środa, 19 kwietnia 2017

Szlaki Zaczarowane

"I poszli trzymając się za ręce. I dokądkolwiek pójdą i cokolwiek im się zdarzy po drodze, mały chłopczyk i jego Miś będą zawsze bawić się wesoło ze sobą w tym Zaczarowanym Miejscu na skraju Lasu."
Chatka Puchatka, A.A. Milne

Miałam szczęście poznać Kubusia będąc małą dziewczynką, polubiłam go nad wyraz od pierwszego czytania, a on, z wdzięczności zapewne, został ze mną aż do teraz (czyli bardzo długo). Został razem ze swoimi garnkami miodu, gimnastyką na schudnięcie, mruczankami na śnieg, jagularami na gałęzi i parasolem na powódź. Wspomagał zawsze Mądrym Powiedzonkiem, humorem, może najmniej ortografią (bo z tym bywało różnie), zawsze za to ciepłem i Dobrocią. Bo tak jak z pszczołami nigdy nic nie wiadomo, to Kubusiem wiadomo zawsze.
A. A. Milne napisał dwa tomy o Puchatku i więcej już w ogóle nic. Wszystkich jego oddanych wielbicieli pociesza nieco myśl, że Krzyś i jego Miś bawią się zawsze na skraju lasu, przygnębia za to świadomość, że nowych przygód już mieć nie będą. Tymczasem nagle i niespodziewanie Nowe przygody pojawiły się znienacka w księgarni, niczym rozbrykany Tygrys we mgle. Po prostu nie mogłam nie kupić.


"Nowe przygody Kubusia Puchatka" autorów różnych, w tłumaczeniu Michała Rusinka. Przeszłam przez nie ze Zdumiewającą Szybkością. Cztery opowiadania, każde napisane przez innego autora, każde toczy się w innej porze roku. Czy są jak stary Kubuś? Oczywiście nie są. Czy dobrze, że są? Zostały napisane i przetłumaczone z miłości do Kubusia, więc chyba dobrze. Czy powinno się je porównywać z oryginałem? Nie powinno się, ale po prostu nie da się tego uniknąć.
Może na początek - Plan Opisu Przygód. Po pierwsze co mi się nie Podobało. Nie podobały mi się same przygody. W oryginale przygody niosą ze sobą cały szereg akcji, spotkań, każda postać ma swój plan, jest zawsze humor sytuacyjny i słowny. Każda przygoda ma nieoczekiwane (i zabawne) zakończenie i morał, albo kilka morałów czy prawd życiowych. Tutaj miałam wrażenie, że szkielecik każdej z czterech przygód jest wątły i mizerny, prawdy jakieś nieco oklepane. Wszystko obłożone dla niepoznaki klimatem i humorem słownym. Sytuacyjnego nie ma w ogóle. Na domiar złego, gdzieś z tyłu głowy kiełkuje podejrzenie, że część pomysłów jest cieniem z oryginału.
No i zarzut największy - nie ma już w nowych przygodach poezji, która z żartem, ironią i prawdą uczyniła z prawdziwego Kubusia dzieło genialne i wielowymiarowe.

Co mi się Podobało? Bardzo podobały mi się ilustracje - utrzymane faktycznie w klimacie (chociaż kolorowe, ale kolor im nie zaszkodził). Podobały mi się dialogi ze słownymi żartami (chociaż niewiele w sumie z nich wynika). Podoba mi się sam język - też bardzo w klimacie i tłumaczenie, mimo że źródła Nilu zostały wyrzucone, ponieważ nie zamieniają się łatwo w sos jak w angielskim oryginale. I podobało mi się, że dla tak wielu osób Kubuś jest Ważny.

