Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tunika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tunika. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2019

Melisa z kluczem

"Paliłem fajkę. Taką krótką angielską fajkę. Po wypaleniu kładłem ją zawsze na popielniczce. Pipuś doszedł do przeświadczenia, że to nie ma najmniejszego sensu. Moja fajka powinna leżeć na piecu w salonie. Koniec! Niech no Pipuś zobaczył moją fajkę na popielniczce! Zanim się zdążyłem obejrzeć, już ją chwytał w dziób i ciągnął na piec. Kładł fajkę zawsze w tym samym miejscu, na gzymsie. I wracał. Siadał przede mną i patrzył mi z wymówką w oczy. – Czy ty się nigdy nie nauczysz porządku? Nie będziesz kładł twojej fai, gdzie należy? Kiedyś Pipuś siedział na stole i czyhał tylko na to, żeby porwać mi fajkę. Patrzę na niego i myślę sobie, że dobrze by było zrobić Pipusiowi figla.

Biorę więc fajkę do ręki, wstaję. Pipuś spogląda za mną jednym okiem. Idę do pieca. Pipuś już jest na piecu. Położyłem fajkę tam, gdzie ją kładł kruk, i wracam. Pipuś szalał z radości! Wrzeszczał, machał skrzydłami, przestępował z nogi na nogę, co u niego było znakiem wielkiego rozradowania. Sfrunął z pieca, siadł mi na ramieniu i swoim twardym dziobiskiem zaczął delikatnie przebierać w moich włosach. To była najwyższa Pipusina pieszczota. – Zrozumiałeś! Nareszcie zrozumiałeś! Zrozumiałeś, że tak, jak ja chcę, jest najlepiej!"
Reksio i Pucek i inne opowiadania, Jan Grabowski

W czas najgorszego odgruzowywania nie można zbyt obciążać się intelektualnie, duchowo oraz fizycznie. Najlepiej zaparzać sobie dobrej melisy z miętą, jeść czekoladę gorzką i domowe ciasteczka a w nielicznych chwilach wolnych czytać pocieszające książki i robić na drutach coś różowego.



I tym właśnie sposobem przeczytałam "Opowiadania" Jana Grabowskiego, a kiedy zabrałam się za organizowanie Czajkomężowych narzędzi, to nawet poczułam się jak ów Pipuś, którego systemu porządkowania nikt nie mógł pojąć i o którym z lekkim przekąsem (a może też z bezsilnością) mówiono Błogosławieństwo domu.
Czajkomąż zupełnie nie mógł zrozumieć, dlaczego przenoszę jego skarby z trudnodostępnej szafki w kuchni (sic!) do eleganckich, przezroczystych pojemniczków i wygodnych szufladek (uwolnionych po moim osobistym odgruzowaniu się). Błogosławieństwo było znaczeniowo bardzo daleko od użytych przez niego zwrotów i fraz, najłagodniejsza brzmiała, że mi odłączy internet i odseparuje od tych dziwacznych minimalistów. Zresztą nie miał na szczęście dużo czasu na wyrażanie swoich odczuć, bo cały czas pilnował, czy nie wyrzucam nic poza dziesięcioletnimi klejami i skruszałymi jednorazówkami.

Koniec operacji był nerwowy i nie wróżył najlepiej, zwłaszcza, że wszystko miało być posortowane i łatwoznajdywalne, a ja nie umiałam odpowiedzieć na pytanie, do jakiej kategorii przydzieliłam niezwykle cenny i kluczowy  wierceniu kluczyk do wiertarki. Jako kobieta elektryk poprawnie identyfikuję ściągaczki, obcinaczki i neonówki, natomiast z innych narzędzi, mniej elektrycznych, odróżniam jedynie śrubokręt od młotka. Po powrocie ze sklepu zastałam Czajkomęża z karteczką, na której w swojej niezaprzeczalnej dobroci, mimo nadszarpniętych nerwów, naszkicował rzeczony kluczyk.


Jakim cudem skojarzyłam tę doniczkę z kluczem oczkowym, nie mam pojęcia, może mi pomógł jakiś duch od organizacji, w każdym razie kluczyk został odnaleziony w sekundę właśnie wśród kluczy oczkowych, przy okazji okazało się, że ów skarb można przyczepić do wietrarki za pomocą specjalnego uchwytu i nie ma potrzeby przechowywać go w stercie części samochodowych. Uspokojony Czajkomąż  wspaniałomyślnie pozwolił nawet owe części wyrzucić, zwłaszcza że samochód od nich został przez nas sprzedany kilkanaście lat temu.

Ja tymczasem mogłam już w pełni cieszyć się opowiadaniami napisanymi z ogromnym wdziękiem przez przedwojennego matematyka. Jak wtedy pięknie pisano po polsku!
Opowiadania czytałam oczywiście, jako strasznie dawne dziecko i bardzo dobrze je wspominałam. Czułam do tej pory zapach mydlin wylewanych przez Katarzynę na podwórko i coś mi mówiło, że to były dobre opowiadania. No i pamięć mnie nie myliła. Odnalazłam ten sam humor, werwę i zapach.
Wzruszała dobroć, chociaż zwierzęta u niego cieszyły się dużą wolnością, co nieraz kończyło się różnie. Mimo wszystko jednak jest to słoneczna lektura, w sam raz na ciężki czas.

