"...mamy tu cudowny ogród, cieniste alejki, zakątki, rzeczułkę, młyn, łódkę, księżycowe noce, słowiki, indory... W rzece i stawie są bardzo inteligentne żaby. Chodzimy często na spacery, a ja zazwyczaj zamykam oczy i wyciągam ramiona, imaginując sobie, że pani też wyciąga je ku mnie..."
Czechow, listy za "Antoni Czechow jego życie i twórczość" Elsa Triolet
Znowu czytam o Czechowie. Króciutka książeczka napisana przez Rosjankę po francusku. Trochę jest Lenina w tle ale nie jest to szczególnie męczące. Sporo cytatów z samego Czechowa.
A Czechowa zawsze dobrze czytać. Jest w jego opowiadaniach, listach coś takiego co nas wrzuca bezboleśnie w jego świat. I czujemy się wtedy jakbyśmy sami słuchali tych inteligentnych żab i spacerowali w księżycową noc.
Bo noce faktycznie są księżycowe, nie spaceruję jednak chwilowo, ale dziergam. A dziergam na ogół w trudnych warunkach, zeszyt z wzorami ciągle się zamyka od razu na kolanach, albo zsuwa się na podłogę i tam zamyka, aż w końcu męża wzięła litość nad moją niedolą i olśniony nagłym pomysłem wyciągnął z szufladek nieużywany już pulpit na nuty.
Żeby nie być gorszą, mnie też olśniło, zamykający się od dwóch lat zeszyt wymieniłam na kołonotatnik i mam. Wzory, ołówek, notatnik, wszystko w jednym łatwoprzestawne, łatwoprzesuwne i łatwoustawne.
To czerwone obok pulpitu to moja zaczęta w październiku (kiedy on był?) Kozeta. Zamknęłam ją w szafie trochę ze względu na wciskające się w grafik czapki, ale trochę ze względu na przełom w warkoczach. Przełom w warkoczach polegał na rozmnożeniu licznym warkoczy rozłożystych i wpasowaniu ich w warkocze chude. Opis Dropsa nie pomagał, zamiast więc znowu poświęcić jedną niedzielę na zrozumienie opisu, przygnębiłam się i poddałam. A kiedy skończyłam wszystkie czapki i pęczki i Medee, wyciągnęłam nieszczęsną Kozetę i cały wieczór czytałam o warkoczach. Po kilku godzinach czytania, liczenia w pamięci, liczenia w kalkulatorze, omijania pułapek w opisie, okazało się wreszcie jasno, które warkocze są z przodu, które z tyłu i że razem jest ich trzynaście. Uzbrojona w tę wiedzę, kołonotatnik, pulpit przebiłam się przez korpus aż do pierwszego rękawa.
Jest to drugie zadanie (dokończenie robótki ubiegłorocznej) z podjętego niefrasobliwie wyzwania 15 projektów w rok. Niby coś mówią o odróżnianiu odwagi od głupoty, ale ja na razie czuję się odważna przeważnie.
Pierwszym zadaniem jest komplecik - znana skądinąd czapka i komin. Pozuje oczywiście Bubulina:
Komin waży 178 gram, robił się drutami nr 6 i dobrze się nosi. Pachnie na razie odrobinę owczarnią, bo na razie nei było czasu go prać, od razu poszedł w służbie ocieplającej do pracy i z powrotem.
Przyjemnego dziergania z czytaniem nieustająco, bo dziś już trochę jakby nie środa, ale czwartek.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze, miłego dnia! :)
czwartek, 15 stycznia 2015
środa, 7 stycznia 2015
Czekając na piórko z kominem
"Czas w te wieczory (od Wigilii Bożego Narodzenia do Trzech Króli) przepędzano przy ognisku domowym na śpiewaniu kolęd lub innych pieśni nabożnych i światowych, opowiadaniu starych baśni, wzajemnych odwiedzinach i rozrywkach domowych."
Gloger
Czyli jednym słowem rozrywki środowe u Maknety.
"Przestrzegano też surowo, aby po zachodzie słońca nikt nie prządł, nie motał przędziwa, nie szył i w ogóle nie pracował ostrymi narzędziami. Mówiono, że kto w te wieczory przędzie i mota, będa mu się wilki motały do obory."
Polskie tradycje świąteczne, Hanna Szymanderska
Ja jednak śmiało pracowałam drutami, brak obory zdecydowanie umacniał mnie w walce z zabobonami i w ramach rozrywek domowych opowiadałam stare baśnie. Lubiłam opowiadać baśnie, lubiłam tę precyzję fabuły, kiedy to darowane w podzięce piórko zawsze okazywało się potrzebne w kluczowym momencie. No ale potem wszyscy wyrośli, najmniej ja, ale i tak nie miałam komu opowiadać, więc wydałam swoje baśnie myśląc, że je na zawsze pamiętam. Był sobie król, miał w sadzie złotą jabłoń, która raz w roku (chyba raz w roku) rodziła złote jabłka. I ktoś te jabłka wykradał rok w rok, więc w końcu król poprosił trzech synów, to było jasne i klasyczne, pilnowali po kolei, zasypiali, najmłodszy nie zasnął, to wiadomo, no ale po co mu było to piórko? I skąd wziął się smok? A koń? Coś było z koniem, coś było z rzucaniem włóczni, chyba w innej już baśni, jakieś dłubanie przez ścianę i jakiś upajający zapach Bazylijki.
Pamięć jednak nie jest tak wieczna jakby nam się wydawało, zapomniałam swoje ulubione baśnie, rzuciłam się więc do internetu, w nim jest prawie wszystko, moje baśnie też były, niestety okazały się baśniami cennymi nadzwyczaj. Wykazawszy się nadzwyczajnym rozsądkiem i opanowaniem wobec liczb trzycyfrowych (teraz oczywiście trochę żałuję) nabyłam egzemplarz z lekka zszargany, ale na moją kieszeń. Z bliska zszarganie okazało się być znaczące, ale piórko wróciło na miejsce, wyjaśnił się pobyt smoka w beczce z trzema obręczami oraz rzucanie włóczni, a Bazylijka rozsiewała w komnatach cesarskich upajający zapach, cesarz się nią opiekował, mówił do niej i podlewał, aż w końcu ona nocami zamieniała się w dziewczynę o długich, złotych warkoczach a on musiał wyjechać na wojnę. I wtedy nagle zabrakło ciągu dalszego, kartki były wyrwane. Rzuciłam się do internetu, zostały już w nim same drogocenne egzemplarze, bo te zszargane wykupiłam i już myślałam, że nigdy się nie dowiem, co się stało z Bazylijką, kiedy niespodziewanie bratnia dusza książkowa przysłała mi swój własny egzemplarz, szczęśliwie strony w nim były wszystkie. I już wiem, że Bazylijka została wyzwolona od niedoli i żyła potem z cesarzem długo i szczęśliwie.
