Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bambus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bambus. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 października 2017

Droga niespieszna

"Krótki pobyt nad jeziorem uświadomił mu także, że piękno, którego się spodziewał i szukał we Włoszech, nie znosi pośpiechu, omija umysły zmęczone. Dzieła sztuki wymagają skupienia, zachwytu nie można zaplanować, wpisać do kalendarza pod uprzednio wybraną datą. Rozczarowanie i znużenie spada najczęściej na niecierpliwych wędrowców."
Droga do Sieny, Marek Zagańczyk



Po lekkim rozczarowaniu Dario Castagno i jego Amerykanami, nabrałam chęci na prawdziwe Włochy. Na takie Włochy, jakie sobie wyobrażam - z najpiękniejszym ponoć światłem w Europie, z freskami, z kulturą, z winem. I z jeziorem, nad którym można sobie posiedzieć i wpaść w zachwyt ogólny. Szczęśliwie ostatnio kupiłam nieco kompulsywnie dwie książeczki Marka Zagańczyka z włoskimi szkicami (szkice są literackie oczywiście). No i właśnie "Droga do Sieny" okazała się być w sam raz na moje potrzeby i oczekiwania (jednak nie można się potępiać za lekko niekontrolowane zakupy, o ile tylko mieścimy się w miesięcznych zarobkach i o ile pod koniec miesiąca dalej stać nas na dżem do chleba, bo takie zakupy tyle nam potrafią przynieść niespodziewanej radości).

"Podziwiam tych, którzy wędrują daleko i jadą na długo, tak jakby świat wycofał swoje żądania i dał im bilet nieograniczony w czasie, bez konieczności potwierdzania miejsca pobytu. Zazdroszczę im życia bez zobowiązań; możliwości podróży, gdzie oczy poniosą, bez celu, terminów i dokładnie wytyczonej marszruty."
Droga do Sieny, Marek Zagańczyk

Tak więc sobie wędrowałam przez Włochy, przez obrazy i przez lektury. Bo wszystkiego jest w tej książce dużo. Dużo też jest czasu, więc wędrowanie staje się bardzo niespieszne, co jest najlepszym sposobem wędrowania.

"Trudno zapomnieć opis mieszkania Pawła Hertza przy Nowym Świecie, z chomiczym korytarzem zastawionym książkami, „z rzędami kompendiów, słowników, wzdłuż ścian; starannie dobranymi meblami, konserwowanymi miłośnie, biurkiem i sekretarzykiem z wybranymi zdjęciami, nowoczesnymi aparatami do słuchania muzyki, miejscem do pracy i fotelem godnym Tomasza Manna albo Anatola France’a. Mieszkanie było dziełem długiej i cierpliwej, jak każda sztuka, pracy. Kryło w sobie tajemnicę przemiany"

„Lubił malować krajobrazy – pisze Vasari – wprost z natury, tak jak się one przedstawiały. Stąd widzi się w jego obrazach rzeki, mosty, kamienie, rośliny, owoce, drogi, pola, miasta, zamki, piaski i inne podobne szczegóły”.

"Obraz tej ziemi niezależnie od pogody zadziwia swym naturalnym pięknem. Wydaje się odwieczny i niezmienny, choć w większości pozostaje dziełem człowieka, sadzącego krzewy winorośli, rozpinającego wzdłuż drogi kręte nici cyprysów. Najwspanialsze widoki toskańskie powtarzają pejzaże znane z renesansowych fresków. Tworzą ruchomą galerię wypełnianą obrazami zapamiętanymi w podróży"

Niespieszne wędrowanie można również przenieść w dziedziny dziergania. Moja droga do Sieny przez koc dobiega końca, pozostaje jedynie obrzucić szydełkiem brzegi, dorobić może chwościki (mam ogromną ochotę mieć koc z chwościkami) i już będę przygotowana na jesienne szarugi z chłodami.


Równie starannie jak koc powinno się wybrać odpowiednią lekturę. A ponieważ mój syn niedawno wrócił z kraju, w którym wszystko jest na pierwszy rzut oka normalne i cywilizowane, a na drugi rzut nie za bardzo, bo przecież nie na każdym lotnisku spotyka nas taki widok:


 Nic dziwnego, że mnie również się udzielił trollowy nastrój i mam śniadanie z Migotką, pracę z Małą Mi, a kolację z mamą Muminka. Bardzo już dawno nie byłam w Dolinie, więc raczej nie mam wyboru - moja najbliższa lektura jest raczej oczywista. :)




 Dziękuję bardzo za odwiedziny, komentarze i życzę dobrego dnia i dobrego wędrowania! :) 

środa, 4 października 2017

Koc w krainie

Żonkile
Sam wędrowałem, jak obłoczek
Często sam płynie przez przestworza,
Gdy nagle widok mnie zaskoczył
Złotych żonkili tłumu, morza;
Od wód jeziora aż po drzewa
Tańczyły - wiatr im w takt powiewał.(...)
William Wordsworth

Tak jakiś czas temu pisał angielski poeta o Krainie Jezior, nic dziwnego, że wielu chciałoby doświadczyć samotnego wędrowania obłoczka. Obecnie każdego roku do tego najbardziej popularnego miejsca wypoczynkowego przyjeżdża szesnaście milionów turystów rocznie. Patrzą na żonkile, drzewa, zbocza gór, kamienne płotki, malownicze owce na zboczach, psy. I na pasterzy.
Owce beczą cicho, psy poszczekują, pasterz nic nie mówi, czasem może zaklnie szpetnie pod nosem, ale na ogół turysta tego nie słyszy, tak bardzo zajęty jest zwiedzaniem i podziwianiem widoków.
Tymczasem niespodziewanie jeden z pasterzy przemówił, napisał książkę, która równie niespodziewanie stała się bestsellerem.