Za to zupełnie nie Zdumiewająco Szybko idzie mi w dzierganiu (bo dzisiaj środa, czytamy i dziergamy z Maknetą). Poubierałam się w różne wełniane czapki, poncza i rękawiczki, albowiem wiosna nas nie rozpieszcza ostatnio, serwując śnieżne ekscesy i szrony wprost na białym kwieciu, zwinęłam kilometr jedwabiu w kłębek, wydobyłam z przepastnego pudła druty numer 2,5 i wstąpiłam na jedwabny szlak Knitologa. Ostrzeżona przed niemiłym Pruciem i ohydnym Skręcaniem, zrobiłam próbkę i resztką sił powstrzymałam chęć wpakowania się w ciepłe kołderki niczym Prosiaczek. Będę robić jedwabną bluzeczkę. Jedwab jest tak miły i nierozbrykany (na razie), że zrekompensuje mi, mam nadzieję, liczne z pewnością trudy na szlaku. Obdarte pięty i odciski oraz chłody i głody.

Nieliczne oczka próbki podtrzymywał z trudem malutki słonik, który nijak ma się do słoników Knitologa w podróży, ale stara się ja może, mimo braków w rozmiarach i urodzie. 



Kubusia nowego zakładałam dwiema zakładkami - świąteczną i Kubusiową.


I na koniec ilustracja w zbliżeniu, razem ze słonikiem, który tu wygląda jak żywy (czyli jak namalowany):

 
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

środa, 12 kwietnia 2017

Dzicz dla odmiany

"Dzicz nie jest dla kobiet. Kobiety się tutaj nie odnajdują."
Simona, Anna Kamińska

Chociaż ogólnie ta konstatacja nie jest prawdą, myślę sobie polerując świąteczne kurczaczki i zajączki, to akurat ja osobiście nie bardzo się odnajduję w dziczy. Nie ze względu na jej piękno, które mogę bez końca podziwiać w zachwycie, ale ze względu na skutki uboczne dziczy, od których wolę być przeważnie odgrodzona grubą podeszwą, oknem, parasolem, płynem przeciw komarom, albo, co najpewniejsze i najbezpieczniejsze, książką. Wtedy najwięcej cieszą mnie lasy, i żubry, i deszcze, i upały i miłośnicy przyrody. Nawet komary mnie wtedy cieszą i mrozy z zaspami. Bo tak naprawdę to ja bez reszty lubię się zanurzać w książce, w dzicz już nie za bardzo. Za to Simona, o tak, ona bez zanurzenia się w dzicz, w życie, w puszczę, nie wyobrażała sobie życia.
Książka "Simona Opowieść o niezwyczajnym życiu" Anny Kamińskiej trafiła do mnie trochę przypadkiem i pochłonęłam ją w dwa dni. Nie da się inaczej, jeżeli więc ktoś miałby jakieś terminowe zobowiązania, pracę etatową, albo wypieki czy obiady wielodaniowe w planach, to nie polecam, bo plany mogą być zagrożone, obiady nie ugotowane i wypieki niewypieczone.


Simona urodziła się w rodzinie znanej i cenionej, ale nie było to dzieciństwo łatwe. Miała być chłopcem - nie była. Miała mieć talent do malowania - nie miała. Miała zostać słynną pisarką - nie chciała. Od dziecka jednak kochała zwierzęta i kiedy przyszło wybierać drogę zawodową, wybrała właśnie związaną z nimi. Jako psycholog zwierząt zamieszkała najpierw w Białowieży, a potem w dzikiej leśniczówce należącej do Białowieskiego Parku Narodowego, tam się zakochała, przede wszystkim w puszczy i tam została do końca życia. Bezkompromisowa, niebanalna, trudna, oddana w pełni swoim sarnom i drzewom. Nic nie namalowała, napisała kilka książek, nakręciła kilka filmów, nagrała kilka audycji radiowych, pokłóciła się z kilkoma ludźmi. Bo ludzi Simona za bardzo nie lubiła.
 "Macie trzy minuty i zacznę strzelać".
(Zawsze miała powód)

