Zawsze kiedy tracę czujność, w chwilach nieuwagi, kiedy wydaje mi się, że panuję nad pożyczaniem i kupowaniem książek, błogo pogrążam się w samozadowoleniu i podziwiam swoją wstrzemięźliwość, otóż zawsze w takim momencie książki zawiązują pakt i bez skrupułów wpełzają pod choinkę, pakują się do paczek, toreb, skrzynek na listy i do czytników. Styczeń ledwie minął półmetek w mrozach i śniegach, a ja znalazłam się niespodziewanie oko w oko z nowo-wyrosłym stosikiem.
Żeby jeszcze siedział spokojnie w okolicy półek (na razie półki nie są przygotowane na takie ilości nowych domowników i gości), ale skąd. Wpycha się do rąk i wpada w oczy i doprawdy trudno wtedy zachować umiar. Obejrzałam więc obrazki w jednej , przeczytałam tył okładki w drugiej , dwa zdania w trzeciej, w czwartej przejrzałam spis treści, w piątej zaczęłam i zaraz skończyłam drugi wstęp, potem pierwszy (bo głupio zaczynać czytanie książki, jeśli się przeczytało tylko drugi wstęp, a pierwszego nie) i wtedy powiedziałam sobie dosyć, nowe nabytki muszą wrócić do kolejki, nie ma rady, od zawsze czytam tylko jedną książkę na raz.
Stosik czeka więc w miarę grzecznie, a ja po chwilowych upadkach, rozdarciach, pokusach i zamętach wróciłam do czytania lektury z samego czubka.
Nie zapominając o dzierganiu rękawów, bo dzisiaj środa, dziergamy i czytamy (lub w osłupieniu patrzymy na stertę książek) z Maknetą. Rękawom brakuje centymetra, może dwóch, co stwierdziłam przymierzając go przed lustrem i patrząc z równym osłupieniem. Nie wiem czego się spodziewałam, ale mały szary i bardzo puchaty jakby nie wyszczupla, ale wręcz przeciwnie. Na szczęście przypomniała mi się moja niedawna porada dla Honoratki, że najważniejszy w urodzie jest uśmiech, uśmiechnęłam się, nie było co prawda mniej okrągło, ale od razu przyjemniej.
Bo uśmiech jest ważny, potwierdza to nawet ulotka, którą dostałam dziś pocztą (no proszę, jak to nie należy z góry spisywać na straty słowo pisane, tylko dlatego, że jest reklamowym druczkiem):
"Uśmiech spowalnia rytm serca i sprawia, że lepiej znosimy stresujące sytuacje. Uśmiechając się, wysyłamy do naszego ciała sygnał, że wszystko jest w porządku."
Ulotka Tesco
U mnie zatem wszystko w porządku, książki się czytają strona po stronie, sweter się dzieje oczko po oczku, czego i Wam życzę!
W ciemnościach zimowych sfotografowałam czekoladową Ellę na ścianie, na sobie oraz na rękach:
Zużyłam w sumie 250g włóczki Ella firmy Lang.
Druty nr 3,5
Wzór z głowy (to znaczy ażurek nie pamiętam skąd, reszta to reglan i dżersej)
Dziękuję bardzo serdecznie za odwiedziny i przemiłe komentarze!
środa, 18 stycznia 2017
środa, 11 stycznia 2017
Jamnik z pętelką
Nie mogę sobie przypomnieć, czy jako dziecko chciałam mieć psa. Zawsze jednak o psach lubiłam czytać, chyba głównie ze względu na ich bezgraniczne przywiązanie i tę nieokiełznaną radość, z jaką nas zawsze witają (chyba, że coś przeskrobią, wtedy na nasze wejście siedzą cicho pod biurkiem).
Nic dziwnego więc, że skusiłam się na "Jamnikarium" Agaty Tuszyńskiej (i jej psa). Ładnie wydana, obficie ilustrowana, może trochę nie w moim stylu, bo zdjęcia w formie wydzieranek, osobiście wolałabym w gustownych i równych ramkach, no ale liczne jamniki, ich cudne minki oraz niezwykłe oczy wynagrodziły mi ten niedosyt.
Poza ilustracjami książka ma dwa indeksy - listę osób i spis zwierząt, który raczej może być wykorzystany jako źródło imion, niektóre zresztą bardzo fajne, jak Mufka czy Bigos, a niektóre tak charakterystyczne, jak Dupek (jamnik Wańkowicza oczywiście).
"A w domu znowu te papierzyska. Myślałem, że po powrocie odpocznie. Ale jest gorzej. Teraz ładuję się z nimi do łóżka. Szeleszczą kartki, wchodzą między poduszki, gniotą się i rwą, a wszystko jest oczywiście na mnie, bo się kręcę i źle układam do spania (mozolnie, misternie i niemrawo...) i długo. Kręcisz się, mówi i zwijasz, uważaj, to nasza książka.
Nasza, nie nasza. Trochę postanowiłem pomóc. Potrzebna jej była decyzja. Stale coś dodawała. Jeszcze i jeszcze.
Pogryzłem."
Jamnikarium, Agata Tuszyńska&Lonia
No i taka ta książka trochę jest - pogryziona. Tu radość z powrotów, tu rozpacz z wyjść na dłużej i krócej, tu spacer po skwerku, tu drzemka pod kocykiem, tu pozowanie do czterdziestu portretów, tu polowania na osobistości. I nic to pogryzienie tej książce nie szkodzi, bo tu nie ma fabuły, która rozwija się i wije, nie ma górnych cytatów, które nabożnie wpisuje się w ozdobny zeszyt. Są za to jamniki w wielkiej ilości. Rude, podpalane, gładkie i długowłose, grube, chude, jest ich oddanie, miłość, humory, fochy i czarne, wielkie, wilgotne oczy. No i są ich słynni właściciele bardzo bez reszty zakochani w swoich podopiecznych.
Jeżeli więc mamy ochotę spędzić dwa wieczory w pozytywnej atmosferze, ta książka jest w sam raz. Nie ma tylko zdjęć Marylin Monroe, jeżeli chcemy zobaczyć ją z jamnikiem, trzeba iść do Internetu.
