niedziela, 21 lipca 2019

Spodek i siatka

"Maszeńka siadła sobie w kątku białej izby, potoczyła soczyste jabłuszko po srebrnym spodeczku i śpiewnie zawodzi:
Tocz się, tocz, jabłuszko soczyste
po srebrnym spodeczku!
Pokaż mi miasta i lasy, pola i łąki, i jeziora;
pokaż mi góry wysokie i morza głębokie
- pokaż mi całą ojczystą piękną Ruś!
I oto nagle rozległ się dźwięk srebrzystego dzwonu, cała izba zalała się światłem: jabłuszko potoczyło się po spodeczku - soczyste po srebrnym:

A na spodeczku widać wielkie miasta, kwieciste łąki; ludzi, którzy pracują na polach, okręty pływające po morzach; i góry wysokie, i morza głębokie, lazurowe niebo: jasne słonko toczące się za srebrnym księżycem, gwiazdy płynące lśniącym korowodem, białe łabędzie w zatokach rzewne pieśni śpiewające..."
Baśnie rosyjskie, Źródło: A. N. Afanasjew


Tak się złożyło, że w maju byłam na pogrzebie jedynej cioci ze strony mojego taty, o której zawsze mówiło się ciocia z Uniejowa. I kiedy wróciłam, sięgnęłam po bajki, bo bajki są dobre na smutek.
Usiadłam w swoim kąciku, potoczyłam jabłuszko po spodeczku swojej pamięci i przywołałam czasy, kiedy to byłam bardzo małą Czajeczką na moście w Uniejowie.


Ile tam minęło moich słonecznych wakacji, ile razy poznawałam ich koniec po czerwieniejących jarzębinach. Tu pierwszy raz (i chyba ostatni) objadłam się zielonego agrestu, tu przeczytałam pierwsze Agathy Christie wyciągnięte ze starej toaletki, tu z radia dowiedziałam się, że umarł Elvis.
Tu prawie okiełznałam poniemiecki rower dziadka, jadąc pędem pochyłą drogą wprost w stronę zamku. Tu widziałam najszybciej zagniatany makaron na świecie i jadłam najlepsze rosoły.
Rozrywki wtedy nie były zbyt wyrafinowane (poniżej z mamą zaprzyjaźniamy się z podwórkowym pieskiem).


Ale nigdy żadna Nutella nie smakowała tak, jak wtedy chleb z masłem i cukrem. Patrzę teraz na to biedne podwórko i sobie myślę, że nie to było ważne w moich rajach utraconych i nie to pamiętam.
Pamiętam za to gruszę na miedzy, szelest maku w makówkach, żółte kurczęta zagubione w wysokiej trawie, starą makatkę z łabędziami pływającymi po jeziorze, krowy, które wracały o dziewiętnastej z pastwiska nad Wartą, drewniane łóżka z puchowymi pierzynami.
I pamiętam, że zawsze tam było dla nas miejsce i zawsze był dla nas czas.

Bajeczki snują się gładko, mają wątki stare, mają nowe, jest w nich Baba Jaga, jest Kościej, jest Wasylisa, jest wszystko co potrzeba. Są też bardzo rosyjskie obrazki z carewiczami, sokołami i smokami. I dobrze, bo w baśniach obrazki muszą być. Zapadają w nas i potem już zostają, jak te łabędzie ze starej makatki u cioci z Uniejowa.

Takie były moje powroty do przeszłości w maju, natomiast teraz skończyłam właśnie na drutach torbę i okazało się, że ona też jest takim małym powrotem. Wyciągnęłam z pudełka zdjęcie. Wczesne lata siedemdziesiąte.


Jestem na nim ubrana w swoją komunijną sukienkę, obowiązkowe podkolanówki, przyciężkie buty. Mam fontaź w grochy i granatowe kokardy. Na lewej ręce mam przewieszony żakiecik i trzymam foliówkę ze śmieciami (od młodych lat byłam nauczona śmieci nosić aż do najbliższego spotkanego kosza czy śmietnika). W tle widać Pałac Kultury, bo to wycieczka z tatą do stolicy. Natomiast w prawej trzymam siatkę z niezidentyfikowaną zawartością, być może jest to kurtka taty. No i właśnie, proszę bardzo - siatki wróciły i są wśród nas bardzo licznie. Sa w różnych kolorach i niezwykle trendy.