Napisać o tak nietuzinkowej postaci, napisać w dodatku tak, żeby nie było laurkowo, a jednocześnie było mimo wszystko taktownie, nie jest łatwo,
"Chciałam napisać prawdę.
Starałam się zrobić wszystko, by rzetelnie zebrać informacje i potwierdzić fakty."
 Moim zdaniem, udało się. Książka jest starannie wydane z urokliwymi fotografiami Lecha Wilczka, który dzielił leśniczówkę z Simoną przez te trzydzieści lat, ma spis treści, indeks nazwisk, bardzo szczegółowe przypisy, informacje o źródłach fotografii i dokumentów (a wszystko w tej książce, każda rozmowa i opinia ma podane źródło), ma podziękowania i gustowne listki przy numerach stron. Ma styl. Gdyby ten styl miał powód i mógł strzelać, to z pewnością by strzelił. Rzeczowy, zwarty, obrazowy, żywy. Krótkie zdania. Prosty język. Naturalny. Wciągający. Ale przede wszystkim nie przesłaniający Simony, bo to ona tu jest najważniejsza.

"Simona miała na Dziedzince obraz Dama z łasiczką, zrobiony z bombonierki z goplanowskich czekoladek, bardzo pięknie oprawiony. -Ty, z Kossaków, masz taki obraz? - zapytałam ją kiedyś. Ona na to: -To jest arcydzieło, a ja nie mogę mieć oryginału, a uwielbiam Damę z łasiczką, więc mam taką!"
No i bardzo dobrze. To my ustalamy priorytety.
Moim priorytetem w dzierganiu (bo dzisiaj nieustająco dziergamy i czytamy z Maknetą) jest drugi rękaw w odwiecznym szarym sweterku. Sweterek ten sam od lutego, więc na pociechę i dla odmiany, kupiłam mu nowe markery:


Ożywiony tym prezentem, nabrał ducha i żwawo dobiega do mankietu. Potem jeszcze tylko wydłużenie dołu i będę mogła wkroczyć na jedwabny szlak z Knitologiem. Jestem już zaopatrzona w materiały, odwagę i dobre myśli. 600 m jedwabiu w 100 gramach, druty numer 2 - odwaga się przyda.

Simonę zakładałam zakładką trochę karnawałową, ale za to wyposażoną w podróżną gumkę. Nie mogłam przestać czytać, więc brałam ją do pracy (czytałam oczywiście tylko w drodze), a w podróż najlepsza jest zakładka z gumką. I jedwab na szlak.



Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Życzę wszystkim pogodnych, zdrowych, radosnych i ciepłych Świąt! :)


środa, 5 kwietnia 2017

Opory rogate

"Bądźcie zdrowi i nie zapomnijcie o mnie całkiem, kiedy już umrę; jesteście mi to winni, jam bowiem często o was myślał, by was uszczęśliwić, bądźcie więc szczęśliwi! - Ludwig van Beethoven"
Muzyka i cierpienie, Anton Neumayr


Uwaga, będzie długa dygresja osobista, bo moja droga do muzyki nie była łatwa, lekka ani oczywista. Długo nie uszczęśliwiała mnie ani muzyka van Beethovena, ani innych klasyków, brało się to najprawdopodobniej z powodu mojej muzycznej głuchoty, los jednak mnie w jakimś stopniu uleczył, nie uciekał się przy tym do wtykania w ucho watki natartej świeżym chrzanem (jak Beethoven na przykład). W pierwszej kolejności mój tata, mimo że na co dzień pełen poświęceń, odmówił stanowczo chodzenia do opery z moją mamą. Padło na mnie i jako nastoletnia grzeczna dziewczynka z bólem zgodziłam się na rolę damy towarzyszącej, wskutek czego często i srodze cierpiałam na różnych Dziadkach do orzechów i Madamach Butterfly. Mama robiła co mogła, żeby tylko mi się spodobało - pokazywała piękno dekoracji, zwracała uwagę na piękno fabuły, odwoływała się do mojego rozumu. No ale cóż, nie podobało mi się i dalej przeżywałam katusze w pięknie muzycznych okoliczności i dekoracji.

