wtorek, 15 września 2015

Półpięty ozdobne

Szyndzielnia cicho wynosi się ze swoimi drzewami nad horyzont, ciemna chmura siedzi na jej wierzchołku, jest ciepło, nie pada, a ja znowu jestem w górach. Na sobie mam ubranie galowe, wokół mnie piętrzą się różne kable, złącza, wiertarki i wyłączniki służbowe. Nieco dziwne, bo jako mała dziewczynka byłam przekonana, że zawodowo będę powiązana nie tyle z prądem, co z imiesłowem przysłownym uprzednim, albowiem to gramatyka była przedmiotem moich uwielbień i ekscytacji.


Kiedy więc kable z wiertarkami robią sobie ciszę nocną, siedzę w uroczym pensjonacie, dziergam i czytam (bo to środa z Maknetą) "Gramatykę na wesoło" profesora Goździka, jedną z moich ulubionych książek dzieciństwa.
I wszystkie ekscytacje przeżywam na nowo, albowiem, nie da się ukryć, nic nie pamiętam. Jeszcze raz okazuje się więc, że słoneczko powinno się posługiwać formą "byłom i śpiewałom", że można mówić dwu, dwom i dwóm, że dawniej mieliśmy ręki, że "si" wcale nie jest od śpiewania, ale od bliskości, co widać w słowie "latoś" oraz że półpięta to cztery i pół zupełnie nie pięty.

Dzisiaj, kiedy w internecie, w radiu i w telewizji zalewa nas mówiona bylejakość, tak dobrze jest poczytać kogoś kto język polski kochał, znał i umiał to przekazać ciekawie i dowcipnie.
Nawet jeżeli sami nie mamy już chęci na takie lektury, to warto podsunąć tę książkę dzieciom, bo mimo pewnej dezaktualizacji wykłada przedmiot jasno i klarownie. Nie czuję nawet wielkiego żalu o wytknięcie palcami dwóch inżynierów za formę "technikumy".

Poszewek mam już półtrzecia czyli dwie i pół, co mnie bardzo cieszy, albowiem wyglądają bardzo prześlicznie i ozdobnie z tymi zakręconymi warkoczami i prześwitują znacznie mniej niż to widać na zdjęciu. Ale następne jednak będę robić na mniejszych drutach.
Dziękuję bardzo za Wasze wizyty i przemiłe komentarze, idę dalej targować i życzę Wam miłego dnia!


środa, 9 września 2015

Maraton bez guzików

"Biegnąc, nic nie robię, tylko biegnę”
O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, Haruki Murakami


 Trochę się z tym nie zgadzam, bo uważam że, czasem warto robić dwie rzeczy jednocześnie, zwłaszcza gdy są to rzeczy przyjemne, tym bardziej że są pary, które się wzajemnie uzupełniają, dopełniają i podnoszą swoje smaki. Takie na przykład czytanie i jedzenie. Albo słuchanie muzyki i dobre jedzenie. Oglądanie filmów i chrupkie jedzenie (generalnie jedzenie do wielu przyjemności pasuje – może poza robieniem na drutach jednak). Leżenie na plaży i słuchanie szumu morza, leżenie na łące i słuchanie szumu traw, robienie na drutach i słuchanie książek (albo czytanie, ale to tylko bardzo zaawansowane dziewiarki). Lekko parafrazując Murakamiego, mogę zatem powiedzieć, że dziergając, nic nie robię, tylko czytam. I całe szczęście, bo akurat jest środa z Maknetą.