Resztę tygodnia poświęciłam dzierganiu z pętelek, zwłaszcza w środę dziergałam, bo środę, jak ogólnie wiadomo czytamy i dziergamy z Maknetą. Trochę się bałam rzędów skróconych na dole swetra, bo nie jestem zbyt biegła w rozpoznawaniu oczek nawet w przyzwoitej włóczce, w przypadku boucle nie odróżniam nawet lewych od prawych. Na szczęście znalazłam trzy metody rzędów skróconych na Youtube i ta trzecia jest naprawdę prosta, miła i nie zostawia śladów. W szóstej minucie filmu mniej więcej.
Dół wyszedł zaokrąglony i dłuższy z tyłu, tak jak chciałam i marzyłam, ale nie załapał się na zdjęcie z powodu braku światła. Załapał się za to mój zeszyt do robótek, który też jest jak chciałam i po licznych próbach i trudnościach jest niezwykle funkcjonalny i wygodny. ma kółka, żeby się nie zamykał niespodziewanie, ma rozmiar A5, żeby się mieścił w małych okolicznościach przyrody, ma jasne kartki i kratkę, żeby dobrze zapisywał wzory i schematy, ma gumkę i okładkę w kolorze fuksji, żebym miała przyjemność estetyczną.
Jednym słowem, lubię go:
Obwolutę włóczki przypinam spinaczem, pewnie to moje ponowne odkrywanie Ameryki, ale to genialna metoda, warto odkryć po raz kolejny - przy minimum pracy mamy wszystkie informacje, długość, wagę, sposób prania i czy można prasować. Poza tym zapisuję sobie daty, grubość drutów, ilość oczek, schematy wzorów, potem można zawsze wrócić i ponownie wykorzystać, chociaż nie zawsze wiadomo o co chodzi.
Poniżej pomimo morza pętelek widać jasno i wyraźnie narzut rzędu skróconego na różowej agrafce:
Na zakładkę do książki wzięłam nie jamniki co prawda, ale też małe pieski:
Na karnawał nawycinałam i napiekłam całe mnóstwo małych, kruchych ciasteczek (nawet bez ozdobnego lukru były pyszne):
Na koniec pracy obfotografowałam się w poncho z mitenkami:
Reasumując więc, to był pracowity tydzień, czego i Wam życzę, dziękuję za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)
środa, 4 stycznia 2017
Zima w oczkach
"Pocztylion zadął w trąbkę i ruszyłem w świat z dziesięcioma talarami."
Andersen Życie baśniopisarza, Jackie Wullschläger
Świat był duński i osobiście wiem o nim żenująco mało, nawet dzisiaj zaskakuje mnie za każdym razem (mnie, córce nauczycielki geografii), że leży właściwie po naszej stronie morza, a nie tam gdzie Szwecja, nie wiem nic o jego historii ani o regionalnej kuchni, ale jednego Duńczyka znam (właściwie dwóch, ale tego drugiego spotkałam raz, w dodatku miał na imię Fin, więc nie wiem czy się liczy), a właściwie nie jego znam, tylko jego baśnie i tym Duńczykiem oczywiście jest Hans Christian Andersen.
Baśnie Andersena kochają wszyscy z wyjątkiem tych, którzy ich nie znoszą, czyli mniej więcej połowa jego czytelników (może nawet większa połowa). Trudno nawet powiedzieć, z czego ta niechęć wynika, bo na pewno przyczyną nie jest okrucieństwo, w sumie pożeranie Czerwonego Kapturka czy wsadzanie Baby Jagi do pieca jest równie okrutne. Ja należę do wielbicieli Andersena, więc kiedy zobaczyłam w księgarni z tanimi książkami jego biografię bardzo się ucieszyłam i kupiłam ją prawie od razu. Prawie wynikało z tego, że w domu miałam już jakąś biografię Andersena, bardzo mi się nie podobała i bałam się, że to ta sama. No ale zaryzykowałam i, jak się wkrótce okazało, słusznie - biografia, którą miałam w domu okazała się być Autobiografią, co tylko świadczy o tym, że nie zawsze pisanie o sobie nam wychodzi, nawet jeśli jest się brzydkim kaczątkiem.
Książkę przywiozłam do domu i przeczytałam w czas świąteczny. Nie umiem za bardzo powiedzieć czy jest wyczerpująca i dobra, bowiem gnana wdzięcznością za wymyślenie Calineczki, która z takim oddaniem ogrzewała zmarzniętą jaskółkę i Kaja, który z Gerdą patrzył przez zamarznięte okno na zimowe pejzaże, pochłonęłam książkę z ogromną lubością. Chyba jest jednak dobra, autorka dotarła do wielu źródeł, obficie cytuje Dzienniki Andersena (które pod wpływem tych cytatów, kupiłam w połowie czytania) i generalnie sprawia wrażenie kompetentnej.
A sama treść, czyli życie Andersena? Było po prostu niewyobrażalne. Nic dziwnego, że sam Andersen nie mógł się nadziwić i tak je podziwiał w swoich licznych autobiografiach, i to mnie najpewniej zraziło w jednej z nich.
Urodził się w maleńkim duńskim miasteczku jako syn szewca i praczki. Ponoć to "Nieważne, że przychodzi się na świat na kaczym podwórku, jeśli się wykluło z łabędziego jaja.", gdyby jednak nie jego determinacja, wskutek której w wieku czternastu lat pojechał sam do Kopenhagi prosić obcych ludzi o pomoc w zostaniu świetnym śpiewakiem (tak właśnie!), pozostałby do końca życia robotnikiem w fabryce sukna czy tytoniu na owym metaforycznym podwórku. Na szczęście jednak od początku, nie wiedzieć czemu, przeczuwał w sobie łabędzia. Nie śpiewającego jednak ale, jak się okazało niebawem, układającego wiersze. Przy pomocy dobrych ludzi został wykształconym (chociaż do końca robił ponoć błędy) poetą (co mnie dosyć zaskoczyło, bo miałam go za bajkopisarza, ale wystarczy spojrzeć na styl jego baśni, żeby się upewnić w tej kwestii).