Różowe na początku to suszarka na mydlo, jako że faktycznie, mydło w myjce wymydlalo się szybciej. Żeby nie było, że robię tylko zmywaki i zerowastowe suszarki, to codziennie oczywiście zapisuję alpaką temperaturę w szaliczku. Dzisiaj prezentuje się tak:


Ze skali kolorów jestem bardzo zadowolona, szkoda mi jedynie, że fioletowego nie dałam cieplejszego - jak widać, w tym roku temperatura poniżej siedmiu stopni w dzień pojawiła się tylko raz. Szkoda, bo śliwkowy mam ładny.
Robię też jedwabną tunikę zaczętą latem. Bardzo cienka, więc ledwo mam od góry do bioder. Zaczęłam też jedwabny gruby sweterek, ale coś musiałam pomylić w liczeniu i z nerwów odłożyłam prucie, ale w końcu do niego wrócę, bo kolor jest bardzo prześliczny i jak wino.
Myślę też o szydełkowej serwetce do wielkanocnego koszyczka, jednym słowem jakoś czuję, że wraz z odgruzowaniem szaf, zwolniło mi się miejsce w głowie na nowe pomysły.
Czego i Wam życzę, dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

Na koniec bez zakładek, bo opowiadania czytałam w ebooku, ale za to moje zorganizowane pudełka:



I jak to nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda wstążeczka z opakowania prezentu, okładka od zużytego notesu i stara kartka z życzeniami oraz guzik niewiadomodoczego.
Teraz wiem, gdzie mam biżuterię, gdzie guziki, a gdzie moje wstążki do produkcji zakładek.

Ukochane koniki Czajkomęża:


Suszarka z mydłem:



I wreszcie domowe ciasteczka z tego przepisu


Bardzo szybkie,  łatwe i bardzo dobre. Ja piekłam z domowym dżemem z pigwy i pomarańczy.

środa, 20 września 2017

Jedwabie codzienne

"Pewnego popołudnia, kiedy siedziałem przy stole kuchennym i z roztargnieniem bawiłem się solniczką i pieprzniczką, przyszło mi do głowy, że nie mam pojęcia, dlaczego ze wszystkich przypraw świata jesteśmy tak bardzo przywiązani akurat do tych dwóch. (...) Nagle mój dom wydał mi się pełen tajemnic.
Wpadłem więc na pomysł, aby odbyć podróż po domu, wędrować z pokoju do pokoju i spróbować znaleźć odpowiedź na pytanie, jaką rolę odegrał każdy z nich w ewolucji życia prywatnego."
W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku, Bill Bryson


Nie przypominam sobie chyba żadnej książki, której tytuł tak bardzo odbiega od zawartości. Może jedynie, no nie, nie przypominam sobie. Kiedy zasiadłam ze świeżo zaparzoną herbatą do świeżo pożyczonej lektury, spodziewałam się wdzięcznych opowieści o solniczce, o guzikach na rękawie marynarki, lub o herbacie, którą Anglicy drzewiej zaparzali w beczkach i trzymali w piwnicach niczym wino. Nie spodziewałam się historii o Crystal Palace, betonowych domach Edisona, wieżach Eiffla, handlu guanem, winnicach francuskich, alpejskich lodowcach i tapetach z arszenikiem.

I w sumie nie ma znaczenia, jak ścisły jest związek między lodowcem a solniczką, bo wszystkie te historie są niezwykle zajmujące. Ilość informacji przypadających na jedną stronę jest tak oszałamiająca, że na pewno większość z nich zapomnimy zaraz po przeczytaniu, ale to też niczemu nie szkodzi, bo zawsze możemy sobie "W domu" przeczytać jeszcze raz.
Wracanie bowiem do rzeczy dobrych nie jest złe.
Kierując się tą złotą myślą w swoich działaniach robótkowych, wkroczyłam powtórnie na szlak jedwabny. Zabezpieczyłam się tym razem przed maszerowaniem różnymi geograficznymi meandrami, włóczkę kupiłam nie tylko z jedwabiem ale z pokrzywami, druty wzięłam grube i wydziergałam jedwabną tunikę w tydzień, inspirując się znowu przepisem Knitolog w podróży.

Dziergałam w beskidzkich okolicznościach, było słońce, buki i niezapominajki.






 A potem przy pomocy bratniej duszy sfotografowałam się przy arystokratycznych klombach i sadzawkach:


Nie bez znaczenia w fotografii jest jak widać płeć bratniej duszy. Damska mianowicie dusza obrzuci nasze udziergi bacznym okiem, naciągnie gdzie trzeba i na czas sesji przytrzyma nasze liczne torebki.

Dane techniczne:
Giglio (50 % jedwab, 50% ramia)
druty nr 5
315 g
wzór by Knitolog w podróży

Dziękuję Wam wszystkim za słowa otuchy i za to, że jesteście - to bardzo ważne. :)
Dobrego dnia!