Jeżeli nie musimy, nie wyrzucajmy swoich baśni. I jeśli możemy, nie kupujmy mało włóczek.
Ale na mnie wygląda jak czapka:
Druty nr 6, waży 68 gram, Alafosslopi. Dzisiaj ją testowałam, było minus dziesięć stopni, czapka nic nie gryzie, jest bardzo ciepła, nieprzewiewna (to znaczy wiatr nie przewiewa) i zgrabna.
Zachęcona urodą czapki, zapragnęłam mieć do kompletu komin, wrzuciłam pozostałe 32 gramy na druty
powstało go sześć centymetrów gustownego komina, a reszta, jak można się tego domyśleć, czeka na poczcie. W postaci włóczki w paczce. No dobrze. W dwóch paczkach. Bo jak mówi starożytne przysłowie - czego z piórkiem można zapomnieć, tego z włóczką może zabraknąć.
Miłego dnie! Dziękuję bardzo za odwiedziny i miłe słowa! :)
środa, 31 grudnia 2014
Cykle i czapki
Dzisiaj środa, maiła być we wtorek, ale nie zdążyła, więc jest w środę. Czytanie z dzierganiem.
Wkręciłam się w wigilijne lepienie pierogów i świąteczne odpoczywanie pod choinką. Zostałam za to nagrodzona od Mikołaja nową częścią Jeżycjady, czyli "Wnuczką do orzechów" Małgorzaty Musierowicz.
Wnuczka kusiła niebieskim spojrzeniem i niebieskimi koralami, porzuciłam więc w połowie Papierowy świat i w pierwszym tomie Dwór wiejski i rzuciłam się w świat pewnej poznańskiej rodziny, która tym razem przeniosła się ze wszystkimi swoimi książkami na łono przyrody. Mówiąc w uproszczeniu.
Cykl Małgorzaty Musierowicz jest generalnie przeznaczony dla młodych panienek, ja trafiłam na niego przypadkiem, zainteresowana jej felietonami o książkach drukowanych w Filipince (to były czasy, nie ma już teraz takich pisemek, westchnę sobie). Zastałam zajeżycowana, chociaż mlodą panienką już wtedy nie byłam zdecydowanie, ale wcale się sobie nie dziwię.
Duży stół w kuchni, błękitne kubki, herbata w dużych ilościach, świeżo pieczone ciasta i wszędzie, wszędzie książki. Na regałach, na parapetach, na fotelach, w wannie (też się chyba zdarzyło). Pojawia się też wątek dziewiarski (jedna z głównych bohaterek dziergała swetry w spółdzielni, ale nie został on potem rozwinięty).
Musierowicz ma niezwykłą umiejętność zawierania w niewielkiej w sumie objętości nie tylko fabuły i cech postaci, ale ogromną ilość szczegółów, które, o dziwo, nie ciążą na tekście, ale są tak sobie od niechcenia. Zawsze wiemy jaka jest pogoda. Co Cesia niesie w siatce. Jakie kluski mają na obiad Lewandowscy. Pod jakim numerem mieszkają Borejkowie. Mieszkają na Roosvelta 5. Byłam tam zresztą oczywiście pewnego pięknego dnia siatką pełną książek, jakżeby inaczej:
Nie tylko ja zresztą byłam, wielbiciele Borejków tak często nawiedzali prawowitych mieszkańców, że ci musieli się wyprowadzić. Bo to właśnie jest taka literatura - niby wiadomo, że zmyślona, ale będąc w Poznaniu cały czas miałam wrażenie, że jakaś rudowłosa Borejkówna wypadnie z zadrzewionej alejki.
"Wnuczka do orzechów" zatem. Przeczytałam ją w dwa dni i z ogromną przyjemnością. Mówią, że nowe tomy, to już nie to. Ja jednak nie narzekam. Pewnie, można ponarzekać na to i owo. Ale moje oczekiwania zostały spełnione - były książki, lasy bukowe, orzechy, upał, lody porzeczkowe, miłość od pierwszego wejrzenia i pulchne ciasteczka.
Miasta tylko było mało, bo "we wszystkich miastach świata jest tak samo". To prawda, zatem Wnuczkę zakładałam zakładką z choinkami.
W chwilach wolnych od odpoczywania nad książką, odpoczywałam nad drutami. Wyprodukowałam drugą czapkę dla dziecka:
Czapka ze słynnych owiec islandzkich, bardzo ciepła i bardzo gryząca, z zabójczymi włoskami:
Dziecku czapka w miarę się podoba, ale ma jeszcze jedną koncepcję, w związku z czym znowu czekam na paczkę. Tym razem ma być chyba bez wzorków i bardziej obcisła. Jeszcze chwila i będę mogła wziąć udział w akcji dwunastu czapek. Nieuchronnie zmierzam w cykliczne dzierganie czapek.
Zwłaszcza, że nabrałam chęci na czapkę dla siebie wzorem wypatrzonym u Maknety.
Dane techniczne czapki z włoskiem:
włóczka Alafosslopi 88g
druty nr 5
Dziękuję za odwiedziny i komentarze! Oraz szczęśliwego Nowego Roku! :)
Wkręciłam się w wigilijne lepienie pierogów i świąteczne odpoczywanie pod choinką. Zostałam za to nagrodzona od Mikołaja nową częścią Jeżycjady, czyli "Wnuczką do orzechów" Małgorzaty Musierowicz.
Wnuczka kusiła niebieskim spojrzeniem i niebieskimi koralami, porzuciłam więc w połowie Papierowy świat i w pierwszym tomie Dwór wiejski i rzuciłam się w świat pewnej poznańskiej rodziny, która tym razem przeniosła się ze wszystkimi swoimi książkami na łono przyrody. Mówiąc w uproszczeniu.
Cykl Małgorzaty Musierowicz jest generalnie przeznaczony dla młodych panienek, ja trafiłam na niego przypadkiem, zainteresowana jej felietonami o książkach drukowanych w Filipince (to były czasy, nie ma już teraz takich pisemek, westchnę sobie). Zastałam zajeżycowana, chociaż mlodą panienką już wtedy nie byłam zdecydowanie, ale wcale się sobie nie dziwię.
Duży stół w kuchni, błękitne kubki, herbata w dużych ilościach, świeżo pieczone ciasta i wszędzie, wszędzie książki. Na regałach, na parapetach, na fotelach, w wannie (też się chyba zdarzyło). Pojawia się też wątek dziewiarski (jedna z głównych bohaterek dziergała swetry w spółdzielni, ale nie został on potem rozwinięty).
