W stronę soboty, czyli dziergamy i czytamy z Maknetą. Zakładam jak najbardziej adekwatnie i patrzę jak włókna zmyślnie się krzyżują w papirusowej zakładce prosto z Egiptu (a ściślej prosto z internetu).
Od prawie roku dziergam na prawo i lewo. Dosłownie na prawo i dosłownie na lewo, z tym że na lewo jest bardziej boleśnie, a raczej mniej wygodnie. No i warkocze też dziergałam, ale i one w sumie sprowadzają się do prawych tylko nie po kolei. Nic zatem dziwnego, że kiedy dobiegałam mankietów bambusa i alpaki, zaczęłam marzyć o ażurach. O narzuconych, przełożonych i zawieszonych oczkach. Kiedy więc tylko Czajkomężowi wypadło w ubiegłą sobotę udać się do pracy, zaczęłam wybierać włóczkę. Ostatnio zawsze wybieram włóczkę, kiedy jestem sama w domu, unikam wtedy dziwnych okrzyków typu - I tu masz włóczkę?! I tu też masz włóczkę?!! Takie okrzyki niczego konstruktywnego nie wnoszą, bo przecież wiem, że tu mam włóczkę. I tu też. Wyładowałam zatem w samotności zapasy na wersalkę, poukładałam w pagórki, górki oraz Himalaje i wybrałam YarnArt Jeans na mój letnio-wiosenny ażurowy sweterek. Tylko raz patrząc na te sterty zwątpiłam czy jestem normalna, ale szybko odzyskałam wiarę w siebie. Trzeba mieć zapas na wypadek gdyby bawełna na świecie uschła, owce wyłysiały a alpaki wymarły. Jestem po prostu skrzętna, zapobiegliwa i przygotowana na różne załamania na rynku przędzy.
Włóczka nazywa się Jeans i akurat jest koloru jeans, w składzie natomiast jest pół na pół z bawełny i akrylu. Pochodzi bowiem sprzed dwóch lat mniej więcej, kiedy to jeszcze kupowałam akryl. A potem rozmawiałam z koleżanką i ona rzuciła niedbale - Ja już nie kupuję akrylu.
Jak niewiele, doprawdy, potrzeba, żeby wpaść w nałóg szlachetności. Takie krótkie stwierdzenie miało niespodziewanie moc rozpędzonej lokomotywy i po bardzo krótkim okresie zmieszanym akrylowo wpadłam w całkowicie wełniane i bawełniane motki. W tamtym tygodniu nadszedł dodatkowo przymus naturalnych guzików, w amoku poleciałam na Allegro i właśnie dzisiaj przyszła paczuszka (pierwsza):
Wyglądają jak stos drewna w lesie. Czyli jak wakacje w słońcu i żywicy.
Poza guzikami i ażurami czytam "Życie codzienne w Egipcie greckich papirusów" pani profesor Anny Świderkówny. Nie wiem jak będzie, bo dopiero zaczynam, ale zapowiada się dobrze, od Strabona.
"Z drugiej jednak strony kanałem z Aleksandrii spływają nieustannie do Kanopos spragnione rozrywek tłumy. Dzień i noc suną łodzie pełne mężczyzn i kobiet, którzy graja na fletach i tańczą w sposób nieprzyzwoity, a nawet zgoła wyuzdany, tuż zaś przy kanale Kanopijczycy pootwierali gospody, gdzie można odpocząć i tak się właśnie zabawić."
Tak pisze zgorszony Strabon tuż przed naszą erą i nie wie, że dzisiaj też będziemy się gorszyć dzisiejszą młodzieżą w dyskotekach.
Dalej będą różne rachunki, zapiski, listy zakupów, listy do żony (jak się urodzi syn to zostaw, jak córka, to wyrzuć), umowy małżeńskie i inne, a do tego wszystkiego komentarz pani profesor.
Dziękuję za odwiedziny i miłe słowa, lecę oglądać co u Was, miłego dnia! :)
środa, 20 maja 2015
środa, 13 maja 2015
Geniusz wśród rękawów
Trudny poniedziałek z mniej trudnym wtorkiem za nami, piątek na horyzoncie zaraz za czwartkiem, wszystko wskazuje na to, że dziergamy i czytamy u Maknety (a raczej bardziej razem niż u).
Pierwsze od lewej leży koło z bambusa, któremu do pełni szczęścia brakuje dziesięciu rzędów rękawa i jest to rękaw drugi, a ponieważ nie jestem zbyt awangardowa i zawsze zaczynam od pierwszego, jest to zatem rękaw drugi i ostatni. Mam nadzieję skończyć dzisiaj, potem tylko pozostaje zeszyć pliskę, zacerować dziury pod rękawami i będę przygotowana na upały.
Pierwszy od prawej leży sweter z alpaki, któremu do końca brakuje niedużo. Alpaki zostały czas jakiś temu porzucone brutalnie na rzecz bawełny i zajmują sobą pięć drutów, składany pojemnik na robótkę, jeden marker żółty i sporą część półki. Jako osoba systematyczna, obowiązkowa i ogarnięta, dzielnie postanowiłam wykończyć ufoka. No dobrze, częściowo tylko maczała w tej akcji bawełna, która czeka na poczcie (wiecie, że Drops nas kocha i to bardzo niedrogo?), bo u mnie w szafach motki, ksiażki i kubki grają zacięcie w komórki do wynajęcia. Książka, która na czas czytania wyskakuje z półki na fotel nie zawsze ma gdzie wrócić.
Ostatnio zatęskniłam do biografii, nic więc dziwnego, że między rękawami leży dopiero zaczęty "Mozart Portret geniusza". Zacznę od tytułu, czyli od początku. Tytuł nawiązuje do treści, koncepcji książki, która ma pokazać Mozarta wśród ludzi. To znaczy niemiecki tytuł nawiązuje (Z socjologii geniusza), polski już zdecydowanie nie - a można było bardziej zachęcająco przetłumaczyć, chociażby - Geniusz wśród ludzi, ale trudno. Zaraz po tytule, czyli po początku jest koniec. Tak nietypowo zaczyna się ta biografia - od śmierci bohatera. Mozart zmarł na utratę sensu życia (tak twierdzi Norbert Elias, autor). No, jak widać ci, którzy dzielą się z nami pięknem i radością, sami tej radości są pozbawieni - zawsze mnie to wzrusza.