Wobec takiego oporu los wzmógł swoje starania i zbiegiem okoliczności, w nowej szkole zaprzyjaźniłam się z nową koleżanką z klasy. Przyjaźniłam się bardzo intensywnie od rana do wieczora, pech chciał, że koleżanka była również uczennicą szkoły muzycznej, musiała dużo ćwiczyć na pianinie. O skróceniu czasu naszych spotkań nie było mowy, więc przyjaźń została połączona z pianinem i nagle stałam się słuchaczką wielogodzinnych prób. Teraz dziękuję losowi, że nie grała na skrzypcach i że była prawdziwej dobroci, bo unikała gam i ćwiczyła naprawdę ładne (i łatwe) utwory. Z czasem zaczęłam je rozróżniać i prosić o "to z dzwoneczkami" - czyli któryś nokturn Chopina, aż w końcu z własnej nieprzymuszonej woli poprosiłam o pożyczenie płyty - wybrała mi koncert fortepianowy B-moll Czajkowskiego co jest naprawdę dobrym początkiem. Powoli, powoli, stałam się melomanem, aczkolwiek dalej głuchym - z pojęć muzycznych przyswoiłam sobie tylko głośno-cicho oraz wolno-szybko, cała banda ćwierćnut, tonacji, szesnastek i ósemek pozostaje czarną magią, co mi zupełnie nie przeszkadza radować się słuchaniem i uważać, że jeżeli cokolwiek oddaje w pełni piękno świata, jego tajemnice, uniesienia, radość, rozpacz i duchowość, to jest to właśnie muzyka (a zaraz potem literatura, gdzieś w dali matematyka z  fizyką). 

Tak przygotowana starannie w dalekiej przeszłości, kupiłam niedawno i prawie natychmiast przeczytałam "Muzykę i cierpienie" Antona Neumayra. Autor z wykształcenia jest lekarzem i pianistą, od lat zajmuje się popularyzowaniem biografii wielkich kompozytorów, zgłębia ich życie, twórczość i choroby. Książka omawia pięciu zmarłych przedwcześnie muzycznych tytanów - Mozarta, Beethovena, Brahmsa, Chopina i Czajkowskiego. W każdej części krótki, ale skondensowany, barwny i żywo opowiedziany życiorys, symptomy choroby i diagnoza. Napisane to stylem konkretnym, rzeczowym i przystępnym, tak więc nawet taki laik, jak ja jest w stanie zrozumieć, skąd się wzięła opuchlizna, a skąd osłabienie. (Swoją drogą, nasze ciało też mnie zadziwia swoją złożonością i mrocznością i czasem trochę żałuję, że nasze istnienie nie wyraziło się bardziej duchowo, a jednak mniej cieleśnie). W każdym razie, kluczowe jest tu to, że do tych nad wyraz szczegółowych oględzin przystępujemy w towarzystwie lekarza, wiec czujemy się mniej niestosownie niż byśmy byli zwykłymi gapiami żadnymi sensacji. Jeżeli nawet pewne zażenowanie w nas jest, to zdecydowanie silniej odczuwa się żal, że antybiotyków albo szczepionki przeciw gruźlicy nie wynaleziono te dwieście lat wcześniej.
Diagnoza jest szeroko omówiona, Neumayr przytacza szereg argumentów - czasem wydawało mi się, że ten sam fakt raz przytacza jako argument za a raz jako przeciw, no ale ja nie jestem lekarzem. I w sumie nie to było dla mnie najważniejsze. Najważniejsza była dla mnie możliwość przebywania przez jakiś czas z tymi, którzy całe życie, w zdrowiu i w chorobie gnani byli przymusem spisywania muzyki, która "tkwiła im w głowie i nie dawała spokoju". I dlatego cieszę się, że przeczytałam r\tę książkę. I że mogłam sobie w internecie puścić te utwory, które tam zostały wspomniane.  