środa, 3 maja 2017

Jedwab, papier i szloch

"umiemy poznać książkę, kiedy ją widzimy."
Książka, Keith Houston

Toteż od razu ją poznałam - stała niewinnie gruba na księgarskiej półce i emanowała tytułem. Miała złotą tasiemkę do zakładania, złote, granatowe i czarne obrazki na tekturowej okładce i bajecznie kolorowe obrazki w środku. Niektóre chińskie, a niektóre średniowieczne. Miała kartki z papieru bezdrzewnego, trzydziestodwustronicowe składki, wyklejki przednią i tylną, wstęp, kolofon, podziękowania, indeks i wybraną bibliografię. Nie mogłam jej nie kupić i nie przynieść do domu. A skoro przyniosłam, to i przeczytałam, zwłaszcza, że dzisiaj jest środa - czytamy i dziergamy z Maknetą.



Książkę czyta się bardzo szybko, chociaż proces jest spowalniany przez różne niezbędne aktywności wyzwalane lekturą - trzeba zajrzeć jej pod grzbiet, obejrzeć przód, przeczytać stopkę, pogładzić papier z tekstem i papier z ilustracją, odetchnąć z ulgą, że nie została umocniona woskiem z ucha ani moczem. Trzeba też zajrzeć do swoich pozostałych książek starych i nowych, czy się nie kruszą, czy nie siedzą w nich psotniki albo czy nie zachodzą w nich procesy chemicznie szkodliwe. Trzeba też się powstrzymać od ich ratowania poprzez wystrzelenie biblioteki w powietrze, tak jak niegdyś NASA w Ameryce. Wtedy wszyscy doszli do wniosku, że NASA powinna jednak pozostać przy wystrzeliwaniu rakiet a nie ratować książki. Ja poprzestałam na sprawdzeniu, czy książka nie została zszyta po koptyjsku i czym pachnie. Pachnie czymś bardzo ładnym. Nic się nie wystrzeliło.

W połowie czytania z badaniem, zauważyłam, że znam autora i czytałam nie tak dawno o sekretnym życiu znaków jego autorstwa. W "Książce" Keith Houston jest równie błyskotliwy, o ile nie bardziej. Uwielbiam taki styl żywy, nieco ironiczny i przewrotny. Poza tym potrafi opowiadać, w wyniku czego siedzimy z otwartymi szeroko ustami, w oszołomieniu zapoznając się z przygodami na śmietnikach, cmentarzach, w lesie, na dworach i w pałacach. Siedzimy razem z umęczonymi mnichami w zimnych skryptoriach, trzymamy ociekającą papierem ramę z chińskim chłopcem, malujemy pędzelkiem po papirusie i skrobiemy piórem po pergaminie. A kto raz coś napisze na pergaminie choćby zwykłym długopisem, nie będzie chciał już pisać na czymkolwiek innym (chyba że się dowie z czego jest pergamin).
Z wypiekami na policzkach czytamy o zbrodniach i romansach, o niezliczonych czcionkach Gutenberga i jeszcze bardziej niezliczonych czcionkach chińskich, o tuszu, o rewolucjach chemicznych i fotograficznych, o prasach, o biszkoptach z uszami, o wytwórcach lusterek i o książkach do pociągu, które powstały oczywiście długo, długo przed pociągami. W głowie nam się nie mieści ile pasji, ile ludzi, ile determinacji i ile historii złożyło się na to, żebyśmy mogli wziąć książkę do ręki.

Poza tym wszystkim z "Książki" możemy się dowiedzieć dlaczego jest prostokątna (to jest straszne akurat i wynika z prostokątnej krowy), dlaczego niedobrze mieć lekarza bibliofila (to jest jeszcze straszniejsze, bo bibliofil wielbił nietypowe oprawy - książkę zresztą do dzisiaj można wypożyczyć, ale tylko za specjalnym pozwoleniem. Nie wiem, czy bym chciała), że czasem na swoim hobby możemy zarobić i po stu latach zostać niezwykle cenionym Audubonem i że niełatwo jest wynaleźć podpórkę do ramy z ociekającym papierem i wieki całe trzeba w niewygodzie trzymać oburącz ramę nad wanną.
Mniej się teraz dziwię, że dziesięć lat męczyłam się wystawiając z górnej szafki trzy małe pojemniczki, chcąc wyjąć z tyłu sól wsypaną w większy pojemniczek zanim mnie olśniło. Przesypałam sól z większego w mniejszy, większy pojemniczek z produktem niezwykle rzadko używanym  stoi teraz z tyłu (bo u mnie pojemniczki i książki muszą stać według wzrostu), a do soli używanej na co dzień mam teraz łatwy dostęp.  Gdybym miała tysiąc lat, to moze też wymyśliłabym papier i stojak na ramę.
No i oczywiście żywię nadzieję, że i kiedyś mój udzierg zapakowany w mahoniową skrzyneczkę zostanie sprzedany za jedenaście milionów dolarów.