Nie wiem za bardzo, czego się spodziewać dalej, ale na pewno będzie przyjemnie i z pożytkiem. Dla osoby takiej jak ja, czyli nieco muzycznie tępawej a wrażliwej, pobycie czas jakiś niedlugi z Mozartem jest zawsze z pożytkiem.
Ale najpierw pozaglądam co tam u Was słychać. I czy też tak oszałamiająco i nieprzyzwoicie kwitną bzy?
"Wiosenne nimfy wydałyby się pospolite przy tych młodych hurysach"
W stronę Swana, Marcel Proust
Dziękuję za wizyty i komentarze, miłego dnia!
Pierwsze od lewej leży koło z bambusa, któremu do pełni szczęścia brakuje dziesięciu rzędów rękawa i jest to rękaw drugi, a ponieważ nie jestem zbyt awangardowa i zawsze zaczynam od pierwszego, jest to zatem rękaw drugi i ostatni. Mam nadzieję skończyć dzisiaj, potem tylko pozostaje zeszyć pliskę, zacerować dziury pod rękawami i będę przygotowana na upały.
Pierwszy od prawej leży sweter z alpaki, któremu do końca brakuje niedużo. Alpaki zostały czas jakiś temu porzucone brutalnie na rzecz bawełny i zajmują sobą pięć drutów, składany pojemnik na robótkę, jeden marker żółty i sporą część półki. Jako osoba systematyczna, obowiązkowa i ogarnięta, dzielnie postanowiłam wykończyć ufoka. No dobrze, częściowo tylko maczała w tej akcji bawełna, która czeka na poczcie (wiecie, że Drops nas kocha i to bardzo niedrogo?), bo u mnie w szafach motki, ksiażki i kubki grają zacięcie w komórki do wynajęcia. Książka, która na czas czytania wyskakuje z półki na fotel nie zawsze ma gdzie wrócić.
Ostatnio zatęskniłam do biografii, nic więc dziwnego, że między rękawami leży dopiero zaczęty "Mozart Portret geniusza". Zacznę od tytułu, czyli od początku. Tytuł nawiązuje do treści, koncepcji książki, która ma pokazać Mozarta wśród ludzi. To znaczy niemiecki tytuł nawiązuje (Z socjologii geniusza), polski już zdecydowanie nie - a można było bardziej zachęcająco przetłumaczyć, chociażby - Geniusz wśród ludzi, ale trudno. Zaraz po tytule, czyli po początku jest koniec. Tak nietypowo zaczyna się ta biografia - od śmierci bohatera. Mozart zmarł na utratę sensu życia (tak twierdzi Norbert Elias, autor). No, jak widać ci, którzy dzielą się z nami pięknem i radością, sami tej radości są pozbawieni - zawsze mnie to wzrusza.
Nie wiem za bardzo, czego się spodziewać dalej, ale na pewno będzie przyjemnie i z pożytkiem. Dla osoby takiej jak ja, czyli nieco muzycznie tępawej a wrażliwej, pobycie czas jakiś niedlugi z Mozartem jest zawsze z pożytkiem.
Ale najpierw pozaglądam co tam u Was słychać. I czy też tak oszałamiająco i nieprzyzwoicie kwitną bzy?
"Wiosenne nimfy wydałyby się pospolite przy tych młodych hurysach"
W stronę Swana, Marcel Proust
Dziękuję za wizyty i komentarze, miłego dnia!
środa, 6 maja 2015
Rozmach w paczkach
"Podziwiałem na rynnach nikłą roślinność, biedne trawki rychło unoszone burzą. Studiowałem mchy, ich kolory ożywione deszczem, które pod działaniem słońca zmieniały się w brunatny aksamit o kapryśnym połysku. Wreszcie poetyczne i ulotne gry światła, melancholie mgieł, nagłe błyski słońca, czarodziejskie milczenie nocy, tajemnice brzasku, dymy z kominów, wszystkie igraszki tej osobliwej natury..."
Jaszczur, Honoré de Balzac
Czytam biografię Balzaca (bez de, bo tak naprawdę ten arystokratyczny dodatek sam sobie wymyślił), a Balzac w swojej nędznej mansardzie macza chleb w mleku, patrzy na niezliczone dachy i widzi niezliczone światy.
Co jeszcze robię? Dzisiaj środa z Maknetą, więc dziergam niezliczone oczka w moim kołowym bambusie. Bambus układa się w cudownie miękkie fałdki, Balzac zakłada się oszałamiająco słodką zakładką:
Przede mną jeszcze półtora rękawa, przed Balzakiem jeszcze sześćdziesiąt tomów Komedii ludzkiej. Pisze je w ogromnym pośpiechu, pijąc ogromne ilości kawy, siedząc przy prostym stole, który nie raz był ratowany od komorników. Te długi Balzaca! Całe życie w długach, kiedy zaczynał pisać książkę, była ona już wcześniej sprzedana i obdłużona.
Sama biografia autorstwa znanego prozaika jest napisana z rozmachem, nieco górnolotna, powiedziałabym egzaltowana trochę, ale może do Balzaca właśnie taki styl pasuje? Do Balzaca, który jak pisał to od razu siedemdziesiąt cztery tomy, jak pił kawę to kilkanaście filiżanek dziennie, jak kupował kamizelki, to od razu trzydzieści cztery, a jak opierał się o laskę, to od razu o laskę ze szmaragdami. A jak robił korekty, to żaden zecer nie chciał ich odcyfrowywać za normalną stawkę.
Idzie lato, lato jest dobre na czytanie Balzaca, dobrze jest sobie wyjechać, ulokować się w fotelu z widokiem nawet nie na dachy Paryża, ale na drzewa w liściach i wzgórza w drzewach, dobrze sobie zrobić kawy albo herbaty i zanurzyć się w ten opasły grubymi tomami dziewiętnasty wiek. Po tej biografii mam chęć właśnie na Balzaca latem.