Wzór rozdawała na początku lipca Ala Konturek. Zrobiłam siatkę z trzech motków bawełny Paris na drutach nr 7 i 3,5. Nie było łatwo, wzór siatki wymaga skupienia i precyzji w manewrowaniu drutami, w dodatku wyobraziłam sobie, jak siatka jest robiona i gdzie ma boki, a gdzie rączki, co okazało się zupełnie błędne. Siatka miała wszystko gdzie indziej, na szczęście w wzorze Ala napisała, co trzeba robić po kolei, i że może być trudno, ale będzie łatwiej, no i dzięki temu dotarłam do końca i mam.
Swoją siatkę. Eko Torbę. Siatkę na zakupy PRL Paryżanka Zero Waste.

Czego i Wam życzę, dziękuję bardzo za odwiedziny, za przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)

PS. I tak sobie myślę, jaka to prorocza bajeczka o Maszeńce - teraz każdy ma swój spodeczek i patrzy w niego w tramwaju, czy na przejściu dla pieszych, czy w górach, czy na obiedzie. Niektórzy nawet mają na nim jabłuszko. Tylko nie mówi się już na niego spodeczek ale smartfon.

niedziela, 14 lipca 2019

Herbata na werandzie

"Dotychczas byli po wsiach tylko panowie i chłopi, a teraz zjawili się na dodatek letnicy. Wszystkie miasta, nawet najmniejsze, otoczone są teraz letniskami. Można ręczyć, że za jakieś dwadzieścia lat letnicy rozmnożą się niesłychanie. Teraz tylko piją herbatę na werandzie(...)"
Wiśniowy sad, Antoni Czechow

Siedziałam więc na tarasie jako ten rozmnożony letnik i piłam herbatę. Strasznie niedobrze robić takie długie przerwy w blogowaniu, bo potem od tej herbaty nie wiadomo co pisać i w jakiej kolei. Może najlepiej w takiej sytuacji zastosuję metodę obrazkową. Obrazki zresztą po latach kurzenia się na piramidach znowu wychodzą na prowadzanie w kulturze.

Na samym początku biegałam po galeriach i kupowałam rzeczy nad wyraz eleganckie


Zaraz potem zostałam teściową


A kiedy wypiłam miód i wino, pojechałam z naręczem ciast i tortów nad swój letniskowy potoczek.





Nad potoczkiem nie tylko jadłam torty, ale ubierałam się stosownie do upałów, jadłam zdrowo i lekko, patrzyłam na przechodzące owce






i kupiłam trochę książek, przy czym kupowanie w dzisiejszych czasach jest mniej emocjonujące, niż kupowanie pół wieku temu, kiedy to spacerując uliczką nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej wyławiało się z tubylczych kiosków dziwne pozycje wydane przez dziwne wydawnictwa morskie albo spółdzielcze. Teraz prostymi kliknięciami przywozimy w najdziksze góry pełne niedźwiedzi i wilków sam kwiat wyrafinowanej epistolografii francuskiej.


Jak na góry przystało, miewałam różne zatrudnienia aktywne i zdrowe.





Udało mi się skończyć jeden sweterek i zacząć drugi. Rowery były, ale kto by tam jeździł mając Czechowa. Jak wiadomo, Czechow jest dobry na lato.
Zakładałam go zielonymi zakładkami - jedna aktualna, druga w obsadzie. Bo ja nigdy nie pamiętam, kto jest lokajem, a kto jest panem. Pamiętam tylko, że byłam letnikiem. Piłam herbatę na tarasie.


Wszystkim dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)

PS. Stęskniłam się za Wami :))

niedziela, 12 maja 2019

Daleko jeszcze?