Dziergam poszewki, tego się spodziewałam i to miałam w planie (są niczym ultramaraton bez guzików i szwów, i bez mety), natomiast Murakami zaskoczył mnie w autobusie, usłyszałam, że pisał o bieganiu i ogarnęła mnie przemożna chęć przeczytania tego co napisał, chociaż autor nie jest moim ulubionym autorem. Okazało się szybko, że ta książka nie jest typową dla niego książką, bo jest niejako zapiskami z bieżni i oszałamiająco szybko jestem niemal w połowie.
Jak na razie się nie zawiodłam. Jest o zmaganiu się człowieka z własnym ciałem, o pokonywaniu barier, o biegu w upalnej Grecji, o biegu w przewiewnych Hawajach, o tym jak zostać pisarzem (trzeba sprzedać bar i mieć talent, ale przede wszystkim umieć się dokopać do źródła). Nie podoba mi się nieco chaotycznie podany materiał – najpierw Haruki jest stary i biega, potem jest trochę młodszy i nie chce mu się biegać, potem jest młody i zaczyna biegać, trochę się też pewne rzeczy powtarzają, ale w sumie nie przeszkadza mi to strasznie – cały czas jest o bieganiu, a bieganie bardzo lubię, zwłaszcza od momentu, kiedy się dowiedziałam, że to od biegania zaczęło się nasze myślenie.

Może nawet zacznę biegać? Kto wie. Potrzebne tylko są dobre buty i dobra droga. No, z drogą może być kłopot. Ale kto wie.

Zamieszczam też przy okazji ankietę, bardzo przyjemną, zachęcam do jej wypełniania. Jeżeli miałabym kogoś wywołać, to może Maknetę, Wiolę i Monotemę, ale generalnie jestem wszystkich Was ciekawa. Bo ja o czytaniu też uwielbiam czytać. :)

1. Czy masz ulubione miejsce do czytania w domu?
Mój fotel. Mam z jednej jego strony lampkę i herbatę, z drugiej notesik na cytaty, karteczki samoprzylepne i ołówki. Pod plecami poduszki, pod stopami pufę. To jest dobre miejsce, ale najlepsze przed świtem albo nocą (kiedy rodzina śpi).

2. Zakładka czy świstek papieru?
Kiedyś to był świstek – bilet tramwajowy najczęściej. Nie lubiłam tych peerelowskich zakładek z kliszy filmowej i obdzierganych kordonkiem, które produkowało się na lekcjach techniki. Ale potem dostałam zakładkę z Anglii, potem jakąś kupiłam w Empiku (kiedy się pojawił) i jakoś bardzo szybko okazało się, że zbieram. Teraz mam całe pudło zakładek i dobieram je do książki kolorystycznie, tematycznie i zgodnie z porą roku. Nie mogę latem czytać książki założonej choinką z Mikołajem – takie odchylenie. Mam swoje ulubione zakładki oczywiście. Lubię cienkie z chwościkiem (ale chwościk nie jest niezbędny). Też dwie przyjemności - można patrzeć i majtać.

3. Umiesz przerwać lekturę w dowolnym miejscu, czy musisz doczytać do końca strony/rozdziału itd?
 Kiedyś nie umiałam, ale to wynikało z wciągnięcia mnie w akcję a nie z podziału na rozdziały. Śmieci czekały na wyniesienie, lekcje na odrobienie, ziemniaki na obranie, dziecko na odebranie (zdążyłam jednak do przedszkola przed zamknięciem). Teraz odkładam książkę, bo rozkład autobusów jest nieubłagany, zdarzyło mi się jednak zabrać książkę do autobusu (a z papierowymi teraz nie jeżdżę tylko z audiobookami), kiedy bohater był w strasznej opresji a do końca zostało kilka stron.Natomiast jeżeli chodzi o podział książki, to mogę przerwać nawet w pół zdania (no, prawie w pół).

4. Czy jesz lub pijesz przy czytaniu?
Kiedyś (jednak moje zwyczaje czytelnicze uległy zmianie, jak to widzę jasno) uwielbiałam jeść przy czytaniu (aż dziw, że w miarę trzymałam linię) i czytać przy jedzeniu. Najchętniej jabłka, ale pamiętam landrynki i dżem łyżką ze słoika (kto wtedy słyszał o szkodliwości cukru?). Używałam też jedzenia jako pretekstu, żeby zrobić sobie przerwę w nauce. Uwielbiałam też czytać książki podróżnicze (zwłaszcza te spod bieguna) zaopatrzona w kanapki i gorącą herbatę.Przy czym albo znosiłam dobra spożywcze do pokoju, albo przenosiłam się z książką do kuchni. Aż dziwne (a może nie dziwnie tylko dietetycznie), że to minęło i teraz czytam jedynie do śniadania, albo do świątecznego ciasta, migdałów, daktyli i innych bakalii. W pozostałych sytuacjach – tylko piję herbatę.