Musierowicz ma niezwykłą umiejętność zawierania w niewielkiej w sumie objętości nie tylko fabuły i cech postaci, ale ogromną ilość szczegółów, które, o dziwo, nie ciążą na tekście, ale są tak sobie od niechcenia. Zawsze wiemy jaka jest pogoda. Co Cesia niesie w siatce. Jakie kluski mają na obiad Lewandowscy. Pod jakim numerem mieszkają Borejkowie. Mieszkają na Roosvelta 5. Byłam tam zresztą oczywiście pewnego pięknego dnia siatką pełną książek, jakżeby inaczej:
Nie tylko ja zresztą byłam, wielbiciele Borejków tak często nawiedzali prawowitych mieszkańców, że ci musieli się wyprowadzić. Bo to właśnie jest taka literatura - niby wiadomo, że zmyślona, ale będąc w Poznaniu cały czas miałam wrażenie, że jakaś rudowłosa Borejkówna wypadnie z zadrzewionej alejki.
"Wnuczka do orzechów" zatem. Przeczytałam ją w dwa dni i z ogromną przyjemnością. Mówią, że nowe tomy, to już nie to. Ja jednak nie narzekam. Pewnie, można ponarzekać na to i owo. Ale moje oczekiwania zostały spełnione - były książki, lasy bukowe, orzechy, upał, lody porzeczkowe, miłość od pierwszego wejrzenia i pulchne ciasteczka.
Miasta tylko było mało, bo "we wszystkich miastach świata jest tak samo". To prawda, zatem Wnuczkę zakładałam zakładką z choinkami.
W chwilach wolnych od odpoczywania nad książką, odpoczywałam nad drutami. Wyprodukowałam drugą czapkę dla dziecka:
Czapka ze słynnych owiec islandzkich, bardzo ciepła i bardzo gryząca, z zabójczymi włoskami:
Dziecku czapka w miarę się podoba, ale ma jeszcze jedną koncepcję, w związku z czym znowu czekam na paczkę. Tym razem ma być chyba bez wzorków i bardziej obcisła. Jeszcze chwila i będę mogła wziąć udział w akcji dwunastu czapek. Nieuchronnie zmierzam w cykliczne dzierganie czapek.
Zwłaszcza, że nabrałam chęci na czapkę dla siebie wzorem wypatrzonym u Maknety.
Dane techniczne czapki z włoskiem:
włóczka Alafosslopi 88g
druty nr 5
Dziękuję za odwiedziny i komentarze! Oraz szczęśliwego Nowego Roku! :)
środa, 17 grudnia 2014
Rzeczy lekkie
Jedną z moich ulubionych scen jest scena z filmu "84 Charing Cross Road", w której Helen Hanff czyli Anne Bancroft siedzi na środku pokoju ze szmatką w ręce. Jest otoczona książkami powyjmowanymi z półek. Trochę sprząta, czule przecierając szmatką zakurzone grzbiety, ale głównie podczytuje. Podczytuje i się do nich uśmiecha.
Uwielbiam ten film. Film o miłości do książek, o londyńskim antykwariuszu i amerykańskiej pisarce. O starych kamienicach w Nowym Yorku i złoconych brzegach książek.
Wzięłam dwa dni urlopu sportowego i spędziłam je uprawiając liczne dyscypliny typu mycie kloszy z przeszkodami, skoki z drabiną, rzut ścierką oraz odkurzanie książek na czas.
Ja nigdy nie podczytuję. Zdyscyplinowana, biorę tom za tomem, odkurzam, wycieram półkę, stawiam na nią książki z powrotem równo, bo u mnie musi być równo. Nie podczytuję, bo wiem, że pierwszy dzień świąt by mnie tu zastał i drugi. Wyjmuję i stawiam, pierwsza półka idzie lekko, druga podobnie, ale przy trzeciej i czwartej zaczynam czuć ich ciężar.
"Niech żyją rzeczy lekkie" pisała Tove Jansson. No ba!
Pamiętam kiedy zeszłego roku w Boże Narodzenie wczesnym rankiem czytałam jej biografię przy makowcu, serniku i dwóch świeczkach, bo była długa, długa awaria. Właściwie poczytałabym jeszcze raz. Jeszcze raz popatrzyła na jej zdjęcia i na jej ilustracje. Na dwóch tomach Anny Kareniny rysunek gorsetu i lokomotywy. Jaki ładny. Właściwie poczytałabym też Annę Kareninę, o śniegu na peronie, o ich pierwszym spotkaniu, pierwszym tańcu, o koszeniu łąki, o pszczołach i ogórkach z miodem.
"Chochoły" Szostaka o ucieraniu sernika, rytuałach, uszkach w czerwonym barszczu, o kamienicy trochę w Krakowie, a trochę nie, jej pokoje maleją, powiększają się, gubią się w labiryntach, a życie trwa niezmienne. Poczytałabym jeszcze raz, ale grzecznie odstawiam na półkę. I kiedy wreszcie przeczytam te listy Seneki, kupione gdzieś w kiosku, który mieszkał nad łaźnią i narzekał na hałasy. Najbardziej dokuczał mu wyrywacz włosów spod pach, bo równie głośno piszczał on, jak i jego klienci. Na półkę.
Surowe, posępne kolory okładki, to Homer po norwesku, jeden z mojej kolekcji Homerów zapoczątkowanej przez trochę żartem przywiezioną ze Szwecji Iliadę. Nie poczytam raczej, ale jak miło, że wszędzie wydają Iliady i Odyseje:
"Jako když rolnik zasadi v zákouti sadu
do vlhké pudy zelený výhonek olivy štihlé;
vyrostl, zazelenal se, kolébán jemnými vánky"
Vyhonek oliwy kolebie się na wietrze, a ja odkurzam Kubusia, jedną z pierwszych książek, którą przeczytałam i która jest ze mną już tyle lat. Wspominam swoje dawne prezenty gwiazdkowe, imieninowe, urodzinowe, późno, późno zaczęłam sama kupować książki, wychodzić z domu bez żadnej a wracać z jedenastoma po to, żeby były czytane i żeby walczyły o miejsce na półce, bo u mnie w domu o miejsce na półce nie jest łatwo. No ale przynosiłam je w upał i w śnieg i w ulewny deszcz, martwiąc się czy nie przemokną w szmacianej torbie. Laurę Diaz przywiozłam z Gorzowa, Hamleta z warszawskiego Empiku, Lata Virginii Woolf z największego antykwariatu w Europie, który był w Warszawie, a którego już nie ma. "Jestem w raju, jestem w raju" tak w tym antykwariacie odbierała telefon moja przyjaciółka i dlugo nie można było z nią potem nawiązać kontaktu.
Biografia Milne'a spadła ze sklepowej półki wprost pod moje nogi - czy to nie był znak? Dwa tomy Czechowa z lampą naftową na okładce, kupione wręcz darmo i Propp z jego teorią bajki magicznej kupiony całkiem nie darmo. Tylko przemożna chęć przeczytania mogła osłodzić mi tę cenę.