Do bestsellerów podchodzę trochę nieufnie, ale tu przekonały mnie owce, jak również malownicze widoczki. I nie zawiodłam się. James Rebanks wdzięcznie opisał swoją rodzinę, sąsiadów, owce i swoje psy, a opis wplótł niezbyt może odkrywczo, ale prawdziwie w cztery pory roku. Opisał też swoją ziemię. i jak bardzo jest z nią związany.
Historia Rebanksa jest niezwykła nie dlatego, że urodził się na farmie w Krainie Jezior, ani nawet nie dlatego, że się z niej wyrwał. Jest niezwykła dlatego, ze na nią wrócił i zrozumiał dlaczego.
"Dziadek zawsze mierzył mnie spojrzeniem do stóp do głów, żeby się upewnić, czy dobrze się wyszykowałem."
Również jako autor, Rebanks wyszykował się dobrze. Mamy więc strzyże latem, chłody jesienią, wstawanie przed świtem, bo życie to nie pasterska sielanka. Mamy powietrze rześkie, albo dni ponure, zieloną trawę, siano w paśnikach, zaspy śnieżne i radość z jagniątek. Jajka na boczku, ciastka z rodzynkami i przepływające chmury.
"Wdycham rześkie górskie powietrze. Obserwuję samolot kreślący białą linię na niebieskiej tablicy nieba.
Maciorki nawołują jagnięta, które wspinają się za nimi po grani.
To jest właśnie moje życie. Żadnego innego nie pragnę."
Życie pasterza, James Rebanks


A w mojej osobistej krainie dziergania - kolejny koc. Sama się dziwię, ale jak się nagromadziło góry zapasów, to nie ma co się dziwić. Przetwarzam pękatą torbę czerwonej i miętowej bawełny Paris oraz kolorowego bambusa Alize. Nie miałam pomysłu ani na jedno, ani na drugie. To znaczy miałam pomysł na pewno, kiedy je kupowałam, ale wyblakł jakoś i zanikł. W przeciwieństwie do włóczek, bo te oczywiście nie zanikły, ale zostały i zalegały po szafach. Niespodziewanie zainspirowałam się kocykami Intensywnie Kreatywnej i zaczęłam tkać. A właściwie robić na drutach wzorem tkanym. Niespodziewanie dobrze wygląda, tylko koc, to jednak, jakby tu powiedzieć - duży jest. Do końca chyba miesiąc. Zaczynał się jednak od wąskiego paseczka i systematycznie rośnie.


 Zakładka prawie angielska, czyli irlandzka. Koc w miarę jak przybierał na wadze i wielkości, stawał się niewygodny w dzierganiu. Zapakowałam go więc prawie całego do torby - o wiele wygodniej nim teraz operować.


Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!    

środa, 10 maja 2017

Gawron nad brzegiem

"Skąd zatem wiem, że przyszła wiosna? Od gawrona. Trzy tygodnie temu nastąpiły pierwsze zmiany: usłyszałam klekot i stukot plastikowych pojemników wleczonych po parkiecie. To Kurczak rozpoczął swój niewytłumaczalny, od niedawna coroczny rytuał przenoszenia misek na jedzenie z domku w gabinecie do kuchni – proces, który trwa do teraz z przerwami na pokrzykiwanie, jedzenie, spanie i budowę gniazda pod kuchennym stołem."  
Corvus. Życie wśród ptaków,  Esther Woolfson

A skąd ja wiem? Hm. Od kalendarza, który grzecznie wyświetla się codziennie w rogu mojego monitora. I od trawników, które całe żółcą się od mleczy. Bzy też zebrały się na odwagę i kwitną wzdłuż mojej drogi do pracy. Ptaki przesypiają w ciszy poranne przymrozki i zaczynają świergoty o ósmej. No ale nie ma co narzekać, najlepiej robić swoje, zwłaszcza w środę, bo środa, jak wiadomo, z Maknetą. Dziergam więc, czytam, klekoczę miskami w stronę kuchni mentalnie, a wiosna przecież w końcu przyjdzie z ciepłem i niepadaniem.


Tak naprawdę dziergam swój szlak jedwabny, długi, cienki, nad wyraz ekskluzywny i miły w dotyku. Jest tak miły w dotyku, że natychmiast wybacza mu się, że jest tak cienki. Pogoda sprzyja bardziej dzierganiu koca niż lekkich sweterków, więc  nie zapominam o nim i do końca mam już trzy nieduże motki. Jest nadzieja na drugi brzeg.

Corvus za to sprzyja czytaniu. Napisany przez miłą panią, która niechcący została wkręcona w ptasie przygody w ogrodzie i w domu, daje nam okazję spojrzeć z bliska jak to jest mieć gołębnik z gołębiami, trzymać w domu podskakującą srokę, wrzeszczącą papugę i pomieszkiwać kątem u gawrona w swoim dawnym gabinecie. Jakbyśmy tam byli, w tej zimnej, północnej Szkocji, w kamiennym domu. Jakbyśmy tam byli. Oczywiście nie dotkniemy miękkich piórek Kurczaka (czyli gawrona), ale też nie spadnie nam nic na głowę, chociaż podobno to nic strasznego i można się przyzwyczaić. Jak bowiem się okazuje, życie z ptakami za pan brat jest piękne, zwłaszcza z krukowatymi, które są bardzo mądre ale wymaga też wielu wyrzeczeń.  Lekturą byłam w pełni usatysfakcjonowana. Był dowcip, wdzięk, były refleksje natury ogólnej, liczne historie (na ogół śmieszne i pogodne, bo jeżeli tak bardzo kocha się ptaki, to nawet dziurę w ścianę przyjmuje się z filozoficznym spokojem i zrozumieniem). Legło też w gruzach kilka romantycznych wizji, głównie taki, że Przyroda nie jest kurczaczkiem wielkanocnym, słodkim i puchatym ani gołąbkiem pokoju. I że jednak zawsze jesteśmy z jakiejś opcji, ptasiej albo kociej. Albo nawet szpaczej czy krogulczej. Trzeba się z tym pogodzić.