Mnie spokoju nie daje koc (dzisiaj czytamy i dziergamy z Maknetą), więc został zesłany na karny taboret, tymczasem wyciągnęłam sweterek w ażury, który siedział zamknięty w robótkowej torbie. Zamknięty został nie bez powodu, otóż mianowicie, kiedy wyprodukowałam na koniec dołu ściągacz francuski, sweter ujawnił swoją rogatą naturę, zawinął się całym ściągaczem do góry i tak pozostał niewzruszony wobec licznych prób odwinięcia. Po dwóch tygodniach zebrałam się na odwagę, wyciągnęłam go z torby, postanowiłam, że nie mogę przegrać z prostym swetrem (nawet jeśli ma ażurek - bardzo ładny zresztą w przymiarkach). Postanowienia się trzymam, robię rękaw dla niepoznaki, a tak naprawdę obmyślam strategię walki z dołem.

Wiosna już na dobre w zieleni i nawet w pierwszych kwiatkach i forsycjach, Muzykę zakładałam więc bardzo wiosenną zakładką:


Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)

środa, 29 marca 2017

Zdrowo w lesie

Jakie to wszystko mądre - mówiła moja babcia, która uwielbiała obserwować przyrodę na żywo i w telewizji, a potem zadziwiała się nad nią filozoficznie.
Właśnie tak mądra jest przyroda w "Sekretnym życiu drzew" Petera Wohllebena.


Tak, zupełnie dla siebie niespodziewanie i niezamierzenie wyszłam z niszy czytelniczej - czytam bestseller. Bestseller został napisany przez niemieckiego leśnika, który drzewa pokochał nietypowo, bo z pomocą turystów. Zadziwiony ich zachwytami, (tu trzeba dodać, że turysta na ogół zachwyca się krzywym i malowniczym, w przeciwieństwie do leśnika, która zachwyca się prostym i dochodowym), rzucił na swoje rewiry świeże spojrzenie, dostrzegł w nich życie, sekrety, piękno, siłę, determinację, przebiegłość, cierpliwość, chwycił za pióro i wszystko opisał. Już za to można mu wybaczyć, że napisał bestseller, bo pewnie się nie spodziewał. Bestseller jest niebanalny, emocjonalny, bezpośredni i wciągający pomimo braku fabuły.

Okazuje się, że drzewa doskonale sobie radzą bez fabuły. Mają moc. Walczą ze słońcem i o słońce. Walczą z wichurami, z deszczami i suszami. Walczą z grzybami, sarnami i dzięciołami. Cierpią w miastach. Ustalają pory roku bez kalendarza, produkują swoje własne nawozy, trują własnych wrogów i dokarmiają własnych przyjaciół. Dezynfekują otoczenie, wytwarzają chmury, regulują temperaturę, komunikują się chemicznie i dokarmiają poprzez korzenie. Mają swój rytm liczony w setkach lat. Rodzą miliony, miliony nasionek po to, żeby znikoma ich część przezwyciężyła tarapaty i kontynuowała las.

Nie będzie to odkrywcze, ale muszę powiedzieć, że "Sekretne życie drzew" zmienia. Poszerza wiedzę, ale nie to jest najważniejsze. Bo jeżeli nawet z czasem zapomnimy ile liści ma drzewo liściaste i ile w tych liściach żyje stworzonek, jeśli pomyli nam się mech z hubą a dzięcioł z sarną, to nic nie szkodzi. I tak od tej pory będziemy patrzeć na drzewa inaczej. Wdzięcznie i czule pomyślimy nad jego dzielnością i siłą - jakie to wszystko mądre.
Czasem nawet mądrzejsze od nas. 

