykowe kwadraty babuni na życzenie wnuczka. Kolory i wzory przez wnuczki zatwierdzone, ale kocyki szydełkują się wolno. 

Dalej prowadzę zeszyty lektur, w notesy wciągnęłam też wnuczkę, nie musiałam jej długo namawiać, też lubi zeszyty i napisy.


Wnuczka nie uznaje na razie spacji i pisze więc zupełnie jak Herodot, nawet tytuł i tematyka zbliżona. 

Na niedawnym spotkaniu łódzkim biblionetkowym usłyszałam komentarz koleżanki "kiedy Czajka jeszcze czytała książki starożytne". Wróciłam do domu i po chwili długiej pomyślałam, ale zaraz, przecież ja dalej czytam starożytne, bo dalej je lubię. Czy nie? Postanowiłam to sprawdzić, a wiadomo, że takie rzeczy najlepiej się sprawdza kwiatkami i legendą. - Ty powinnaś pracować w Urzędzie Statystycznym - powiedziała druga koleżanka i coś w tym jest.

Opracowałam legendę, przyznam, że trochę inspirowałam się kocykami temperaturowymi a trochę kolorami poziomów morza na mapach, w której każdy kolor przypisany jest do określonego przedziału czasowego. Wybrałam kolorowankę z mandalą kwietną i tak powstała mandala lat, w których książka została napisana. I zaraz potem zrobiłam drugą z językami, bo byłam ciekawa, jakie języki przewijają się w moich lekturach i w jakich ilościach. Oczywiście, w oryginałach nie czytam, może tylko poza Kubusiem Puchatkiem, ale wiadomo, dla Kubusia warto się poświęcić.   



Z pomiarów nad moim czytaniem wynika, że od trzech lat czytam głównie książki współczesne i faktycznie cała starożytność stoi na półkach i się kurzy, postanowiłam to zmienić.
Wyciągnęłam "Państwo" Platona i czytam powoli. Właściwie nic nie powinnam pisać o Platonie, bo o nim to już dużo napisano i w dodatku na ogół mądrze. 
Tak sobie jednak dziś pomyślałam, że może faktycznie był genialny i że faktycznie cała filozofia na nim stoi, ale na ludziach to on się nie znał. Pół Państwa (bo jestem w połowie) jest o tym jak z człowieka miotanego pokusami i żądzami  zrobić przepisem prawnym i lekturą prawomyślną człowieka idealnego. No, panie Platonie, tak się chyba nie da, chociaż jak się rozejrzeć dokoła, to ten pogląd pokutuje do dziś dnia.

I tak mija zimny maj. Mąż zawsze stawał w drzwiach, kiedy pisałam.
- Co piszesz?
- No bloga przecież!
Piszę bloga, ale tak naprawdę, to ćwiczę się w dzielności.

Dziękuję za komentarze. Dobrego dnia!

niedziela, 19 września 2021

Koce dla upartych

 


"Dla uzyskania idealnego kształtu powinno się upinać na formie wykonanej z białego papieru. Formę kładzie się na desce do prasowania i na obwodzie tej formy rozpina serwetkę chwytając końcowe pętelki splotu. Po odpowiednim upięciu - pozostawić do wyschnięcia. Nie prasować. (Za granicą do rozpinania serwet używa się odpowiednich płaskich podstawek, na których są już narysowane koła i kwadraty wielkości poszczególnych serwetek)."

W wolnym czasie dla rodziny, Helena Dutkiewicz

Mam co prawda plastikową matę z kołami i kwadratami narysowanymi za granicą oraz zagraniczne (najpewniej chińskie) puzzle do blokowania dzianin, ale wycięcie papierowego koła do uformowania babcinych serwetek to dobry patent, nie wpadłam na to, z pewnością wykorzystam.

Książka wydana w 1986 roku z ceną 235 złotych - jest jakby z zupełnie innego świata. Świata, w którym Instagram ani Youtube nie został jeszcze wymyślony, zagranica była niedostępna a na drutach robiło się ażurowe lizeski, majteczki kąpielowe i domowe odkurzacze z włóczki - "Uwaga: sprzęt zmechanizowany nie rozwiązuje całkowicie problemu odkurzania mieszkania, do niektórych czynności, jak na przykład ścieranie kurzu z obrazów, ram okiennych, drzwi poliuterowanych wygodniej użyć odkurzacza z włóczki, lekko zwilżając go odpowiednim płynem czyszczącym." Wzory trzeba było pracowicie spisywać w zeszycie w kratkę.