Pogodzona zatem z przyrodą, dziergam koc ku drugiemu brzegowi, a pogoda bardzo mi sprzyja. I kocom.   Dziękuję bardzo za odwiedziny i za przemiłe komentarze. Życzę Wam dobrego dnia, ciepłego koca i gorącej herbatki. :)  

Moja powielkanocna borówka:


Aktualizacja dla Honoratki (i nie tylko) czyli z drogi do pracy:


środa, 29 marca 2017

Zdrowo w lesie

Jakie to wszystko mądre - mówiła moja babcia, która uwielbiała obserwować przyrodę na żywo i w telewizji, a potem zadziwiała się nad nią filozoficznie.
Właśnie tak mądra jest przyroda w "Sekretnym życiu drzew" Petera Wohllebena.


Tak, zupełnie dla siebie niespodziewanie i niezamierzenie wyszłam z niszy czytelniczej - czytam bestseller. Bestseller został napisany przez niemieckiego leśnika, który drzewa pokochał nietypowo, bo z pomocą turystów. Zadziwiony ich zachwytami, (tu trzeba dodać, że turysta na ogół zachwyca się krzywym i malowniczym, w przeciwieństwie do leśnika, która zachwyca się prostym i dochodowym), rzucił na swoje rewiry świeże spojrzenie, dostrzegł w nich życie, sekrety, piękno, siłę, determinację, przebiegłość, cierpliwość, chwycił za pióro i wszystko opisał. Już za to można mu wybaczyć, że napisał bestseller, bo pewnie się nie spodziewał. Bestseller jest niebanalny, emocjonalny, bezpośredni i wciągający pomimo braku fabuły.

Okazuje się, że drzewa doskonale sobie radzą bez fabuły. Mają moc. Walczą ze słońcem i o słońce. Walczą z wichurami, z deszczami i suszami. Walczą z grzybami, sarnami i dzięciołami. Cierpią w miastach. Ustalają pory roku bez kalendarza, produkują swoje własne nawozy, trują własnych wrogów i dokarmiają własnych przyjaciół. Dezynfekują otoczenie, wytwarzają chmury, regulują temperaturę, komunikują się chemicznie i dokarmiają poprzez korzenie. Mają swój rytm liczony w setkach lat. Rodzą miliony, miliony nasionek po to, żeby znikoma ich część przezwyciężyła tarapaty i kontynuowała las.

Nie będzie to odkrywcze, ale muszę powiedzieć, że "Sekretne życie drzew" zmienia. Poszerza wiedzę, ale nie to jest najważniejsze. Bo jeżeli nawet z czasem zapomnimy ile liści ma drzewo liściaste i ile w tych liściach żyje stworzonek, jeśli pomyli nam się mech z hubą a dzięcioł z sarną, to nic nie szkodzi. I tak od tej pory będziemy patrzeć na drzewa inaczej. Wdzięcznie i czule pomyślimy nad jego dzielnością i siłą - jakie to wszystko mądre.
Czasem nawet mądrzejsze od nas. 

Tymczasem garniec z marcem dobiega końca, ostatnia marcowa środa z Maknetą - czytamy i dziergamy. Dziergam koc, ale mam niejasne wrażenie, że o tym chyba już wspominałam. Trzy chude motki na zdjęciu powyżej nie są ostatnimi motkami, zatem do drugiego brzegu jeszcze trochę. Ale jestem jak młody buczek - nie spieszę się. Poza niespieszeniem, odżywiam się niezdrowo własnoręcznie upieczonymi i nieudekorowanymi ciasteczkami:


  odżywiam się zdrowo zakupionymi własnoręcznie warzywami:


fotografuję się w dawno udzierganym sweterku (w odróżnienia od koca ma oba brzegi i jest skończony):


 Sweter na bazie Rosiny, zamiast liści jest ażurek i ma trochę węższy kołnierz. Robiłam z Bomull-Lin (bawełna i len), drutami nr 5, waży 572g.

A najlepiej na pocieszenie i bez pośpiechu jest kupić sobie książkę. I Książkę.


Minimalizm książkowy całkiem w lesie, koc w lesie, ale nawet trudno mieć o to pretencje, bo wiadomo, że w lesie jest fajnie. I zdrowo.
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze (speszyłam się), dobrego dnia! :)

środa, 22 lutego 2017

Sekretne i niemoralne


Wieje wiatr, śniegi topnieją w połyskliwe kałuże, koniec karnawału zbliża się razem z zapachem smażonych na jutro pączków, tymczasem środa z Maknetą, więc długie (no, powiedzmy, że długie) godziny po ciężkiej pracy urozmaicam sobie posypywaniem chrustów cukrem pudrem, robótkami ręcznymi i czytaniem książek, prawie zupełnie jak młode kobiety w czasach wiktoriańskich. Różnica jest taka, że ich robótki były bardziej przymusowe niż moje, a moja młodość jakby trochę bardziej miniona.
Ale rzecz nie jest ani o młodości, ani o robótkach, ale o Dickensie, a właściwie o jego sekretnej kochance i ma tytuł "Sekretna kochanka Dickensa", autorką jest Claire Tomalin. Na okładce jest Dickens w pierwszym planie i sekretna kochanka w tle.

Historia pewnie jakich wiele, wyróżnia ją to, że zdarzyła się w czasach, które stały się symbolem o ile nie moralności, to na pewno pruderyjnego zakłamania i dotyczyła mężczyzny, który był moralnym punktem odniesienia i kobiety, która była zawodową aktorką, czyli z obyczajowych nizin o ile nie gorzej.
Zrozumiałe więc, że wiele osób dokładało wielu starań, aby rzeczony romans (który w zasadzie był raczej na pewno) ukryć, listy spalić, powstające tu i ówdzie plotki zdementować. Tym większy podziw należy się autorce, która z ogromną determinacją pozbierała szczątki dowodów i umieściła w dosyć grubej książce.
Bo choćby nie wiem jak bardzo wielcy krytycy literaccy, a tym bardziej sami pisarze próbowali nas odwieść od badania życia autorów, to jednak życie to interesuje wielu, a czytanie książek przez pryzmat rzeczywistych przygód autora jest nadzwyczaj ciekawe.