A tymczasem, zanim lato nadejdzie, co robię? Nie zaciągam długów, regularnie pracuję nie zarywając nocy, nie kupuję włóczek, po sklepach internetowych chodzę turystycznie niczym Sokrates po targu, żeby zobaczyć bez ilu włóczek jestem szczęśliwa. No ale Sokrates miał o niebo łatwiej, bo za jego czasów Drops nie robił 35 procentowych, wielce podstępnych obniżek. Jak tak można? Pierwsza mi wpadła w oko czarna Alaska, co mi uświadomiło dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że trochę się stęskniłam do grubych wełnianych oczek, a druga to, że od trzech lat hołubię stary zmechacony kupny sweter koloru czarnego w celach zrobienia podobnego w fasonie ale rękodzielniczego w charakterze. I od trzech lat kupuję wełny kolorowe. Naprawdę, głupia byłabym gdybym nie kupiła tej czarnej Alaski. Kupiłam. I kiedy poleciałam dopasowywać wzory, okazało się, że kupiłam o trzy motki za mało. Głupio byłoby kupować trzy motki bez żadnego towarzystwa, więc wykazując się rozsądkiem i empatią, dokupiłam im do towarzystwa Alpaki pszenicznej na bolerko. A kiedy obie paczki siedziały już na poczcie, poszłam sobie popatrzeć na bardzo tanie (bardzo tanie) Lace w kolorze ciemnej wiśni. To nawet Sokrates by się skusił. Czekam więc na trzy paczki i moje wyrzuty sumienia są średnio umiarkowane. Nikłe w zasadzie są. W końcu kupiłam przędzy przydatnej w bardzo korzystnej cenie. I nie narobiłam długów.
No bo w sumie jak szaleć, to dlaczego nie jak Balzac? Z rozmachem?
Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, życzę Wam miłego dnia!
Jaszczur, Honoré de Balzac
Czytam biografię Balzaca (bez de, bo tak naprawdę ten arystokratyczny dodatek sam sobie wymyślił), a Balzac w swojej nędznej mansardzie macza chleb w mleku, patrzy na niezliczone dachy i widzi niezliczone światy.
Co jeszcze robię? Dzisiaj środa z Maknetą, więc dziergam niezliczone oczka w moim kołowym bambusie. Bambus układa się w cudownie miękkie fałdki, Balzac zakłada się oszałamiająco słodką zakładką:
Przede mną jeszcze półtora rękawa, przed Balzakiem jeszcze sześćdziesiąt tomów Komedii ludzkiej. Pisze je w ogromnym pośpiechu, pijąc ogromne ilości kawy, siedząc przy prostym stole, który nie raz był ratowany od komorników. Te długi Balzaca! Całe życie w długach, kiedy zaczynał pisać książkę, była ona już wcześniej sprzedana i obdłużona.
Sama biografia autorstwa znanego prozaika jest napisana z rozmachem, nieco górnolotna, powiedziałabym egzaltowana trochę, ale może do Balzaca właśnie taki styl pasuje? Do Balzaca, który jak pisał to od razu siedemdziesiąt cztery tomy, jak pił kawę to kilkanaście filiżanek dziennie, jak kupował kamizelki, to od razu trzydzieści cztery, a jak opierał się o laskę, to od razu o laskę ze szmaragdami. A jak robił korekty, to żaden zecer nie chciał ich odcyfrowywać za normalną stawkę.
Idzie lato, lato jest dobre na czytanie Balzaca, dobrze jest sobie wyjechać, ulokować się w fotelu z widokiem nawet nie na dachy Paryża, ale na drzewa w liściach i wzgórza w drzewach, dobrze sobie zrobić kawy albo herbaty i zanurzyć się w ten opasły grubymi tomami dziewiętnasty wiek. Po tej biografii mam chęć właśnie na Balzaca latem.
A tymczasem, zanim lato nadejdzie, co robię? Nie zaciągam długów, regularnie pracuję nie zarywając nocy, nie kupuję włóczek, po sklepach internetowych chodzę turystycznie niczym Sokrates po targu, żeby zobaczyć bez ilu włóczek jestem szczęśliwa. No ale Sokrates miał o niebo łatwiej, bo za jego czasów Drops nie robił 35 procentowych, wielce podstępnych obniżek. Jak tak można? Pierwsza mi wpadła w oko czarna Alaska, co mi uświadomiło dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że trochę się stęskniłam do grubych wełnianych oczek, a druga to, że od trzech lat hołubię stary zmechacony kupny sweter koloru czarnego w celach zrobienia podobnego w fasonie ale rękodzielniczego w charakterze. I od trzech lat kupuję wełny kolorowe. Naprawdę, głupia byłabym gdybym nie kupiła tej czarnej Alaski. Kupiłam. I kiedy poleciałam dopasowywać wzory, okazało się, że kupiłam o trzy motki za mało. Głupio byłoby kupować trzy motki bez żadnego towarzystwa, więc wykazując się rozsądkiem i empatią, dokupiłam im do towarzystwa Alpaki pszenicznej na bolerko. A kiedy obie paczki siedziały już na poczcie, poszłam sobie popatrzeć na bardzo tanie (bardzo tanie) Lace w kolorze ciemnej wiśni. To nawet Sokrates by się skusił. Czekam więc na trzy paczki i moje wyrzuty sumienia są średnio umiarkowane. Nikłe w zasadzie są. W końcu kupiłam przędzy przydatnej w bardzo korzystnej cenie. I nie narobiłam długów.
No bo w sumie jak szaleć, to dlaczego nie jak Balzac? Z rozmachem?
Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, życzę Wam miłego dnia!
środa, 29 kwietnia 2015
Powiewając mitami
Dzieci powinny rodzić się w dwóch egzemplarzach - stwierdził dawno, dawno temu pewien wujek trzymając na kolanach słodkie niemowlę - jeden egzemplarz powinien być normalny, a drugi do zjedzenia.
