środa, 4 października 2017

Koc w krainie

Żonkile
Sam wędrowałem, jak obłoczek
Często sam płynie przez przestworza,
Gdy nagle widok mnie zaskoczył
Złotych żonkili tłumu, morza;
Od wód jeziora aż po drzewa
Tańczyły - wiatr im w takt powiewał.(...)
William Wordsworth

Tak jakiś czas temu pisał angielski poeta o Krainie Jezior, nic dziwnego, że wielu chciałoby doświadczyć samotnego wędrowania obłoczka. Obecnie każdego roku do tego najbardziej popularnego miejsca wypoczynkowego przyjeżdża szesnaście milionów turystów rocznie. Patrzą na żonkile, drzewa, zbocza gór, kamienne płotki, malownicze owce na zboczach, psy. I na pasterzy.
Owce beczą cicho, psy poszczekują, pasterz nic nie mówi, czasem może zaklnie szpetnie pod nosem, ale na ogół turysta tego nie słyszy, tak bardzo zajęty jest zwiedzaniem i podziwianiem widoków.
Tymczasem niespodziewanie jeden z pasterzy przemówił, napisał książkę, która równie niespodziewanie stała się bestsellerem.

Do bestsellerów podchodzę trochę nieufnie, ale tu przekonały mnie owce, jak również malownicze widoczki. I nie zawiodłam się. James Rebanks wdzięcznie opisał swoją rodzinę, sąsiadów, owce i swoje psy, a opis wplótł niezbyt może odkrywczo, ale prawdziwie w cztery pory roku. Opisał też swoją ziemię. i jak bardzo jest z nią związany.
Historia Rebanksa jest niezwykła nie dlatego, że urodził się na farmie w Krainie Jezior, ani nawet nie dlatego, że się z niej wyrwał. Jest niezwykła dlatego, ze na nią wrócił i zrozumiał dlaczego.
"Dziadek zawsze mierzył mnie spojrzeniem do stóp do głów, żeby się upewnić, czy dobrze się wyszykowałem."
Również jako autor, Rebanks wyszykował się dobrze. Mamy więc strzyże latem, chłody jesienią, wstawanie przed świtem, bo życie to nie pasterska sielanka. Mamy powietrze rześkie, albo dni ponure, zieloną trawę, siano w paśnikach, zaspy śnieżne i radość z jagniątek. Jajka na boczku, ciastka z rodzynkami i przepływające chmury.
"Wdycham rześkie górskie powietrze. Obserwuję samolot kreślący białą linię na niebieskiej tablicy nieba.
Maciorki nawołują jagnięta, które wspinają się za nimi po grani.
To jest właśnie moje życie. Żadnego innego nie pragnę."
Życie pasterza, James Rebanks


A w mojej osobistej krainie dziergania - kolejny koc. Sama się dziwię, ale jak się nagromadziło góry zapasów, to nie ma co się dziwić. Przetwarzam pękatą torbę czerwonej i miętowej bawełny Paris oraz kolorowego bambusa Alize. Nie miałam pomysłu ani na jedno, ani na drugie. To znaczy miałam pomysł na pewno, kiedy je kupowałam, ale wyblakł jakoś i zanikł. W przeciwieństwie do włóczek, bo te oczywiście nie zanikły, ale zostały i zalegały po szafach. Niespodziewanie zainspirowałam się kocykami Intensywnie Kreatywnej i zaczęłam tkać. A właściwie robić na drutach wzorem tkanym. Niespodziewanie dobrze wygląda, tylko koc, to jednak, jakby tu powiedzieć - duży jest. Do końca chyba miesiąc. Zaczynał się jednak od wąskiego paseczka i systematycznie rośnie.


 Zakładka prawie angielska, czyli irlandzka. Koc w miarę jak przybierał na wadze i wielkości, stawał się niewygodny w dzierganiu. Zapakowałam go więc prawie całego do torby - o wiele wygodniej nim teraz operować.


Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!    