W niniejszej biografii Dickens nie wypadł zbyt korzystnie poza tym, że był wręcz wielbiony przez swoich rodaków i dwa razy odmówił zaproszeniu królowej Wiktorii, twierdząc że jest zajęty. Tytułowa Nelly początkowo jawi się jako nieco bezbarwne młode dziewczątko, potem nabiera barw i wigoru.
Ogólnie bardzo sympatyczna lektura, można się zamyślić nad zmienną koleją rzeczy i obyczajów.


i tylko faworki pozostają niezmiennie słodkie, a róże ozdobne.
Na drutach koc, do czego już zdążyłam się przyzwyczaić i pogodzić. Jeszcze pewnie trochę na nich pobędzie, więc dla przełamania szarej hegemonii skończyłam czapkę bordo z włóczki Fabel, której wyszło strasznie dużo, nawet jeśli uwzględni się wielki pompon. Poniżej ustrojona w 300 gramów czapki, Bubulina. Jak zwykle w dobrym nastroju:


Za to na froncie stosikowym bez zmian, a nawet lekkie pogorszenie - stosik pnie się do góry zamiast kulturalnie zanikać:


Na froncie zakładkowym mało sekretne, ale niemniej urodziwe, niemieckie fasady:


Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia i całej sterty polukrowanych pączków! :)

środa, 15 lutego 2017

Elf versus kwark

"Czy kwarki się je? Czy możesz nimi przykryć swoje łóżko, kiedy nadchodzą chłody?"
Rozplatanie tęczy, Richard Dawkins


O Dawkinsie słyszałam już dawno, ale nie przejawiałam chęci zgłębiania jego książek, ponieważ nie lubię osób, które wiedzą wszystko najlepiej na świecie, kiedy jednak "Rozplatanie tęczy" pojawiło się w zasięgu rąk, postanowiłam zaryzykować, pożyczyć, przeczytać i zweryfikować moje uprzedzenia. Pożyczyłam więc, przeczytałam i zweryfikowałam - uprzedzenia okazały się nad wyraz słuszne.
Przez pół książki autor "Rozplatania" lamentuje jak to niecni, głupi i złośliwi ludzie na całym świecie wyśmiewają i nie poważają naukowców. Przez drugie pół ubolewa nad niecnymi, głupimi i złośliwymi ludźmi, którzy nie podzielają jego poglądów i podziwiają tęczę samą w sobie, a nie zasady rozszczepiania światła. Nie może się nadziwić Yeatsowi, że sfrustrowany pisał o elfach i pogańskich marzeniach zaledwie o godzinę drogi od największego wówczas teleskopu. Nie może się nadziwić wszystkim dokoła, że patrząc na koc widzą koc, a nie kwarki. I że są takimi ignorantami.

No cóż, może jestem ignorantką, ale kiedy w kinie oglądam Brada Pitta, staram się nie myśleć, że jest w nim 75 kilometrów żył (czy czegoś podobnego), zawsze przykrywam się kocem i naprawdę mało mnie porywa fakt, że kręcą się w nim miliardy kwarków. I chociaż szanuję naukowców, podziwiam fale grawitacji i równania Maxwella, to jestem z gatunku tych osób, które prędzej pocieszą się elfem niż odległą galaktyką, spalającą się gdzieś dawno dawno temu w ciemnościach i chłodzie.
Czytając, tak bardzo zmęczyłam się arogancją autora, że ledwie zauważyłam kilka niewątpliwie ciekawych rzeczy, jak jelito termita, bakterie na lewym czułku mrówki albo trójwymiarowe obrazy, które mózg tworzy nam w głowie (przeważnie z przyzwyczajenia) i kilka rzeczy ewidentnie nudnych, jak chociażby obliczanie współczynnika płetwowości za pomocą komputera. Za karę rozpoczęłam post cytatem, który tak naprawdę jest wypowiedzią pewnego naukowego sceptyka, cytowanego przez zbulwersowanego autora tęczy.

Wracając do koca, bo to dzisiaj środa - czytamy ale też dziergamy z Maknetą - dziergam dalej i udziergałam pewnie tryliony kwarków (czyli ponad połowę). Koc jest robótką o tyle wdzięcznego gatunku, że pełni swoją funkcję nawet wtedy, kiedy nie jest skończony (albo nawet skończony połowicznie, jak w moim przypadku) - ponieważ umiejętnie rozpostarty grzeje przemarznięte od zimy kolana. Zrobiłam mu dwa frędzle, żeby już teraz dodawały mu urody.
W nieskończoności oczek prawych oddaję się rozmyślaniom różnym, a także refleksjom ogólnym. Jedna refleksja jest taka, że kiedy idę do pracy, jest już dawno po wschodzie słońca:


i że jak jest mróz, to wszystko jest zamrożone:


 Poza tym sfotografowałam się w puchatym sweterku:




Sweterek jest bardzo, bardzo milutki, wcale nie gryzie, ma równe rękawy (co nie zawsze jest takie oczywiste) i dłuższy tył metodą rzędów skróconych (mój pierwszy raz).

Zakładałam książkę zakładką z królikiem Piotrusiem,

 
któremu w śliczności i dobremu samopoczuciu wcale nie przeszkadza ani fakt, że nie istnieje, ani fakt, że istnieje pan Dawkins, tęcza oraz pryzmat.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

środa, 8 lutego 2017

Czas zupy i czas koca

- Zdążysz przed końcem zimy?
- Nie wiem.

Zima wydaje się niekończąca ze swoim śniegiem i lodem i minusami w temperaturze, ale koc, bo robię na drutach koc, również wydaje się być nieustający. Najlepszy do takiego koca byłby Proust, którego Poszukiwanie trwa i trwa przez siedem grubych tomów drobną czcionką, ale takie trio - zima i koc i Proust - mają z pewnością moc zatrzymywania czasu, a że trochę głupio zatrzymać czas w zimie i ciemności, więc żeby mieć choćby minimalne złudzenie mijania długich ciemnych nocy i szybkiego marszu ku wiośnie i słońcu, najlepiej czytać coś à la. Jeszcze lepiej jeżeli à la jest w ilości czternastu sztuk i nadaje się do jedzenia.