Jako poeta szybko dosyć zdobył uznanie, najpierw w Niemczech, na końcu w Danii, ale w sumie zawsze miał wokół siebie życzliwych i pomocnych ludzi. Finansowo zabezpieczony. Całe dorosłe życie, mimo obiektywnych sukcesów, nieszczęśliwy. Brzydkiego i niezgrabnego dręczyła depresja, różne fobie, hipochondria, złe myśli, nadwrażliwość, przygnębienie, poczucie bezsensu. No i latami trwające bóle zębów. Przekuwał to wszystko na baśnie, które na stałe weszły do naszej kultury i które zainspirowały cały nowy nurt. Bez nich Kubuś Puchatek (strach pomyśleć) czy Alicja w krainie Czarów nie byliby możliwi.
Przemieniał też w baśń, w czary i w magię zwykłą skrzynkę na zioła, kołek z płotu, igłę do cerowania czy obtłuczony imbryk.
"Szczególnie lubiłem szyć ubranka dla lalek albo siedzieć na podwórku przy samotnym krzewie agrestu, pod rozwieszonym przy murze na kijach fartuchem matki. Był to mój namiot na deszcz i spiekotę. Byłem dziwnie marzycielskim dzieckiem"
Jak to cudownie, że do marzeń potrzeba tylko symbolicznego krzewu agrestu. I że są ludzie, którzy potrafią opowiadać. Andersen ponoć opowiadał tak, że zapominało się o wszystkim dookoła i płakało jak dziecko. No i wycinał tak, że do dzisiaj można się zapatrzeć w te jego wycinanki. W bajkach przed nadmiernym sentymentalizmem niejednokrotnie ratowało go poczucie humoru, ale w życiu już chyba nie.
Miałam pisać o biografii, a cały czas piszę o Andersenie, bo też i on z tej biografii przebija, on i jego baśnie, wysuwają się na pierwszy plan, wchodzą w pamięć i w myśli. Tak, jest to więc zapewne dobra biografia, w której przewijają się jak żywe lata dziecinne, młodzieńcze, dorosłe, trudne, smutne, samotne.
"I minęła zima; zima i lato pędzą, jak ja pędzę, jak zawiewa śnieg, jak opada kwiat jabłoni, jak opadają liście, dalej, dalej, dalej, a razem z wszystkim ludzie!"
Córka króla błot, Hans Christian Andersen
I oczka też pędzą, aż chciałoby się powiedzieć, bo to dziś środa, czytamy i dziergamy z Maknetą, odwijają się kłębki, dalej, dalej, kolejne swetry, czapki, szaliki i ja z nimi. Teraz dzierga się szary puchaty sweterek w sam raz na mrozy, które jutro mają się do nas przywiać na śnieżycach i zamieciach.
Gdyby sweter był na Bubulinę, byłoby go w sam raz,
ponieważ jestem od niej większa i grubsza, brakuje mi dołu (postanowiłam wreszcie zrobić dół rzędami skróconymi asymetrycznie wyszczuplający) i rękawów. Włóczka do Drops Boucle, bardzo milutka z milionem pętelek, które włażą na druty w sposób strasznie niekontrolowany.
Biografię zakładałam specjalnie zrobioną (z kupnej pocztówki) zakładką świąteczną:
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za przemiłe komentarze i za wizyty, dobrego dnia! :)
Andersen Życie baśniopisarza, Jackie Wullschläger
Świat był duński i osobiście wiem o nim żenująco mało, nawet dzisiaj zaskakuje mnie za każdym razem (mnie, córce nauczycielki geografii), że leży właściwie po naszej stronie morza, a nie tam gdzie Szwecja, nie wiem nic o jego historii ani o regionalnej kuchni, ale jednego Duńczyka znam (właściwie dwóch, ale tego drugiego spotkałam raz, w dodatku miał na imię Fin, więc nie wiem czy się liczy), a właściwie nie jego znam, tylko jego baśnie i tym Duńczykiem oczywiście jest Hans Christian Andersen.
Baśnie Andersena kochają wszyscy z wyjątkiem tych, którzy ich nie znoszą, czyli mniej więcej połowa jego czytelników (może nawet większa połowa). Trudno nawet powiedzieć, z czego ta niechęć wynika, bo na pewno przyczyną nie jest okrucieństwo, w sumie pożeranie Czerwonego Kapturka czy wsadzanie Baby Jagi do pieca jest równie okrutne. Ja należę do wielbicieli Andersena, więc kiedy zobaczyłam w księgarni z tanimi książkami jego biografię bardzo się ucieszyłam i kupiłam ją prawie od razu. Prawie wynikało z tego, że w domu miałam już jakąś biografię Andersena, bardzo mi się nie podobała i bałam się, że to ta sama. No ale zaryzykowałam i, jak się wkrótce okazało, słusznie - biografia, którą miałam w domu okazała się być Autobiografią, co tylko świadczy o tym, że nie zawsze pisanie o sobie nam wychodzi, nawet jeśli jest się brzydkim kaczątkiem.
Książkę przywiozłam do domu i przeczytałam w czas świąteczny. Nie umiem za bardzo powiedzieć czy jest wyczerpująca i dobra, bowiem gnana wdzięcznością za wymyślenie Calineczki, która z takim oddaniem ogrzewała zmarzniętą jaskółkę i Kaja, który z Gerdą patrzył przez zamarznięte okno na zimowe pejzaże, pochłonęłam książkę z ogromną lubością. Chyba jest jednak dobra, autorka dotarła do wielu źródeł, obficie cytuje Dzienniki Andersena (które pod wpływem tych cytatów, kupiłam w połowie czytania) i generalnie sprawia wrażenie kompetentnej.
A sama treść, czyli życie Andersena? Było po prostu niewyobrażalne. Nic dziwnego, że sam Andersen nie mógł się nadziwić i tak je podziwiał w swoich licznych autobiografiach, i to mnie najpewniej zraziło w jednej z nich.