5. Wielozadaniowość. Muzyka, telewizja w trakcie lektury?
Nigdy. Bardzo nie lubię czytać w hałasie. Muzyka albo mi przeszkadza, albo jej nie słyszę.

6. Jedna książka naraz czy kilka?
Kiedyś tylko i wyłącznie jedna. Nie potrafię wracać do przerwanej lektury wcześniej niż po latach. Teraz też tylko jedna, ale w swojej kategorii – czyli w papierze jedna i w audiobooku jedna.

7. Czytasz w domu, czy wszędzie?
Wszędzie. To znaczy w kinie nie i w gościach też nie. W tramwaju, w poczekalni, w kolejce, w lesie. Zawsze (praktycznie zawsze) mam przy sobie książkę.

8. Czytasz głośno, czy po cichu?Po cichu, ale zdarza mi się trudne fragmenty czytać na głos.

9. Zerkasz w nieprzeczytane części książki? Przeskakujesz strony?
Nigdy. Zaglądam do stopki redakcyjnej na końcu, oglądam okładki z przodu i z tyłu – natomiast nigdy nie zerkam w tekst.

10. Łamiesz grzbiet książki, czy wolisz, żeby pozostał jak nowy?
Wolałabym, żeby pozostał jak nowy, ale stawiam jednak wyżej własną wygodę – jeżeli nie da się inaczej, łamię. Chyba że książka jest cudza, to wtedy męczę się przy niepełnym otwarciu.

11. Piszesz w książkach?
Nigdy. Albo wypisuję, albo zaznaczam karteczkami. Nie mogłabym ołówkiem, o długopisie nawet nie myślę.

Dziękuję za przemiłe komentarze i za odwiedziny!
Biegnę zobaczyć co u Was, miłego dnia. :)

środa, 2 września 2015

Wymoszczone szezlongi

"Paulina wpół leżała na wymoszczonym poduszkami szezlongu."
Zbrodnia w błękicie, Katarzyna Kwiatkowska

Jedna poduszka wydziergana, jeszcze niecałe dwie i też będę mogła wpół na nich leżeć:


Ale po kolei.
Wielki wóz wisi nad gankiem, za płotem pole, sady, pasieki, brzozowe laski i malownicze domki z czerwonymi dachami. Za drugim płotem lasy i lasy. Dojrzewają brzoskwinie, wysychają porzeczki, śliwki nabierają słodyczy, kury dziobią co bądź, od czego jajecznica jest żółta i pachnąca, wędliny się wędzą w prawdziwym dymie, ser się wyciska z prawdziwego mleka. Jednym słowem - drugi urlop tego roku. W mój drugi urlop prowadzę życie aktywne i zorganizowane. Skoro świt zakładam obuwie sportowe z równie sportowym ubraniem i idę w pole. Gdybym żyła sześćset lat temu, miałabym pług albo sierp może i uprawiałabym różne jadalne uprawy. Teraz mam kijki i uprawiam sporty odchudzające i terapeutyczne.




Potem idę na śniadanie (urlop z reguły jest fajny, ale urlop, na którym nie trzeba gotować jest jeszcze fajniejszy). Po śniadaniu siadam sobie na huśtawce, albo na krzesełku, albo na ławie, albo na kocu. Dziergam i czytam (wiadomo - środa z Maknetą). Dziergam kolejną poszewkę, tym razem większą i ciemniejszą. Mniejsza, camelowa, już skończona i ma dwie dziurki, które zrobiłam w jednym rządku nowo nauczonym sposobem.