środa, 27 września 2017

Wojna żakardowa

"Ostatecznie więc - jak na początku, tak i na końcu - spotykamy słowo. Wykute w granicie, zapisane na papirusie, ułożone czcionką drukarską albo wystukane na klawiaturze komputera, mknące w wirtualną przestrzeń elektronicznej Biblioteki. Słowo na początku i słowo na końcu - cóż można powiedzieć więcej?"
Wojna książek. Biblioteka i historia literatury, Jan Tomkowski


Są różne etapy czytelniczego zaawansowania; oczywiście podział jest zupełnie subiektywny i to, co dla niektórych jest początkowym etapem, dla innych jest już bliskie szczytom szaleństwa, ale w sumie to tylko kwestia nazewnictwa i nie ma co wpadać w panikę albo kompleksy.
Na pierwszym etapie sami czytamy. Na drugim czytamy, co i jak czytają inni. Na trzecim etapie czytamy o tym, co czytają ci, o których czytają inni. "Wojna książek" to właśnie trzeci etap.
"Choć zabrzmi to nieco paradoksalnie, tematem naszych rozważań będzie Biblioteka w książkach, a nie książki w bibliotece, jak nakazywałaby logika. Bowiem faktem jest, że książki wprawdzie trafiają, mieszkają, a nawet znikają z biblioteki, lecz również idea Biblioteki funkcjonuje w rozmaitych tekstach literackich, z których pewną część nazwać możemy nawet książkami o książkach lub książkami zbudowanymi z książek."
Wojna książek. Biblioteka i historia literatury, Jan Tomkowski

Biblioteki w świecie, na Podolu, na wojnie, w Nocach i dniach i  w Syzyfowych pracach. Jest o kanonach i o kolekcjach, o gazetach i powieściach w odcinkach. Dowiadujemy się (jeżeli akurat sami nie zauważyliśmy), co czytał Wokulski, co czytała Izabela. Nie dowiadujemy się, co czytała Telimena, ale tego chyba nawet sam Mickiewicz nie wiedział.

"Stanąwszy nad strumieniem, rzuciła na trawnik
Z ramion swój szal powiewny, czerwony jak krwawnik,
I podobna pływaczce, która do kąpieli
Zimnej schyla się, nim się zanurzyć ośmieli,
Klęknęła i powoli chyliła się bokiem;
Wreszcie, jakby porwana koralu potokiem,
Upadła nań i cała wzdłuż się rozpostarła,
Łokcie na trawie, skronie na dłoniach oparła,
Z głową w dół skłonioną; na dole, u głowy,
Błysnął francuskiej książki papier welinowy;
Nad alabastrowymi stronicami księgi
Wiły się czarne pukle i różowe wstęgi."

Pan Tadeusz, Adam Mickiewicz

Świat przez pryzmat książek, książki przez pryzmat książek, bohaterowie książek przez pryzmat książek
"Książki są właściwie wszędzie"
Wojna książek. Biblioteka i historia literatury, Jan Tomkowski
I bardzo dobrze - przeczytałam z ogromną przyjemnością razem z przypisami, bo przypisy są tu bardzo ciekawe również. Od razu jednak muszę ostrzec, że "Wojna książek" ma liczne skutki uboczne, niektóre dosyć kosztowne. I w sumie wcale się nie dziwię, bo jak nie ulec, kiedy co i rusz czytamy: "Doskonały fragment dotyczący znajomości pisarzy antycznych przez Montaigne'a zamieszcza w swej monografii H. Friedriech, Montaigne, Bern 1949, s. 62-105". Tej pozycji akurat nie kupiłam, bo słabo czytam po niemiecku i w dodatku znam tylko elektryczną terminologię, ale kupiłam trzy inne, dwie namierzyłam na Allegro (boleśnie cenne, więc się jeszcze namyślam), kilka przesunęłam z tylnych półeczek na frontowe. Oraz nabrałam chęci na przeczytanie "Syzyfowych prac" i "Pana Tadeusza". Przy czym ta pierwsza chęć mi stopniowo przeszła, ale druga nie.
No i trudno, bo jak pisze pan Tomkowski: "prawdziwy miłośnik czytania cierpi na coś w rodzaju stanu permanentnego nienasycenia. Posiadając nawet ogromny księgozbiór, ciągle pamięta przede wszystkim o istniejących w kolekcji brakach", a "Przeczytany już tom odsyła do następnego"