Oczywiście nie każdą historię pamiętam w szczegółach. Zdejmuję w zdumieniu gruby zielony tom. To ja go kupiłam w czerwcu? Zatem jak dobrze, że nie kupiłam go drugi raz we wrześniu i trzeci raz w listopadzie.
"W dawnych, dawnych czasach, kiedy życzenia jeszcze się spełniały, żył król, którego wszystkie córki były bardzo piękne, ale najmłodsza była tak urocza, że nawet słońce, które wiele przecież widziało, dziwiło się, ilekroć spojrzało w jej twarzyczkę. W pobliżu zamku królewskiego rósł wielki, ciemny las, a w tym lesie pod starą lipą była studnia."
Bohater o tysiącu twarzy, Campbell
Co to ja miałam, ach, podczytywać nie miałam, kończę odkurzanie, ustawiam aniołki, zimowe pozytywki, choinki, moją ukochaną zimową zakładkę z herbatą i z oknem. Patrzę na połyskujące porządkiem okładki. Nie są lekkie, ale co tam, i tak niech żyją.
Bubulina przetrwała porządkowy armagedon ulokowawszy się z Misiową w fotelu wśród licznych poduszek i gdyby umiała mówić, na pewno upomniałaby się o zdjęcie, bo to dziś środa czytania z dzierganiem. Robię zdjęcie.
A książka?! Powinna być jeszcze książka! Robię zdjęcie z książką.
Sama nie mogę w to uwierzyć, ale dziergam kolejną czapkę dla młodszego dziecka. W sumie to dobry patent na kupienie włóczki wtedy, kiedy żadna przyzwoitość na kupowanie włóczki już nie pozwala.
Zapytać dziecko, czy ciepło mu w czapce żakardowej dwustronnie.
- W sumie ciepło. Raczej.
- A jak wieje?
- To trochę zimno.
- Jest taka wełna z islandzkich owiec, ponoć bardzo ciepła... czy może
- OK
Wtedy głośno powtarzając w stronę męża - dla dziecka, kupuję na czapkę dla dziecka - wrzucam swobodnie trzy (przecież mnie też się coś należy) motki w koszyk. I dziergam ścisło, żeby nie było przewiewających dziur. Wełna doskonale równiutka, ale szorstka nieco. Lekko nie jest. Wzorek się obmyśla. Muminki siedzą w dolinie.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze, miłego dnia! :)
Uwielbiam ten film. Film o miłości do książek, o londyńskim antykwariuszu i amerykańskiej pisarce. O starych kamienicach w Nowym Yorku i złoconych brzegach książek.
Wzięłam dwa dni urlopu sportowego i spędziłam je uprawiając liczne dyscypliny typu mycie kloszy z przeszkodami, skoki z drabiną, rzut ścierką oraz odkurzanie książek na czas.
Ja nigdy nie podczytuję. Zdyscyplinowana, biorę tom za tomem, odkurzam, wycieram półkę, stawiam na nią książki z powrotem równo, bo u mnie musi być równo. Nie podczytuję, bo wiem, że pierwszy dzień świąt by mnie tu zastał i drugi. Wyjmuję i stawiam, pierwsza półka idzie lekko, druga podobnie, ale przy trzeciej i czwartej zaczynam czuć ich ciężar.
"Niech żyją rzeczy lekkie" pisała Tove Jansson. No ba!
Pamiętam kiedy zeszłego roku w Boże Narodzenie wczesnym rankiem czytałam jej biografię przy makowcu, serniku i dwóch świeczkach, bo była długa, długa awaria. Właściwie poczytałabym jeszcze raz. Jeszcze raz popatrzyła na jej zdjęcia i na jej ilustracje. Na dwóch tomach Anny Kareniny rysunek gorsetu i lokomotywy. Jaki ładny. Właściwie poczytałabym też Annę Kareninę, o śniegu na peronie, o ich pierwszym spotkaniu, pierwszym tańcu, o koszeniu łąki, o pszczołach i ogórkach z miodem.
"Chochoły" Szostaka o ucieraniu sernika, rytuałach, uszkach w czerwonym barszczu, o kamienicy trochę w Krakowie, a trochę nie, jej pokoje maleją, powiększają się, gubią się w labiryntach, a życie trwa niezmienne. Poczytałabym jeszcze raz, ale grzecznie odstawiam na półkę. I kiedy wreszcie przeczytam te listy Seneki, kupione gdzieś w kiosku, który mieszkał nad łaźnią i narzekał na hałasy. Najbardziej dokuczał mu wyrywacz włosów spod pach, bo równie głośno piszczał on, jak i jego klienci. Na półkę.
Surowe, posępne kolory okładki, to Homer po norwesku, jeden z mojej kolekcji Homerów zapoczątkowanej przez trochę żartem przywiezioną ze Szwecji Iliadę. Nie poczytam raczej, ale jak miło, że wszędzie wydają Iliady i Odyseje:
"Jako když rolnik zasadi v zákouti sadu
do vlhké pudy zelený výhonek olivy štihlé;
vyrostl, zazelenal se, kolébán jemnými vánky"
Vyhonek oliwy kolebie się na wietrze, a ja odkurzam Kubusia, jedną z pierwszych książek, którą przeczytałam i która jest ze mną już tyle lat. Wspominam swoje dawne prezenty gwiazdkowe, imieninowe, urodzinowe, późno, późno zaczęłam sama kupować książki, wychodzić z domu bez żadnej a wracać z jedenastoma po to, żeby były czytane i żeby walczyły o miejsce na półce, bo u mnie w domu o miejsce na półce nie jest łatwo. No ale przynosiłam je w upał i w śnieg i w ulewny deszcz, martwiąc się czy nie przemokną w szmacianej torbie. Laurę Diaz przywiozłam z Gorzowa, Hamleta z warszawskiego Empiku, Lata Virginii Woolf z największego antykwariatu w Europie, który był w Warszawie, a którego już nie ma. "Jestem w raju, jestem w raju" tak w tym antykwariacie odbierała telefon moja przyjaciółka i dlugo nie można było z nią potem nawiązać kontaktu.
Biografia Milne'a spadła ze sklepowej półki wprost pod moje nogi - czy to nie był znak? Dwa tomy Czechowa z lampą naftową na okładce, kupione wręcz darmo i Propp z jego teorią bajki magicznej kupiony całkiem nie darmo. Tylko przemożna chęć przeczytania mogła osłodzić mi tę cenę.
Oczywiście nie każdą historię pamiętam w szczegółach. Zdejmuję w zdumieniu gruby zielony tom. To ja go kupiłam w czerwcu? Zatem jak dobrze, że nie kupiłam go drugi raz we wrześniu i trzeci raz w listopadzie.