Robię z czterdziestki Arelanu, jest trochę surowa i gryząca, no ale na zimowe poduszki może być. Poza gryzieniem jest równa i grzecznie się dzierga.Tymczasem "Zbrodnia w błękicie", czyli kryminał retro. Akcja dzieje się (ale nie na drutach w ogóle) we dworku, w roku tysiąc dziewięćsetnym. Dworek jest całkiem zasypany śniegiem, a w nim zasypany właściciel, goście, służba i konie (konie nie są za bardzo ważne, przynajmniej do miejsca gdzie dotarłam, czyli do połowy) oraz bardzo dobre jedzenie, zupełnie jak w moim urlopie. Zaraz po zasypaniu następuje tytułowa zbrodnia. Na szczęście (jakżeby inaczej) wśród gości jest detektyw amator z kamerdynerem, więc jestem przekonana, że znajdzie mordercę i już jestem niezwykle ciekawa kto to. Zbrodnię w błękicie czyta się dobrze (aczkolwiek niezbyt szybko - jest to jednak gęsty tekst i opasłe tomisko). Mamy tło retro (z kredensami i babeczkami), surową i oschłą ochmistrzynię czyli klucznicę, niepoprawną kokietkę, romantyczną panienkę, oderwaną od rzeczywistości panią domu i jędzowatą księżnę. Intryga, tło, postacie, poprawny (acz nie rzucający na kolana) styl to plusy niewątpliwe, minusy też są. Przede wszystkim ofiara - wybór autorki mnie zaskoczył, bo między innymi powoduje to pewne niekonsekwencje w zachowaniu pozostałych przy życiu. Po drugie mało smakowitych szczegółów przy dość dużej objętości książki. Obraz tła, ubrań, nawet jedzenia, jest poniekąd nieostry. No, ale nie każdy może być Homerem, bo tylko on w jednym zwięzłym porównaniu umiał powiedzieć o wojnie, upale, mleku, muchach i pasterzach na łące, i nie można mieć o to pretensji. Po trzecie - chyba dla kobiet. Ja niby nie lubię podziału na literaturą męską i kobiecą, ale pan domu rozprawiający o przetworach i pieczeniu chleba? Oderwana od rzeczywistości żona trochę go tłumaczy. No ale chyba dla kobiet. W swojej klasie bardzo przyzwoita książka.

W chwilach wolnych od dziergania i czytania, zwiedzałam ruiny stałe, które były kiedyś paradnym zamkiem.











Zamek Krzyżtopór budowano długo, konie tu jadły z marmurowych żłobów i przeglądały się z kryształowych zwierciadłach, po sufitach pływały egzotyczne rybki, w licznych wnękach wisiały portrety przodków, a na dziedzińcu odbywały się przedstawienia i inne rozrywki. Trwało to lat jedenaście, po czym przyszli Szwedzi i pałac popadł w ruinę. Teraz na dawnych posadzkach przysiadają gołębie, w oknach rosną krzewinki a nad dziedzińcem przelatują samoloty.


 "Przemija bowiem postać tego świata"

Dzierga się też czarny sweterek, ma chyba milion oczek i strasznie wolno przybywa:

Zostałam wezwana przez Małgosię do bardzo sympatycznej ankiety , ale wypełnię ją już po urlopie. Na razie myślę sobie o niej z przyjemnością, bo to przyjemna ankieta jest.
Dziękuję za odwiedziny, komentarze i życzę miłego dnia! :)

środa, 26 sierpnia 2015

Poducha w istocie

Zazwyczaj kiedy kończę czytać książkę, rozglądam się po półkach i wybieram następną. Tym razem jednak w sobotę dostałam tak śliczną zakładkę z dalekich podróży, że od razu postanowiłam jej użyć:
 

Do Pinokia najbardziej pasowało mi o hodowaniu chłopców i dziewcząt.
"...dziewczęta oddawano na naukę niewiastom statecznym, które ich uczyły czytać, robić pończochę (dzierzgać) i szyć."
Jak u nas chowano dzieci? Gustawa Dolińskiego