Urodził się w maleńkim duńskim miasteczku jako syn szewca i praczki. Ponoć to "Nieważne, że przychodzi się na świat na kaczym podwórku, jeśli się wykluło z łabędziego jaja.", gdyby jednak nie jego determinacja, wskutek której w wieku czternastu lat pojechał sam do Kopenhagi prosić obcych ludzi o pomoc w zostaniu świetnym śpiewakiem (tak właśnie!), pozostałby do końca życia robotnikiem w fabryce sukna czy tytoniu na owym metaforycznym podwórku. Na szczęście jednak od początku, nie wiedzieć czemu, przeczuwał w sobie łabędzia. Nie śpiewającego jednak ale, jak się okazało niebawem, układającego wiersze. Przy pomocy dobrych ludzi został wykształconym (chociaż do końca robił ponoć błędy) poetą (co mnie dosyć zaskoczyło, bo miałam go za bajkopisarza, ale wystarczy spojrzeć na styl jego baśni, żeby się upewnić w tej kwestii).
Jako poeta szybko dosyć zdobył uznanie, najpierw w Niemczech, na końcu w Danii, ale w sumie zawsze miał wokół siebie życzliwych i pomocnych ludzi. Finansowo zabezpieczony. Całe dorosłe życie, mimo obiektywnych sukcesów, nieszczęśliwy. Brzydkiego i niezgrabnego dręczyła depresja, różne fobie, hipochondria, złe myśli, nadwrażliwość, przygnębienie, poczucie bezsensu. No i latami trwające bóle zębów. Przekuwał to wszystko na baśnie, które na stałe weszły do naszej kultury i które zainspirowały cały nowy nurt. Bez nich Kubuś Puchatek (strach pomyśleć) czy Alicja w krainie Czarów nie byliby możliwi.
Przemieniał też w baśń, w czary i w magię zwykłą skrzynkę na zioła, kołek z płotu, igłę do cerowania czy obtłuczony imbryk.
"Szczególnie lubiłem szyć ubranka dla lalek albo siedzieć na podwórku przy samotnym krzewie agrestu, pod rozwieszonym przy murze na kijach fartuchem matki. Był to mój namiot na deszcz i spiekotę. Byłem dziwnie marzycielskim dzieckiem"
Jak to cudownie, że do marzeń potrzeba tylko symbolicznego krzewu agrestu. I że są ludzie, którzy potrafią opowiadać. Andersen ponoć opowiadał tak, że zapominało się o wszystkim dookoła i płakało jak dziecko. No i wycinał tak, że do dzisiaj można się zapatrzeć w te jego wycinanki. W bajkach przed nadmiernym sentymentalizmem niejednokrotnie ratowało go poczucie humoru, ale w życiu już chyba nie.
Miałam pisać o biografii, a cały czas piszę o Andersenie, bo też i on z tej biografii przebija, on i jego baśnie, wysuwają się na pierwszy plan, wchodzą w pamięć i w myśli. Tak, jest to więc zapewne dobra biografia, w której przewijają się jak żywe lata dziecinne, młodzieńcze, dorosłe, trudne, smutne, samotne.
"I minęła zima; zima i lato pędzą, jak ja pędzę, jak zawiewa śnieg, jak opada kwiat jabłoni, jak opadają liście, dalej, dalej, dalej, a razem z wszystkim ludzie!"
Córka króla błot, Hans Christian Andersen
I oczka też pędzą, aż chciałoby się powiedzieć, bo to dziś środa, czytamy i dziergamy z Maknetą, odwijają się kłębki, dalej, dalej, kolejne swetry, czapki, szaliki i ja z nimi. Teraz dzierga się szary puchaty sweterek w sam raz na mrozy, które jutro mają się do nas przywiać na śnieżycach i zamieciach.
Gdyby sweter był na Bubulinę, byłoby go w sam raz,
ponieważ jestem od niej większa i grubsza, brakuje mi dołu (postanowiłam wreszcie zrobić dół rzędami skróconymi asymetrycznie wyszczuplający) i rękawów. Włóczka do Drops Boucle, bardzo milutka z milionem pętelek, które włażą na druty w sposób strasznie niekontrolowany.
Biografię zakładałam specjalnie zrobioną (z kupnej pocztówki) zakładką świąteczną:
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za przemiłe komentarze i za wizyty, dobrego dnia! :)
środa, 28 grudnia 2016
Magia z choinką
I nadszedł koniec świętowania, spotykania się i wielkiego gotowania, święta minęły, dzieci wyjechały a wielki garnek po bigosie trafił z powrotem głęboko do szafki.
Tradycyjnie zapewniłam sobie miłość i zdrowie jabłkami, odpędziłam złe moce śliwkami, przyciągnęłam szczęście i pieniądze gruszkami a miodem ochraniałam się od złego i zapewniałam bogactwo ducha. Wszystko to oczywiście według pradawnych wierzeń. Gęsi tylko nie piekłam, jako że germańskiego pochodzenia jest, miałam za to staropolską kapustę z grochem na ogólną szczęśliwość i pomyślność.
Trochę czytałam, prawie nic nie dziergałam, za to z dziećmi zrobiłam sobie powrót do przeszłości. Dawno, dawno temu, grywaliśmy świątecznym czasem w grę planszową. Teraz po latach komputerowej dominacji, gry planszowe znowu są w modzie, nasza stara gra okazała się być kultową i jej nowe, bardzo gustowne i wygodne wydanie sobie kupiliśmy.
Gra nazywa się "Talizman Magia i miecz" i jest naprawdę świetnym sposobem wspólnego spędzenia kilku godzin (bo kilka wolnych godzin trzeba mieć i duży stół w dodatku). Każdy ma swoją postać z określoną siłą, mocą, zdrowiem i zdolnościami, a w trakcie gry spotykają go różne przygody dobre i pechowe. Pojawiają się też różne postacie - jedne do zaprzyjaźnienia, inne wręcz przeciwnie. Plansza składa się z bogatych krajobrazowo pól - jest las i puszcza, miasto, wioska. Można iść do karczmy i zobaczyć co nas tam spotka albo gdzie indziej. Rozgrywka w całości jest pasjonująca, a zwłaszcza na koniec i wtedy nawet własne dzieci można ograbić z przyjaciół w emocjach. Jednak poza takimi haniebnymi incydentami, gra przebiegała w atmosferze radosnej i rodzinnej. Dużo śmiechu, dużo akcji, jednym słowem - szczerze polecam.