"W dawnych, dawnych czasach, kiedy życzenia jeszcze się spełniały, żył król, którego wszystkie córki były bardzo piękne, ale najmłodsza była tak urocza, że nawet słońce, które wiele przecież widziało, dziwiło się, ilekroć spojrzało w jej twarzyczkę. W pobliżu zamku królewskiego rósł wielki, ciemny las, a w tym lesie pod starą lipą była studnia."
Bohater o tysiącu twarzy, Campbell
Co to ja miałam, ach, podczytywać nie miałam, kończę odkurzanie, ustawiam aniołki, zimowe pozytywki, choinki, moją ukochaną zimową zakładkę z herbatą i z oknem. Patrzę na połyskujące porządkiem okładki. Nie są lekkie, ale co tam, i tak niech żyją.
Bubulina przetrwała porządkowy armagedon ulokowawszy się z Misiową w fotelu wśród licznych poduszek i gdyby umiała mówić, na pewno upomniałaby się o zdjęcie, bo to dziś środa czytania z dzierganiem. Robię zdjęcie.
A książka?! Powinna być jeszcze książka! Robię zdjęcie z książką.
I z robótką.
Sama nie mogę w to uwierzyć, ale dziergam kolejną czapkę dla młodszego dziecka. W sumie to dobry patent na kupienie włóczki wtedy, kiedy żadna przyzwoitość na kupowanie włóczki już nie pozwala.
Zapytać dziecko, czy ciepło mu w czapce żakardowej dwustronnie.
- W sumie ciepło. Raczej.
- A jak wieje?
- To trochę zimno.
- Jest taka wełna z islandzkich owiec, ponoć bardzo ciepła... czy może
- OK
Wtedy głośno powtarzając w stronę męża - dla dziecka, kupuję na czapkę dla dziecka - wrzucam swobodnie trzy (przecież mnie też się coś należy) motki w koszyk. I dziergam ścisło, żeby nie było przewiewających dziur. Wełna doskonale równiutka, ale szorstka nieco. Lekko nie jest. Wzorek się obmyśla. Muminki siedzą w dolinie.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze, miłego dnia! :)
środa, 10 grudnia 2014
Roboty we dworze
Nastał szalony czas. Czas porządków, zakupów oraz gotowania. A ja, zamiast myć pudełka do ryżu i kaszy, oddzielać w szufladzie widelce od łyżek, przecierać kafelki, znosić ze sklepów mąkę, mak, gęsi, łososie, rozpuszczać miód na piernik i obsmażać mięsa na bigos, siedzę w wyrzutach sumienia i czytam o tym, jak radzić sobie we dworze. Od tego czytania gęsi w lodówce mi nie przybywa, ale za to wyrzuty sumienia mam coraz mniejsze, albowiem uświadamiam sobie jasno, ile pracy mnie ominęło w naszych nadobnych czasach.
Otóż bowiem nie muszę doglądać leniwej służby, nie muszę wyposażać pokoi gościnnych w białe pościele i naczynia nocne, firanek obszywać w perkaliki, nie muszę pcheł przeganiać z porzuconych w kącie ubrań dziecięcych, nie muszę z zagranicznych wojaży przywozić kucharzowi chustek do nosa, żeby palcami go nie obcierał.
Nie muszę gniazda obrzydliwego w kredensie likwidować, gdzie "panuje najczęściej zasłużony stary brudny kredencerz z dwoma adjutantami, jeszcze brudniejszym chłopakiem i bosym strożem, uzbrojonemi w tak nazwane kwacze; tam stoi brudne łoże i brudniejsze leżą sienniki, tam psy, koty, obiadają ogryzki, tam co wieczór gawęda, gdzie prócz lokai, ogrodnik, strzelec, stangret, przybywają, gdzie włodarz, ekonom, gajowy, czekają na rozkazy pana, tam z schowanych resztek potraw i z tylu gości, tworzy się zaduch najobrzydliwszy z melonowym zapachem". Nie muszę pilnować, żeby mi pomyj z kredensu przez jadalnię noszono, ani żeby go raz na tydzień winem myto.
Nie muszę uważać, żeby czepka o kaptur ogniska nie walać, ani żeby do pracy mieć gorset krótki. Mogę gorsetu nie zakładać wcale, a w tym zaoszczędzonym szczęśliwie czasie siedzieć w fotelu i czytać dalej "Dwór wiejski". Wyrzutów sumienia już nie mam praktycznie wcale. Martwi mnie jedynie moja podłoga w kuchni, która nie ma rynewki.
"Wracając do innych przedmiotów w kuchni, radzę ci mieć w niej podłogę ceglaną; z małą rynewką przez środek, lub bokiem. Co dzień kuchenna dziewka zleje podłogę wodą po obiedzie i zamiecie ją, mocno wycierając naprzod miotłą, potem ścierką na starej osadzoną szczotce. Woda tą rynewką spływa do ścieku, który z kuchni rurą przez mur przeprowadzoną idzie do ogólnego w podwórzu kanału, o którym niżej. Bez tych wygód ani myśl o czystości w kuchni, w podwórzu i nigdzie"
No trudno, szmatą będę musiała przetrzeć i to bez dziewki. Tymczasem czytam dalej
Jak pięknie się wtedy wydawało książki, autorka zbierała od chętnych czytelniczek przedpłaty, a potem pisała dzieło i umieszczała ich listę na początku.
Czapska z Czapskich. Dembowska z Witosławskich. Drohojewska z Bawarowskich. Działowska z Jezewskich. Dzieduszycki Henryk, Grabowska z Wyganowskich. Łączyńska z Ponińskich. Łączyńska z Biernackich. Małowiejska z Morawskich. Morawska z Szczanieckich. Miączyńska z Potockich. Nakwaska z Krajewskich. Ossipowska, Józefa. Pawlikowska z Jaworskich. Potocka z Branickich.
Czytały "Dwór wiejski" tak jak ja, gotowały rosół na otwartym ogniu, pieczyste piekły na rożnie z kołem i spodziewam się (jak mówiła pani Nakwaska), że lubiły robótki.
To bardzo dobra lektura na ten szalony czas:
"Stoliki postaw do gry w miejscach próżnych.
Kanapę jedną dużą, drugą małą. Fortepian, jeżeli go masz. Stolik do pisania, drugi do roboty (bo spodziewam się, że roboty lubisz), niższą serwantkę na nóty. Stół okrągły lub owalny, z sukiennym nakryciem. Otóż bawialnia ładnie urządzona. Miej w niej jeszcze różne gry na czas jesienny, szachy, warcaby, krążki, twierdzę, świeże pisma czasowe, jakie albumy, karykatury; słowem wszystko, co gości rozerwać może."
Muszę się obejść bez miejsc próżnych, bez nót na niższej serwantce i stołu do roboty. Robotę za to mam jak najbardziej i robota ma już przody, tyły i kawałek rękawa. Moje milion pęczków z Dropsa
Muszę się też obejść bez gęsi, na szczęście i tak nikt u mnie gęsi nie lubi.