Można więc powiedzieć, że na środy z Maknetą miałabym wykształcenia dosyć. Robię zatem pończochę i czytam w okolicznościach z różnych względów mało estetycznych, z potrzeby ducha pocieszam się widokiem moich ślicznych książek na półkach, pocieszam się patrzeniem na moje liczne (bardzo urokliwe) kubeczki i patrzeniem na zakładki ozdobne. No ale ile można patrzeć, zwłaszcza że trzeba czytać i dzierzgać, a patrzenie spowalnia. I kiedy wracam do książki i drutów, łatwo może się zdarzyć, że wzrok zahaczy o dywan, o wysłużoną kanapę albo o poduszki na równie wysłużonych fotelach. Każda poduszka z innej bajki, jedna mała, druga duża, jedna w kupny kordonek, druga w kupny polarek. Doprawdy, jako zaawansowana w wysokim mniemaniu o sobie dziewiarka, nie powinnam mieć takich poduszek. Zainspirowana narzutą Mondu postanowiłam sobie wydziergać poszewki (szczęśliwie znacznie mniejsze od narzuty), poszłam do szafy aby spośród licznych motków nabytych dawno temu, kiedy nieodparcie ogarnęła mnie chęć dziergania ogromnego kocyka, wybrać dwa motki, które kolorem pasują do fotela. Motków na niedoszły kocyk (chęć bowiem tymczasem osłabła) mam całą górę. I oczywiście (złośliwa zemsta zapasów) tylko dwa pasowały tak sobie, a tylko jeden mniej więcej. Co miałam zrobić w takiej sytuacji i każdy sąd domowego budżetu mnie usprawiedliwi? Udałam się z prośbą do koleżanki, która ma szczęście mieszkać koło fabryki włóczek. Teraz mam górę kocykową dwa razy większą, ale nowe nabytki pasują do fotela wszystkie.


Zaraz potem poleciałam do internetu szukać wzorku i zaraz potem wydziergałam próbkę:


I nie jestem niewdzięczną matką a dedykacja nie została wydziergana przez moje dziatki - ową słodką podusię kupiłam sobie sama.
Wracając do hodowania dzieci:


To moja najstarsza książka w księgozbiorze, co ma swój urok. Cena w kopiejkach, stempelek od cenzury, portret autora. No i ta Redakcya i Administracya. Uwielbiam takie językowe smaczki. Są wistoty (w istocie) hodowanie niemowląt, młodzieńczyki i nakońce. Jak oni sie połapali po tej reformie językowej, to ja nie wiem.
Książka oczywiście zaczyna się narzekaniem na dzisiejszą młodzież, że marne to, blade, pochylone, bez krwi i życia. Ale muszę stwierdzić, że sporo głosów całkiem rozsądnych przez te liczne wieki się odzywało. Żeby dzieci nie przemęczać nauką, ruch im zadawać i mózgu nie ugniatać (po porodzie). Jedyne z czym się zgodzić nie można to karmienie dziewcząt kapustą i chlebem oraz kary dotkliwe ( niedawanie obiadu i rózgi różnej konstrukcji) a t tańce niekoniecznie zbytkom nieskromnym zasię są przyjacielem.

Jednak ja może nie ku tańcom się oddalę, ale ku blogom Waszym i pończochom powszechnie dziś dzierganym.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i miłe komentarze! Miłego dnia. :)

środa, 19 sierpnia 2015

Sznurek we śnie

"Pierwszy krok, oderwanie lub usunięcie się, polega na radykalnym przesunięciu akcentu ze świata zewnętrznego na wewnętrzny, z makrokosmosu na mikrokosmos, na ucieczce od przygnębienia, którym napełnia nas ziemia jałowa, do pokoju wiecznotrwałego królestwa, które jest wewnątrz nas. Ale tym królestwem, jak wiemy z psychoanalizy, jest dziecięca podświadomość. To jest właśnie to królestwo, do którego wkraczamy w czasie snu. Mamy je w sobie zawsze. Są tam wszystkie ogry i tajemniczy przyjaciele z naszego pokoju dziecinnego, jest tam cała magia dzieciństwa. A co ważniejsze, są tam te wszystkie potencjalne możliwości, których nie udało nam się wykorzystać w życiu dojrzałym, są tam inne części nas samych, gdyż takie złote ziarna nigdy nie giną."
Bohater o tysiącu twarzy, Joseph Campbell