Jeżeli więc mamy dużo wolnego czasu, ale w lwiej części przeznaczyliśmy go na dzierganie koca i chwilowo nie starcza nam na Prousta, Homera czy nawet na Kafkę (o ile nie chcemy czytać w pracy, a tego nie chcemy, to znaczy może nawet chcielibyśmy, ale nie bardzo wypada), najlepiej sięgnąć po "Zupę Franza Kafki" Marka Cricka, a on nam szybko i przyjemnie  przypomni te frazy, ten rytm, ten klimat i te okoliczności przyrody. I doda humoru, bo bez humoru nie ma dobrego pastiszu, a pastisze Cricka są bardzo dobre i niech nas nie zwiedzie fakt, że okładkowa zupa jest z puszki. Tak naprawdę jest z pasty miso, tofu, czterech pieczarek i kilku listków suszonych alg. 
Nie dosyć bowiem, że mamy tu pastisz, to jeszcze w formie przepisu kulinarnego jako bonus.

Jak się okazuje przepisowi nie przeszkadza mocne światło, upał, liczne owady i różne fizjologiczne czynności (Marquez Garcia oczywiście), dygotanie, tortury i upadki (markiz de Sade), dysputy z sąsiadką, przechadzki czy deliberowanie o wyższości herbaty nad kawą (Jane Austen), ani nawet łyskacz i papieros z karaluchem (Raymond Chandler).
Oczywiście znajomość przedrzeźnianych autorów podnosi w nas poziom rozbawienia i wzmaga chichoty, ale nie jest konieczna - i tak po przeczytaniu całej tej historii literatury, czujemy się tak, jakbyśmy ich znali.

"Wszechwładny Agamemnon zjawia się nareszcie,
Kroi obie cebule. Łzami zaszły oczy,
Płyną wnet jak ten strumień co ze skał się toczy.
Rozsierdził się król wielce - co i nie dziwota;
Wszak nie przystoi królom tak nędzna robota.
Achilles usiekł czosnek; i w kociołku czystym
Prażył go wraz z cebulą na kolor złocisty.
Dodał też pomidory, liść lauru, jarzyny,
Przecier; na małym ogniu grzał go ćwierć godziny."
Zupa Franza Kafki, Mark Crick

I tak mogłabym aż do końca, ale nie chcę, żeby mnie świt zastał, więc tylko zerkam na obrazek (obrazki w Zupie też są ładne):


Pstrykam zdjęcie płatkom śniegu na wystającym spod kurtki sweterku (uwielbiam widok tej konfrontacji wełny z zimą, szkoda tylko, że ta nadzwyczaj ciepła włochatość jest tak gryząca):



I rzucam okiem na pracowicie szyty patchwork, który może nie jest idealnie równy, ale jestem dumna, że tak praktycznie wykorzystałam górę przeznaczonych na śmietnik dżinsów:



Narzuta w miarę powiększania wymusza doskonalenie technik szycia i cięcia - okazuje się, że krzywe w małym jest mało widoczne, natomiast w dużym krzywe jest bardzo, bardzo, bardzo krzywe. No ale może dam radę do końca tapczanu.

I to w wszystko w środę, w czas czytania i dziergania z Maknetą, czas zupy i czas koca. Idę zajrzeć co u was.
Dziękuję za odwiedziny i za przemiłe komentarze, dobrego dnia!

środa, 1 lutego 2017

Równoległy dysk i koc

"Mieszkałem kiedyś niedaleko głazu-ostańca, który przy pełni księżyca i w noc przesilenia tańczył po polu, przypadkiem pozostawiając niestrzeżony garniec złotych monet. W teorii garniec ten był dostępny dla każdego, kto ośmieli się go porwać i potrafi z nim biec szybciej niż głaz. Oglądałem ten głaz za dnia, ale z jakiegoś powodu nigdy nie znalazłem czasu, by wybrać się na krótką nocną wycieczkę i sprawdzić jego taneczne umiejętności. Teraz zdaję sobie sprawę, że to ze strachu - bałem się, że jak wiele spotkanych wcześniej głazów  nie zechce zatańczyć. Jakaś część mnie pragnęła, by mimo specjalistów od planowania, dyrektyw unijnych i policjantów, głaz mógł nocą tańczyć. I gdzieś tam, podejrzewam, ukrywa się instynkt folkloru. Powinno istnieć takie miejsce, gdzie głazy tańczą."
Folklor świata Dysku, Terry Pratchet i Jaqueline Simpson


I dla wszystkich o podobnych potrzebach, Terry Pratchet stworzył właśnie takie miejsce, w którym nic nie trzeba sprawdzać, ponieważ wiadomo, że głazy tańczą, sm
oki są w dwóch udokumentowanych gatunkach, a bagaż... No, akurat Bagaż jest prawdziwy nawet w naszej ziemskiej rzeczywistości, może tylko jest mniej przywiązany do właściciela i nie aż tak nieśmiertelnie niebezpieczny.
Właściwie nie jestem miłośniczką fantasy, lubię kiedy głazy tańczą w naszym swojskim folklorze, kiedy konik Garbusek mieszka pod prawdziwą lipą, Tytania jest z Szekspira, a Aleksander Wielki jest z Macedonii. O ile jednak w przypadku przeciętnego autora nie jest trudno unikać jego dzieł, o tyle w przypadku Pratcheta jest to praktycznie niemożliwe, ponieważ w jakiejkolwiek czytelniczej grupce, w jakiej mamy szczęście się obracać, ma swoich licznych wielbicieli, którzy w dodatku aktywnie i z pasją szerzą słowa swojego Mistrza w jego dziełach. Jeżeli nie masz książki, pożyczą. Jeżeli nie pożyczasz, dadzą w prezencie. I nigdy, nigdy  nie jest to wina słów, ze nie wpadasz w zachwyt. Zawsze to jest twoja wina, albo wina kolejności czytania. Musisz więc spróbować kolejne i kolejne. Mam na koncie pięć przeczytanych. Albo sześć. Co mogę powiedzieć? Terry potrafił pisać. Mieści się w tym i styl, i poczucie humoru, i spostrzegawczość i ogromna wiedza. Kochał też opowieści, nasze opowieści ziemskie, więc za to wszystko nawet mogę mu wybaczyć, że je przebrał w różne spiczaste kapelusze, zapakował ozdobnie i wysłał na świat Dysku, który stoi na żółwiu, który na słoniach, które na słoniach i tak do samego dna, albo odwrotnie. Generalnie można stwierdzić, ze wszystkie jego książki są komentarzem do całego nasze go świata łącznie z bankami, pocztą i piątym kontynentem.