Tymczasem przyszła moda na swetry o kolorowych mankietach i to wcale nie w książkach, ale przeważnie w internecie. Mankiety są na ogół bardzo prześliczne, trudno im się oprzeć, więc kiedy była obniżka na wełnę merino (ja nie kupuję już włóczki, ale obniżka była 50% - postanowienie niekupowania i minimalizm się nie liczy w takim przypadku), kupiłam szarą i żółtą, bo te kolory też akurat w modzie.
Merino okazała się niezwykle miękka i zupełnie niegryząca, pędem zrobiłam rozpinany korpusik i dopiero rękawy mnie spowolniły. Złośliwie bowiem są dwa. I w dodatku każdy ma mankiet we wzorki. No ale jak się ulega modom, to się tak ma.  Żakard razy dwa.
Nauczona bolesnym doświadczeniem poprzednich żakardów, wydrukowałam sobie schemat bardzo ponumerowany (żebym nie musiała wodzić ołówkiem przez liczne wiersze, w której jestem kolumnie. W dodatku naszło mnie olśnienie z przebłyskiem geniuszu i za każdą dziesiątką oczek wsadziłam marker innego koloru (od najjaśniejszego do najciemniejszego). I teraz od razu wiem, że drugie oczko za fioletowym markerem, to dwudzieste drugie oczko, a piąte za granatowym ,to trzydzieste piąte.


 Nieskromnie powiem, że mankiety bardzo mi się podobają. Niezwykle modne. I w ogóle nie gryzą.
A na koniec cykl zakładkowy - zakładka musi być, wiadomo - kolekcja.


 Zakładkę kupiłam w muzeum w Łowiczu - jest ręcznie wycinana w łowickie wycinanki. W Łowiczu też zrujnowałam się na liczne ludowe akcesoria - co widać trochę w postaci linijki do zakładania rzędów na schemacie i w postaci ołówka do oznaczania przerobionych rzędów.
Dobrego dnia!
.

środa, 20 września 2017

Jedwabie codzienne

"Pewnego popołudnia, kiedy siedziałem przy stole kuchennym i z roztargnieniem bawiłem się solniczką i pieprzniczką, przyszło mi do głowy, że nie mam pojęcia, dlaczego ze wszystkich przypraw świata jesteśmy tak bardzo przywiązani akurat do tych dwóch. (...) Nagle mój dom wydał mi się pełen tajemnic.
Wpadłem więc na pomysł, aby odbyć podróż po domu, wędrować z pokoju do pokoju i spróbować znaleźć odpowiedź na pytanie, jaką rolę odegrał każdy z nich w ewolucji życia prywatnego."
W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku, Bill Bryson


Nie przypominam sobie chyba żadnej książki, której tytuł tak bardzo odbiega od zawartości. Może jedynie, no nie, nie przypominam sobie. Kiedy zasiadłam ze świeżo zaparzoną herbatą do świeżo pożyczonej lektury, spodziewałam się wdzięcznych opowieści o solniczce, o guzikach na rękawie marynarki, lub o herbacie, którą Anglicy drzewiej zaparzali w beczkach i trzymali w piwnicach niczym wino. Nie spodziewałam się historii o Crystal Palace, betonowych domach Edisona, wieżach Eiffla, handlu guanem, winnicach francuskich, alpejskich lodowcach i tapetach z arszenikiem.

I w sumie nie ma znaczenia, jak ścisły jest związek między lodowcem a solniczką, bo wszystkie te historie są niezwykle zajmujące. Ilość informacji przypadających na jedną stronę jest tak oszałamiająca, że na pewno większość z nich zapomnimy zaraz po przeczytaniu, ale to też niczemu nie szkodzi, bo zawsze możemy sobie "W domu" przeczytać jeszcze raz.
Wracanie bowiem do rzeczy dobrych nie jest złe.
Kierując się tą złotą myślą w swoich działaniach robótkowych, wkroczyłam powtórnie na szlak jedwabny. Zabezpieczyłam się tym razem przed maszerowaniem różnymi geograficznymi meandrami, włóczkę kupiłam nie tylko z jedwabiem ale z pokrzywami, druty wzięłam grube i wydziergałam jedwabną tunikę w tydzień, inspirując się znowu przepisem Knitolog w podróży.

Dziergałam w beskidzkich okolicznościach, było słońce, buki i niezapominajki.






 A potem przy pomocy bratniej duszy sfotografowałam się przy arystokratycznych klombach i sadzawkach:


Nie bez znaczenia w fotografii jest jak widać płeć bratniej duszy. Damska mianowicie dusza obrzuci nasze udziergi bacznym okiem, naciągnie gdzie trzeba i na czas sesji przytrzyma nasze liczne torebki.

Dane techniczne:
Giglio (50 % jedwab, 50% ramia)
druty nr 5
315 g
wzór by Knitolog w podróży

Dziękuję Wam wszystkim za słowa otuchy i za to, że jesteście - to bardzo ważne. :)
Dobrego dnia!