Campbell, specjalista od mitologii porównawczej, sprowadza w "Bohaterze..." wszystkie mity świata do jednego, wielkiego monomitu i twierdzi, że mit człowiekowi jest do życia niezbędnie konieczny. W monomicie mamy jednego bohatera, który wyrusza w świat, ma w nim przygody i wraca z powrotem. I to mnie przekonuje. Nawet potraktowanie w taki sam sposób Czerwonego Kapturka, który wyrusza z koszykiem, zostaje zjedzony i szczęśliwie uratowany  oraz Tezeusza, który wyrusza bez koszyka, ale za to na statku, omal nie jest zjedzony i też jest uratowany, mnie nie dziwi i jestem w stanie się z tym zgodzić. Jedyne co budzi mój sprzeciw, to mieszanie do tego psychologii. Jakoś nie mogę się pogodzić z z tym, że Minotaur siedzi w mojej jaźni i wmieszane są w to ego, superego, wszystkie moje świadomości i podświadomości. A taką interpretację mitu przyjmuje Campbell, dodając zresztą na koniec, że sprawa nie jest prosta, bo tu i historia się miesza i obyczaje.
W każdym razie, na szczęście, jaźni nie ma tu w przytłaczająco wielkich ilościach, są za to różne sny i opowieści, i mity hinduskie, indiańskie, greckie, najróżniejsze. Jest o jeżozwierzach, sfinksach, lękach i marzeniach, przy czym okazuje się jednak, że największym marzeniem człowieka jest drzewo, które rodzi słodkie owoce i ma liście w kształcie garnków i patelni.
Napisane wszystko bardzo dobrym stylem, bo Campbell opowiadać umie i pomaga nam przy tym w zrozumieniu świata. Pokazuje nam drogę całkiem jak ta kobieta w przytoczonym przez niego śnie:
"Jestem na łące, gdzie pasie się wiele owiec. Jest to kraj owiec. W kraju owiec stoi nieznana mi kobieta i wskazuje drogę"
Bohater o tysiącu twarzy, Joseph Campbell

To musi być pięknie, w takim świecie owiec. Zupełnie jak w moim salonie:


Od razu powiem, że jedna jest przejazdem, a jedna jest naprawdę malutka i w prezencie. Dzielnie wałęsała się z młodszym dzieckiem po Tatrach w pięknie stawów i kwiatów.


Cóż zresztą, czy słabość do pluszaków musi być od razu słabością na umyśle? Sam Campbell mówił o skarbach dzieciństwa wewnątrz. Trochę ich mam widać na zewnątrz, trudno.

 Poza pluszakami i Bohaterami musi być robótka, jak to w środy z Maknetą bywa i jest. Moje realizowane złote ziarna możliwości, czyli w dalszym ciągu sweter w ściągacze, widać już zapowiedzi rękawków:


Przy czym jedna z zapowiedzi jest uwiązana na nitce a druga na drucie i jak się dobrze jej przyjrzeć, widać, że spięta spinaczem biurowym. Ten świetny patent podpatrzyłam u Intensywnie Kreatywnej, wreszcie nie mam stresu, że mi oczka zjadą znienacka.

Nawiasem mówiąc, Intensywnie Kreatywna świętuje rocznicę sklepiku. Co będę ukrywać, ma różne przeceny, a ja od dawna miałam chęć na coś lnianego. No i ponad miesiąc nie kupowałam włóczki. Jednym słowem, należała mi się nagroda, błyskawiczna akcja z paczką i już robi się próbka na luźny sweterek:


 W dotyku trochę jak sznurek, ale ponoć pranie go zmiękczy.

I tradycyjnie zakładki. Zakładka główna zupełnie nie w temacie mitów i bohaterów, za to w temacie lata i książek:


Zakładka mojego ulubionego grafika z Ilustris. Przy okazji z jednej strony ucieka Perseusz, a z drugiej ściga Gorgona. Oboje mają cudownej urody buciki. No i Gorgona ma śliczne groszki na sukience, kto by pomyślał.