W "Folklorze świata Dysku" wszystkie spiczaste kapelusze zostały zdjęte, ozdoby odpakowane i na świat boży wychynęła nasza rzeczywistość ludowa, mitologiczna, religijna i kulturowa. Nic dziwnego więc, że sama wyraziłam chęć jej przeczytania i nic dziwnego, że współautorką jest czołowa badaczka folkloru, która poznała Pratcheta w kolejce po autograf, co zresztą było świetnie opisane w drugim wstępie. Oba wstępy są zresztą świetne, a i sama książka też. Nie polecam jej jednak na pierwsze spotkanie. Lepiej najpierw przeczytać kilka właściwych, w tym celu należy zastanowić się, co nas interesuje, obejrzeć się w prawo lub w lewo i poprosić miłośnika Pratcheta (na pewno tam jest) o tytuł dobry na początek. Chyba że chcemy o owcach, o owcach jest chyba w każdej, bo owce są ważne.
Co mi przypomina o dzierganiu i o środzie z Maknetą.
W tamtym tygodniu miałam plan na czapkę, ale w noc ciemną stanęły mi przed oczami wszystkie moje zapasy poutykane po szafach, wprowadziły zamęt i nie pozwoliły usnąć, aż nie wymyśliłam robótki równoległej, łatwej i bardzo włóczkożernej. Robótkę wymyśliłam, skorym świtem rzuciłam się ją wprowadzić na druty nr 10 i tym samym w głowie mam spokój i zen. Robię koc. Z frędzlami, ale frędzle to daleka przyszłość. Oczywiście koc nie zlikwiduje wszystkich moich zapasów, ale jakieś dwie reklamówki. Dobre i to. Co prawda po dziesięciu centymetrach okazało się, że szarej wełny mi nie wystarczy. I mam do wyboru - albo dokupić i trzymać się jednokolorowego dizajnu, co ma okiełznać (choć trochę) lekko pstrokaty wystrój mojego mieszkania, albo dołączyć inne kolory i pogodzić się z pstrokatym. Na szczęście mogę pomyśleć o tym jutro, bo koc robi się długo, mimo drutów numer 10.
Z tego myślenia wpadłam w sieci na bardzo eleganckie łączenie włóczek (zwierzęcych) przez filcowanie. Robi się to minimalnie dłużej niż supełek, a odpada zupełnie chowanie nitek - jestem zachwycona tym sposobem. Najpierw się nawleka jeden koniec na igłę i przewleka przez drugi koniec, potem się wyciąga igłę, filcuje nitkę zwilżonymi palcami i praktycznie nic nie widać, bo koniuszki można obciąć.





Książkę zakładam jedynie słuszną zakładką - w folkowe ptaszki.

 
 Do pracy chodzę ślicznie zimową drogą, co właściwie nie ma związku ani z czytanie ani z dzierganiem:


No ale nie zawsze wszystko musi mieć związek ze wszystkim. Nieraz nie ma.

Dziękuję bardzo za przemiłe komentarze i odwiedziny, dobrego dnia! :)

środa, 13 maja 2015

Geniusz wśród rękawów

Trudny poniedziałek z mniej trudnym wtorkiem za nami, piątek na horyzoncie zaraz za czwartkiem, wszystko wskazuje na to, że dziergamy i czytamy u Maknety (a raczej bardziej razem niż u).

Pierwsze od lewej leży koło z bambusa, któremu do pełni szczęścia brakuje dziesięciu rzędów rękawa i jest to rękaw drugi, a ponieważ nie jestem zbyt awangardowa i zawsze zaczynam od pierwszego, jest to zatem rękaw drugi i ostatni. Mam nadzieję skończyć dzisiaj, potem tylko pozostaje zeszyć pliskę, zacerować dziury pod rękawami i będę przygotowana na upały.
Pierwszy od prawej leży sweter z alpaki, któremu do końca brakuje niedużo. Alpaki zostały czas jakiś temu porzucone brutalnie na rzecz bawełny i zajmują sobą pięć drutów, składany pojemnik na robótkę, jeden marker żółty i sporą część półki. Jako osoba systematyczna, obowiązkowa i ogarnięta, dzielnie postanowiłam wykończyć ufoka. No dobrze, częściowo tylko maczała w tej akcji bawełna, która czeka na poczcie (wiecie, że Drops nas kocha i to bardzo niedrogo?), bo u mnie w szafach motki, ksiażki i kubki grają zacięcie w komórki do wynajęcia. Książka, która na czas czytania wyskakuje z półki na fotel nie zawsze ma gdzie wrócić.

Ostatnio zatęskniłam do biografii, nic więc dziwnego, że między rękawami leży dopiero zaczęty "Mozart Portret geniusza". Zacznę od tytułu, czyli od początku. Tytuł nawiązuje do treści, koncepcji książki, która ma pokazać Mozarta wśród ludzi. To znaczy niemiecki tytuł nawiązuje (Z socjologii geniusza), polski już zdecydowanie nie - a można było bardziej zachęcająco przetłumaczyć, chociażby - Geniusz wśród ludzi, ale trudno. Zaraz po tytule, czyli po początku jest koniec. Tak nietypowo zaczyna się ta biografia - od śmierci bohatera. Mozart zmarł na utratę sensu życia (tak twierdzi Norbert Elias, autor). No, jak widać ci, którzy dzielą się z nami pięknem i radością, sami tej radości są pozbawieni - zawsze mnie to wzrusza.
Nie wiem za bardzo, czego się spodziewać dalej, ale na pewno będzie przyjemnie i z pożytkiem. Dla osoby takiej jak ja, czyli nieco muzycznie tępawej a wrażliwej, pobycie czas jakiś niedlugi z Mozartem jest zawsze z pożytkiem.
Ale najpierw pozaglądam co tam u Was słychać. I czy też tak oszałamiająco i nieprzyzwoicie kwitną bzy? 