"Nikt już nie będzie pamiętał. Nikt nie powie, że trzeba skleić tę filiżankę. Wymienić kabel (gdzie taki znaleźć?). Tarki, miksery i sitka zamienią się w śmieci. Zostaną w masie spadkowej.
Ale przedmioty szykowały się do walki. Zamierzały stawić opór. Moja matka szykowała się do walki.
- Co z tym wszystkim zrobisz?
Wiele osób stawia to pytanie. Nie znikniemy bez śladu. A nawet jak znikniemy, to zostaną nasze rzeczy, zakurzone barykady."
Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Marcin Wicha


Książka o słowach i o rzeczach. O umieraniu i o życiu. Rzeczy, które zostały po zmarłej matce autora stają się pretekstem do naszkicowania jej portretu. Krótkimi, stanowczymi liniami. Metodą kolejnych przybliżeń, porównań, równoważnikami zdań. Napisana stylem jasnym, rzeczowym, bardzo charakterystycznym, który na dłuższą metę byłby męczący, ale w tym niedługim wspomnieniu bardzo dobrze się sprawdza. Bez sentymentalizmu. Z czułością.

"Rzeczy..." pożyczyła mi koleżanka i przeczytałam ją szybko. I szybko odnalazłam się w jej rzeczywistości. Książki, książki, książki, przepisy kucharskie, awantury na poczcie, warszawskie getto, komunizm, kapiące rury, Mirinda, bure zeszyty, seriale.
"Rzeczy..." są tego typu książką, że nawet jak ją się skończy, to cały czas nam się wydaje, że ją czytamy.
"Jest to także książka o mojej matce, i z tego powodu nie będzie zbyt wesoła."
Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Marcin Wicha
Wesoła nie jest, ale nie jest przygnębiająca. Jest poruszająca.

Swoją drogą, nie widziałam chyba jeszcze okładki, na której nie zmieścił się tytuł. Ciekawe, jak skomentowałby to Marcin Wicha, który każdy szczegół potrafił zinterpretować, opatrzyć refleksją i nawet z tytułów na grzbietach książek wyciągał różne sensy i opowieści.
Zauważyłam to zresztą dopiero po wrzuceniu zdjęcia, więc chyba cały nie jest taki ważny - sami sobie dopowiemy to ucięte em, tak jak dopowiemy sobie wlasne historie, wspomnienia i własne tarki i sitka, które nie są jeszcze śmieciami.
Układamy je w barykady, organizujemy w systemy.

Mój niedawno wynaleziony system - wiązki drutów tego samego rozmiaru, spięte spinką do włosów i opatrzone numerem:




Zdecydowanie szybciej znajduję teraz odpowiedni drut,


a zaoszczędzony czas mogę przeznaczyć na dzierganie rękawa w czarnym sweterku. Jestem dopiero przy pierwszym, bo ma być długi i ma być lewymi oczkami, które, jak ogólnie wiadomo, dziergają się znacznie wolniej niż prawe. Poza tym pierwszy rękaw zawsze powstaje dłużej ze względu na częste przymierzanie. Niczym Shrek powtarzam co pięć rzędów - Daleko jeszcze? I cały czas jest dosyć daleko. Niezależnie jednak od tego, przymierzony sweterek wygląda na taki, który będzie lubił ze mną jeździć do pracy w chłodniejsze poranki wiosenne, letnie i jesienne.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :))

PS. Rzeczy zakładałam wielkimi falami, chociaż o wielkich falach w zasadzie zupelnie nie było.


niedziela, 5 maja 2019

Poezja buraka

"Jakże pięknie wygląda dobrze doprawiona gleba koloru czekolady, a nad tym błękit nieba i powietrze przezroczyste, pełne aromatu, a w górze szczebioczą nad głową skowronki. Człowiek całą swoją istotą wchłania ten przedziwny czar przyrody i pracy na roli. Na sercu tak lekko, tak wesoło. Zapomina się troski, nawet urząd skarbowy wydaje się czymś przyziemnie dalekim.
Hej, nie ma to jak burak!!!"
Na skraju Imperium, Mieczysław Jałowiecki

Widać coś niezwykle urokliwego tkwi w burakach kieleckich, bo tak samo jak Bogumił Niechcic nad Barbarę, tak i kniaź Jałowiecki roślinę tę przedkładał nad wszystko inne na świecie. Opis buraczków malutkich i większych, opis ich kielkowania i walki z pędrakami oraz glapami wyróżnia się w całych wspomnieniach żywością, natchnieniem, czułością, tempem i poetyką.
Nawet o swojej nowej żonie nie wspominał tyle, co o buraku cukrowym. 
Poza burakami, niewiele w drugiej i trzeciej części jest spraw pozytywnych. Zwłaszcza jeżeli chodzi o ludzi, to dalej bagno i żałość, i można się zadumać nad marnością rodu ludzkiego. Szkoda, szkoda, że w tym bagnie szarpali się ludzie takiego formatu, jak Jałowiecki (bo przecież na pewno nie on jeden). Można go nie lubić, może razić jego ostrość spojrzenia, surowość sądów, może razić jego pańskość i pochwała rodu, ale nie sposób nie cenić jego uczciwości, pracowitości, systematyczności i honoru - taki obraz się z tych wspomnień wyłania i ja temu obrazowi wierzę. Nawet jeżeli chcialoby się część tych przekonań zweryfikować.
Poza tym, to właśnie Jałowiecki kupił dla Polski Westerplatte. I stare spichlerze w Gdańsku. 