środa, 13 września 2017

Mija lato


W maju zmarł niespodziewanie mój młodszy syn. Ten, dla którego zrobiłam tyle czapek i szalików...

Najdziwniejsze jest to, że w rzeczywistości, w której zostałam, niezmiennie przychodzą i odchodzą niedziele i środy. A skoro ja jestem i skoro one się wciąż pojawiają, muszę, chciałabym, wiem, że powinnam zmierzyć się z nimi. Wykorzystać dany mi czas. Wrócić.



Najprędzej wróciłam do robienia na drutach. Druty ciche są i zgodne, zostawiają miejsce na myśli i na wspomnienia albo wręcz przeciwnie, angażują intelektualnie i manualnie i nie zostawiają wtedy miejsca na nic.
Przeszłam jedwabny szlak wymyślony przez Knitolog w podróży. Nie było łatwo. Szlak był chiński, wzór japoński i chociaż zaczęłam prawie równo z Knitologiem, on prawie od razu zamajaczył mi na dalekim horyzoncie i znikł z gotowym wyrobem. Ja natomiast szłam, szłam i szłam z drutami rozmiaru 2,5. Nie dochodziłam do mety, za to dochodziłam do różnych wniosków. Pierwszy był taki, że wzorcowa bluzeczka z krótkimi rękawkami składa się z biliona oczek mniej niż wymyślony przeze mnie sweter z długimi rękawami i z szerokimi połami. Drugi był taki, że ażur japoński przerabiany w okrążeniach wygląda zawsze tak samo, robiony na płask wygląda z każdej strony inaczej. Trzeci wniosek był taki, że chyba nie postąpiłam zbyt rozsądnie jak na debiutującego w jedwabiach. Czwarty wniosek był taki, że chyba idę przez Australię.
Aby przetrwać, obłożyłam się różnymi pomocami, pomysłami i samym jedwabiem.
Kupny jedwabny precelek zwinęłam w kłębek:


Zrobiłam sobie ściągę o dwóch oczkach razem po prawej stronie i dwóch oczkach razem po lewej stronie. Podzieliłam wzór na dwie części. Jedną pomalowałam na zielono i nazwałam zieloną, drugiej nie pomalowałam i nazwałam białą. Na część zieloną robótki założyłam dwa zielone markery, na część białą dwa białe. Oznaczyłam strzałką w lewo kierunek z prawej do lewej i strzałką w prawo kierunek z lewej do prawej.


  Po siedemdziesięciu ośmiu dniach pochowałam nitki i sfotografowałam się w arystokratycznych ruinach.










Zdjęcia trochę tego nie oddają, ale sweterek jest cudownie miękki, jedwabisty (w końcu nazwa zobowiązuje) ażurowy i lejący.
Wyszło 177 g. Maharaja Silk Lace, kolor 299, druty nr 2,5

Po pewnym czasie wróciłam do czytania. Zaczynałam różne książki i odkładałam, aż w końcu wymyśliłam sobie czytanie baśni.
"Baśnie pomagały dzieciom zasnąć i przejść, jak po czarodziejskiej drabinie, ze świata rzeczywistego w świat snu."
Iwona Taida Drózd
Są więc niczym kołysanka, nawet jeżeli zostały zebrane przez braci Grimm.



"Pewnego upalnego dnia siedział sobie krawiec,skrzyżowawszy nogi, na swoim stołeczku przy oknie."
Wszystkie baśnie i legendy, Bracia Grimm

No i tak właśnie sobie siedzi przez ponad 1000 stron. I nie tylko krawiec, ale Jaś z Małgosią, Tomcio Paluch, królewna Żabka, kogucik z kurką, pieczona kiełbaska oraz garnek ze smalcem.
Zostali zebrani z książek kupowanych przez młodych wtedy braci za ostatnie pieniądze i z opowieści przy piecu oraz w sadzie. Ozdobieni ilustracjami. Zapisani.
Dlaczego je czytam? Lubię ich kanoniczny schemat, który zawsze zaczyna się pewnego razu i na ogół kończy się długo i szczęśliwie. Lubię ich koloryt pełen upalnych dni, wrzecion, pieców chlebowych i popiołu. Lubię zawartą w nich prawdę o nas, o dawnych czasach, dawnych wyobrażeniach.
Lubię powtarzające się w nich motywy i lubię zastanawiać się, dlaczego rozstaje dróg, dlaczego czerwone buciki i taniec.
Tak, baśnie pomagają zasnąć, ale pomagają również wrócić do rzeczywistego świata. Taką mają moc, chociaż nie wiem, skąd ona się bierze.
Na zdjęciu powyżej baśnie siedzą na kocu, który udało mi się skończyć po czterech miesiącach (ale nie nieustającego) dziergania. Koc powstał z trzech włóczek: Alize bamboo fine (100% bambus), Lima Drops (65% wełna i 35% alpaka) oraz Drops Delight (75%wełna, 25% polyamid). Druty nr 10. Razem z frędzlami waży 1600g. i mierzy około 140x190cm.