"Wiosenne nimfy wydałyby się pospolite przy tych młodych hurysach"
W stronę Swana, Marcel Proust

Dziękuję za wizyty i komentarze, miłego dnia!

środa, 6 maja 2015

Rozmach w paczkach

"Podziwiałem na rynnach nikłą roślinność, biedne trawki rychło unoszone burzą. Studiowałem mchy, ich kolory ożywione deszczem, które pod działaniem słońca zmieniały się w brunatny aksamit o kapryśnym połysku. Wreszcie poetyczne i ulotne gry światła, melancholie mgieł, nagłe błyski słońca, czarodziejskie milczenie nocy, tajemnice brzasku, dymy z kominów, wszystkie igraszki tej osobliwej natury..."
Jaszczur, Honoré de Balzac

Czytam biografię Balzaca (bez de, bo tak naprawdę ten arystokratyczny dodatek sam sobie wymyślił), a Balzac w swojej nędznej mansardzie macza chleb w mleku, patrzy na niezliczone dachy i widzi niezliczone światy. 

Co jeszcze robię? Dzisiaj środa z Maknetą, więc dziergam niezliczone oczka w moim kołowym bambusie. Bambus układa się w cudownie miękkie fałdki, Balzac zakłada się oszałamiająco słodką zakładką:



Przede mną jeszcze półtora rękawa, przed Balzakiem jeszcze sześćdziesiąt tomów Komedii ludzkiej. Pisze je w ogromnym pośpiechu, pijąc ogromne ilości kawy, siedząc przy prostym stole, który nie raz był ratowany od komorników. Te długi Balzaca! Całe życie w długach, kiedy zaczynał pisać książkę, była ona już wcześniej sprzedana i obdłużona.  
Sama biografia autorstwa znanego prozaika jest napisana z rozmachem, nieco górnolotna, powiedziałabym egzaltowana trochę, ale może do Balzaca właśnie taki styl pasuje? Do Balzaca, który jak pisał to od razu siedemdziesiąt cztery tomy, jak pił kawę to kilkanaście filiżanek dziennie, jak kupował kamizelki, to od razu trzydzieści cztery, a jak opierał się o laskę, to od razu o laskę ze szmaragdami. A jak robił korekty, to żaden zecer nie chciał ich odcyfrowywać za normalną stawkę.
Idzie lato, lato jest dobre na czytanie Balzaca, dobrze jest sobie wyjechać, ulokować się w fotelu z widokiem nawet nie na dachy Paryża, ale na drzewa w liściach i wzgórza w drzewach, dobrze sobie zrobić kawy albo herbaty i zanurzyć się w ten opasły grubymi tomami dziewiętnasty wiek. Po tej biografii mam chęć właśnie na Balzaca latem.

A tymczasem, zanim lato nadejdzie, co robię? Nie zaciągam długów, regularnie pracuję nie zarywając nocy, nie kupuję włóczek, po sklepach internetowych chodzę turystycznie niczym Sokrates po targu, żeby zobaczyć bez ilu włóczek jestem szczęśliwa. No ale Sokrates miał o niebo łatwiej, bo za jego czasów Drops nie robił 35 procentowych, wielce podstępnych obniżek. Jak tak można? Pierwsza mi wpadła w oko czarna Alaska, co mi uświadomiło dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że trochę się stęskniłam do grubych wełnianych oczek, a druga to, że od trzech lat hołubię stary zmechacony kupny sweter koloru czarnego w celach zrobienia podobnego w fasonie ale rękodzielniczego w charakterze. I od trzech lat kupuję wełny kolorowe. Naprawdę, głupia byłabym gdybym nie kupiła tej czarnej Alaski. Kupiłam. I kiedy poleciałam dopasowywać wzory, okazało się, że kupiłam o trzy motki za mało. Głupio byłoby kupować trzy motki bez żadnego towarzystwa, więc wykazując się rozsądkiem i empatią, dokupiłam im do towarzystwa Alpaki pszenicznej na bolerko. A kiedy obie paczki siedziały już na poczcie, poszłam sobie popatrzeć na bardzo tanie (bardzo tanie) Lace w kolorze ciemnej wiśni. To nawet Sokrates by się skusił. Czekam więc na trzy paczki i moje wyrzuty sumienia są średnio umiarkowane. Nikłe w zasadzie są. W końcu kupiłam przędzy przydatnej w bardzo korzystnej cenie. I nie narobiłam długów. 
No bo w sumie jak szaleć, to dlaczego nie jak Balzac? Z rozmachem?

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, życzę Wam miłego dnia!

środa, 29 kwietnia 2015

Powiewając mitami

Dzieci powinny rodzić się w dwóch egzemplarzach - stwierdził dawno, dawno temu pewien wujek trzymając na kolanach słodkie niemowlę - jeden egzemplarz powinien być normalny, a drugi do zjedzenia.
Nie byłam tym stwierdzeniem zaskoczona w najmniejszym stopniu, bo często z własnym dzieckiem bawiłam się w zjadanie. Dziecko śmiało się w głos, gdy zaczynałam zjadanie od paluszków. Paluszki są oczywiście najpyszniejsze. Oczywiście zabawę można było powtarzać na nowo, bo całe zjadanie było z miłości i zupełnie na niby (to uwaga dla przyszłych antropologów).

Sprawa zaczęła mnie intrygować dosyć niedawno. Dlaczego, jak podaje Słownik języka polskiego, patrzymy na kogoś z zachwytem, jakbyśmy chcieli go zjeść? I w ogóle o co chodzi z tym zjadaniem się wzajem, toteż kiedy zobaczyłam bardzo przecenioną rzecz z ludożercą w tytule, kupiłam ją natychmiast.