Zatem w dobrym samopoczuciu, przy nieco już ciemnej środzie, dziergam i czytam nie tracąc spokoju w ten nieco szalony, przedświąteczny czas. Czas zimowych kubeczków i oszronionych gałęzi.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze. Miłego dnia! :)
Otóż bowiem nie muszę doglądać leniwej służby, nie muszę wyposażać pokoi gościnnych w białe pościele i naczynia nocne, firanek obszywać w perkaliki, nie muszę pcheł przeganiać z porzuconych w kącie ubrań dziecięcych, nie muszę z zagranicznych wojaży przywozić kucharzowi chustek do nosa, żeby palcami go nie obcierał.
Nie muszę gniazda obrzydliwego w kredensie likwidować, gdzie "panuje najczęściej zasłużony stary brudny kredencerz z dwoma adjutantami, jeszcze brudniejszym chłopakiem i bosym strożem, uzbrojonemi w tak nazwane kwacze; tam stoi brudne łoże i brudniejsze leżą sienniki, tam psy, koty, obiadają ogryzki, tam co wieczór gawęda, gdzie prócz lokai, ogrodnik, strzelec, stangret, przybywają, gdzie włodarz, ekonom, gajowy, czekają na rozkazy pana, tam z schowanych resztek potraw i z tylu gości, tworzy się zaduch najobrzydliwszy z melonowym zapachem". Nie muszę pilnować, żeby mi pomyj z kredensu przez jadalnię noszono, ani żeby go raz na tydzień winem myto.
Nie muszę uważać, żeby czepka o kaptur ogniska nie walać, ani żeby do pracy mieć gorset krótki. Mogę gorsetu nie zakładać wcale, a w tym zaoszczędzonym szczęśliwie czasie siedzieć w fotelu i czytać dalej "Dwór wiejski". Wyrzutów sumienia już nie mam praktycznie wcale. Martwi mnie jedynie moja podłoga w kuchni, która nie ma rynewki.
"Wracając do innych przedmiotów w kuchni, radzę ci mieć w niej podłogę ceglaną; z małą rynewką przez środek, lub bokiem. Co dzień kuchenna dziewka zleje podłogę wodą po obiedzie i zamiecie ją, mocno wycierając naprzod miotłą, potem ścierką na starej osadzoną szczotce. Woda tą rynewką spływa do ścieku, który z kuchni rurą przez mur przeprowadzoną idzie do ogólnego w podwórzu kanału, o którym niżej. Bez tych wygód ani myśl o czystości w kuchni, w podwórzu i nigdzie"
No trudno, szmatą będę musiała przetrzeć i to bez dziewki. Tymczasem czytam dalej
DWÓR WIEJSKI.
Tom 1
dzieło poswięcone gospodyniom polskim, przydatne i osobom w miescie mieszkającym
przerobione z francuzkiego
Pani Aglaë Adanson
z wielu dodatkami i zupełnem zastosowaniem do naszych obyczajów i potrzeb,
przez Karolinę z Potockich Nakwaską,
w 3 Tomach.
Jak pięknie się wtedy wydawało książki, autorka zbierała od chętnych czytelniczek przedpłaty, a potem pisała dzieło i umieszczała ich listę na początku.
Czapska z Czapskich. Dembowska z Witosławskich. Drohojewska z Bawarowskich. Działowska z Jezewskich. Dzieduszycki Henryk, Grabowska z Wyganowskich. Łączyńska z Ponińskich. Łączyńska z Biernackich. Małowiejska z Morawskich. Morawska z Szczanieckich. Miączyńska z Potockich. Nakwaska z Krajewskich. Ossipowska, Józefa. Pawlikowska z Jaworskich. Potocka z Branickich.
Czytały "Dwór wiejski" tak jak ja, gotowały rosół na otwartym ogniu, pieczyste piekły na rożnie z kołem i spodziewam się (jak mówiła pani Nakwaska), że lubiły robótki.
To bardzo dobra lektura na ten szalony czas:
"Stoliki postaw do gry w miejscach próżnych.
Kanapę jedną dużą, drugą małą. Fortepian, jeżeli go masz. Stolik do pisania, drugi do roboty (bo spodziewam się, że roboty lubisz), niższą serwantkę na nóty. Stół okrągły lub owalny, z sukiennym nakryciem. Otóż bawialnia ładnie urządzona. Miej w niej jeszcze różne gry na czas jesienny, szachy, warcaby, krążki, twierdzę, świeże pisma czasowe, jakie albumy, karykatury; słowem wszystko, co gości rozerwać może."
Muszę się obejść bez miejsc próżnych, bez nót na niższej serwantce i stołu do roboty. Robotę za to mam jak najbardziej i robota ma już przody, tyły i kawałek rękawa. Moje milion pęczków z Dropsa
Muszę się też obejść bez gęsi, na szczęście i tak nikt u mnie gęsi nie lubi.
Zatem w dobrym samopoczuciu, przy nieco już ciemnej środzie, dziergam i czytam nie tracąc spokoju w ten nieco szalony, przedświąteczny czas. Czas zimowych kubeczków i oszronionych gałęzi.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze. Miłego dnia! :)
środa, 26 listopada 2014
Motyle z maszynkami
Czasem napadnie nas jakaś myśl, najczęściej jest to myśl z chęcią i najczęściej kończy się to w koszyku. To mi się właśnie przytrafiło, kiedy zobaczyłam niechcący pewien sweter Dropsa. Sweter miał mało dosyć wełny w sobie, dużo włosków i jakoś mnie całkiem zauroczył i oszołomił. Akurat była impreza urodzinowa Dropsa, obniżki i chociaż miałam obiecane sobie nie kupować, kupiłam. Kupując motek obejrzałam jak nigdy video, bo byłam ciekawa co też na takim video o motku można pokazać. Otóż można pokazać głównie mizianie, poklepywanie i przytulanie motka, co każda dziewiarka zna z autopsji. Dobrze jednak, że obejrzałam, bo dzięki temu zaoszczędziłam sobie szoku. Motek był duży. Paczka szła do mnie i szła dniami i nocami, aż podejrzewałam, że może motek się rozwinął na którejś stacji kolejowej, ale nie.
Listonosz przyniósł go w dużej paczce i w całości. Video jednak nie kłamało. Motek był duży.
Nie dało się go upchnąć, jak inne chudziny, w szufladach, ani na półce między bluzką a rękawiczką. Jedyne co mogłam zrobić, to posadzić go w fotelu i sama przysiąść na pufie. Nie było rady, trzeba było sobotnim rankiem usiąść tuż obok motka na kanapie i rozpocząć jego znikanie.