Nie byłam tym stwierdzeniem zaskoczona w najmniejszym stopniu, bo często z własnym dzieckiem bawiłam się w zjadanie. Dziecko śmiało się w głos, gdy zaczynałam zjadanie od paluszków. Paluszki są oczywiście najpyszniejsze. Oczywiście zabawę można było powtarzać na nowo, bo całe zjadanie było z miłości i zupełnie na niby (to uwaga dla przyszłych antropologów).
Sprawa zaczęła mnie intrygować dosyć niedawno. Dlaczego, jak podaje Słownik języka polskiego, patrzymy na kogoś z zachwytem, jakbyśmy chcieli go zjeść? I w ogóle o co chodzi z tym zjadaniem się wzajem, toteż kiedy zobaczyłam bardzo przecenioną rzecz z ludożercą w tytule, kupiłam ją natychmiast.
Po uważnym spojrzeniu okazało się, że tytuł brzmi "Mit ludożercy", co mnie zaniepokoiło z lekka i słusznie, albowiem Arens na ponad dwustu stronach przekonuje czytelnika, że dowody na istnienie kanibalizmu są bardzo nikłe. "Termin <<kanibal>> to zbiorowa etykietka, jaką każda grupa naznacza inną grupę, tę, która jest po drugiej stronie wzgórza, o której często niewiele wie."
Zawsze kanibalizm był gdzie indziej albo kiedy indziej, ale nigdy tu i teraz. Herodot twierdził, że kanibale żyją na północy, Strabon, że w Irlandii, Chińczycy, że w Korei, Koreańczycy, że w Chinach, Brytyjczycy, że w Afryce, a Afrykanie, że w Europie, a Grecy że to głównie Kronos zjadał dzieci, potem już prawie nigdy nikt. Natomiast pewna Szkotka we wspominanej przeze mnie niedawno "Historii kuchni" twierdziła, że kanibalizm szerzył się na Śląsku. Mężczyźni twierdzą, że kanibalizm uprawiają głównie kobiety, jako te cywilizacyjnie bardziej upośledzone i ledwie nadążające za moralnymi zasadami. Kobiety niczego nie twierdzą, bo pewnie gotują (kury oczywiście) i nikt ich nie pyta.
Nie dowiedziałam się zatem, skąd wzięła się Baba Jaga ze swoimi zakusami na Jasia i Małgosię, ani skąd się wzięło zjadanie bogów, ani zjadanie z zachwytu, ale i tak było warto przeczytać. Arens pisze lekko i nieco ironicznie i zawsze to dobrze spojrzeć na jakieś teorie świeżym spojrzeniem. I nabrać podejrzeń.
Mit zakładałam bardzo stosowną zakładką:
A na drutach powiewa w dalszym ciągu koło z bambusa, zrobiłam już ćwierć plisy, biegnę czytać i dziergać dalej zgodnie z środą, bo nie mogę się doczekać, kiedy koło zacznie powiewać za mną swoimi połami (czy koło ma poły?) na wietrze.
Bardzo dziękuję z wizyty i za bardzo miłe komentarze. Miłego dnia!
Nie byłam tym stwierdzeniem zaskoczona w najmniejszym stopniu, bo często z własnym dzieckiem bawiłam się w zjadanie. Dziecko śmiało się w głos, gdy zaczynałam zjadanie od paluszków. Paluszki są oczywiście najpyszniejsze. Oczywiście zabawę można było powtarzać na nowo, bo całe zjadanie było z miłości i zupełnie na niby (to uwaga dla przyszłych antropologów).
Sprawa zaczęła mnie intrygować dosyć niedawno. Dlaczego, jak podaje Słownik języka polskiego, patrzymy na kogoś z zachwytem, jakbyśmy chcieli go zjeść? I w ogóle o co chodzi z tym zjadaniem się wzajem, toteż kiedy zobaczyłam bardzo przecenioną rzecz z ludożercą w tytule, kupiłam ją natychmiast.
Po uważnym spojrzeniu okazało się, że tytuł brzmi "Mit ludożercy", co mnie zaniepokoiło z lekka i słusznie, albowiem Arens na ponad dwustu stronach przekonuje czytelnika, że dowody na istnienie kanibalizmu są bardzo nikłe. "Termin <<kanibal>> to zbiorowa etykietka, jaką każda grupa naznacza inną grupę, tę, która jest po drugiej stronie wzgórza, o której często niewiele wie."
Zawsze kanibalizm był gdzie indziej albo kiedy indziej, ale nigdy tu i teraz. Herodot twierdził, że kanibale żyją na północy, Strabon, że w Irlandii, Chińczycy, że w Korei, Koreańczycy, że w Chinach, Brytyjczycy, że w Afryce, a Afrykanie, że w Europie, a Grecy że to głównie Kronos zjadał dzieci, potem już prawie nigdy nikt. Natomiast pewna Szkotka we wspominanej przeze mnie niedawno "Historii kuchni" twierdziła, że kanibalizm szerzył się na Śląsku. Mężczyźni twierdzą, że kanibalizm uprawiają głównie kobiety, jako te cywilizacyjnie bardziej upośledzone i ledwie nadążające za moralnymi zasadami. Kobiety niczego nie twierdzą, bo pewnie gotują (kury oczywiście) i nikt ich nie pyta.
Nie dowiedziałam się zatem, skąd wzięła się Baba Jaga ze swoimi zakusami na Jasia i Małgosię, ani skąd się wzięło zjadanie bogów, ani zjadanie z zachwytu, ale i tak było warto przeczytać. Arens pisze lekko i nieco ironicznie i zawsze to dobrze spojrzeć na jakieś teorie świeżym spojrzeniem. I nabrać podejrzeń.
Mit zakładałam bardzo stosowną zakładką:
A na drutach powiewa w dalszym ciągu koło z bambusa, zrobiłam już ćwierć plisy, biegnę czytać i dziergać dalej zgodnie z środą, bo nie mogę się doczekać, kiedy koło zacznie powiewać za mną swoimi połami (czy koło ma poły?) na wietrze.