Jednak oczka prawe, lewe, wkłuwane i ażurowe pozostały bez zmian. Przyznam, że w książce, którą znalazłam z mieszkaniu teściowej razem z wzorami, archaicznymi drutami i straszną peerelowską włóczką, zawartych jest cała masa bardzo ciekawych informacji - rzędy skrócone, pranie, prasowanie i naprawa znoszonych rzeczy. 

"Sweter niemodny lub spłowiały najlepiej odwrócić na lewą stronę. Zeszyć ponownie brzegi. Ozdobić nowymi mankietami i kołnierzem". Widać jasno, że światowy nad-konsumpcjonizm majaczył dopiero na dalekim horyzoncie.  

Tymczasem w trakcie osobistego minimalizowania udało mi się wszystkie moje dziewiarskie i okołoubraniowe książki zebrać razem i umieścić na półce z łatwym dostępem. 


Nie mam ich dużo i nie wiem czy z każdej będę coś robić, ale Selbu Mittens warto mieć ze względów estetycznych, no i na to zdjęcie po prawej (lewe oczywiście peerelowskie)


i na to:


Śliczne zdjęcia też są u moich ulubionych Arnego i Carlosa:


To zdjęcie zresztą zapoczątkowało moje marzenia o kolorowym kocu. Nawet niekoniecznie chciałam z nim iść w kaloszach przez trawę - mógłby sobie leżeć na fotelu. Myślałam o nim przez kilka lat, aż w końcu zaczęłam działać - w wyniku czego naprodukowałam 324 kwiatki składowe. No i stało się to, czego właściwie się spodziewałam. Przeczytałam opis łączenia dwa razy, obejrzałam diagram w komputerze, po kilku próbach i pruciach obszydełkowałam jeden kwiatek i utknęłam. Obejrzałam film instruktażowy (swoją drogą nakręcony po wydaniu wzoru, więc chyba nie tylko ja jedna miałam wątpliwości - Arne i Carlos dostawali sporo pytań) i nic. Zero oświecenia. Co zrobić, mój mózg działa powoli (chyba że jestem w stresie, ale z szydełkiem w fotelu zasypanym kolorowymi kwiatami w stresie na ogół się nie jest), za to tak łatwo się nie poddaje. Obejrzałam film jeszcze raz w normalnym tempie, potem w zwolnionym, wydrukowałam diagram i przeczytałam kilka razy opis. Niewiele lepiej. Zacisnęłam zęby, usiadłam z drugim kwiatkiem na przeciwko komputera puszczając film raz szybko a raz wolno i po kilku godzinach (sic!) udało mi się połączyć dwa kwiatki:


Nie powiem, pojawiała się gdzieś mglista wątpliwość dotycząca moich umiejętności szydełkowania, ale po pierwsze, szydełkować nauczyłam się niedawno i nie zdążyłam nabrać wprawy, po drugie, naprawdę w całym wzorze nie było opisanej wprost koncepcji łączenia a połączenie trzech kwiatków nie było wspomniane nigdzie. Nie speszyłam się za bardzo moim wolnym pojmowaniem i w dodatku po pięciu połączonych kwiatkach obmyśliłam system - produkuję kawałki z 11 kwiatków i te dopiero będę zszywać. Nie mam więc rozgrzebanych wszystkich kolorów (tylko jedenaście) i nie siedzę przez całe łączenie z wielką płachtą dzianiny. Jak już rozszyfrowałam system, łączenie idzie gładko




Po tygodniu łączenia mogę się zgodzić z autorami wzoru, że jest ono łatwe i uzależniające. Mało czytam więc w związku z tym. Piekę chleb i zbieram części w całość, czego i Wam życzę!


Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)   

środa, 26 maja 2021

Fanki i idole

 


- Co ci przywieźć ze Szwecji? - sama nie wiedziałam co - Może książkę?

Omatko, książkę po szwedzku, kiedy ja po szwedzku ani w ząb w mowie a co dopiero w piśmie. Książkę to nie, ale Iliadę? Iliadę to chciałam, miałam kilka już po polsku i były śliczne, więc po szwedzku na pewno tym bardziej.

I w ten sposób został zapoczątkowany mój wielojęzyczny zbiór Homerów. Stoi w otoczeniu różnych tłumaczeń polskich oraz różnych opracowań okołohomeryckich.




