Trochę to mną wstrząsnęło, więc spytałem najuprzejmiej, co ma na myśli. "Zbok Wawelzgi" - wyjaśnił, wycierając nos rękawem."
Pypcie na języku, Michał Rusinek
Siedzę sobie w pięknych wiosennych okolicznościach urlopowych, siedzę bez kataru, więc nikogo nie wyzywam od smoków ani tym bardziej od zboków. Słońce świeci, wszystko kwitnie i się zieleni, strumyk szemrze, ptaki śpiewają. Czytam o pypciach.
Pypcie mogą być bolesne, mogą być obraźliwe (zwłaszcza jak się ma katar), mogą być zabawne. Autor jednak nie dla zabawy, ani tym bardziej nie dla wyśmiewania się je zbierał; ale dlatego, że przez pypeć najlepiej widać język. To łatwo można sprawdzić na samym sobie - normalnie, kiedy wszystko jest poprawne, stosowne i zdrowe, języka nie czuć. Jeśli tylko natomiast pojawi się pypeć, od razu wiemy, że język mamy. Skąd wziąć pypcia do doświadczeń, to już nie wiem, czasem sam się zjawia, można wtedy go wykorzystać znienacka.
Pana Michała Rusinka uwielbiam od momentu, kiedy go zobaczyłam w telewizji jako sekretarza Wisławy Szymborskiej (film "Czasami życie bywa znośne" - świetny swoją drogą) i jak tylko coś napisze, to kupuję natychmiast jak to wyjdzie albo jak tylko zauważę, że wyszło.
Pypcie wychodziły wcześniej w gazetach jako felietony, ale ponieważ ja gazet nie czytam, więc teraz z uciechą wielką i wygodą przeczytałam je zebrane w książce.
Pypcie były lekkie, śmieszne, kulturalne, życiowe, nostalgiczne, wirtualne, współczesne i komórkowe. Zapożyczone też były, a w nich wyałtsorsowane i dedykowane (mój osobisty wróg wśród pypci, przyznam z dumą niejaką, że w firmie rodzimej wypleniłam i teraz mamy nasze produkty przeznaczone, a ewentualne wiersze dedykowane).
Z językoznawczych pypeć "nieogar" nawet mi się podoba i może używałabym go, gdybym była młodsza i bardziej bezpośrednia w opiniach.
Trochę więc się pośmiałam w jedno słoneczne popołudnie, trochę poubolewałam nad mową naszą ojczystą, ale skoro taki pypeć, to znak, że ona żyje, to trudno, niech jest.
źródło: www.znak.com.pl
No ale nie samymi pypciami człowiek na urlopie żyje, dziergam więc też oczywiście. Dla przełamania długich szarych rządków jedwabnych, nabrałam dzisiaj na druty bardzo nieszare Malabrigo. Wybrałam dla niego wzór Tanta Hani Maciejewskiej i chciałam udziergać kawałek, a potem zrobić mu śliczne zdjęcie w miękkim świetle popołudniowym. Tymczasem światło zbiesiło się nieco, przyszła burza z deszczem i chmurą czarną, w związku z tym zdjęcie jest prawie śliczne.
Widać jednak jak równe oczka to Malabrigo produkuje i jakie jest miękkie i niegryzące (no, to może mniej widać). Wbrew pozorom jest to kołnierz, a nie plisa z dziurkami odguzikowymi.
Poniżej ptak śpiewający (tylko akurat nie w momencie sesji fotograficzne):
oraz kwiatki kwitnące (te akurat w czasie sesji jak najbardziej):
Dziękuję bardzo za wizyty i komentarze, idę kontynuować swoje aktywności i hobby, czego i Wam życzę. Dobrego dnia! :D
