A za oknem czarny bez zaczyna być czarny. Mija lato.

 Dobrego dnia!

środa, 10 maja 2017

Gawron nad brzegiem

"Skąd zatem wiem, że przyszła wiosna? Od gawrona. Trzy tygodnie temu nastąpiły pierwsze zmiany: usłyszałam klekot i stukot plastikowych pojemników wleczonych po parkiecie. To Kurczak rozpoczął swój niewytłumaczalny, od niedawna coroczny rytuał przenoszenia misek na jedzenie z domku w gabinecie do kuchni – proces, który trwa do teraz z przerwami na pokrzykiwanie, jedzenie, spanie i budowę gniazda pod kuchennym stołem."  
Corvus. Życie wśród ptaków,  Esther Woolfson

A skąd ja wiem? Hm. Od kalendarza, który grzecznie wyświetla się codziennie w rogu mojego monitora. I od trawników, które całe żółcą się od mleczy. Bzy też zebrały się na odwagę i kwitną wzdłuż mojej drogi do pracy. Ptaki przesypiają w ciszy poranne przymrozki i zaczynają świergoty o ósmej. No ale nie ma co narzekać, najlepiej robić swoje, zwłaszcza w środę, bo środa, jak wiadomo, z Maknetą. Dziergam więc, czytam, klekoczę miskami w stronę kuchni mentalnie, a wiosna przecież w końcu przyjdzie z ciepłem i niepadaniem.


Tak naprawdę dziergam swój szlak jedwabny, długi, cienki, nad wyraz ekskluzywny i miły w dotyku. Jest tak miły w dotyku, że natychmiast wybacza mu się, że jest tak cienki. Pogoda sprzyja bardziej dzierganiu koca niż lekkich sweterków, więc  nie zapominam o nim i do końca mam już trzy nieduże motki. Jest nadzieja na drugi brzeg.

Corvus za to sprzyja czytaniu. Napisany przez miłą panią, która niechcący została wkręcona w ptasie przygody w ogrodzie i w domu, daje nam okazję spojrzeć z bliska jak to jest mieć gołębnik z gołębiami, trzymać w domu podskakującą srokę, wrzeszczącą papugę i pomieszkiwać kątem u gawrona w swoim dawnym gabinecie. Jakbyśmy tam byli, w tej zimnej, północnej Szkocji, w kamiennym domu. Jakbyśmy tam byli. Oczywiście nie dotkniemy miękkich piórek Kurczaka (czyli gawrona), ale też nie spadnie nam nic na głowę, chociaż podobno to nic strasznego i można się przyzwyczaić. Jak bowiem się okazuje, życie z ptakami za pan brat jest piękne, zwłaszcza z krukowatymi, które są bardzo mądre ale wymaga też wielu wyrzeczeń.  Lekturą byłam w pełni usatysfakcjonowana. Był dowcip, wdzięk, były refleksje natury ogólnej, liczne historie (na ogół śmieszne i pogodne, bo jeżeli tak bardzo kocha się ptaki, to nawet dziurę w ścianę przyjmuje się z filozoficznym spokojem i zrozumieniem). Legło też w gruzach kilka romantycznych wizji, głównie taki, że Przyroda nie jest kurczaczkiem wielkanocnym, słodkim i puchatym ani gołąbkiem pokoju. I że jednak zawsze jesteśmy z jakiejś opcji, ptasiej albo kociej. Albo nawet szpaczej czy krogulczej. Trzeba się z tym pogodzić.