 Mam więc Homera ze Szwecji z piękną okładką, mam też z Włoch, przywieziony jako niespodzianka. Przyjaciółka obszukała w księgarni całą półkę na literę H i wtedy okazało się, że we Włoszech Homer nazywa się zupełnie nie na Ha, bo Omero. Mam Homera przywiezionego jako niespodziankę, ale już z Finlandii, mam z Niemiec (i tu jest piękna Saga oraz Geszeft - Geszeftem to pewnie Odyseusz się zajmował) i mam Homera przywiezionego prosto z Pragi. Mam też przywiezionego przez sąsiada z wakacji na Krecie. Sąsiad obszedł w upale pół wyspy, bo chociaż różnych rzeczy tam była obfitość, to Homera akurat nie. Smutne to byłoby, bo przecież wieszcz pisał ciepło o Krecie, że  żyzna i pełna uroków.

Na szczęście w końcu sąsiad kupił, przywiózł, usiadłam z nią w fotelu, obejrzałam okładkę, zajrzałam do środka (no, łatwo to oni nie mają z czytaniem)


obejrzałam rachunek i wydukałam z trudem "Biblia". Jak to, sąsiad kupił dla siebie Biblię i pomylił rachunki? Ale Biblię po grecku? Nie mogłam się nadziwić i dopiero po chwili mnie olśniło, że przecież biblia to po grecku książka po prostu. Niby się o tym wie, tak samo jak i o tym, że alfa to nie tylko kąt w prostokącie, ale kiedy tak się z tym zderzy na żywo, to dziwi jednak.

Patrzę na swoją Homerową półkę, nie szkoda mi na te książki miejsca, chociaż wiem, że nie nauczę się ani szwedzkiego, ani nawet greki (chociaż mam podręcznik i nie sprzedałam go - ma śliczne obrazki)




Myślę jednak, że nigdy nie można się zarzekać - nie wiadomo w jakie językowe przygody zostaniemy rzuceni przez życie albo Youtuba.
Kilka lat temu moja przyjaciółka zafascynowała się pewnym śpiewakiem operowym. Nawet jej trochę zazdrościłam, bo poza Winnetou w podstawówce nigdy nie miałam idola, a w dzisiejszych czasach przyjemnie go mieć - można go słuchać bez ograniczeń, można sobie zamówić kubek z jego zdjęciem albo kalendarz czy nawet poduszkę. Aż tu niedawno Youtube zaproponował mi filmik (wiadomo, jeżeli nie ma się wolnych kilku godzin, lepiej w takie filmiki nie wchodzić) o kuszącym tytule "Najlepszy głos męski na świecie". Nawet święty spieszący się na samolot by się nie oparł, więc i ja się nie oparłam - kliknęłam. Miesiąc później mogę powiedzieć, że mam idola (co prawda jeszcze nie mam kubeczka z jego zdjęciem, ale to kwestia czasu) i słucham go non stop, co mi się nigdy nie przytrafiło (no chyba że przy Bachu). 

W każdym razie mój idol nazywa się Dimash Qudaibergen i śpiewa anielsko, rockowo, operowo, popowo i folkowo. Jazzowo jeszcze. Jeśli ktoś lubi operowo, to najlepszy do tego jest Ogni Pietra, jeśli romantycznie to Любовь, похожая на сон, jeśli folkowo to Daididau. Najlepiej jednak sprawdzić osobiście, bo u Dimasha rock pomieszany z operą, folk z romantyzmem - ja różnych rzeczy się spodziewałam, ale że na starość będę słuchać kazachskich piosenek ludowych, to nigdy. No właśnie i tu się zaczyna moja przygoda językowa, bo Dimash jest z Kazachstanu i śpiewa w 17 językach w tym po kazachsku, mandaryńsku, rosyjsku, ukraińsku, włosku, francusku, angielsku - reszty nie umiem sobie wyobrazić. Jako jego nowa fanka nie tylko słucham piosenek w jego wykonaniu, ale obejrzałam wywiady (najtrudniej jest jak wywiad jest po kazachsku a napisy po chińsku) oraz słucham też reakcji na jego śpiew różnych trenerów głosów - to tak jak Mały Książe przesuwał sobie krzesełko i oglądał 157 razy zachód słońca - tak ja obejrzałam 157000 razy pierwszego słuchania Dimasha przez różnych ludzi . Na szczęście większość reakcji jest po angielsku, ale zdarzyło mi się obejrzeć kilka koreańskich i dwie japońskie. 