Poza główną zakładką używałam też zakładki pobocznej do przypisów, albowiem przypisy były na końcu, co jak ogólnie wiadomo, jest nieco kłopotliwe w czytaniu. Dawno temu, jako początkujący czytelnik, pracowicie szukałam przypisu po każdym odsyłaczu. Po jakimś (nie przyznam jakim, ale nie było to błyskawiczne olśnienie) czasie, zaczęłam używać drugiej zakładki, co często kończyło się tak, że zakładka z przypisów lądowała w miejscu czytanym a zakładka właściwa siedziała gdziebądź i znowu musiałam szukać strony z przypisami. Aż w końcu pojawiły się miniaturowe zakładki magnetyczne, które do przypisów są idealne. Moja miała instrukcję obsługi, w której jest objaśniona strona przednia i tylna zakładki i żeby przypiąć przednią do przodu, to wtedy strzałka pokaże odpowiedni tekst.


Instrukcję na pewno pisał mężczyzna pragmatyk i do tego pewnie z wrzodami na żołądku. Jak bowiem można taki słodki tył przypinać z tyłu? Przypinam więc tył z przodu, praktyczny przód jest z tyłu i nieco mija się z chwilą bieżącą. Za to ja za każdym przypisem mogę sobie pomarzyć o mufinkach z bitą śmietaną:


 Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze. Miłego dnia!

środa, 12 sierpnia 2015

Nierozważne robótki

"Wkrótce przyjdą mrozy i to, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, ostre. Za dwa czy trzy dni, najdalej, taka niezwykła temperatura musi się skończyć, mróz może przyjść jeszcze dziś w nocy."
Rozważna i romantyczna, Jane Austen


Tym się pocieszam siedząc w upale, na razie bowiem moje robótkowe hobby zupełnie nie koreluje z temperaturami za oknem. Nawet lekkie jak mgiełka bambusowe szale na chłodne poranki są nieprzydatne. Od długiego czasu bowiem nie ma chłodnych poranków.
Siedzę więc tuż przy wiatraku, piję wodę z lodem, słucham o mżawkach i mrozach, patrzę na żółte liście klonu zwiewane gorącymi podmuchami wiatru, dziergam bawełniany sweterek i myślę, że przecież kiedyś się przyda.


Nie jest łatwo o tym myśleć, bo już o szóstej rano licznik rozpala się do białości, niewinny łańcuszek z czerwonej wełenki wije się w obiektywie jak lina okrętowa a czarne jest albo szare albo nieostre.
W upale swetra przybywa powoli. Bawełna sunie niespiesznie po ciepłych drutach niczym Rozważna i romantyczna w akcji. I jest równie surrealistyczna w ten upał, jak tamten miniony świat w dobie internetu. Świat nietaktów, skandali, zasad, gigów, tajemnic, romansów i prebend. Równie trudny dziś do wyobrażenia jak mróz. No ale przecież był tak samo pewnie, jak mróz  pewnie będzie.

Dziergam, czytam razem z Maknetą, piję zieloną herbatę z filiżanki, która jest jakby wyjęta z Czechowa, ale tylko mżawki jej brakuje do Austin.


"Eleonora zaczęła nalewać herbatę, a Marianna musiała ponownie ukazać się w salonie"
Taki to był fajny czas, myślę sobie romantycznie i całkiem nierozważnie.

Dziękuję bardzo serdecznie za miłe komentarze i za odwiedziny też bardzo, bardzo miłe. Pozdrawiam gorąco! :)

środa, 5 sierpnia 2015

Zdążyć przed czapką

Może krótki sweterek w ażury z żółtej alpaki? Albo ogoniasty z bordowego lace z jedwabiem? A może jeszcze coś z bambusa? Albo ze słynnego Malabrigo? - Dobrze tak siedzieć sobie, przeglądać (liczne) zapasy w motkach i namyślać się z czego i co.
- Ale pamiętasz, że obiecałaś mi dwie czapki? - odezwało się nagle młodsze dziecko.
Wizja obiecanych dwóch czapek w żakardy z podwójnych wełnianych nitek poderwała mnie z kanapy. Zanim doszłam do szafy już wiedziałam, że będę dziergać czarny, bawełniany sweterek. I lepiej zacząć jak najszybciej, żeby zdążyć przed czapką.