Tymczasem garniec z marcem dobiega końca, ostatnia marcowa środa z Maknetą - czytamy i dziergamy. Dziergam koc, ale mam niejasne wrażenie, że o tym chyba już wspominałam. Trzy chude motki na zdjęciu powyżej nie są ostatnimi motkami, zatem do drugiego brzegu jeszcze trochę. Ale jestem jak młody buczek - nie spieszę się. Poza niespieszeniem, odżywiam się niezdrowo własnoręcznie upieczonymi i nieudekorowanymi ciasteczkami:


  odżywiam się zdrowo zakupionymi własnoręcznie warzywami:


fotografuję się w dawno udzierganym sweterku (w odróżnienia od koca ma oba brzegi i jest skończony):


 Sweter na bazie Rosiny, zamiast liści jest ażurek i ma trochę węższy kołnierz. Robiłam z Bomull-Lin (bawełna i len), drutami nr 5, waży 572g.

A najlepiej na pocieszenie i bez pośpiechu jest kupić sobie książkę. I Książkę.


Minimalizm książkowy całkiem w lesie, koc w lesie, ale nawet trudno mieć o to pretencje, bo wiadomo, że w lesie jest fajnie. I zdrowo.
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze (speszyłam się), dobrego dnia! :)

środa, 22 marca 2017

O demonach, kocach i Babilonach

"I chociaż góry te były wysokie i porośnięte straszliwymi krzewami, poszedłem naprzód"

I ja poszłam naprzód jako ten dzielny król babiloński. W "Życie codzienne Babilonu i Asyrii" Georgesa Contenau. I oczywiście w koc (bo dziś środa, czytamy i dziergamy z Maknetą).
Historia ma to do siebie, że z czasem wpada wszystko do niej niczym do głębokiego szybu, prasuje się tam, spłaszcza i tylko czasem jakiś król błyśnie koroną, jakaś wojna stuleciem, granice się ustalą i znowu zmienią, daty przeminą w pędzie. Dlatego tak lubię książki z dawnym życiem codziennym, bo w nich wieśniak ma czas iść na pole i na podwórko, wyhodować ptaka, co znosi jedno jajko dziennie i zawieźć go do Egiptu, ma czas pomalować ściany czerwoną farbą (od uroku a zwłaszcza od karaluchów), ozdobić dywan frędzlami, ma czas usiąść przy stole i z przyjaciółmi zjeść rybę, szarańczę albo kawał sera, ma czas się uczesać i ogolić oraz popatrzeć na księżyc (jak go widać akurat).

"Życie codzienne Babilonu i Asyrii" napisał Francuz, Francuzi, jak ogólnie wiadomo, nawet jeśli piszą o rosyjskim kawiorze, to zawsze na ogół piszą o Francji. Byłam więc na to przygotowana nawet w starożytnym Babilonie, ale i tak mnie zaskoczył wieśniak francuski na samym początku i Giełda paryska nieco później. W sumie autor był dzielny i skromny, zdecydowanie więcej jest tu Asyrii i Babilonu. Wstępnie Contenau zakreślił ramy czasowe, których dalej praktycznie wcale się nie trzymał, czasem stosował określeń "dawno i bardzo dawno temu", ale nie przeszkadzało mi to za bardzo, zwłaszcza jeżeli wzięłam pod uwagę bałagan,jaki mieli w chronologii sami Babilończycy i Asyryjczycy. Przecież i tak najważniejsze jest to, że palma miała bardzo wiele pożytków, król jako atrybut miał berło, broń i oganiaczkę od much, liczbą doskonałą było sześćdziesiąt, prawdziwego imienia nie należało zdradzać, żeby ktoś nie rzucił uroku, a na grobie należało napisać modlitwę w postaci zagadki albo krzyżówki, bo tylko wtedy przechodzień ją przeczytał z ciekawości i wprawił w moc i w czyn.