Bardzo dziękuję z wizyty i za bardzo miłe komentarze. Miłego dnia!
środa, 22 kwietnia 2015
Bambus bez mydła
Żyłem szczęśliwie - bez miotły, bez mydła,
Pośród oliwek i uli, i bydła,
Aż wziąć za żonę podszepnął mi bies ów
Megaklesownę z rodu Megaklesów.
Chłopu więc panna dostała się z miasta -
Harda, szykowna, bufiasta, miniasta.
I poglądam ku polom, i pragnę pokoju.
Miasto mam w nienawiści, a ginę z tęsknoty
Za mą wsią, co się nigdy nie darła: "Kup węgle!"
Ani "Octu, oliwy kup!" - nie znała całkiem
Tego "kup", sama wszystko dawała - i człowiek
Wolny był od tej piły...
Ciężkie, jak widać, mieli życie codzienne Ateńczycy za czasów Peryklesa. Najwyraźniej jednak mało im było utrapień z jedną żoną, mieli bowiem zazwyczaj kochankę do swawoli i kurtyzanę do załatwiania spraw. A może te utrapienia były właśnie karą za kochankę, kto wie.
Kobiecie zresztą lekko też nie było, mimo radosnego naganiania męża miotłą do mydła, bo "nie powinna była nawet interesować się tym, co dzieje się poza jej domem, gdyż stanowiło to wyłącznie sprawę mężczyzn"
W domu uciśniona Atenka musiała biegać z kluczami, doglądać garnków, służby, przędzenia, tkania i porządków. Jak była bogata, to mogła sobie wyjść na wewnętrzne podwórko i pooddychać świeżym powietrzem.
Za to Spartanki dla odmiany:
... puste zostawiają domy,
Same z młodymi ludźmi, odsłaniając
Uda i w szatach rozwiewanych wiatrem
Biegają, ćwiczą wspólnie.
Poza tym Grecy tamtych czasów nie znali zera, więc bardzo trudno im się liczyło, od dziecka czytali Homera, sympozjum było wtedy zebraniem pijących, a pedagog był niewolnikiem, który nosił za małym uczniakiem tabliczkę, rylec i kitarę. Zadziwiające są doprawdy przygody różnych słów.
W naszych szczęśliwie oświeconych czasach, swobodnie oddycham sobie świeżym powietrzem w drodze do pracy i w drodze z pracy, a w domu, kiedy już uwolnię się od garnków, mogę sobie dziergać do woli i czytać codziennie, w środy zwłaszcza. I tylko szaty mam mniej rozwiane wiatrem.
W czytaniu zatem "Życie codzienne w Grecji za czasów Peryklesa" a na drutach bambus. Kupiłam sobie śliczny bambus kolorowy, ale kiedy wyjęłam go z paczki i kolory spojrzały na mnie żywo fioletem, różem i zielenią, lekko się przestraszyłam. Na szczęście w przepastnej szufladzie miałam rezerwowy bambus szary, tej samej firmy i tej samej grubości co kolorowy, więc postanowiłam sweter robić w dwie bambusowe nitki. Ominęła mnie dzięki temu przyjemność dziergania na drutach numer dwa (bambus strasznie cienki), czego niespecjalnie żałuję. Wściekłe kolorki powplatane w szary złagodniały i wyglądają tak:
A sweterek oczywiście w koło, co z przyjemnością i z wielką wprawą prezentuje Bubulina:
Ciągle ostatnio zaczynam, zaczynam, zapewniam jednakże, że zdarza mi się kończyć:
Moje dwie bawełenki, zdjęcia robione w biegu, ale mniej więcej widać, że wszystko jest - rękawy, reglany i paseczki.
Dziękuję bardzo za wizyty i komentarze. Miłego dnia! :)
Pośród oliwek i uli, i bydła,
Aż wziąć za żonę podszepnął mi bies ów
Megaklesownę z rodu Megaklesów.
Chłopu więc panna dostała się z miasta -
Harda, szykowna, bufiasta, miniasta.
I poglądam ku polom, i pragnę pokoju.
Miasto mam w nienawiści, a ginę z tęsknoty
Za mą wsią, co się nigdy nie darła: "Kup węgle!"
Ani "Octu, oliwy kup!" - nie znała całkiem
Tego "kup", sama wszystko dawała - i człowiek
Wolny był od tej piły...
Ciężkie, jak widać, mieli życie codzienne Ateńczycy za czasów Peryklesa. Najwyraźniej jednak mało im było utrapień z jedną żoną, mieli bowiem zazwyczaj kochankę do swawoli i kurtyzanę do załatwiania spraw. A może te utrapienia były właśnie karą za kochankę, kto wie.
Kobiecie zresztą lekko też nie było, mimo radosnego naganiania męża miotłą do mydła, bo "nie powinna była nawet interesować się tym, co dzieje się poza jej domem, gdyż stanowiło to wyłącznie sprawę mężczyzn"
W domu uciśniona Atenka musiała biegać z kluczami, doglądać garnków, służby, przędzenia, tkania i porządków. Jak była bogata, to mogła sobie wyjść na wewnętrzne podwórko i pooddychać świeżym powietrzem.
Za to Spartanki dla odmiany:
... puste zostawiają domy,
Same z młodymi ludźmi, odsłaniając
Uda i w szatach rozwiewanych wiatrem
Biegają, ćwiczą wspólnie.
Poza tym Grecy tamtych czasów nie znali zera, więc bardzo trudno im się liczyło, od dziecka czytali Homera, sympozjum było wtedy zebraniem pijących, a pedagog był niewolnikiem, który nosił za małym uczniakiem tabliczkę, rylec i kitarę. Zadziwiające są doprawdy przygody różnych słów.
W naszych szczęśliwie oświeconych czasach, swobodnie oddycham sobie świeżym powietrzem w drodze do pracy i w drodze z pracy, a w domu, kiedy już uwolnię się od garnków, mogę sobie dziergać do woli i czytać codziennie, w środy zwłaszcza. I tylko szaty mam mniej rozwiane wiatrem.