I nic to, że w różnych szmacianych etui mam niezmierzone ilości drutów długich i krótkich, oczywiście do tej włóczki pasowały jedynie druty na krótkiej żyłce, skarpetkowych tego rozmiaru oczywiście nie mam wcale, więc znowu (jakby to delikatnie napisać), znowu czekam na paczkę, tymczasem w determinacji, bo ile można siedzieć na pufie, nawet jeśli z fotela wygryza cię milusi motek, nauczyłam się raz dwa (powiedzmy) techniki magic loop, żeby zacząć dekolt. I po licznych trudach, po czterokrotnym zaczynaniu metodą luźną włoską, po żmudnych ustaleniach który drut pracuje, który zwisa luzem i które pętelki trzymamy palcem, voila, uzyskałam magicznego motyla:
Po dwóch dniach dziergania i myślenia nad kolorami (ale obiad tym razem się nie przypalił i nawet zrobiłam surówkę), kiedy tak szary jak popiół, nieco mroczny, ustępował rozpalonemu czerwonemu, też mrocznemu, przyszła mi na myśl Medea:
Wtem ujrzała Jazona i zgasły żar ożył;
a przejmując jej serce, zapłonął na twarzy,
Jak gdy iskrę w popiele uśpioną, rozżarzy
Nagle wzbudzony wicher, ta wzdęta powiewem,
Rozpala się i silnym wybucha płomieniem.
Przemiany, Owidiusz
Medea. Tragiczna, nieszczęśliwa postać, piękna królewna, zakochana na śmierć w Jazonie, ile zbrodni dla niego popełniła, a on ją zdradził niecnie i podle.
Dziś miałabym pewnie półtora rękawa co najmniej, no ale póki co druty do rękawów w drodze:
Sweter jest bardzo lekki, trochę gryzie, ale i tak nie mogę się doczekać, kiedy go wypiorę i założę. Na górze będzie miał osobno golf.
Czytam do niego "Kraj z księżyca"
Wspomnienia napisane przez Australijczyka, który przyjechał do Polski w początku lat dziewięćdziesiątych i co wtedy zobaczył, to zapisał. Nie jest to obrazek miły. Szczerze mówiąc, mnie osobiście przygnębił na tyle, że nie wiem czy przeczytam ostatnie sto stron. Śmieci wyrzucane przez okno pensjonatów, gangi złodziei wysadzających grupowo pasażerów z tramwaju, setki pijaków na ulicach i w ogóle wszędzie. Niby wiemy, że mniej więcej tak była, ale opisane przez obcego bardziej boli. Trochę też jest o Chopinie (ale ja już czytałam o Chopinie raz czy dwa), bo autor to miłośnik Chopina, trochę o Walewskiej.
W sumie trochę nudno i niezbyt porywająco. Odrobina przygód z językiem - tych mogłoby być więcej. Zwłaszcza dziewiarskich, kiedy to autorowi ukradziono malucha, policja spisała ukradzione z nim rzeczy i przetłumaczyła dzielnie na angielski:
"Mozolne zabiegi translatorskie zaowocowały powstaniem dość osobliwego opisu skradzionych przedmiotów:
- Czerwono-czarna (jak moja Medea całkiem) robiona na drutach nylonowa elektryczna maszynka do golenia z rurką
- Brązowy tweedowy garnitur donegal ze starą nasadką pióra i czarne irlandzkie buty"
Kraj z księżyca, Michael Moran
A w czytanym w tle "Papierowym świecie" Sumerowie właśnie patrzą na żetony do liczenia owiec i wymyślają pismo. Wiedziałam, że owce maczały w tym palce! Owce i pisanie. Czytanie i dzierganie.
Dziękuję za odwiedziny, za komentarze i życzę miłego dnia! :)
Listonosz przyniósł go w dużej paczce i w całości. Video jednak nie kłamało. Motek był duży.
Nie dało się go upchnąć, jak inne chudziny, w szufladach, ani na półce między bluzką a rękawiczką. Jedyne co mogłam zrobić, to posadzić go w fotelu i sama przysiąść na pufie. Nie było rady, trzeba było sobotnim rankiem usiąść tuż obok motka na kanapie i rozpocząć jego znikanie.
I nic to, że w różnych szmacianych etui mam niezmierzone ilości drutów długich i krótkich, oczywiście do tej włóczki pasowały jedynie druty na krótkiej żyłce, skarpetkowych tego rozmiaru oczywiście nie mam wcale, więc znowu (jakby to delikatnie napisać), znowu czekam na paczkę, tymczasem w determinacji, bo ile można siedzieć na pufie, nawet jeśli z fotela wygryza cię milusi motek, nauczyłam się raz dwa (powiedzmy) techniki magic loop, żeby zacząć dekolt. I po licznych trudach, po czterokrotnym zaczynaniu metodą luźną włoską, po żmudnych ustaleniach który drut pracuje, który zwisa luzem i które pętelki trzymamy palcem, voila, uzyskałam magicznego motyla:
Po dwóch dniach dziergania i myślenia nad kolorami (ale obiad tym razem się nie przypalił i nawet zrobiłam surówkę), kiedy tak szary jak popiół, nieco mroczny, ustępował rozpalonemu czerwonemu, też mrocznemu, przyszła mi na myśl Medea:
Wtem ujrzała Jazona i zgasły żar ożył;
a przejmując jej serce, zapłonął na twarzy,
Jak gdy iskrę w popiele uśpioną, rozżarzy
Nagle wzbudzony wicher, ta wzdęta powiewem,
Rozpala się i silnym wybucha płomieniem.
Przemiany, Owidiusz
Medea. Tragiczna, nieszczęśliwa postać, piękna królewna, zakochana na śmierć w Jazonie, ile zbrodni dla niego popełniła, a on ją zdradził niecnie i podle.
Dziś miałabym pewnie półtora rękawa co najmniej, no ale póki co druty do rękawów w drodze:
Sweter jest bardzo lekki, trochę gryzie, ale i tak nie mogę się doczekać, kiedy go wypiorę i założę. Na górze będzie miał osobno golf.
Czytam do niego "Kraj z księżyca"
Wspomnienia napisane przez Australijczyka, który przyjechał do Polski w początku lat dziewięćdziesiątych i co wtedy zobaczył, to zapisał. Nie jest to obrazek miły. Szczerze mówiąc, mnie osobiście przygnębił na tyle, że nie wiem czy przeczytam ostatnie sto stron. Śmieci wyrzucane przez okno pensjonatów, gangi złodziei wysadzających grupowo pasażerów z tramwaju, setki pijaków na ulicach i w ogóle wszędzie. Niby wiemy, że mniej więcej tak była, ale opisane przez obcego bardziej boli. Trochę też jest o Chopinie (ale ja już czytałam o Chopinie raz czy dwa), bo autor to miłośnik Chopina, trochę o Walewskiej.