Co prawda nie jest to takie pewne, albowiem z przyczyn trudnych do ustalenia odłączyłam się od stada, a raczej od Przewodnika zwanym w kręgach dziewiarskich i podróżniczych Knitologiem w podróży. Przewodnik doświadczony w obu dziedzinach, podał dokładny przepis na szlak i na udzierg, tymczasem ja wymyśliłam udzierg płaski i szlak z długimi rękawami. Jeżeli więc gdzieś z chińskiego buszu i drzew morwowych będzie dolatywał szloch na przemian ze zgrzytaniem - ta będzie to mój szloch i płacz. Pozostałam tylko przy ażurze, rosyjskim zresztą, więc przypomniałam sobie z trudem wszystkie w mieście i wszystkie osobno, porobiłam opisy, które są pochylone na prawo, a które na lewo. I dziergam. Mahoniowej skrzyneczki nie kupuję na razie, żeby nie zapeszyć.

Tymczasem długi weekend prawie minął w zimnie i w deszczu, słońce raz wyszło, więc pojechałam do lasu, żeby się sfotografować w moim niedawnym szlaku jedwabnym Szlak jest w połowie, w drugiej połowie jest merynos. Miałam też biżuterię starannie dobraną, ale z racji niekorzystnego światła nie wyszła. :)




  
Słońca było dużo, były też jagody, ale jeszcze niedobre. No i brzozy w delikatnej zieleni, ptaki w wiosennym ferworze. Niebo niebieskie i dróżki leśne.


Dane techniczne sweterka z knotem celtyckim z przodu i z tyłu:
Włóczka:
Kimono Merino / Silk Zitron kolor 4006
100g/300m

Druty:
nr 3

Wzór:
Celtic Knot 177-5 Drops


Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

środa, 12 kwietnia 2017

Dzicz dla odmiany

"Dzicz nie jest dla kobiet. Kobiety się tutaj nie odnajdują."
Simona, Anna Kamińska

Chociaż ogólnie ta konstatacja nie jest prawdą, myślę sobie polerując świąteczne kurczaczki i zajączki, to akurat ja osobiście nie bardzo się odnajduję w dziczy. Nie ze względu na jej piękno, które mogę bez końca podziwiać w zachwycie, ale ze względu na skutki uboczne dziczy, od których wolę być przeważnie odgrodzona grubą podeszwą, oknem, parasolem, płynem przeciw komarom, albo, co najpewniejsze i najbezpieczniejsze, książką. Wtedy najwięcej cieszą mnie lasy, i żubry, i deszcze, i upały i miłośnicy przyrody. Nawet komary mnie wtedy cieszą i mrozy z zaspami. Bo tak naprawdę to ja bez reszty lubię się zanurzać w książce, w dzicz już nie za bardzo. Za to Simona, o tak, ona bez zanurzenia się w dzicz, w życie, w puszczę, nie wyobrażała sobie życia.
Książka "Simona Opowieść o niezwyczajnym życiu" Anny Kamińskiej trafiła do mnie trochę przypadkiem i pochłonęłam ją w dwa dni. Nie da się inaczej, jeżeli więc ktoś miałby jakieś terminowe zobowiązania, pracę etatową, albo wypieki czy obiady wielodaniowe w planach, to nie polecam, bo plany mogą być zagrożone, obiady nie ugotowane i wypieki niewypieczone.


Simona urodziła się w rodzinie znanej i cenionej, ale nie było to dzieciństwo łatwe. Miała być chłopcem - nie była. Miała mieć talent do malowania - nie miała. Miała zostać słynną pisarką - nie chciała. Od dziecka jednak kochała zwierzęta i kiedy przyszło wybierać drogę zawodową, wybrała właśnie związaną z nimi. Jako psycholog zwierząt zamieszkała najpierw w Białowieży, a potem w dzikiej leśniczówce należącej do Białowieskiego Parku Narodowego, tam się zakochała, przede wszystkim w puszczy i tam została do końca życia. Bezkompromisowa, niebanalna, trudna, oddana w pełni swoim sarnom i drzewom. Nic nie namalowała, napisała kilka książek, nakręciła kilka filmów, nagrała kilka audycji radiowych, pokłóciła się z kilkoma ludźmi. Bo ludzi Simona za bardzo nie lubiła.
 "Macie trzy minuty i zacznę strzelać".
(Zawsze miała powód)

Napisać o tak nietuzinkowej postaci, napisać w dodatku tak, żeby nie było laurkowo, a jednocześnie było mimo wszystko taktownie, nie jest łatwo,
"Chciałam napisać prawdę.
Starałam się zrobić wszystko, by rzetelnie zebrać informacje i potwierdzić fakty."
 Moim zdaniem, udało się. Książka jest starannie wydane z urokliwymi fotografiami Lecha Wilczka, który dzielił leśniczówkę z Simoną przez te trzydzieści lat, ma spis treści, indeks nazwisk, bardzo szczegółowe przypisy, informacje o źródłach fotografii i dokumentów (a wszystko w tej książce, każda rozmowa i opinia ma podane źródło), ma podziękowania i gustowne listki przy numerach stron. Ma styl. Gdyby ten styl miał powód i mógł strzelać, to z pewnością by strzelił. Rzeczowy, zwarty, obrazowy, żywy. Krótkie zdania. Prosty język. Naturalny. Wciągający. Ale przede wszystkim nie przesłaniający Simony, bo to ona tu jest najważniejsza.