Pogodzona zatem z przyrodą, dziergam koc ku drugiemu brzegowi, a pogoda bardzo mi sprzyja. I kocom.   Dziękuję bardzo za odwiedziny i za przemiłe komentarze. Życzę Wam dobrego dnia, ciepłego koca i gorącej herbatki. :)  

Moja powielkanocna borówka:


Aktualizacja dla Honoratki (i nie tylko) czyli z drogi do pracy:


środa, 3 maja 2017

Jedwab, papier i szloch

"umiemy poznać książkę, kiedy ją widzimy."
Książka, Keith Houston

Toteż od razu ją poznałam - stała niewinnie gruba na księgarskiej półce i emanowała tytułem. Miała złotą tasiemkę do zakładania, złote, granatowe i czarne obrazki na tekturowej okładce i bajecznie kolorowe obrazki w środku. Niektóre chińskie, a niektóre średniowieczne. Miała kartki z papieru bezdrzewnego, trzydziestodwustronicowe składki, wyklejki przednią i tylną, wstęp, kolofon, podziękowania, indeks i wybraną bibliografię. Nie mogłam jej nie kupić i nie przynieść do domu. A skoro przyniosłam, to i przeczytałam, zwłaszcza, że dzisiaj jest środa - czytamy i dziergamy z Maknetą.



Książkę czyta się bardzo szybko, chociaż proces jest spowalniany przez różne niezbędne aktywności wyzwalane lekturą - trzeba zajrzeć jej pod grzbiet, obejrzeć przód, przeczytać stopkę, pogładzić papier z tekstem i papier z ilustracją, odetchnąć z ulgą, że nie została umocniona woskiem z ucha ani moczem. Trzeba też zajrzeć do swoich pozostałych książek starych i nowych, czy się nie kruszą, czy nie siedzą w nich psotniki albo czy nie zachodzą w nich procesy chemicznie szkodliwe. Trzeba też się powstrzymać od ich ratowania poprzez wystrzelenie biblioteki w powietrze, tak jak niegdyś NASA w Ameryce. Wtedy wszyscy doszli do wniosku, że NASA powinna jednak pozostać przy wystrzeliwaniu rakiet a nie ratować książki. Ja poprzestałam na sprawdzeniu, czy książka nie została zszyta po koptyjsku i czym pachnie. Pachnie czymś bardzo ładnym. Nic się nie wystrzeliło.

W połowie czytania z badaniem, zauważyłam, że znam autora i czytałam nie tak dawno o sekretnym życiu znaków jego autorstwa. W "Książce" Keith Houston jest równie błyskotliwy, o ile nie bardziej. Uwielbiam taki styl żywy, nieco ironiczny i przewrotny. Poza tym potrafi opowiadać, w wyniku czego siedzimy z otwartymi szeroko ustami, w oszołomieniu zapoznając się z przygodami na śmietnikach, cmentarzach, w lesie, na dworach i w pałacach. Siedzimy razem z umęczonymi mnichami w zimnych skryptoriach, trzymamy ociekającą papierem ramę z chińskim chłopcem, malujemy pędzelkiem po papirusie i skrobiemy piórem po pergaminie. A kto raz coś napisze na pergaminie choćby zwykłym długopisem, nie będzie chciał już pisać na czymkolwiek innym (chyba że się dowie z czego jest pergamin).
Z wypiekami na policzkach czytamy o zbrodniach i romansach, o niezliczonych czcionkach Gutenberga i jeszcze bardziej niezliczonych czcionkach chińskich, o tuszu, o rewolucjach chemicznych i fotograficznych, o prasach, o biszkoptach z uszami, o wytwórcach lusterek i o książkach do pociągu, które powstały oczywiście długo, długo przed pociągami. W głowie nam się nie mieści ile pasji, ile ludzi, ile determinacji i ile historii złożyło się na to, żebyśmy mogli wziąć książkę do ręki.