Zobaczymy co dalej, na razie wiem jak jest po kazachsku "Mój kraj", a po chińsku "Dziękuję".
Poza zadimashowaniem się zrobiłam jeszcze wełniane skarpetki i mam nadzieję, że już niedługo przyjdzie wiosna i nie będą potrzebne, czego i Wam życzę.





Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

czwartek, 20 maja 2021

Pułapki w resztkach i wirusach


 "Kilka tygodni przed wylotem jadę do ambasady po wizę. By uniknąć niechybnej kompromitacji, postanawiam nie próbować mówić po wietnamsku. Gdy urzędnik ambasady czyta moją aplikację wizową, usiłuję rozszyfrować hasła informacyjne za jego plecami, z mizernym skutkiem. Urzędnik podnosi wzrok i rzuca: ”Nauka języka? W trzy tygodnie?”.

Parę dni później książka o Hanoi, napisana przez dwoje europejskich ekspatów, pociesza mnie: „Pogódź się z tym, że twoje próby mówienia po wietnamsku początkowo nie zostaną docenione. Możesz założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że za swoje wysiłki zostaniesz nagrodzony słowami: Sorry, no English!”

Babel, Gaston Dorren

Statystyki mówią, że aby móc rozmawiać z połową ludzkości, wystarczy nauczyć się dwudziestu języków. Gaston Dorren zna w różnym stopniu siedem z nich, postanowił nauczyć się jeszcze jednego – wybór padł na wietnamski. Na pozostałe dwanaście nie starczyło mu ani pieniędzy ani czasu ani cierpliwości wydawcy. Trochę szkoda, bo nie ma jednak jak doświadczenia osobiste – te językowe przeważnie są śmieszne, chociaż czasem jest to płacz przez łzy.

Nic dziwnego, że w trakcie czytania przypominały mi się liczne przygody. Jedna z bardziej stresujących przydarzyła mi się, kiedy mój dawny szef postanowił, że razem z nim odbiorę dwóch Japończyków z lotniska. Miałam stanowić ozdobę jako żeński element (to było dawno temu) oraz językowe wsparcie. Angielskie oczywiście. Żeński element ozdobny zawiódł już w momencie prezentacji, jako że Japończycy okazali się tradycyjni i kobieta w delegacji stanowiła raczej umniejszenie statusu – szefowi udało im się mnie przedstawić dopiero po trzeciej próbie. Pozostał więc angielski, niestety, już przy wyjeździe z lotniska nie zrozumiałam, co powiedział Japończyk siedzący  obok mnie w samochodzie. Na moją prośbę powtórzył trzy razy, po czym lekko się zniechęcił, ale nie poddał się i po chwili znowu mnie zagadnął. A ja znowu – nie zrozumiałam. Zapadła niezręczna cisza, wyjechaliśmy z Warszawy i Japończyk podjął jeszcze jedną próbę komunikacji. Przyznam, że straciłam nadzieję ale w momencie, kiedy on się odezwał mój wzrok padł na ogromny bilbord przydrożny i doznałam nagłego olśnienia – Fabryka??? – zapytałam. - Yes!!- bardzo ożywił się Japończyk. - Fabryka Papieru Kwidzyń? Radość nasza była ogromna – okazało się, że mój angielski nie jest tak beznadziejny, a jego czytanie polskich napisów z reklam zostało wreszcie przeze mnie docenione.

Niezależnie jednak od liczby osobistych doświadczeń autora – książka jest napisana pasjonująco. Oczywiście są języki bardziej ciekawe i nieco mniej, niektóre opisane od strony etymologicznej, niektóre od strony politycznej, historycznej, psychologicznej, co zresztą nie dziwi, bo język właśnie taki jest – cali jesteśmy w nim zanurzeni. Co mi zresztą przypomniało niedawną historię opisywaną w mediach o hiszpańskim urzędniku budowlanym, który przez 16 lat nie chodził do pracy i cały czas pobierał pensję. Wszystko mi się wyjaśniło, kiedy przeczytałam, że po hiszpańsku mówi się, że "coś się zbudowało" – nic dziwnego, można się zasugerować.