Mimo jednak rozgrywek politycznych, niefajnych i żałosnych, układów i układzików, posłów wytarzanych w mące, są też złote pola pszeniczne, sierpniowe wieczory, pachnąca kawa do świeżych rogalików, szum morza i zawsze rozczulające mnie Zoppoty. Zgrabnie to wszystko bardzo wspomniane. 
Czytam więc wolno, albo może nie tyle wolno, co czytam mało, bo lwią część dnia i nocy zajmuje mi mój niekonczący się czarny sweterek. Zawzięłam się i godzinami produkuję oczka prawe, lewe oraz ażurowe łańcuszki. No i sama się dziwię, bo tydzień temu miałam znikomą próbkę otoczoną agrafkami, a dziś właściwie prawie cały korpus, czego to jednak kobieta nie jest w stanie dokonać, żeby sweter na grzbiet zarzucić. 



Poza maratonem bawełnianym moja długa majówka polegała na wypiekaniu i zjadaniu ciast różnych:



 Oraz fotografowaniu się w moim świeżo ukończonym jedwabnym sweterku. Nie było łatwo, bo trochę było ciemno, troche nieostro i trochę niwygodnie. Ale ogólny zarys jest.







Ażurek na rękawku próbowałam złapać samodzielnie, dlatego widać go trochę połowicznie. 
Dane techniczne, bo dawno nie było: sweterek zrobiłam z dwóch motków Maharaja Silk Yarn, czyli 200 gram - został malutki kłębuszek, ale rękawy 3/4. Dziergałam drutami nr 3, ściągacz francuski w zakończeniu drutami nr 2,5

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! :)

niedziela, 28 kwietnia 2019

Plugastwa wytrwałe

"To ukochanie śpiewu, ta muzykalność pochodzi zapewne z samej przyrody kresowej, z jej czarownych dźwięków, z szumu borów, plusku fal jeziornych, rechotu żab, krzyku derkaczy i innego ptactwa wodnego, pieśni skowronka w noc majową, bulgotania cietrzewi, jęku żurawi ciągnących gdzieś w przestworzach nieba, dalekiego ujadania psów, płynie z tej potężnej symfonii ziemi kresowej, od akordów leśnych aż do ledwo uchwytnych, a tak delikatnych półtonów, że zdawać by się mogło, że płyną one nie z ziemi, ale gdzieś z nieba, gdzie promień o promień się trąca. Przyroda Kresów nie jest martwa, jak nie jest martwe powietrze tego kraju, powietrze tak aromatyczne, krzepiące a upojne jak stary trunek, powietrze pełne aromatów lasu i zapachu świeżo skoszonej trawy. Nawet zimą mroźne powietrze ma w sobie coś, co przypomina delikatny zapach migdałów."
Na skraju Imperium i inne‌ wspomnienia, Mieczysław Jałowiecki


Kiedy czytam książkę, zazwyczaj buduje mi się gdzieś za kulisami relacja z autorem. Relacja nie przekłada się na moje zdanie o książce, na ogół lubię autorów lubianych przez siebie książek, ale nie zawsze - i to jest właśnie ten przypadek.
Wspomnienia czyta się świetnie. Jest przyroda, co uwielbiam, są śpiewy kresowe, beztroska dzieciństwa, szkoła, praca, pojawia się polityka, za którą nie przepadam, ale tu nawet mi nie przeszkadza, są straszne czasy, rewolucja, wojna, nic nie szkodzi, bo wspomnienia czyta się świetnie. Jednak autor, kniaź Pierejesławski, książę Jałowiecki, autor lubić się nie da. No i właściwie nic nie szkodzi, bo moje lubienie czy nielubienie istotne za bardzo nie jest.