W czytaniu zatem "Życie codzienne w Grecji za czasów Peryklesa" a na drutach bambus. Kupiłam sobie śliczny bambus kolorowy, ale kiedy wyjęłam go z paczki i kolory spojrzały na mnie żywo fioletem, różem i zielenią, lekko się przestraszyłam. Na szczęście w przepastnej szufladzie miałam rezerwowy bambus szary, tej samej firmy i tej samej grubości co kolorowy, więc postanowiłam sweter robić w dwie bambusowe nitki. Ominęła mnie dzięki temu przyjemność dziergania na drutach numer dwa (bambus strasznie cienki), czego niespecjalnie żałuję. Wściekłe kolorki powplatane w szary złagodniały i wyglądają tak:
A sweterek oczywiście w koło, co z przyjemnością i z wielką wprawą prezentuje Bubulina:
Dziękuję bardzo za wizyty i komentarze. Miłego dnia! :)
środa, 15 kwietnia 2015
Pokusa o poranku
"Co Maryla czyni, kiedy bierze ją nieprzezwyciężona pokusa?"
Ania z Zielonego Wzgórza, L.M. Montgomery
Maryla oczywiście nie miewała nieprzezwyciężonych pokus, więc nie robiła nic. Ania czasem je miewała, kupowała wtedy buteleczkę od wędrownego handlarza i farbowała włosy na zielono. A ja. No cóż. Kiedy mnie ogarnia nieprzezwyciężona pokusa i mami niebiesko-zielonym swetrem z bawełny, walczę wtedy czas jakiś niedługi, odnoszę porażkę osłodzoną czekaniem na paczkę. Po otwarciu paczki okazuje się, że do zielonego wybrany niebieski za bardzo nie pasuje, pasuje za to moteczek innej grubości wrzucony do koszyka bez sensu, za to z obniżoną ceną. I teraz dokupienie więcej granatowego nie jest już pokusą, ale jest koniecznością. Niebieski ląduje w rezerwowej szufladzie a ja znowu czekam na paczkę. Paczka pojawia się w samą przedświąteczną porę, wrzuciłam granat na druty, przytknęłam zielony i doszłam do wniosku, że tak jak Ania nie była do końca usatysfakcjonowana zielonymi włosami, tak i ja nie będę usatysfakcjonowana swetrem zielonym w połowie. Nadmiar zielonego ląduje w szufladzie jako rezerwa a ja stanęłam wobec kolejnej konieczności dokupienia granatu do nowej koncepcji kolorystycznej. Paczka już pewnie na poczcie. Jedna pokusa, dwie konieczności, sweter z oszczędnym zielonym paskiem, niebieski z zielonym w zapasach, przydałby się do nich biały, ale białą bawełnę to ja już mam. Uff.
"Mam takie przyjemne uczucie gdzieś na dnie serca z powodu tej falbany." Ania z Zielonego Wzgórza, L.M. Montgomery
I jestem przekonana, że Bubulina ma identyczne uczucie z powodu moich udziergów.
Zaczęłam właśnie pierwszy rękaw. I zaczęłam Anię z Zielonego Wzgórza po raz nie wiem który. Na zdjęciu mój egzemplarz, który dostałam od cioci, pierwsze podejście (mogłam mieć z dziesięć lat), było nieudane, na szczęście ponowiłam próby, no i wiadomo. Kto zna Anię ten wie. Jedna z moich najbardziej zaczytanych książek. Uwielbiam jej wyobraźnię, jej paplaninę, jej nieustanne katastrofy (Chyba musi być granica dla błędów, jakie jedna osoba może uczynić, więc kiedy popełnię już wszystkie, musi przecież nastąpić koniec. Jest to stanowczo myśl bardzo pocieszająca.), jej optymizm, jej dobroć, jej otchłanie rozpaczy. Nie lubię myśleć, że czytanie książek to ucieczka przed rzeczywistością, ale od czasu do czasu, niekiedy, no cóż, można sobie pozwolić. I Ania taka jest - pocieszająca i terapeutyczna. Zaszemrze topolą, błyśnie skrawkiem morza, rozśmieszy strumykiem i wzruszy sukienką z bufiastymi rękawami od Mateusza. Zdarzają się oczywiście w niej smutki, ale poranki zawsze są pełne radości. "Czyż to nie cudnie, że bywają poranki?"
Cudnie. I cudnie, że dziergamy z czytaniem w środy u Maknety i że zaraz będzie sobota i że kwitną już forsycje i magnolie. Świat zawsze jest piękniejszy i bardziej przyjazny, kiedy pobędzie się trochę z Anią.
Dziękuję bardzo za Wasze wizyty i komentarze, życzę miłego dnia i dzielę się pyszną babką wielkanocną, którą w swojej dobroci upiekł mój starszy syn. :D
Ania z Zielonego Wzgórza, L.M. Montgomery
Maryla oczywiście nie miewała nieprzezwyciężonych pokus, więc nie robiła nic. Ania czasem je miewała, kupowała wtedy buteleczkę od wędrownego handlarza i farbowała włosy na zielono. A ja. No cóż. Kiedy mnie ogarnia nieprzezwyciężona pokusa i mami niebiesko-zielonym swetrem z bawełny, walczę wtedy czas jakiś niedługi, odnoszę porażkę osłodzoną czekaniem na paczkę. Po otwarciu paczki okazuje się, że do zielonego wybrany niebieski za bardzo nie pasuje, pasuje za to moteczek innej grubości wrzucony do koszyka bez sensu, za to z obniżoną ceną. I teraz dokupienie więcej granatowego nie jest już pokusą, ale jest koniecznością. Niebieski ląduje w rezerwowej szufladzie a ja znowu czekam na paczkę. Paczka pojawia się w samą przedświąteczną porę, wrzuciłam granat na druty, przytknęłam zielony i doszłam do wniosku, że tak jak Ania nie była do końca usatysfakcjonowana zielonymi włosami, tak i ja nie będę usatysfakcjonowana swetrem zielonym w połowie. Nadmiar zielonego ląduje w szufladzie jako rezerwa a ja stanęłam wobec kolejnej konieczności dokupienia granatu do nowej koncepcji kolorystycznej. Paczka już pewnie na poczcie. Jedna pokusa, dwie konieczności, sweter z oszczędnym zielonym paskiem, niebieski z zielonym w zapasach, przydałby się do nich biały, ale białą bawełnę to ja już mam. Uff.