Języki ułożone są w kolejności od najmniejszej liczby użytkowników do największej – co oczywiście wzmaga suspens i każdy z języków  ma swoją metryczkę – jaka rodzina, jakie pismo, jaka gramatyka, jakie zapożyczenia. Oczywiście na końcu jest angielski ze swoim 1,5 miliardem użytkowników. Ciekawe też są rozważania co dalej – każdy kto pamięta (no, może nie osobiście) panowanie łaciny czy francuskiego zdaje sobie sprawę, że to może się zmienić. Czy będziemy wszyscy mówić po angielsku? Czy będziemy chodzić z elektronicznymi tłumaczami (które naprawdę są coraz lepsze)?

Zapomniałam tylko dlaczego na okładce jest dwadzieścia kotów. "Babel" czytałam jeszcze zimą i zaraz po niej przysypało mnie różnymi obowiązkami, a kiedy przyszła już wiosna, dopadła mnie zaraza. Nie polecam – dwa tygodnie leżałam w łóżku, trochę oglądałam mało wymagające seriale i spałam szesnaście godzin na dobę. Powoli wracam do życia i do drutów. Przed covidem natomiast szydełkowałam kwiatki. 


Zachwyciłam się kwiatkowymi kocami Arne i Carlosa tak bardzo, ze postanowiłam go zrobić. I gdyby był gdzieś na świecie podręcznik, jak NIE robić koca z kwiatków (czy czegokolwiek innego na drutach albo szydełkiem), to moje poczynania byłyby jak z tego podręcznika właśnie. Ku przestrodze więc zapisuję, jak nie należy robić:

W pierwszym kroku nakupiłam kolorowej włóczki merino

W drugim kroku (po kilku miesiącach od bolesnego wydatku) dokupiłam kolejne kolory

W trzecim kroku kupiłam wzór

I zaczęłam natychmiast robić kwiatki. Wyprodukowałam jedną czwartą i wtedy dopiero przeczytałam wzór w całości i ze zrozumieniem. Co zdecydowanie powinnam zrobić w kroku pierwszym. Bowiem okazało się, że mam nie takie kolory jak trzeba i nie w takiej ilości. Żeby nie wdawać się w żenujące szczegóły, powiem tylko, że włóczkę kupowałam w sumie chyba sześć razy i tak jak na początku miałam może dwa motki merino po dziecięcym kocyku, to teraz mam ich całą górę. Koc z kwiatków jest idealną robótką na wykorzystanie resztek, jednak w moim przypadku stopień wykorzystania włóczki uważam za mało satysfakcjonujący. Ale nic to, mam już plan i wzór na sweter w kolorowe cegiełki.

Stan włóczki po:


Za to sam kocyk zapowiada się  obiecująco:








Pozostaje go tylko połączyć. Mam na to włóczkę granatową, czy w wystarczającej ilości - na razie nie myślę, bo myślenie mam trochę wolne jeszcze.

Dziękuję bardzo za wizyty i za przemiłe komentarze, dobrego dnia! :) 


PS. Stęskniłam się już :)

PS. Babel zakładałam jeszcze zimową zakładką, ale w sumie dziś rano temperatura za oknem bliżej zera niż wiosny:

niedziela, 31 marca 2019

Haczyk w czasie

"Uprzywilejowani, którzy dostąpili zaszczytu uczestniczenia w rodzinnej uroczystości Forsyte'ów, mieli okazję oglądać czarujący i pouczający widok rodziny należącej do zamożnego mieszczaństwa, w pełni upierzenia."
Saga rodu Forsyte'ów, John Galsworthy


Mój komplet sagi został wydrukowany na miesiąc przed moim urodzeniem i trafił do księgarń w liczbie niewiele ponad siedem tysięcy, nie był więc chyba bestselerem. Nie wiem kto go kupił, może mój tata, a może moja babcia, ale dzięki temu mogę być nieustająco uprzywilejowana od czasu, kiedy wyrosłam z Kubusiów Puchatków (chociaż na całe szczęście, tak naprawdę z Kubusiów nigdy nie wyrosłam).
Mogę więc patrzeć na te pyszne ciotki i stryjów, w co się ubierają, co jedzą, co piją, o czym rozmawiają; mogę chłodzić się czerwcowymi londyńskimi wietrzykami albo omdlewać w podlondyńskich upałach, mogę ubolewać nad podłością Soamesa, podziwiać starego Jolyona i emocjonować tragicznym romansem.
Mogłabym bywać u nich częściej, gdyby tylko było możliwe przywrócić te dawno minione wakacje i ferie, które trwały niczym lata - każdy dzień przynosił całe oceany godzin od rana do samego wieczora.