"Simona miała na Dziedzince obraz Dama z łasiczką, zrobiony z bombonierki z goplanowskich czekoladek, bardzo pięknie oprawiony. -Ty, z Kossaków, masz taki obraz? - zapytałam ją kiedyś. Ona na to: -To jest arcydzieło, a ja nie mogę mieć oryginału, a uwielbiam Damę z łasiczką, więc mam taką!"
No i bardzo dobrze. To my ustalamy priorytety.
Moim priorytetem w dzierganiu (bo dzisiaj nieustająco dziergamy i czytamy z Maknetą) jest drugi rękaw w odwiecznym szarym sweterku. Sweterek ten sam od lutego, więc na pociechę i dla odmiany, kupiłam mu nowe markery:


Ożywiony tym prezentem, nabrał ducha i żwawo dobiega do mankietu. Potem jeszcze tylko wydłużenie dołu i będę mogła wkroczyć na jedwabny szlak z Knitologiem. Jestem już zaopatrzona w materiały, odwagę i dobre myśli. 600 m jedwabiu w 100 gramach, druty numer 2 - odwaga się przyda.

Simonę zakładałam zakładką trochę karnawałową, ale za to wyposażoną w podróżną gumkę. Nie mogłam przestać czytać, więc brałam ją do pracy (czytałam oczywiście tylko w drodze), a w podróż najlepsza jest zakładka z gumką. I jedwab na szlak.



Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Życzę wszystkim pogodnych, zdrowych, radosnych i ciepłych Świąt! :)


środa, 5 kwietnia 2017

Opory rogate

"Bądźcie zdrowi i nie zapomnijcie o mnie całkiem, kiedy już umrę; jesteście mi to winni, jam bowiem często o was myślał, by was uszczęśliwić, bądźcie więc szczęśliwi! - Ludwig van Beethoven"
Muzyka i cierpienie, Anton Neumayr


Uwaga, będzie długa dygresja osobista, bo moja droga do muzyki nie była łatwa, lekka ani oczywista. Długo nie uszczęśliwiała mnie ani muzyka van Beethovena, ani innych klasyków, brało się to najprawdopodobniej z powodu mojej muzycznej głuchoty, los jednak mnie w jakimś stopniu uleczył, nie uciekał się przy tym do wtykania w ucho watki natartej świeżym chrzanem (jak Beethoven na przykład). W pierwszej kolejności mój tata, mimo że na co dzień pełen poświęceń, odmówił stanowczo chodzenia do opery z moją mamą. Padło na mnie i jako nastoletnia grzeczna dziewczynka z bólem zgodziłam się na rolę damy towarzyszącej, wskutek czego często i srodze cierpiałam na różnych Dziadkach do orzechów i Madamach Butterfly. Mama robiła co mogła, żeby tylko mi się spodobało - pokazywała piękno dekoracji, zwracała uwagę na piękno fabuły, odwoływała się do mojego rozumu. No ale cóż, nie podobało mi się i dalej przeżywałam katusze w pięknie muzycznych okoliczności i dekoracji.

Wobec takiego oporu los wzmógł swoje starania i zbiegiem okoliczności, w nowej szkole zaprzyjaźniłam się z nową koleżanką z klasy. Przyjaźniłam się bardzo intensywnie od rana do wieczora, pech chciał, że koleżanka była również uczennicą szkoły muzycznej, musiała dużo ćwiczyć na pianinie. O skróceniu czasu naszych spotkań nie było mowy, więc przyjaźń została połączona z pianinem i nagle stałam się słuchaczką wielogodzinnych prób. Teraz dziękuję losowi, że nie grała na skrzypcach i że była prawdziwej dobroci, bo unikała gam i ćwiczyła naprawdę ładne (i łatwe) utwory. Z czasem zaczęłam je rozróżniać i prosić o "to z dzwoneczkami" - czyli któryś nokturn Chopina, aż w końcu z własnej nieprzymuszonej woli poprosiłam o pożyczenie płyty - wybrała mi koncert fortepianowy B-moll Czajkowskiego co jest naprawdę dobrym początkiem. Powoli, powoli, stałam się melomanem, aczkolwiek dalej głuchym - z pojęć muzycznych przyswoiłam sobie tylko głośno-cicho oraz wolno-szybko, cała banda ćwierćnut, tonacji, szesnastek i ósemek pozostaje czarną magią, co mi zupełnie nie przeszkadza radować się słuchaniem i uważać, że jeżeli cokolwiek oddaje w pełni piękno świata, jego tajemnice, uniesienia, radość, rozpacz i duchowość, to jest to właśnie muzyka (a zaraz potem literatura, gdzieś w dali matematyka z  fizyką). 