Nie wiem, czy byśmy teraz dogadali się z takim Babilończykiem, sprawia wrażenie dosyć obcego i zasklepionego w swoim świecie, obdzierał jeńców ze skóry i otaczał się straszną ilością demonów, ale zadziwia mnie i wzrusza fakt, że do dzisiaj wiążemy (w chwilach słabości) czerwone wstążeczki od uroku, godzinę dzielimy na sześćdziesiąt minut i w dalszym ciągu meteorologia ma trochę z magii i wróżbiarstwa. No i to on miał pierwszą bibliotekę z listami, bajkami i potopem. Na każdego, kto wyniósł z niej książkę, spadała bardzo nieprzyjemna klątwa.
Koc. Koc na początku dzierga się niezwykle żwawo i entuzjastycznie. Nie waży dużo i przybywa szybko. Potem długie tygodnie tkwi się niezmiennie w połowie. Aż wreszcie trzeba posadzić go na osobnym krzesełku. Nie nadaje się na robótkę podróżną. Nie wydaje się, żeby kiedyś się skończył. No ale przecież każdy koc ma dwa końce, więc i ten chyba też. Będzie miał i będzie lepszy niż najlepsze czyste masło. Idę więc naprzód. Gdzieniegdzie szare kotki w zielonych listkach i same listki bez kotków. Wiosna też idzie, nieunikniona.

Asyrię z Babilonem zakładałam idealną zakładką - w dalekim tle gotuje się obiad, w pierwszym planie siedzę przy stole, czytam o Asyrii i macham beztrosko nogami. W Asyrii Isztar ma złote lwy na granatowych frontonach świątyni.


Dziękuję bardzo za przemiłe komentarze i odwiedziny, dobrego dnia! :)

środa, 8 marca 2017

Przedwiosenne sentymenty

Wszystko się jakby zatrzymało i zwolniło. Koc w połowie (cały czas ma tylko dwa frędzle), wiosna w uwerturze (zielone prawie pączki na badylach, kotki i morze błota), sweterek za pasem, starożytny Babilon z Asyrią na sto dwudziestej stronie, a ja na przystanku, tuż obok kiosku Ruchu. Kiosk był zatrzymany z natury i za szybą miał "Przekrój".


 Kupiłam z sentymentu, bo dziś już praktycznie nie czytam gazet. Przekrój był w naszej rodzinie od początku, a nawet jeszcze wcześniej i chociaż pojawiał się zimą, jesienią czy wiosną, i chociaż były w nim Filutki, Kamyczki, Hemingway w grubym swetrze i kobiety w eleganckich szpilkach, to najbardziej kojarzy mi się z pewną słoneczną niedzielą, syrenką na pustej ulicy, filiżanką po kawie z fantazyjnie odłożoną łyżeczką i stroną z krzyżówką. No i moją mamą w białym kołnierzyku.


 Po prawej fragment okna do mojego pokoju, w którym byłam bardzo małą dziewczynką. Pokój miał żółte ściany w kolorowe kółka i półkę z książkami. Przy tym oknie czytałam wciąż i wciąż Kubusia Puchatka, doktora Dolittle jego papugą i prosięciem, Sierotkę Marysię z garem pełnym krupniku, Akademię pana Kleksa z łazienką sokiem malinowym płynącą. Wciąż i wciąż patrzyłam, jak dzieci wsadzają złą Babę Jagą do pieca, a łabędź przepływa płynnym ruchem lśniące leśne jezioro. Wciąż i wciąż, bo to właśnie jest przywilejem dzieciństwa, że czasu jest całe morza i oceany i można czytać tyle razy ile razy potrzeba, a wiadomo, że Kubusia Puchatka trzeba czytać wiele, wiele razy. Albo i więcej.

Przekroju niczym nie zakładałam, za to w sieci znalazłam zdjęcia moich starych książeczek, tak, tak, te dwa krasnale tańczyły w lewo i w prawo:


źródło: Podróż przez życie

Jadłam jabłka, powidła śliwkowe prosto ze słoika, landrynki z blaszanego pudełka. Dobrze czasem, niezbyt często, zatrzymać się na chwilę i spojrzeć trochę wstecz.

"A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.