W dzisiejszych czasach dnie jakby krótsze, wpadam więc do Forsyte'ów na krótko i zachwycam się, a kiedy nie wpadam, to szydełkuję i rozmyślam o cioci Lodzi, która z szydełkiem nieodmiennie mi się kojarzy. Zawsze przychodziła do nas z szydełkiem, zupełnie nie pamiętam, co dziergała, ale było to na pewno bardzo malownicze (jaka ogromna szkoda, że Instagram wymyślono tak późno).  Podziwiałam, jak z jej nieznacznych ruchów małym haczykiem powstaje i pieni się materia w łańcuszkach i kolorach. Podziwiałam też i zazdrościłam jej pracy w kiosku Ruchu, który był dla mnie kioskiem obwitości bogatym w kolorowe pisemka, ołówki, długopisy, małe plastikowe laleczki i stosy niebieskich i brązowych zeszytów. W kiosku też szydełkowała, próbowała mnie nauczyć, ale byłam gruntem zupełnie niepodatnym, więc po kilku próbach zaprzestała.

I dopiero teraz, po tylu latach z pomocą internetu w ogóle, a filmikom na Youtube w szczególności miałam okazję zabrać się do nauki i jednak zdobyłam jakieś arkana.



Ombre oczywiście - od limonki do ciemnego granatau, Bubulina dumna, jakby wlasnoręcznie wydziergała. Wracam teraz do drutów, do mojej jedwabnej bluzeczki zaczętej w lipcu ubiegłego roku. Brakuje jej już tylko rękawów, więc mam nadzieję, że się doczekamy i ona ich i ja jej.

Sagę zakładałam nie wiem czemu słomianą laleczką w kolorowej krajce prosto ze Słowenii.

Chusta Virus niczym jagody w zielonych liściach. Za oknem jagód co prawda jeszcze nie ma, ale zielonych liści coraz więcej, więc chyba to wiosna przyszła z nadziejami. 
Czego i Wam życzę, dziękując za odwiedziny i przemiłe komentarze - dobrego dnia! :)

niedziela, 24 marca 2019

Muzyczny wirus z czajnikiem w tle

"Darwin z niekłamanym zdziwieniem pisał w O pochodzeniu człowieka: Skoro zaś ani zamiłowanie, ani zdolność do wytwarzania tonów muzycznych nie są właściwościami oddającymi najmniejszą nawet przysługę człowiekowi w jego codziennym trybie życia, musi się je zaliczyć do zdolności najbardziej tajemniczych, w które człowiek jest wyposażony."
Muzykofilia Opowieści o muzyce i mózgu, Oliver Sacks


Muzyka jest zjawiskiem fascynującym (pomimo swojej bezużytności), mózg również, więc połączenie tych dwóch tematów jest niezmiernie przyjemne. Autorem jest neurolog, więc wie o czym pisze. Zaczyna się interesująco - o nagłym uwielbieniu muzyki, muzycznych napadach, muzyce natrętnej, muzycznych halucynacjach.
Przykłady są oczywiście z życia wzięte, a objaśnienia neurologiczne zrozumiałe (na razie) dla prostego nieneurologa (czyli dla mnie).

Do czytania włączam sobie muzykę skrzypcową, no bo jak już dostać halucynacji, to najlepiej jakichś przepięknych. Słucham, w mózgu moje różne synapsy i neurony się delektują, a w wolnym międzyczasie chodzę sobie na spotkania książkowe w mieście Łodzi.
Spotkania w pierwszych dniach wiosny polegają głównie na bezie Pawlowej i spacerach, co szczegółowo udokumentowałam przezfotograficznie (spacer tylko, bo bezę zjadłam zbyt szybko, taka była dobra)

Cienie na drodze, w tym jeden z kucykiem a trzy bez:


Świeża wiosenna zieleń i świeża wiosenna woda:


Malowniczy bruk (jakoś mnie urzekł ogromnie, nie wiem czemu, może ma jakieś harmonie w sobie):


Czajka w szpilce (nie, nie, obok szpilki, bo w szpilce nie wolno było):


Zakaz z cebulą:

Niewinne rozrywki kulinarne (ale nikt nie zginął ani nie ucierpiał):


Czajka w czajniku (a właściwie obok, chociaż do czajnika niby zakazu nie było):


 W centrum wiosna, tymczasem w naszych górach, jak mi relacjonuje moj ulubiony podróżnik, wszystko naraz.