Poza tym wszystkim z "Książki" możemy się dowiedzieć dlaczego jest prostokątna (to jest straszne akurat i wynika z prostokątnej krowy), dlaczego niedobrze mieć lekarza bibliofila (to jest jeszcze straszniejsze, bo bibliofil wielbił nietypowe oprawy - książkę zresztą do dzisiaj można wypożyczyć, ale tylko za specjalnym pozwoleniem. Nie wiem, czy bym chciała), że czasem na swoim hobby możemy zarobić i po stu latach zostać niezwykle cenionym Audubonem i że niełatwo jest wynaleźć podpórkę do ramy z ociekającym papierem i wieki całe trzeba w niewygodzie trzymać oburącz ramę nad wanną.
Mniej się teraz dziwię, że dziesięć lat męczyłam się wystawiając z górnej szafki trzy małe pojemniczki, chcąc wyjąć z tyłu sól wsypaną w większy pojemniczek zanim mnie olśniło. Przesypałam sól z większego w mniejszy, większy pojemniczek z produktem niezwykle rzadko używanym  stoi teraz z tyłu (bo u mnie pojemniczki i książki muszą stać według wzrostu), a do soli używanej na co dzień mam teraz łatwy dostęp.  Gdybym miała tysiąc lat, to moze też wymyśliłabym papier i stojak na ramę.
No i oczywiście żywię nadzieję, że i kiedyś mój udzierg zapakowany w mahoniową skrzyneczkę zostanie sprzedany za jedenaście milionów dolarów.

Co prawda nie jest to takie pewne, albowiem z przyczyn trudnych do ustalenia odłączyłam się od stada, a raczej od Przewodnika zwanym w kręgach dziewiarskich i podróżniczych Knitologiem w podróży. Przewodnik doświadczony w obu dziedzinach, podał dokładny przepis na szlak i na udzierg, tymczasem ja wymyśliłam udzierg płaski i szlak z długimi rękawami. Jeżeli więc gdzieś z chińskiego buszu i drzew morwowych będzie dolatywał szloch na przemian ze zgrzytaniem - ta będzie to mój szloch i płacz. Pozostałam tylko przy ażurze, rosyjskim zresztą, więc przypomniałam sobie z trudem wszystkie w mieście i wszystkie osobno, porobiłam opisy, które są pochylone na prawo, a które na lewo. I dziergam. Mahoniowej skrzyneczki nie kupuję na razie, żeby nie zapeszyć.

Tymczasem długi weekend prawie minął w zimnie i w deszczu, słońce raz wyszło, więc pojechałam do lasu, żeby się sfotografować w moim niedawnym szlaku jedwabnym Szlak jest w połowie, w drugiej połowie jest merynos. Miałam też biżuterię starannie dobraną, ale z racji niekorzystnego światła nie wyszła. :)




  
Słońca było dużo, były też jagody, ale jeszcze niedobre. No i brzozy w delikatnej zieleni, ptaki w wiosennym ferworze. Niebo niebieskie i dróżki leśne.


Dane techniczne sweterka z knotem celtyckim z przodu i z tyłu:
Włóczka:
Kimono Merino / Silk Zitron kolor 4006
100g/300m

Druty:
nr 3

Wzór:
Celtic Knot 177-5 Drops


Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

środa, 26 kwietnia 2017

Dżamble w piórkach

"Snuj się, snuj bajeczko,
A było tak: niedaleczko,
Właśnie tutaj, nad rzeczką,
Mieszkała wdowa z córeczką. 

Córeczka, chociaż mała,
Swej matce pomagała:
Zamiatała podłogę,
Pełła grządki ubogie,
Chrust zbierała też czasem,
Bo mieszkały pod lasem,
Niosła proso dla kurek... 
A zwała się, po prostu, Czerwony Kapturek.
Czerwony Kapturek, Jan Brzechwa

Niektórzy czytali o Dżamblach, inni o Małych Księżniczkach, wszyscy (na ogół) czytali o Kubusiu Puchatku, znali Brzechwę i Tuwima. No i znali Dzieci z Bullerbyn. Niektórzy książki mieli w domu, niektórzy w bibliotece, ale wszyscy czytali sobie, kiedy byli mali. Co czytali, jak czytali i dlaczego zostało ustalone przez Ewę Świerżewską i Jarosława Mikołajewskiego oraz spisane w książce o tym samym tytule:

"Co czytali sobie kiedy byli mali?", Ewa Świerżewska, Jarosław Mikołajewskiego

Na liście odpytywanych znalazło się kilkanaście w miarę znanych osób - zadawane pytania są różne, a odpowiedzi ciekawe, ciekawsze i najciekawsze. W dodatku ozdobione graficznie w sposób zabawny i swobodny starymi, nostalgicznymi okładkami ulubionych książek, zdjęciami bohaterów wywiadów (na przykład profesor Bralczyk bez brody, ale za to w gustownym wózeczku czy Marek Kamiński prawdopodobnie nie na biegunach i na pewno w czapce z pomponem), współczesnymi portretami bardziej lub mniej podobnymi. Trochę żałowałam, że kupiłam ją sobie w e-booku, w dodatku w formacie Pdf i musiałam czytać na komputerze. Trudno, przeczytałam i tak bez naganiania, bo pełno tu różnych rytuałów, jak zaglądanie pod biblioteczne, szare okładki, czytanie od początku do końca albo odwrotnie, pełno przygód, a wszystkie dotyczące książek i czytania, pełno różnych radości i sentymentów. Są książki na bezludną wyspę i książki do zakopania w lodach Antarktydy, książki do podziwiania, zabawy i obserwacji, albo książki z motywacją, od której zostaje się astronomem albo poetą.