Tak przygotowana starannie w dalekiej przeszłości, kupiłam niedawno i prawie natychmiast przeczytałam "Muzykę i cierpienie" Antona Neumayra. Autor z wykształcenia jest lekarzem i pianistą, od lat zajmuje się popularyzowaniem biografii wielkich kompozytorów, zgłębia ich życie, twórczość i choroby. Książka omawia pięciu zmarłych przedwcześnie muzycznych tytanów - Mozarta, Beethovena, Brahmsa, Chopina i Czajkowskiego. W każdej części krótki, ale skondensowany, barwny i żywo opowiedziany życiorys, symptomy choroby i diagnoza. Napisane to stylem konkretnym, rzeczowym i przystępnym, tak więc nawet taki laik, jak ja jest w stanie zrozumieć, skąd się wzięła opuchlizna, a skąd osłabienie. (Swoją drogą, nasze ciało też mnie zadziwia swoją złożonością i mrocznością i czasem trochę żałuję, że nasze istnienie nie wyraziło się bardziej duchowo, a jednak mniej cieleśnie). W każdym razie, kluczowe jest tu to, że do tych nad wyraz szczegółowych oględzin przystępujemy w towarzystwie lekarza, wiec czujemy się mniej niestosownie niż byśmy byli zwykłymi gapiami żadnymi sensacji. Jeżeli nawet pewne zażenowanie w nas jest, to zdecydowanie silniej odczuwa się żal, że antybiotyków albo szczepionki przeciw gruźlicy nie wynaleziono te dwieście lat wcześniej.
Diagnoza jest szeroko omówiona, Neumayr przytacza szereg argumentów - czasem wydawało mi się, że ten sam fakt raz przytacza jako argument za a raz jako przeciw, no ale ja nie jestem lekarzem. I w sumie nie to było dla mnie najważniejsze. Najważniejsza była dla mnie możliwość przebywania przez jakiś czas z tymi, którzy całe życie, w zdrowiu i w chorobie gnani byli przymusem spisywania muzyki, która "tkwiła im w głowie i nie dawała spokoju". I dlatego cieszę się, że przeczytałam r\tę książkę. I że mogłam sobie w internecie puścić te utwory, które tam zostały wspomniane.  

Mnie spokoju nie daje koc (dzisiaj czytamy i dziergamy z Maknetą), więc został zesłany na karny taboret, tymczasem wyciągnęłam sweterek w ażury, który siedział zamknięty w robótkowej torbie. Zamknięty został nie bez powodu, otóż mianowicie, kiedy wyprodukowałam na koniec dołu ściągacz francuski, sweter ujawnił swoją rogatą naturę, zawinął się całym ściągaczem do góry i tak pozostał niewzruszony wobec licznych prób odwinięcia. Po dwóch tygodniach zebrałam się na odwagę, wyciągnęłam go z torby, postanowiłam, że nie mogę przegrać z prostym swetrem (nawet jeśli ma ażurek - bardzo ładny zresztą w przymiarkach). Postanowienia się trzymam, robię rękaw dla niepoznaki, a tak naprawdę obmyślam strategię walki z dołem.

Wiosna już na dobre w zieleni i nawet w pierwszych kwiatkach i forsycjach, Muzykę zakładałam więc bardzo wiosenną zakładką:


Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)

środa, 22 marca 2017

O demonach, kocach i Babilonach

"I chociaż góry te były wysokie i porośnięte straszliwymi krzewami, poszedłem naprzód"

I ja poszłam naprzód jako ten dzielny król babiloński. W "Życie codzienne Babilonu i Asyrii" Georgesa Contenau. I oczywiście w koc (bo dziś środa, czytamy i dziergamy z Maknetą).
Historia ma to do siebie, że z czasem wpada wszystko do niej niczym do głębokiego szybu, prasuje się tam, spłaszcza i tylko czasem jakiś król błyśnie koroną, jakaś wojna stuleciem, granice się ustalą i znowu zmienią, daty przeminą w pędzie. Dlatego tak lubię książki z dawnym życiem codziennym, bo w nich wieśniak ma czas iść na pole i na podwórko, wyhodować ptaka, co znosi jedno jajko dziennie i zawieźć go do Egiptu, ma czas pomalować ściany czerwoną farbą (od uroku a zwłaszcza od karaluchów), ozdobić dywan frędzlami, ma czas usiąść przy stole i z przyjaciółmi zjeść rybę, szarańczę albo kawał sera, ma czas się uczesać i ogolić oraz popatrzeć na księżyc (jak go widać akurat).

"Życie codzienne Babilonu i Asyrii" napisał Francuz, Francuzi, jak ogólnie wiadomo, nawet jeśli piszą o rosyjskim kawiorze, to zawsze na ogół piszą o Francji. Byłam więc na to przygotowana nawet w starożytnym Babilonie, ale i tak mnie zaskoczył wieśniak francuski na samym początku i Giełda paryska nieco później. W sumie autor był dzielny i skromny, zdecydowanie więcej jest tu Asyrii i Babilonu. Wstępnie Contenau zakreślił ramy czasowe, których dalej praktycznie wcale się nie trzymał, czasem stosował określeń "dawno i bardzo dawno temu", ale nie przeszkadzało mi to za bardzo, zwłaszcza jeżeli wzięłam pod uwagę bałagan,jaki mieli w chronologii sami Babilończycy i Asyryjczycy. Przecież i tak najważniejsze jest to, że palma miała bardzo wiele pożytków, król jako atrybut miał berło, broń i oganiaczkę od much, liczbą doskonałą było sześćdziesiąt, prawdziwego imienia nie należało zdradzać, żeby ktoś nie rzucił uroku, a na grobie należało napisać modlitwę w postaci zagadki albo krzyżówki, bo tylko wtedy przechodzień ją przeczytał z ciekawości i wprawił w moc i w czyn.