W sumie trochę nudno i niezbyt porywająco. Odrobina przygód z językiem - tych mogłoby być więcej. Zwłaszcza dziewiarskich, kiedy to autorowi ukradziono malucha, policja spisała ukradzione z nim rzeczy i przetłumaczyła dzielnie na angielski:
"Mozolne zabiegi translatorskie zaowocowały powstaniem dość osobliwego opisu skradzionych przedmiotów:
- Czerwono-czarna (jak moja Medea całkiem) robiona na drutach nylonowa elektryczna maszynka do golenia z rurką
- Brązowy tweedowy garnitur donegal ze starą nasadką pióra i czarne irlandzkie buty"
Kraj z księżyca, Michael Moran
A w czytanym w tle "Papierowym świecie" Sumerowie właśnie patrzą na żetony do liczenia owiec i wymyślają pismo. Wiedziałam, że owce maczały w tym palce! Owce i pisanie. Czytanie i dzierganie.
Dziękuję za odwiedziny, za komentarze i życzę miłego dnia! :)
środa, 19 listopada 2014
Pęczki bez słów
Nie lubię komiksów. I w sumie nie wiedziałam do niedawna dlaczego. Bo wszystko osobno lubię jak najbardziej, czyli książki lubię, opowieści lubię i obrazki w książkach wprost uwielbiam. Ale komiksów jakoś nie i związku z tym nigdy nie czytałam żadnego poza Małpką Fiki Miki.
Aż tu nagle w zeszłą sobotę, w pewnej łódzkiej Pozytywce na spotkaniu moli książkowych, na stole pośród sterty książek (bo mole książkowe zawsze mają przy sobie sterty książek w różnych siatkach i torebusiach) błysnął ciemnym brązem komiks. Zerknęłam na niego zza stołu, posłuchałam jak się go dobrze czyta, ile minut, co ma w sobie dobrego i czego zupełnie nie ma, czyli tekstu. Potem wzięłam go do ręki, był miły w dotyku jak malabrigo, otworzyłam i jakoś nabrałam chęci, żeby go przeczytać. Czy komiks można czytać? Złożone pytanie, moim zdaniem można. Próbowałam się do niego dobrać już w powrotnym tramwaju, ale jakoś poczułam, że wymaga stosowniejszej oprawy w postaci co najmniej fotela z co najmniej jedną poduszką w koronkach.
Kiedy więc tylko do takiego dotarłam, zapadłam się w niego i w komiksową historię. Historia w sumie jest prosta, pełna emocji, ale też pełna ciszy. Trudno na początku się zdecydować co to za świat, bo trochę jest baśniowy a trochę realny, potem okazuje się, że baśniowość jest właściwie na marginesie i świat jest najbardziej nasz swojski. Trochę straszny, trochę piękny, jak to świat. Nie ma tekstu, więc w naszą pamięć nie zapadają słowa, ale obrazki. I jakoś potem dziwnie w tej pamięci siedzą i jest z tym przyjemnie. Obrazki są nieco nostalgiczne, trochę smutne, o dużej urodzie. I bardzo udane w zakresie uczuć i w zakresie szczegółu. Czasem do któregoś wracałam, żeby wytropić sznurek od balonu i sam balon. I wiem, że zanim oddam "Przybysza", jeszcze raz go przeczytam.
Długo myślałam i doszłam do wniosku, że to brak zupełny tekstu pozwolił mi przełamać niechęć do komiksu. I takie poczucie, że tekst komiksowy jest jakiś kulawy, nie mogący się rozwinąć w pełni, wygryziony.Tu mamy piękno samych obrazów, żadnych ogryzków.
Książki są różne, fajne, nudne, ciekawe, głębokie, grube, cienkie, do niektórych w kółko wracamy, do niektórych nie, ale są takie, po których lekturze człowiek jest jakiś inny, trochę jakby ulepszony, pogłębiony, uduchowiony, zupełnie jakby wyszedł właśnie z koncertu. I taki jest właśnie "Przybysz".
Dziergam do niego sweter z miliona pęczków, czyli z alpaki boucle. Pęczki w czasie dziergania żyją własnym życiem, wchodzą na druty przed oczkiem, wchodzą za oczkiem, raz są z poprzedniego rzędu, raz z następnego. Trzeba mieć oczy dokoła głowy i czujność wszędzie, bo tu w ogóle nic nie widać co jest prawe, a co lewe. Widać tylko morze pęczków.
Sweter z takiego morza zapowiada się bardzo przytulny i bardzo miły w dotyku.
Nic dziwnego więc, że Bubulina się w niego opatuliła natychmiast i usadowiła bez uszu naprzeciwko obiektywu:
Następnie usadowiła się z uszami, co zdecydowanie poprawiło jej humor, samoocenę i pewność siebie:
W końcu dała się sfotografować razem z książką, bo to przecież środa z Maknetą
Nocami natomiast walczyłam z pomponami. Bo, jak pisałam niedawno, pompon do żakardowej czapki był za mały. Pozostało mi więc porzucić zbyt małe profesjonalne gadżety do robienia pomponów i skonstruować własny z tekturki. Jako cyrkiel posłużyła mi miarka do drutów, szpilka i ołówek. Przezornie na pierwszy ogień poszedł kłębek akrylu. Pompon wyszedł piękny, ale nieco za duży. Dziecko zdecydowanie zaprotestowało przeciwko doszyciu go do czapki. Pocieszyło mnie natomiast, że może kiedyś go wykorzystam, taki jest fajny. No nie wiem, może z czasem zaprzyjaźni się z Bubuliną i będą mi rano przynosić kapcie i kawę, zupełnie jak stworek z okładki "Przybysza".
Zrobiłam więc drugi gadżet, tym razem z dwiema innowacjami czyli przecięciem i nitkę wiążącą pompon wsadziłam między krążki do nawijania, bo ja nie jestem zbyt szybka i nitki pompona rozbiegały mi się po domu w czasie cięcia. Na drugi gadżet nawinęłam już włóczkę właściwą. Dziecko popatrzyło na efekt bez przesadnego entuzjazmu i westchnęło - a może dwa milimetry mniejszy?
Sama widzę, że mniejszy. Obudziłam w sobie całą miłość macierzyńską i zrobiłam trzeci gadżet. Pompon wyszedł dobrej wielkości, kształtu nieco walcowatego, nie wiem czemu, bo gadżet rysowałam tym razem nabytym specjalnie cyrklem za trzy złote pięćdziesiąt groszy.
Czwarty pompon został zaakceptowany, a ja poleciałam do apteczki opatrywać pęcherze na palcach - cięcie kilku warstw włóczki nie przychodzi łatwo.
- A może byś mi zrobiła do kompletu rękawiczki? - usłyszałam znad plastrów.
W sumie. Dlaczego nie. Dwustronny żakard, sześć drutów, dziesięć palców. Dlaczego nie. Przynajmniej w rękawiczkach męskich nie ma pomponów.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze. Miłego dnia! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