Po uważnym spojrzeniu okazało się, że tytuł brzmi "Mit ludożercy", co mnie zaniepokoiło z lekka i słusznie, albowiem Arens na ponad dwustu stronach przekonuje czytelnika, że dowody na istnienie kanibalizmu są bardzo nikłe. "Termin <<kanibal>> to zbiorowa etykietka, jaką każda grupa naznacza inną grupę, tę, która jest po drugiej stronie wzgórza, o której często niewiele wie."
Zawsze kanibalizm był gdzie indziej albo kiedy indziej, ale nigdy tu i teraz. Herodot twierdził, że kanibale żyją na północy, Strabon, że w Irlandii, Chińczycy, że w Korei, Koreańczycy, że w Chinach, Brytyjczycy, że w Afryce, a Afrykanie, że w Europie, a Grecy że to głównie Kronos zjadał dzieci, potem już prawie nigdy nikt. Natomiast pewna Szkotka we wspominanej przeze mnie niedawno "Historii kuchni" twierdziła, że kanibalizm szerzył się na Śląsku. Mężczyźni twierdzą, że kanibalizm uprawiają głównie kobiety, jako te cywilizacyjnie bardziej upośledzone i ledwie nadążające za moralnymi zasadami. Kobiety niczego nie twierdzą, bo pewnie gotują (kury oczywiście) i nikt ich nie pyta.

Nie dowiedziałam się zatem, skąd wzięła się Baba Jaga ze swoimi zakusami na Jasia i Małgosię, ani skąd się wzięło zjadanie bogów, ani zjadanie z zachwytu, ale i tak było warto przeczytać. Arens pisze lekko i nieco ironicznie i zawsze to dobrze spojrzeć na jakieś teorie świeżym spojrzeniem. I nabrać podejrzeń.
Mit zakładałam bardzo stosowną zakładką:


A na drutach powiewa w dalszym ciągu koło z bambusa, zrobiłam już ćwierć plisy, biegnę czytać i dziergać dalej zgodnie z środą, bo nie mogę się doczekać, kiedy koło zacznie powiewać za mną swoimi połami (czy koło ma poły?) na wietrze.

Bardzo dziękuję z wizyty i za bardzo miłe komentarze. Miłego dnia!

środa, 22 kwietnia 2015

Bambus bez mydła

Żyłem szczęśliwie - bez miotły, bez mydła,
Pośród oliwek i uli, i bydła,
Aż wziąć za żonę podszepnął mi bies ów
Megaklesownę z rodu Megaklesów.
Chłopu więc panna dostała się z miasta -
Harda, szykowna, bufiasta, miniasta.

I poglądam ku polom, i pragnę pokoju.
Miasto mam w nienawiści, a ginę z tęsknoty
Za mą wsią, co się nigdy nie darła: "Kup węgle!"
Ani "Octu, oliwy kup!" - nie znała całkiem
Tego "kup", sama wszystko dawała - i człowiek
Wolny był od tej piły...

Ciężkie, jak widać, mieli życie codzienne Ateńczycy za czasów Peryklesa. Najwyraźniej jednak mało im było utrapień z jedną żoną, mieli bowiem zazwyczaj kochankę do swawoli i kurtyzanę do załatwiania spraw. A może te utrapienia były właśnie karą za kochankę, kto wie.
Kobiecie zresztą lekko też nie było, mimo radosnego naganiania męża miotłą do mydła, bo "nie powinna była nawet interesować się tym, co dzieje się poza jej domem, gdyż stanowiło to wyłącznie sprawę mężczyzn"
W domu uciśniona Atenka musiała biegać z kluczami, doglądać garnków, służby, przędzenia, tkania i porządków. Jak była bogata, to mogła sobie wyjść na wewnętrzne podwórko i pooddychać świeżym powietrzem.

Za to Spartanki dla odmiany:
... puste zostawiają domy,
Same z młodymi ludźmi, odsłaniając
Uda i w szatach rozwiewanych wiatrem
Biegają, ćwiczą wspólnie.

Poza tym Grecy tamtych czasów nie znali zera, więc bardzo trudno im się liczyło, od dziecka czytali Homera, sympozjum było wtedy zebraniem pijących, a pedagog był niewolnikiem, który nosił za małym uczniakiem tabliczkę, rylec i kitarę. Zadziwiające są doprawdy przygody różnych słów.
W naszych szczęśliwie oświeconych czasach, swobodnie oddycham sobie świeżym powietrzem w drodze do pracy i w drodze z pracy, a w domu, kiedy już uwolnię się od garnków, mogę sobie dziergać do woli i czytać codziennie, w środy zwłaszcza. I tylko szaty mam mniej rozwiane wiatrem.


W czytaniu zatem "Życie codzienne w Grecji za czasów Peryklesa" a na drutach bambus. Kupiłam sobie śliczny bambus kolorowy, ale kiedy wyjęłam go z paczki i kolory spojrzały na mnie żywo fioletem, różem i zielenią, lekko się przestraszyłam. Na szczęście w przepastnej szufladzie miałam rezerwowy bambus szary, tej samej firmy i tej samej grubości co kolorowy, więc postanowiłam sweter robić w dwie bambusowe nitki. Ominęła mnie dzięki temu przyjemność dziergania na drutach numer dwa (bambus strasznie cienki), czego niespecjalnie żałuję. Wściekłe kolorki powplatane w szary złagodniały i wyglądają tak:


A sweterek oczywiście w koło, co z przyjemnością i z wielką wprawą prezentuje Bubulina:


Ciągle ostatnio zaczynam, zaczynam, zapewniam jednakże, że zdarza mi się kończyć:


 Moje dwie bawełenki, zdjęcia robione w biegu, ale mniej więcej widać, że wszystko jest - rękawy, reglany i paseczki.

Dziękuję bardzo za wizyty i komentarze. Miłego dnia! :)