Nie wiem, czy byśmy teraz dogadali się z takim Babilończykiem, sprawia wrażenie dosyć obcego i zasklepionego w swoim świecie, obdzierał jeńców ze skóry i otaczał się straszną ilością demonów, ale zadziwia mnie i wzrusza fakt, że do dzisiaj wiążemy (w chwilach słabości) czerwone wstążeczki od uroku, godzinę dzielimy na sześćdziesiąt minut i w dalszym ciągu meteorologia ma trochę z magii i wróżbiarstwa. No i to on miał pierwszą bibliotekę z listami, bajkami i potopem. Na każdego, kto wyniósł z niej książkę, spadała bardzo nieprzyjemna klątwa.
Koc. Koc na początku dzierga się niezwykle żwawo i entuzjastycznie. Nie waży dużo i przybywa szybko. Potem długie tygodnie tkwi się niezmiennie w połowie. Aż wreszcie trzeba posadzić go na osobnym krzesełku. Nie nadaje się na robótkę podróżną. Nie wydaje się, żeby kiedyś się skończył. No ale przecież każdy koc ma dwa końce, więc i ten chyba też. Będzie miał i będzie lepszy niż najlepsze czyste masło. Idę więc naprzód. Gdzieniegdzie szare kotki w zielonych listkach i same listki bez kotków. Wiosna też idzie, nieunikniona.

Asyrię z Babilonem zakładałam idealną zakładką - w dalekim tle gotuje się obiad, w pierwszym planie siedzę przy stole, czytam o Asyrii i macham beztrosko nogami. W Asyrii Isztar ma złote lwy na granatowych frontonach świątyni.


Dziękuję bardzo za przemiłe komentarze i odwiedziny, dobrego dnia! :)

środa, 15 kwietnia 2015

Pokusa o poranku

"Co Maryla czyni, kiedy bierze ją nieprzezwyciężona pokusa?"
Ania z Zielonego Wzgórza, L.M. Montgomery

 Maryla oczywiście nie miewała nieprzezwyciężonych pokus, więc nie robiła nic. Ania czasem je miewała, kupowała wtedy buteleczkę od wędrownego handlarza i farbowała włosy na zielono. A ja. No cóż. Kiedy mnie ogarnia nieprzezwyciężona pokusa i mami niebiesko-zielonym swetrem z bawełny, walczę wtedy czas jakiś niedługi, odnoszę porażkę osłodzoną czekaniem na paczkę. Po otwarciu paczki okazuje się, że do zielonego wybrany niebieski za bardzo nie pasuje, pasuje za to moteczek innej grubości wrzucony do koszyka bez sensu, za to z obniżoną ceną. I teraz dokupienie więcej granatowego nie jest już pokusą, ale jest koniecznością. Niebieski ląduje w rezerwowej szufladzie a ja znowu czekam na paczkę. Paczka pojawia się w samą przedświąteczną porę, wrzuciłam granat na druty, przytknęłam zielony i doszłam do wniosku, że tak jak Ania nie była do końca usatysfakcjonowana zielonymi włosami, tak i ja nie będę usatysfakcjonowana swetrem zielonym w połowie. Nadmiar zielonego ląduje w szufladzie jako rezerwa a ja stanęłam wobec kolejnej konieczności dokupienia granatu do nowej koncepcji kolorystycznej. Paczka już pewnie na poczcie. Jedna pokusa, dwie konieczności, sweter z oszczędnym zielonym paskiem, niebieski z zielonym w zapasach, przydałby się do nich biały, ale białą bawełnę to ja już mam. Uff.

"Mam takie przyjemne uczucie gdzieś na dnie serca z powodu tej falbany." Ania z Zielonego Wzgórza, L.M. Montgomery
I jestem przekonana, że Bubulina ma identyczne uczucie z powodu moich udziergów.


Zaczęłam właśnie pierwszy rękaw. I zaczęłam Anię z Zielonego Wzgórza po raz nie wiem który. Na zdjęciu mój egzemplarz, który dostałam od cioci, pierwsze podejście (mogłam mieć z dziesięć lat), było nieudane, na szczęście ponowiłam próby, no i wiadomo. Kto zna Anię ten wie. Jedna z moich najbardziej zaczytanych książek. Uwielbiam jej wyobraźnię, jej paplaninę, jej nieustanne katastrofy (Chyba musi być granica dla błędów, jakie jedna osoba może uczynić, więc kiedy popełnię już wszystkie, musi przecież nastąpić koniec. Jest to stanowczo myśl bardzo pocieszająca.), jej optymizm, jej dobroć, jej otchłanie rozpaczy. Nie lubię myśleć, że czytanie książek to ucieczka przed rzeczywistością, ale od czasu do czasu, niekiedy, no cóż, można sobie pozwolić. I Ania taka jest - pocieszająca i terapeutyczna. Zaszemrze topolą, błyśnie skrawkiem morza, rozśmieszy strumykiem i wzruszy sukienką z bufiastymi rękawami od Mateusza. Zdarzają się oczywiście w niej smutki, ale poranki zawsze są pełne radości. "Czyż to nie cudnie, że bywają poranki?"

Cudnie. I cudnie, że dziergamy z czytaniem w środy u Maknety i że zaraz będzie sobota i że kwitną już forsycje i magnolie. Świat zawsze jest piękniejszy i bardziej przyjazny, kiedy pobędzie się trochę z Anią.