"Co czytali..." jest fajne w czytaniu, ale jest fajne też dlatego, że sami możemy sobie odpowiedzieć na stawiane te pytania, powspominać nasze dziecinne lektury i zastanowić, czym dla nas była książka, kiedy sami byliśmy mali.
Ja też sobie powspominałam i się zastanowiłam. Pierwszą książką, którą pamiętam był "Czerwony Kapturek". Brzechwa, Kwiatkowska i Hańcza - nic dziwnego, że mogłam jej słuchać na okrągło i duże partie tekstu pamiętam do dziś tak dobrze jak gramofon w starodawnym radiu u mojej babci i kręcącą się gładko płytą winylową.
Pamiętam też świąteczne poniedziałki (albo wtorki), kiedy można było wypożyczyć nową porcję w bibliotece, bo chociaż miałam sporo własnych książek, chociaż moja przyjaciółka sąsiadka (z którą na wzór dzieci z Bullerbyn zrealizowałyśmy pocztę w pudełku po cygarach i cudem nie powypadałyśmy z okien) miała pełen książek regał na całą ścianę, chociaż moja mama przynosiła mi książki ze swojej szkoły, to jeszcze mi było mało i regularnie wypożyczałam książki ze swojej szkolnej biblioteki. Czytałam w zdrowiu i chorobie, czytałam zamiast nauki i zamiast wyrzucania śmieci, czytałam na twardym stołku w kuchni, w miękkich pierzynach w salonie. Uwielbiałam doktora Dolittle i płakałam nad Małą Księżniczką.

Oczywiście miałam też etap autorski i z biernego czytania przeszłam do tworzenia. Pierwsza próba przepadła w niepamięci, więc nie wiem zupełnie czy była udana, za to do następnego dzieła zabrałam się już z mocnym wsparciem, czyli moją przyjaciółką. Chodziłyśmy wtedy do trzeciej klasy szkoły podstawowej i postanowiłyśmy napisać encyklopedię ilustrowaną. Zakupiłyśmy szesnastokartkowy zeszyt w kratkę i przystąpiłyśmy do dzieła. Ilustracje poszły nam dosyć gładko, chyba też stworzyłyśmy jakiś indeks, ale szczegółów nie pamiętam. Na pewno zrezygnowałyśmy z porządku alfabetycznego haseł, bo jednym z pierwszych (o ile nie pierwszym) była "trawa" jako mało skomplikowany i ogólnie znany element przyrodniczy. Po kilkugodzinnych debatach i sporach, obgryzaniach ołówka i głębokich namysłach uzgodniłyśmy tekst hasła, wpisałyśmy go kaligraficznie w zeszyt, po czym doznałyśmy ataku licznych śmiechów i chichotów. Hasło brzmiało "Trawa jest zielona" i w dużym stopniu przyczyniło się do zarzucenia projektu, co zresztą świadczy o naszym niewątpliwie ogromnym samokrytycyzmie i zdrowym spojrzeniu na własną twórczość.

Poprzestałam więc zdecydowanie na czytaniu. I na dzierganiu, jak to zwykle w środę z Maknetą.
W dzierganiu siedzę na prawie spakowanych walizkach w drodze na jedwabny szlak. Mam już wydrukowany wzór na rękawki i obliczone oczka do nabrania dekoltu. Wyszło mi dwa razy mniej oczek niż Knitologowi, więc wpadłam w przygnębienie i w nerwy i z tych nerwów kupiłam sobie bardzo gruby len z bawełną oraz postanowiłam skończyć piórkowy zaczęty rok temu (!!).


Na szlak zdecydowanie mam zamiar wstąpić w długi weekend, w którym dnie będą bardzo długie i bardzo niepracowite.
Tymczasem mimo deszczu i zimna, dziękuję Wam za odwiedziny i komentarze i życzę dobrego dnia!
:)