W temacie dziergania prawie skończyłam czekoladowy sweterek (zaczęty, o zgrozo, w sierpniu), pozostały mi tylko dziury pod pachami do zaszycia.
Poza tym nic nie robiłam, patrzyłam głównie na choinkę, malutką ale pachnącą. Mam na niej akcenty robótkowe (co prawda kupne, ale w przyszłości, kto wie?)
i akcenty bajkowo-reniferowe
i pamiątkowe bombki mojej babci
Patrzę, wspominam i obmyślam kolejność dziergania z czytaniem na Nowy Rok. :)
Dziękuję bardzo za wizyty i za przemiłe komentarze, dobrego dnia!
Tradycyjnie zapewniłam sobie miłość i zdrowie jabłkami, odpędziłam złe moce śliwkami, przyciągnęłam szczęście i pieniądze gruszkami a miodem ochraniałam się od złego i zapewniałam bogactwo ducha. Wszystko to oczywiście według pradawnych wierzeń. Gęsi tylko nie piekłam, jako że germańskiego pochodzenia jest, miałam za to staropolską kapustę z grochem na ogólną szczęśliwość i pomyślność.
Trochę czytałam, prawie nic nie dziergałam, za to z dziećmi zrobiłam sobie powrót do przeszłości. Dawno, dawno temu, grywaliśmy świątecznym czasem w grę planszową. Teraz po latach komputerowej dominacji, gry planszowe znowu są w modzie, nasza stara gra okazała się być kultową i jej nowe, bardzo gustowne i wygodne wydanie sobie kupiliśmy.
Gra nazywa się "Talizman Magia i miecz" i jest naprawdę świetnym sposobem wspólnego spędzenia kilku godzin (bo kilka wolnych godzin trzeba mieć i duży stół w dodatku). Każdy ma swoją postać z określoną siłą, mocą, zdrowiem i zdolnościami, a w trakcie gry spotykają go różne przygody dobre i pechowe. Pojawiają się też różne postacie - jedne do zaprzyjaźnienia, inne wręcz przeciwnie. Plansza składa się z bogatych krajobrazowo pól - jest las i puszcza, miasto, wioska. Można iść do karczmy i zobaczyć co nas tam spotka albo gdzie indziej. Rozgrywka w całości jest pasjonująca, a zwłaszcza na koniec i wtedy nawet własne dzieci można ograbić z przyjaciół w emocjach. Jednak poza takimi haniebnymi incydentami, gra przebiegała w atmosferze radosnej i rodzinnej. Dużo śmiechu, dużo akcji, jednym słowem - szczerze polecam.
W temacie dziergania prawie skończyłam czekoladowy sweterek (zaczęty, o zgrozo, w sierpniu), pozostały mi tylko dziury pod pachami do zaszycia.
Poza tym nic nie robiłam, patrzyłam głównie na choinkę, malutką ale pachnącą. Mam na niej akcenty robótkowe (co prawda kupne, ale w przyszłości, kto wie?)
i akcenty bajkowo-reniferowe
i pamiątkowe bombki mojej babci
Patrzę, wspominam i obmyślam kolejność dziergania z czytaniem na Nowy Rok. :)
Dziękuję bardzo za wizyty i za przemiłe komentarze, dobrego dnia!
środa, 21 grudnia 2016
Rozrywki inaczej
Weź miodu ile chcesz, rozpuść go, nakraj korzenia różnego, poprzetłukuj.
zmieszaj z miodem, potym go przesmaż nieszmnując, nakraj skórek
cytrynowych w cukrze smażonych, jeśli je mieć możesz, jeśli nie, to
suchych, jak przestygnie przydaj mąki pośledniej tj. gryzu, zaczyń
ciasto, wynieś go do piwnicy, niech będzie przez kilka dni, choćby
tydzień, potym rób pierniki, zynguj cytą miodową, wsadzaj do pieca po
chlebie.
źródło: http://otoruniu.net/piernikowe-recepty/
Cóż bowiem innego można robić tuż przed Wigilią? Wzięłam zatem miodu ile miałam w przepisie (bo w przepisach cukierniczych jestem bardzo akuratna i bez wagi oraz licznych miarek nawet nie zaczynam), rozpuściłam na ogniu,
nakrajanego przez dobre Prymaty korzenia wsypałam, skórkę pomarańczową mieć mogłam, ale nie chciałam, zaczyniłam ciasto mikserem i wyniosłam do lodówki. Lodówka ma tę zaletę w porównaniu z piwnicą, że jest bardzo niedaleko miksera. Piernik więc sobie dojrzewa nowocześnie, mogłabym właściwie czytać i dziergać, bo to dzisiaj środa z Maknetą, ale okazało się, że jeden piernik świąt nie czyni. Musi koniecznie mieć w towarzystwie wyprane firanki, pomyte podłogi i stołowe zastawy, pękate torby spożywczych produktów i mniej pękate zapakowanych prezentów.
Nie dziergałam i nie czytałam, rozrywałam się inaczej, ale teraz w zamian mogę patrzeć jak połyskują w zimowym świetle moje kryształy i porcelany
I mogę czekać na jutro, bo jutro zaczynają się dni zapachów. Będzie pachniało bigosem, grzybami i kompotem z suszonych owoców, sernikiem. Znowu sobie puszczę, jak co roku, Dziadka do orzechów, bo on bardzo pomaga przetrwać ten kuchenny maraton. Nawet jeżeli na koniec forma fizyczna jest beznadziejnie opłakana, to za to duchowa w doskonałym stanie i nastroju.