"Mam takie przyjemne uczucie gdzieś na dnie serca z powodu tej falbany." Ania z Zielonego Wzgórza, L.M. Montgomery
I jestem przekonana, że Bubulina ma identyczne uczucie z powodu moich udziergów.
Zaczęłam właśnie pierwszy rękaw. I zaczęłam Anię z Zielonego Wzgórza po raz nie wiem który. Na zdjęciu mój egzemplarz, który dostałam od cioci, pierwsze podejście (mogłam mieć z dziesięć lat), było nieudane, na szczęście ponowiłam próby, no i wiadomo. Kto zna Anię ten wie. Jedna z moich najbardziej zaczytanych książek. Uwielbiam jej wyobraźnię, jej paplaninę, jej nieustanne katastrofy (Chyba musi być granica dla błędów, jakie jedna osoba może uczynić, więc kiedy popełnię już wszystkie, musi przecież nastąpić koniec. Jest to stanowczo myśl bardzo pocieszająca.), jej optymizm, jej dobroć, jej otchłanie rozpaczy. Nie lubię myśleć, że czytanie książek to ucieczka przed rzeczywistością, ale od czasu do czasu, niekiedy, no cóż, można sobie pozwolić. I Ania taka jest - pocieszająca i terapeutyczna. Zaszemrze topolą, błyśnie skrawkiem morza, rozśmieszy strumykiem i wzruszy sukienką z bufiastymi rękawami od Mateusza. Zdarzają się oczywiście w niej smutki, ale poranki zawsze są pełne radości. "Czyż to nie cudnie, że bywają poranki?"
Cudnie. I cudnie, że dziergamy z czytaniem w środy u Maknety i że zaraz będzie sobota i że kwitną już forsycje i magnolie. Świat zawsze jest piękniejszy i bardziej przyjazny, kiedy pobędzie się trochę z Anią.
Dziękuję bardzo za Wasze wizyty i komentarze, życzę miłego dnia i dzielę się pyszną babką wielkanocną, którą w swojej dobroci upiekł mój starszy syn. :D
środa, 8 kwietnia 2015
Mądrość z jagniątkiem
"Rosło tam [w Indiach] cudowne drzewo, które rodziło maleńkie jagniątka na końcach gałązek. Gałęzie owe były tak giętkie, że zginały się ku ziemi, by jagniątka mogły się pożywić"
Podróże Jana Mandeville z 1371
Oczywiście nie czytam samych podróży (chociaż jeżeli całe są takie śliczne, to w sumie czemu nie?), ale najwyraźniej czas poza zimowy jest dla mnie tylko i wyłącznie czasem bawełnianych jagniątek. W przeciwieństwie bowiem do jagniątek wełnianych, bawełniane jagniatka nie gryzą.
Czas niezimowy czyli grad, śnieg, deszcz, słońce, wiatr, wszystko po kolei albo parami naraz, więc jak nietrudno się domyślić, najłatwiej wtedy ląduje się w łóżku z antybiotykiem, gorączką i zwolnieniem lekarskim, jako i ja wylądowałam. Pierwszym etapem lądowania jest sen snem kamiennym, drugim komedie romantyczne, zawsze te same, idealne na chorobowo otumanione myśli. Aż wreszcie, przy odrobinie szczęścia, powraca stopniowo bystrość z rozumem i wtedy można sięgnąć po książkę. Powinna być lekka, optymistyczna i pozytywna.
"Mądrość i cuda świata roślin" lekka nie jest, ale od czego człowiek ma poduszki, którymi może podeprzeć i siebie, i opasłe tomiszcze. Tomiszcze zostało napisane przez Jane Goodall, która ku mojemu wielkiemu ubolewaniu wykazała się rozsądkiem i ograniczyła do marnych 450 stron. Kto słyszał o autorce, ten wie, że to osoba wielce zasłużona dla zwierząt, w szczególności dla szympansów, które obserwowała w Afryce w latach sześćdziesiątych, będąc bardzo młodą panienką. Pojechała do pracy z mamą, jako że siedzenie w buszu było zajęciem niezbyt adekwatnym dla angielskiej panienki z dobrego domu. Potem, kiedy już poczyniła stosowne obserwacje, zajęła się walką o prawa zwierząt, roślin i ludzi i tym właśnie się zajmuje teraz, kiedy dobiegła osiemdziesiątki.
Osobowość Jane Goodall jest tak bogata i budzi taką chęć kontaktu, że będąc w połowie książki, znalazłam jej filmową biografię i obejrzałam. Obejrzałam też całą serię jej wystąpień (no, fragmentów może) na youtubie, jak podróżuje trzysta dni w roku, jak patrzy na migrujące żurawie i jak się wita albo żegna z różnymi szympansami. I jak one ją kochają. Doprawdy, nie sposób się dziwić. To bardzo charyzmatyczna, pełna pasji, elegancji, spokoju, energii i miłości osoba.
I taka jest jej książka. Zaczyna się, kiedy Jane ma trzy lata i wybiera się do lasu, a potem rośnie i czyta o doktorze Dolittle i o Tarzanie, bo książka jest o roślinach, ale trochę też jest o samej Jane i jej pasjach. O jej ogrodach i jej drzewach. Potem jest o samych drzewach, o Linneuszu i jak był w Anglii ocenzurowany (głównie ze względu na nieprzystojne słupki i pręciki i ogólnie niemoralne prowadzenie się roślin), o łowcach roślin, jak narażali życie, o storczykach, ogrodach botanicznych, nasionach, genetycznie modyfikowanej kukurydzy, o bawełnie, tytoniu, chmielu i o ogrodach, bo "ogrody są dobre dla duszy". I jest też o konopiach u Herodota: "Tych więc konopi nasienie biorą Scytowie i wchodzą pod filcowe namioty; potem rzucają ziarna na rozżarzone kamienie i wytwarzają taką parę, że żadna helleńska łaźnia parowa nie mogłaby jej przewyższyć. A Scytowie ryczą z zadowolenia w tej parze; to zastępuje im kąpiel, bo w ogóle nie myją ciała wodą".