Wejść tam nie można."
Nadzieja, Czesław Miłosz

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrej środy (z Maknetą)!

czwartek, 2 marca 2017

Zapominanie z jedwabiem w tle

"Nigdy nie czytam książki, o której mam napisać. Tak łatwo się zasugerować."
Oskar Wilde
"Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?" Pierre Bayard

 
Ja przeczytałam. I to z trzech powodów - po pierwsze, nie jestem Oskarem Wildem. Po drugie, jest dziś środa (a właściwie czwartek), więc ogólnie dziergamy i czytamy z Maknetą. I po trzecie, nie przeczytałam tej książki, żeby o niej napisać, ale piszę o niej, ponieważ ją przeczytałam. 

Podobała mi się. Podobała mi się mimo iż autor jest okropnie bluźnierczy i przewrotny, stawia straszne tezy, a najgorsze w tym jest to, że ma rację i opiera się na faktach z życia wziętych (trochę też z literatury, ale tak prawdziwych, jakby z życia były). Fakty przy tym są bardzo przepiękne i bardzo błyskotliwie omówione. Jest na przykład przytoczony Michał z Montaigne, i Człowiek bez właściwości, i Hamlet, i Stracone złudzenia, i Dzień Świstaka (który to film obejrzałam zresztą natychmiast po skończeniu książki, tak jest pięknie opisany). Dużo też jest o zapominaniu i wtedy zwłaszcza jest o Michale z Montaigne.

"Wraz z Montaigne'em zadamy sobie pytanie, czy jeśli przeczytaliśmy książkę i zapomnieliśmy, a nawet zapomnieliśmy, że ją kiedykolwiek czytaliśmy, nadal możemy powiedzieć, że ją czytaliśmy.(...)
Już w trakcie lektury zaczynamy zapominać to, co przeczytaliśmy przed chwilą. Proces ten trwa nieprzerwanie aż do chwili, w której okazuje się, że wszystko wygląda tak, jakbyśmy danej książki nigdy nie czytali; stajemy się na nowo nie-czytelnikami, a przecież mogliśmy nimi pozostać od początku, gdybyśmy tylko działali bardziej świadomie."

"Czytanie jest przede wszystkim nie-czytaniem. Nawet gdy prawdziwy czytelnik, czyli taki, który czytaniu poświęca całe swoje życie, bierze do ręki książkę i otwiera ją, gestem tym maskuje zawsze gest przeciwny - równoczesny, w związku z czym umykający naszej uwadze. Ten gest odwrotny, mimowolny, to gest pominięcia i zamknięcia wszystkich innych książek, które przy innym ułożeniu losów świata mogłyby znaleźć się na miejscu tej szczęśliwie wybranej."


Trudno nawet powiedzieć, czy te konkluzje to żart, czy nie. I czy nie lepiej czasem być bibliotekarzem Musila (który z miłości do książek ich nie czytał, za to wszystko o nich wiedział ogólnie). W sumie to i tak nie ma dla mnie znaczenia. Jestem czytelnikiem z wyboru i z nałogu, będę czytać, choćbym miała wszystkie zapominać łącznie z tytułem. One i tak przeze mną przepłyną i osadzą swoje najbardziej żyzne cząsteczki.
""Nie tylko bowiem mieścimy w sobie te wewnętrzne biblioteki, lecz także jesteśmy nimi - jesteśmy tymi wszystkimi nagromadzonymi w nich książkami, które nas stopniowo stwarzały. Nie możemy się od nich bezboleśnie oddzielić."
Wszystkie cytaty z "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?" Pierre'a Bayarda.

Książkę zakładałam oczywiście stosikiem książkowym, nie-czytaniu wbrew: 


W wolnych od czytania chwilach dziergam sweterek z jedwabiu (nie wygląda, może dlatego, że ma też merino):


Włóczka Kimono, druty numer 3, co jest miłą odmianą po  numerze 10 w kocu (koc się też dzierga w tle).

Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!