Dziękuję bardzo za Wasze wizyty i komentarze, życzę miłego dnia i dzielę się pyszną babką wielkanocną, którą w swojej dobroci upiekł mój starszy syn. :D



środa, 8 kwietnia 2015

Mądrość z jagniątkiem

"Rosło tam [w Indiach] cudowne drzewo, które rodziło maleńkie jagniątka na końcach gałązek. Gałęzie owe były tak giętkie, że zginały się ku ziemi, by jagniątka mogły się pożywić"
Podróże Jana Mandeville z 1371

Oczywiście nie czytam samych podróży (chociaż jeżeli całe są takie śliczne, to w sumie czemu nie?), ale najwyraźniej czas poza zimowy jest dla mnie tylko i wyłącznie czasem bawełnianych jagniątek. W przeciwieństwie bowiem do jagniątek wełnianych, bawełniane jagniatka nie gryzą.
Czas niezimowy czyli grad, śnieg, deszcz, słońce, wiatr, wszystko po kolei albo parami naraz, więc jak nietrudno się domyślić, najłatwiej wtedy ląduje się w łóżku z antybiotykiem, gorączką i zwolnieniem lekarskim, jako i ja wylądowałam. Pierwszym etapem lądowania jest sen snem kamiennym, drugim komedie romantyczne, zawsze te same, idealne na chorobowo otumanione myśli. Aż wreszcie, przy odrobinie szczęścia, powraca stopniowo bystrość z rozumem i wtedy można sięgnąć po książkę. Powinna być lekka, optymistyczna i pozytywna.


"Mądrość i cuda świata roślin" lekka nie jest, ale od czego człowiek ma poduszki, którymi może podeprzeć i siebie, i opasłe tomiszcze. Tomiszcze zostało napisane przez Jane Goodall, która ku mojemu wielkiemu ubolewaniu wykazała się rozsądkiem i ograniczyła do marnych 450 stron. Kto słyszał o autorce, ten wie, że to osoba wielce zasłużona dla zwierząt, w szczególności dla szympansów, które obserwowała w Afryce w latach sześćdziesiątych, będąc bardzo młodą panienką. Pojechała do pracy z mamą, jako że siedzenie w buszu było zajęciem niezbyt adekwatnym dla angielskiej panienki z dobrego domu. Potem, kiedy już poczyniła stosowne obserwacje, zajęła się walką o prawa zwierząt, roślin i ludzi i tym właśnie się zajmuje teraz, kiedy dobiegła osiemdziesiątki.
Osobowość Jane Goodall jest tak bogata i budzi taką chęć kontaktu, że będąc w połowie książki, znalazłam jej filmową biografię i obejrzałam. Obejrzałam też całą serię jej wystąpień (no, fragmentów może) na youtubie, jak podróżuje trzysta dni w roku, jak patrzy na migrujące żurawie i jak się wita albo żegna z różnymi szympansami. I jak one ją kochają. Doprawdy, nie sposób się dziwić. To bardzo charyzmatyczna, pełna pasji, elegancji, spokoju, energii i miłości osoba.

I taka jest jej książka. Zaczyna się, kiedy Jane ma trzy lata i wybiera się do lasu, a potem rośnie i czyta o doktorze Dolittle i o Tarzanie, bo książka jest o roślinach, ale trochę też jest o samej Jane i jej pasjach. O jej ogrodach i jej drzewach. Potem jest o samych drzewach, o Linneuszu i jak był w Anglii ocenzurowany (głównie ze względu na nieprzystojne słupki i pręciki i ogólnie niemoralne prowadzenie się roślin), o łowcach roślin, jak narażali życie, o storczykach, ogrodach botanicznych, nasionach, genetycznie modyfikowanej kukurydzy, o bawełnie, tytoniu, chmielu i o ogrodach, bo "ogrody są dobre dla duszy". I jest też o konopiach u Herodota: "Tych więc konopi nasienie biorą Scytowie i wchodzą pod filcowe namioty; potem rzucają ziarna na rozżarzone kamienie i wytwarzają taką parę, że żadna helleńska łaźnia parowa nie mogłaby jej przewyższyć. A Scytowie ryczą z zadowolenia w tej parze; to zastępuje im kąpiel, bo w ogóle nie myją ciała wodą".

I kiedy człowiek tak sobie czyta, ryczy z zadowolenia i nabiera ochoty, żeby coś koniecznie zrobić, coś dobrego, uratować kawałek deszczowego lasu, zszywaczem przypiąć z powrotem do drzewa zmyty storczyk albo kupić herbatę organiczną faire trade.
Nie jestem chyba jednak aktywistką z natury, wysyłam więc mnóstwo pozytywnych myśli i poprzestaję na bawełnianych jagniątkach. Bawełna Paris, jestem przekonana, że wyprodukowana została ekologicznie i bez męczenia małoletnich dzieci, narzucam sobie sześćdziesiąt oczek na okrągłe druty i dziergam tunikę w kolorze liści (i trochę w granatowym). I tak mija środa w swej drodze niespiesznej do piątku.

Dziękuję bardzo z wizyty i komentarze, miłego dnia!