Historia czarnego sweterka jest długa. Najpierw dziergałam go pracowicie ponad rok temu. Potem zszyłam części z czułością, acz krzywo. Nawet chodziłam w nim do pracy, ale czułam na sobie krzyk krzywych ściegów. Pewnej zdeterminowanej soboty sprułam go z bólem, bo w czasie prucia okazało się, że jest dzianiną pięknie lejącą i przytulaśną. Jedyne co mnie długi czas powstrzymywało od ponownego dziergania to druty dwa i pół i dziesiątki, dziesiątki oczek prowizorycznego łańcuszka, w którym trzeba godzinami dedukować co jest żeberkiem a co spodem. Teraz nie było co się ociągać, zaraz październik, czapki nieuniknione, złapałam więc za stare zapiski z dziergania pierwszej wersji i przystąpiłam do przerabiania robienia w częściach na robienie w całości. Niespodziewanie okazało się, że przybywanie rękawów w robieniu w całości ma charakter czysto magiczny i nijak się nie da pogodzić z poczciwym rękawem osobno. Przynajmniej nie z pomocą czterech działań podstawowych, a całek wolałam nie wyciągać z zakamarków niepamięci. Nawyciągałam więc różne sweterki gotowe, z trudem powstrzymałam się przed ich rozcięciem, żeby zgłębić konstrukcję, w końcu przeliczyłam jakiś wzór z sieci i nawet zgodził się z zapiskami. Za trudy zostałam nagrodzona, bo przypadkiem trafiłam na nowy sposób dziergania łańcuszka - niezwykle przyjemny.
A ponieważ dziś środa, więc do sweterka czytam, jak to w środy bywa u Maknety.


Mam taką osobistą teorię, że niektórzy ludzie mają dar snucia opowieści i w sumie sama opowieść nie jest tak ważna jak sposób jej opowiedzenia. Może być skomplikowana, nowa, intrygująca ale niekoniecznie, może być po prostu banalną historią o miłości z przeszkodami i z balkonem. Ta moja teoria sprawdziła się niejeden raz - opowieść nie musi być dobra, to pisarz musi być dobry.
Katedra jest opowieścią potencjalnie obiecującą - ma ciekawy wątek, interesujące czasy, malownicze tło, smakowitą opasłość i bezpretensjonalną okładkę.
Niestety, pan Ildefonso Falcones choć niewątpliwie jest dobrym prawnikiem, nie jest dobrym pisarzem. Oczywiście tego typu stwierdzenie nie jest pewnikiem Euklidesa (który zresztą po dwóch tysiącach lat też nie jest całkiem pewny), więc mogę jedynie napisać po czym ja poznaję złego pisarza.
Pozwala on mianowicie mówić swoim bohaterom swoim językiem, w wyniku czego pańszczyźniany chłop ma w ustach chociażby taką kwestię:
"- Jak wiesz, otrzymaliśmy nasze ziemie na prawach emfiteuzy, wieczystej dzierżawy. (...) To przywilej zwany intestia"
Pozwala trzydziestu gościom weselnym najadać się do syta potrawką z dwóch kur (aż przypomniało mi się wesele, na którym Sancho Pansa tylko na śniadanie wyłowił sobie dwie gęsi z garnka).
Pozwala chłopom z gron wyciskać wino, wlewać do beczek i czekać aż sfermentuje.
Pozwala na postępowanie swoich postaci według swojego widzimisie, zamiast pozwolić im na kierowanie się ich racjami, które zawsze są najsłuszniejsze.
Wszystko to sprawia, że jest mało wiarygodny w tym co opowiada. I nie porywa. Kiedy słyszę o nieszczęśliwej, która chodzi po izbie brocząc smutkiem, zawsze bardziej jestem zaintrygowana jakie ślady zostawia smutek na czystej podłodze niż współczuję z nieszczęśliwą. 

A tymczasem za oknem słońce broczy upałem i winem w owocach:


 Bardzo dziękuje za odwiedziny i komentarze, miłego dnia!