Czego i Wam życzę, dziękuję bardzo za odwiedziny i miłe komentarze. Dobrego dnia! :)
źródło: http://otoruniu.net/piernikowe-recepty/
Cóż bowiem innego można robić tuż przed Wigilią? Wzięłam zatem miodu ile miałam w przepisie (bo w przepisach cukierniczych jestem bardzo akuratna i bez wagi oraz licznych miarek nawet nie zaczynam), rozpuściłam na ogniu,
nakrajanego przez dobre Prymaty korzenia wsypałam, skórkę pomarańczową mieć mogłam, ale nie chciałam, zaczyniłam ciasto mikserem i wyniosłam do lodówki. Lodówka ma tę zaletę w porównaniu z piwnicą, że jest bardzo niedaleko miksera. Piernik więc sobie dojrzewa nowocześnie, mogłabym właściwie czytać i dziergać, bo to dzisiaj środa z Maknetą, ale okazało się, że jeden piernik świąt nie czyni. Musi koniecznie mieć w towarzystwie wyprane firanki, pomyte podłogi i stołowe zastawy, pękate torby spożywczych produktów i mniej pękate zapakowanych prezentów.
Nie dziergałam i nie czytałam, rozrywałam się inaczej, ale teraz w zamian mogę patrzeć jak połyskują w zimowym świetle moje kryształy i porcelany
I mogę czekać na jutro, bo jutro zaczynają się dni zapachów. Będzie pachniało bigosem, grzybami i kompotem z suszonych owoców, sernikiem. Znowu sobie puszczę, jak co roku, Dziadka do orzechów, bo on bardzo pomaga przetrwać ten kuchenny maraton. Nawet jeżeli na koniec forma fizyczna jest beznadziejnie opłakana, to za to duchowa w doskonałym stanie i nastroju.
Czego i Wam życzę, dziękuję bardzo za odwiedziny i miłe komentarze. Dobrego dnia! :)
środa, 14 grudnia 2016
Wzorki w duetach
- Ludzie sami nie wiedzą, co świętują. - powiedział mój służbowy kolega po wysłuchaniu z radia kolejnej reklamy telefonu, telewizora, smarfonu, pepsi i perfum. - Myślą, że świętują prezenty.
Ech, pomyślałam sobie, ja wiem, że nie świętujemy prezentów ani choinki, ale co zrobić, kiedy lubię i jedno i drugie? Od dawnych czasów, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką, lubiłam się budzić rano w Boże Narodzenie. Choinka migocze kolorowymi lampkami, na ulicach jest cicho, czasem śnieżnie, pachnie piernikiem i pomarańczami, a na stoliku czekają prezenty, chociaż w Wigilię pojawiły się magicznie, to jednak nie znikły przez noc. Teraz, wczesnym świątecznym rankiem, kiedy zabiegana, pełna gości Wigilia minęła, można się nimi nacieszyć.
Najważniejsze były zawsze oczywiście książki, może z wyjątkiem mojej jedynej lalki z otwieranymi oczami, o wielu z nich zapomniałam, ale te, o których pamiętam zachowały ten szczególny urok zimowego, świątecznego czytania. Taki też jest "Duet" Elisabeth Kyle, czyli opowieść o Klarze i Robercie Schumannach, który dostałam na gwiazdkę od mojej ulubionej cioci.
Czytałam go wtedy zachwycając się odświętnością muzyki, koncertami, pięknymi sukniami, futrzanymi mufkami, karetami, czerwonymi jabłkami na targu.
Wróciłam do niej dzisiejszej środy z Maknetą i dalej w niej to wszystko jest. Klara ze swoją dobrocią, skromnością, umiłowaniem muzyki i wierna swojej jedynej miłości wbrew wszystkim przeszkodom.
Oczywiście, jest to książka dla młodych panienek, ale niezwykle wdzięczna i bez pretensji. Spokojnie, bardzo ładną polszczyzną prowadzi nas przez całe życie Klary, nie unikając trudnych tematów, a tych nie brakowało. Surowy, niesprawiedliwy ojciec, matka, która zostawiła ją, kiedy Klara była dzieckiem, no i choroba psychiczna Roberta. Jest też Paganini, przed którym Klara grała i dostała różową galaretkę, jest też Chopin. Jest też trochę króciutkich fragmentów z listów, co mnie bardzo ucieszyło.
"List był Tobą. Stałaś przede mną, rozmawiając i śmiejąc się, to żartobliwa, to poważna, to podnosząc, to opuszczając zasłonę jak dyplomata - krótko mówiąc list był Klarą, Doppelgängerin."
Tak pisał Robert Schumann do swojej przyszłej żony, kiedy się czyta takie listy, nabiera się ochoty na więcej.
Zupełnie inaczej jest z żakardami dwustronnymi w szaliku, kiedy szalik dobiega do ostatniego frędzla, człowiek marzy tylko o czymś, co nie ma wzorków. Tym bardziej, że do szalika dla młodszego syna dołożył swoją porcję wzorków obiecany pewnej pani komplecik:
Koniec żakardowej niewoli celebruję smarując kremem obolałe palce i okładając herbatą nadwyrężone oczy.
- Wiesz - mówi młodsze dziecko pakując szalik i duet z czapki i komina w wielką torbę - może byś mi jeszcze zrobiła taką naprawdę ciepłą czapkę w taki sam wzorek jak na szaliku. Ale to już w przyszłym roku - dodaje uspokajająco.
Jaka szkoda, myślę sobie po cichu, że przyszły rok jest już za niecałe trzy tygodnie.
Tymczasem "Duet" zakładałam zimową zakładką:
Na szalik zużyłam 200 g włóczki Fabel Dropsa, dziergałam drutami 3,25 (brawo ja - ma 130cm długości)
Na komplet 300g akrylu Supersoft Himalaya (bardzo przyjemna jak na akryl)
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)
Ech, pomyślałam sobie, ja wiem, że nie świętujemy prezentów ani choinki, ale co zrobić, kiedy lubię i jedno i drugie? Od dawnych czasów, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką, lubiłam się budzić rano w Boże Narodzenie. Choinka migocze kolorowymi lampkami, na ulicach jest cicho, czasem śnieżnie, pachnie piernikiem i pomarańczami, a na stoliku czekają prezenty, chociaż w Wigilię pojawiły się magicznie, to jednak nie znikły przez noc. Teraz, wczesnym świątecznym rankiem, kiedy zabiegana, pełna gości Wigilia minęła, można się nimi nacieszyć.