I kiedy człowiek tak sobie czyta, ryczy z zadowolenia i nabiera ochoty, żeby coś koniecznie zrobić, coś dobrego, uratować kawałek deszczowego lasu, zszywaczem przypiąć z powrotem do drzewa zmyty storczyk albo kupić herbatę organiczną faire trade.
Nie jestem chyba jednak aktywistką z natury, wysyłam więc mnóstwo pozytywnych myśli i poprzestaję na bawełnianych jagniątkach. Bawełna Paris, jestem przekonana, że wyprodukowana została ekologicznie i bez męczenia małoletnich dzieci, narzucam sobie sześćdziesiąt oczek na okrągłe druty i dziergam tunikę w kolorze liści (i trochę w granatowym). I tak mija środa w swej drodze niespiesznej do piątku.
Dziękuję bardzo z wizyty i komentarze, miłego dnia!
Podróże Jana Mandeville z 1371
Oczywiście nie czytam samych podróży (chociaż jeżeli całe są takie śliczne, to w sumie czemu nie?), ale najwyraźniej czas poza zimowy jest dla mnie tylko i wyłącznie czasem bawełnianych jagniątek. W przeciwieństwie bowiem do jagniątek wełnianych, bawełniane jagniatka nie gryzą.
Czas niezimowy czyli grad, śnieg, deszcz, słońce, wiatr, wszystko po kolei albo parami naraz, więc jak nietrudno się domyślić, najłatwiej wtedy ląduje się w łóżku z antybiotykiem, gorączką i zwolnieniem lekarskim, jako i ja wylądowałam. Pierwszym etapem lądowania jest sen snem kamiennym, drugim komedie romantyczne, zawsze te same, idealne na chorobowo otumanione myśli. Aż wreszcie, przy odrobinie szczęścia, powraca stopniowo bystrość z rozumem i wtedy można sięgnąć po książkę. Powinna być lekka, optymistyczna i pozytywna.
"Mądrość i cuda świata roślin" lekka nie jest, ale od czego człowiek ma poduszki, którymi może podeprzeć i siebie, i opasłe tomiszcze. Tomiszcze zostało napisane przez Jane Goodall, która ku mojemu wielkiemu ubolewaniu wykazała się rozsądkiem i ograniczyła do marnych 450 stron. Kto słyszał o autorce, ten wie, że to osoba wielce zasłużona dla zwierząt, w szczególności dla szympansów, które obserwowała w Afryce w latach sześćdziesiątych, będąc bardzo młodą panienką. Pojechała do pracy z mamą, jako że siedzenie w buszu było zajęciem niezbyt adekwatnym dla angielskiej panienki z dobrego domu. Potem, kiedy już poczyniła stosowne obserwacje, zajęła się walką o prawa zwierząt, roślin i ludzi i tym właśnie się zajmuje teraz, kiedy dobiegła osiemdziesiątki.
Osobowość Jane Goodall jest tak bogata i budzi taką chęć kontaktu, że będąc w połowie książki, znalazłam jej filmową biografię i obejrzałam. Obejrzałam też całą serię jej wystąpień (no, fragmentów może) na youtubie, jak podróżuje trzysta dni w roku, jak patrzy na migrujące żurawie i jak się wita albo żegna z różnymi szympansami. I jak one ją kochają. Doprawdy, nie sposób się dziwić. To bardzo charyzmatyczna, pełna pasji, elegancji, spokoju, energii i miłości osoba.
I taka jest jej książka. Zaczyna się, kiedy Jane ma trzy lata i wybiera się do lasu, a potem rośnie i czyta o doktorze Dolittle i o Tarzanie, bo książka jest o roślinach, ale trochę też jest o samej Jane i jej pasjach. O jej ogrodach i jej drzewach. Potem jest o samych drzewach, o Linneuszu i jak był w Anglii ocenzurowany (głównie ze względu na nieprzystojne słupki i pręciki i ogólnie niemoralne prowadzenie się roślin), o łowcach roślin, jak narażali życie, o storczykach, ogrodach botanicznych, nasionach, genetycznie modyfikowanej kukurydzy, o bawełnie, tytoniu, chmielu i o ogrodach, bo "ogrody są dobre dla duszy". I jest też o konopiach u Herodota: "Tych więc konopi nasienie biorą Scytowie i wchodzą pod filcowe namioty; potem rzucają ziarna na rozżarzone kamienie i wytwarzają taką parę, że żadna helleńska łaźnia parowa nie mogłaby jej przewyższyć. A Scytowie ryczą z zadowolenia w tej parze; to zastępuje im kąpiel, bo w ogóle nie myją ciała wodą".
I kiedy człowiek tak sobie czyta, ryczy z zadowolenia i nabiera ochoty, żeby coś koniecznie zrobić, coś dobrego, uratować kawałek deszczowego lasu, zszywaczem przypiąć z powrotem do drzewa zmyty storczyk albo kupić herbatę organiczną faire trade.
Nie jestem chyba jednak aktywistką z natury, wysyłam więc mnóstwo pozytywnych myśli i poprzestaję na bawełnianych jagniątkach. Bawełna Paris, jestem przekonana, że wyprodukowana została ekologicznie i bez męczenia małoletnich dzieci, narzucam sobie sześćdziesiąt oczek na okrągłe druty i dziergam tunikę w kolorze liści (i trochę w granatowym). I tak mija środa w swej drodze niespiesznej do piątku.
Dziękuję bardzo z wizyty i komentarze, miłego dnia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)