Rękodzielniczo szydełkuję chustę virus. Potwierdzam na własnej osobie sprawdzoną teorię, że virus uzależnia. W dodatku jest świetnym wzorem dla początkujących - powtarzalny i zawsze wiadomo, gdzie się jest, co w przypadku szydełkowania nie jest wcale takie oczywiste.
To moja druga praca na szydełku, więc nie mogę się nadziwić, że umiem takie różne wachlarzyki i w dodatku równo.


Muzykofilię zakładam muzyczną oczywiście zakładką:


Pozostając już w bardzo wiosennym nastroju, dziękuję za Wasze odwiedziny i komentarze. Dobrego dnia! :))

niedziela, 17 marca 2019

Oko w nałogu

"Uświadom sobie, że zostajesz wysłany do prowincji Achai, do tej prawdziwej, właściwej Grecji, w której - jak to się ogólnie przyjmuje - miała swoje początki kultura, literatura, nawet płody ziemi; uświadom sobie, że zostajesz wysłany w tym celu, ażeby zaprowadzić ład wśród państw wolnych, to znaczy do ludzi, którzy są prawdziwymi ludźmi, do ludzi, którzy są jak najbardziej wolni, którzy zachowali prawa natury dzięki swoim zaletom, zasługom, życzliwości, dzięki temu, iż przestrzegają przymierzy i wreszcie - dzięki pobożności!"

"Kiepski to sposób rządzenia, kiedy władza doświadcza swojej mocy znieważając drugich, źle, jeżeli stara się pozyskać sobie drugich szerząc postrach; jeżeli chcesz coś osiągnąć, to o wiele większe znaczenie ma okazywana życzliwość, aniżeli szerzony postrach. Lęk bowiem przemija z chwilą, kiedy odchodzisz, miłość - pozostaje, i tak jak lęk przeradza się w nienawiść do ciebie, tak życzliwość w szacunek."
Pliniusz Młodszy, Listy

Takich rad udzielał Pliniusz młodemu zarządcy, no taki zaborca, to nawet przyjemny jest. Sam Pliniusz, zarządzając Bitynią, budował ludziom nowoczesne termy do kąpania, zasypywał śmierdzące rzeczki, przekopywał szlaki spławne, doprowadzał wodę źródlaną nowymi akweduktami, dbał o gimnazja i publiczne pieniądze. Walczył też z zabobonami.

"...wielu bowiem ludzi w różnym wieku, różnego stanu, obojga płci jest i nadal będzie narażonych na to niebezpieczeństwo. I nie tylko miasta, ale wsie, i wioski opanował ten zabobon jak zaraza.
Zdaje mi się, że można ją zahamować i z niej wyleczyć."

Zabobonem tym oczywiście było młode chrześcijaństwo, którego Rzymianie obawali się jako nowego stowarzyszenia, tak samo jak się bali stowarzyszenia strażaków. No cóż, nikt, nawet zaborca, nie jest jednak doskonały.

Ja tymczasem zajmuję się zupełnie nie zarządzaniem, ale czystymi przyjemnościami. W pobliskim mieście Łodzi otworzyło się bowiem miejsce pokus i uzależnień. Co miałam zrobić? Poleciałam w sobotę w samo oko nałogu.



Były zdjęcia, ciasteczka i mandarynki, a potem piłam pyszną kawę u przyjaciółki i podziwiałam nowe nabytki (no święty przecież nawet by uległ i zakupił na takie widoki). Nabytków było niewiele, zabrałam się do domu zwykłą taksówką, nie tirem, więc nawet nie mam za dużych wyrzutów sumienia.

W domowych pieleszach koszyczkowa serwetka rozwijała się systematycznie i dosyć szybko, nauczyłam się słupków potrójnych, pikotków i oczek ścisłych i bardzo jestem ze swojej nowej wiedzy zadowolona i dumna.





Pozostaje mi tylko starożytnymi sposobami nagotować krochmalu i ją zablokować. No i zabrać się za kolejną szydełkową robótkę, czyli chustę wirus.


W oryginale żółty nie jest żółty, ale limonkowy. I w takich limonkowych nadziejach i planach pozostaję z sympatią i szacunkiem. Dziękuję za wasze odwiedziny i przemiłe komentarze - dobrego dnia! :)