Najważniejsze były zawsze oczywiście książki, może z wyjątkiem mojej jedynej lalki z otwieranymi oczami, o wielu z nich zapomniałam, ale te, o których pamiętam zachowały ten szczególny urok zimowego, świątecznego czytania. Taki też jest "Duet" Elisabeth Kyle, czyli opowieść o Klarze i Robercie Schumannach, który dostałam na gwiazdkę od mojej ulubionej cioci.
Czytałam go wtedy zachwycając się odświętnością muzyki, koncertami, pięknymi sukniami, futrzanymi mufkami, karetami, czerwonymi jabłkami na targu.
Wróciłam do niej dzisiejszej środy z Maknetą i dalej w niej to wszystko jest. Klara ze swoją dobrocią, skromnością, umiłowaniem muzyki i wierna swojej jedynej miłości wbrew wszystkim przeszkodom.
Oczywiście, jest to książka dla młodych panienek, ale niezwykle wdzięczna i bez pretensji. Spokojnie, bardzo ładną polszczyzną prowadzi nas przez całe życie Klary, nie unikając trudnych tematów, a tych nie brakowało. Surowy, niesprawiedliwy ojciec, matka, która zostawiła ją, kiedy Klara była dzieckiem, no i choroba psychiczna Roberta. Jest też Paganini, przed którym Klara grała i dostała różową galaretkę, jest też Chopin. Jest też trochę króciutkich fragmentów z listów, co mnie bardzo ucieszyło.
"List był Tobą. Stałaś przede mną, rozmawiając i śmiejąc się, to żartobliwa, to poważna, to podnosząc, to opuszczając zasłonę jak dyplomata - krótko mówiąc list był Klarą, Doppelgängerin."
Tak pisał Robert Schumann do swojej przyszłej żony, kiedy się czyta takie listy, nabiera się ochoty na więcej.
Zupełnie inaczej jest z żakardami dwustronnymi w szaliku, kiedy szalik dobiega do ostatniego frędzla, człowiek marzy tylko o czymś, co nie ma wzorków. Tym bardziej, że do szalika dla młodszego syna dołożył swoją porcję wzorków obiecany pewnej pani komplecik:
Koniec żakardowej niewoli celebruję smarując kremem obolałe palce i okładając herbatą nadwyrężone oczy.
- Wiesz - mówi młodsze dziecko pakując szalik i duet z czapki i komina w wielką torbę - może byś mi jeszcze zrobiła taką naprawdę ciepłą czapkę w taki sam wzorek jak na szaliku. Ale to już w przyszłym roku - dodaje uspokajająco.
Jaka szkoda, myślę sobie po cichu, że przyszły rok jest już za niecałe trzy tygodnie.
Tymczasem "Duet" zakładałam zimową zakładką:
Na szalik zużyłam 200 g włóczki Fabel Dropsa, dziergałam drutami 3,25 (brawo ja - ma 130cm długości)
Na komplet 300g akrylu Supersoft Himalaya (bardzo przyjemna jak na akryl)
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)
środa, 7 grudnia 2016
Chciwość w kwiatkach
"- I
pomyślałem – ciągnął dalej łgarz – że warto wyleźć po łodydze bobu na księżyc,
żeby zobaczyć, jak też tam wszystko wygląda. I niewiele myśląc, zacząłem się
wspinać i wyłazić, i wspinać, aż w końcu wylazłem na księżyc.
- Hm, to wszystko mogło się stać! – rzekł król i mrugnął znowu na kata, żeby jeszcze raz poostrzył sobie miecz."
O tym, jak jeden chłop miał trzech synów, Gustaw Morcinek (w zbiorze "U złotego źródła")
Łgarz był oczywiście jednym z wyedukowanych w świecie synów i starał się o posadę w rządzie. Strasznie, okropnie wręcz zmyślał, ale król (którego ciągle bolał brzuch i jadł z tego powodu suszone śliwki - na obrazku miał ich cały worek za tronem) wierzył mu we wszystko aż do pewnego momentu, ale nie będę tu zdradzać pointy.
Ten mój ulubiony łgarz z ulubionego zbioru bajek przypomniał mi się w związku z moim ostatnim czytaniem. Pomyślałam sobie, że dobry pisarz musi umieć dobrze zmyślać. Musi opowiadać w taki sposób, żebyśmy uwierzyli mu we wszystko co nam opowie. Musi opowiadać nam tak, żeby ta łodyga bobu do księżyca była dla nas bardziej rzeczywista niż taka mała łodyga w ogródku.
A czytam teraz "Chciwość" Marty Guzowskiej.
Marta Guzowska doskonałym łgarzem nie jest. Czyta się "Chciwość" i jest jasnym, że ona się po łodydze nie wspina, ale siedzi przy biurku i wymyśla fabułę. To minus. Fabuła jest w miarę przemyślana i trzyma się krzepko mimo upału (który jest odczuwalny). To plus. No, może z wyjątkiem gonienia głównej bohaterki traktorem po wąskich uliczkach.
"Chciwość" to kryminał, który dzieje się współcześnie na terenach starożytnej Troi (mniej więcej), bohaterką jest młoda i śliczna oczywiście archeolożka, bardzo zdolna złodziejka, ale o tym wiemy tylko na podstawie opisów samej bohaterki, co też jest minusem.
Napisana jest potoczyście. Ale ze straszną manierą. Manierą ową jest właśnie dzielenie co drugiego zdania na pół kropką. Jak rozumiem, zabieg ów miał na celu przyspieszyć narrację. Ale nie przyspieszył. Po dziesięciu stronach tylko irytował i śmieszył.
Podsumowując, uważam "Chciwość" za kryminał w poprawnym wydaniu szkolnym, można go przeczytać z zaciekawieniem (jest kilka zaskoczeń) o ile przymknie się oczy na styl, lekką sztuczność i lekki niedostatek zabytków. Bo skoro akcja w Troi, to ja bym chciała mnóstwo o zabytkach, a tych jest kilka w dodatku potłuczonych albo sfałszowanych.
Do czytania dziergam oczywiście, zwłaszcza że dziś środa z Maknetą.
Z dzierganiem jest jeszcze gorzej niż z Chciwością. Nieopatrznie podjęłam się pewnych zobowiązań w kwiatki norweskie i w rezultacie pochłonęły mnie całkiem, a to co miałam zaczęte i nieskończone mam nieustająco nieskończone. Udało mi się tylko dokończyć dwie mitenki z Nepalu i z powyższego zdjęcia, pochować w nich nitki o świcie ciemnym i udać się w nich do pracy.
Gdzieś w tle pamiętam o adwentowym postanowieniu u Honoratki. Mam nauczyć się szydełkować lalki dla dzieci. I znaleźć dzieci. Szydełko jest dla mnie narzędziem zdecydowanie obcym, miałam w dzieciństwie prześlicznie szydełkującą ciocię, ale widać ten talent się nie przenosi przez sporadyczną i pospieszną obserwację. Każda moja próba szydełkiem polegała na nieustannym liczeniu i kończyła się kształtami zupełnie zaskakującymi. Teraz jednak postanowiłam przejąć władzę nad narzędziem (prostym w konstrukcji przecież), włączyłam sobie liczne filmiki na Youtube no i mam pół głowy. Tylko pół ale za to w zaplanowanym kształcie czyli całkiem okrągłym. Mam tylko nadzieję, że w tym przypadku pierwsza połówka uczyni lalkę (lub miśka).
Jak widać, dziury są nieduże i tylko na czubku głowy, czyli na początku mojego nauczania, dalej nawet jest ściśle, ale w dalszym ciągu szydełkowanie jest dla mnie zadziwiające.
Dziękuję za odwiedziny, przemiłe komentarze i życzę dobrego dnia! :)
- Hm, to wszystko mogło się stać! – rzekł król i mrugnął znowu na kata, żeby jeszcze raz poostrzył sobie miecz."
O tym, jak jeden chłop miał trzech synów, Gustaw Morcinek (w zbiorze "U złotego źródła")
Łgarz był oczywiście jednym z wyedukowanych w świecie synów i starał się o posadę w rządzie. Strasznie, okropnie wręcz zmyślał, ale król (którego ciągle bolał brzuch i jadł z tego powodu suszone śliwki - na obrazku miał ich cały worek za tronem) wierzył mu we wszystko aż do pewnego momentu, ale nie będę tu zdradzać pointy.
Ten mój ulubiony łgarz z ulubionego zbioru bajek przypomniał mi się w związku z moim ostatnim czytaniem. Pomyślałam sobie, że dobry pisarz musi umieć dobrze zmyślać. Musi opowiadać w taki sposób, żebyśmy uwierzyli mu we wszystko co nam opowie. Musi opowiadać nam tak, żeby ta łodyga bobu do księżyca była dla nas bardziej rzeczywista niż taka mała łodyga w ogródku.
A czytam teraz "Chciwość" Marty Guzowskiej.
Marta Guzowska doskonałym łgarzem nie jest. Czyta się "Chciwość" i jest jasnym, że ona się po łodydze nie wspina, ale siedzi przy biurku i wymyśla fabułę. To minus. Fabuła jest w miarę przemyślana i trzyma się krzepko mimo upału (który jest odczuwalny). To plus. No, może z wyjątkiem gonienia głównej bohaterki traktorem po wąskich uliczkach.
"Chciwość" to kryminał, który dzieje się współcześnie na terenach starożytnej Troi (mniej więcej), bohaterką jest młoda i śliczna oczywiście archeolożka, bardzo zdolna złodziejka, ale o tym wiemy tylko na podstawie opisów samej bohaterki, co też jest minusem.
Napisana jest potoczyście. Ale ze straszną manierą. Manierą ową jest właśnie dzielenie co drugiego zdania na pół kropką. Jak rozumiem, zabieg ów miał na celu przyspieszyć narrację. Ale nie przyspieszył. Po dziesięciu stronach tylko irytował i śmieszył.
Podsumowując, uważam "Chciwość" za kryminał w poprawnym wydaniu szkolnym, można go przeczytać z zaciekawieniem (jest kilka zaskoczeń) o ile przymknie się oczy na styl, lekką sztuczność i lekki niedostatek zabytków. Bo skoro akcja w Troi, to ja bym chciała mnóstwo o zabytkach, a tych jest kilka w dodatku potłuczonych albo sfałszowanych.
Do czytania dziergam oczywiście, zwłaszcza że dziś środa z Maknetą.
Z dzierganiem jest jeszcze gorzej niż z Chciwością. Nieopatrznie podjęłam się pewnych zobowiązań w kwiatki norweskie i w rezultacie pochłonęły mnie całkiem, a to co miałam zaczęte i nieskończone mam nieustająco nieskończone. Udało mi się tylko dokończyć dwie mitenki z Nepalu i z powyższego zdjęcia, pochować w nich nitki o świcie ciemnym i udać się w nich do pracy.
Gdzieś w tle pamiętam o adwentowym postanowieniu u Honoratki. Mam nauczyć się szydełkować lalki dla dzieci. I znaleźć dzieci. Szydełko jest dla mnie narzędziem zdecydowanie obcym, miałam w dzieciństwie prześlicznie szydełkującą ciocię, ale widać ten talent się nie przenosi przez sporadyczną i pospieszną obserwację. Każda moja próba szydełkiem polegała na nieustannym liczeniu i kończyła się kształtami zupełnie zaskakującymi. Teraz jednak postanowiłam przejąć władzę nad narzędziem (prostym w konstrukcji przecież), włączyłam sobie liczne filmiki na Youtube no i mam pół głowy. Tylko pół ale za to w zaplanowanym kształcie czyli całkiem okrągłym. Mam tylko nadzieję, że w tym przypadku pierwsza połówka uczyni lalkę (lub miśka).
Jak widać, dziury są nieduże i tylko na czubku głowy, czyli na początku mojego nauczania, dalej nawet jest ściśle, ale w dalszym ciągu szydełkowanie jest dla mnie zadziwiające.
Dziękuję za odwiedziny, przemiłe komentarze i życzę dobrego dnia! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)