Dookoła księcia samo plugastwo, czerń pijana i zezwierzęcona. Dostało się bolszewikom (to można zrozumieć), dostało się Niemcom i Żydom, a już Anglikom dostało się chyba najbardziej (ponoć nawet ich małpi przodek był zdecydowanie bardziej małpi niż nasz, co zbadał szczegółowo francuski antropolog). Dostało się też mojemu ulubionemu Melchiorowi Wańkowiczowi, że leń i obibok.
Nie lubię więc autora, ale czytam z zacięciem i daję się porwać tym śpiewem, tym kawiorem, tej kawie trzygwiazdkowej, tym czasom dawnym, tym losom zadziwiającym i trudnym. No i temu spojrzeniu Kresów na nas, bo to zwykle my patrzymy na Kresy.
Chłonę z zachwytem różne antyczne smaczki w restauracjach, sklepach z antykami i smaczki językowe (swoją drogą, dużo tu tekstów rosyjskich nie przetłumaczonych, co dla młodego czytelnika może stanowić kłopot).

"Kuchnia u George’a była zdrowa, smaczna, niewybredna, przeznaczona na wiejskie apetyty. Menu było wypisywane po francusku, jako że polski był zabroniony, a rosyjskiego nikt by do ręki nie wziął. Francuszczyzna była osobliwa, jak: „L’enfant de cochon rôti” (dziecko świni pieczone) czy „Boeuf brisé” (wół siekany). Mało kto zaglądał jednak do jadłospisu, zwracając się o radę bezpośrednio do kelnera, który tradycyjnie pytał: – A co pan ma w życzeniu? Czasami kelner wracał, by oznajmić, że danie jest wyczerpane, i zaproponować w zamian coś innego: – Kaczka wyszedłszy, może gęś w życzeniu?"
Na skraju Imperium i inne‌ wspomnienia, Mieczysław Jałowiecki

Wspomnień jest trzy części, na razie przeczytałam pierwszą, z kolejnych będę jeszcze zdawać relację. Kniaź w tej chwili czeka w Gdańsku na amerykańską mąkę, a tymczasem ja skończyłam jeden sweterek i zaczęłam drugi.
Skończony sweterek jest cały z jedwabiu, zaczęłam go latem ubiegłego roku, więc trochę trwało zanim dobrnęłam do finału. Włóczki mi nie starczyło na długi rękaw, mam więc rękaw 3/4, co nawet nie wygląda źle. Wiosna akurat przechodzi fazę mokrą, ciemną i zimną, więc zdjęć na mnie chwilowo nie ma.


Rozmiar ku mojemu zdziwieniu wyszedł idealnie, fason też, warto było dokupić cieńsze druty, spruć zawijający się w rulon dół i zrobić zdyscyplinowany ścieg francuski.
Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że lepiej poświęcić więcej czasu i powalczyć, niż poddać się, a potem nie nosić, bo nieudane.
Z takim wnioskiem zaczęłam sweterek drugi, który na razie wygląda jak kupka nieszczęścia. wszędzie nitki, agrafki, ale coś czuję, że będą z niego ludzie.


Robię go z bawełny, którą kupiłam strasznie dawno temu i nie jest to ogólnie znana wersja dla męża (wiadomo przecież, że wydatki z przeszłości się nie liczą w budżecie domowym). Jest to moje piąte (sic!!) podejście do tej włóczki. W pierwszym miał być pulowerkiem przez głowę i nie dodziergałam nawet do pach. W drugim podejściu miał być zszywanym rozpinanym kardiganem. Po drobnych przygodach (i przyszyciu przodu w miejsce rękawa) powstał, został wyposażony w guziki i obfotografowany. Nawet poświęciłam się i zabrałam go dwa razy do pracy, ale z bólem przyznałam, że nie zasługuje. Bo szwy krzywe, fason krzywy - sprułam. W trzecim połączyłam go z wiskozą i jeszcze nie sprułam, ale też w nim nie chodzę. W czwartym udziergałam korpus i po trzech latach siedzenia w szufladzie, doszłam do wniosku, że muszę mieć wzór, żeby sweter miał fason i rozmiar. Wybrałam więc dla niego Softly Hani Maciejewskiej i jestem pełna nadziei, że szczęście sprzyja wytrwałym, jakby powiedział Eneasz, gdyby robił na drutach.
Trzymajcie kciuki, żebym nie zrobiła z niego ściereczek eko, bio i zero-waste, jak mi nie wyjdzie po raz piąty. ;)

Przybywa też temperaturowego szaliczka, znacznie się ocieplił, a teraz znowu się ochładza. Ale magnolie i tak kwitną, czego i Wam życzę.


Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :))

niedziela, 21 kwietnia 2019

Świątecznie z Potopem

Radości i spokoju w dnie świątecznie i powszednie!


Taką ręcznie zrobioną pisankę dostałam i zdjęcie nie bardzo oddaje jej urodę. :D

Ja rónież swój plan wykonałam: porządki zrobione, sałatki nagotowane, mazurki upieczone, serwatka wykrochmalona i zblokowana:


A teraz siedzę sobie ze świątecznym winem i sernikiem oraz świątecznym Potopem, czego i Wam życzę! Dobrego dnia! :))

PS. Tak myślałam, że gdzieś mam z nią zdjęcie:

niedziela, 7 kwietnia 2019

Ptasie zasadzki w językach

"Piszę sztukę, którą skończę chyba nie wcześniej niż w końcu listopada. Piszę ją nie bez przyjemności, ale bezczelnie łamię prawa sceny. To komedia, trzy role kobiece, sześć męskich, cztery akty, pejzaż (widok na jezioro); mnóstwo rozmów o literaturze, mało akcji, miłości na pudy."
Dzieła, op. cit., t. XI, s. 448-449, Antoni Czechow


Dramatów za bardzo nie lubię, nigdy nie mogę bezboleśnie przebić się przez didaskalia, nie mogę zapamiętać obsady i ciągle sprawdzam w spisie, brakuje mi opisów przyrody i męczy dialog. Nie lubię dramatów, więc nie czytam właściwie, ale kiedy przeczytałam, co o Czechowie pisał Nabokov, bardzo chciałam przeczytać "Mewę". Zaczęłam jej szukać, było to dawno, nie umiałam jeszcze korzystać z Allegro, internet był wtedy jeszcze mały i dziwny, chociaż Google już miał. Szukałam "Mewy" tak zawzięcie, że kiedy wymyślałam swój login do Biblionetki, to właśnie Mewa przyszła mi do głowy. Była już zajęta, więc wykorzystałam tytuł oryginalny i tak zostałam Czajką.

Z czasem dotarłam do opowiadań Czechowa, do jego wspomnień, do wspomnień o nim, do jego listów i bardzo go polubiłam. Miałam nawet plan, żeby na biureczku postawić sobie jego zdjęcie oprawione w ramkę, ale nie miałam jeszcze wtedy swojego biureczka.


źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Anton_Czechow

Jednym słowem, polubiłam Czechowa i jako pisarza i jako człowieka. W końcu po latach znalazłam Czajkę w Wyborze dramatów i przezwyciężywszy ekonomiczne rozterki (Czechow drogim pisarzem jest, co w sumie jest budujące i cieszy), kupiłam. Kupiłam i przeczytałam. Niespodziewanie podobała mi się, mimo że dramat, może dlatego, że jak pisał sam autor:

"Przypomina raczej opowiadanie."
Dzieła, op. cit., t. XI, s. 448-449, Antoni Czechow

Nie będę pisać o sztuce, bo byłoby to tak samo nierozważne, jak gdyby filolog rozwodził się o susceptancjach, stanach nieustalonych i sterowaniu rozproszonym (zresztą istota susceptancji też jakby mi się zamgliła nieco), ale mogę napisać, co sobie pomyślałam, bo pomyśleć każdy może, nawet niebranżowy. Otóż pomyślałam sobie o pewnym programie telewizyjnym w dawnych czasach, kiedy miałam lat bardzo mało, a telewizja miała tylko jeden program. Nazywało się to "Piórkiem i węglem" i polegało na tym, że profesor Zinn opowiadał o architekturze, a opowieści swoje na żywo ilustrował tytułowymi akscesoriami. Największe wrażenie robił na mnie proces powstawania rysunku. Pojawiała się jakaś cienka kreska od niechcenia, potem grubsza jakby przypadkiem, jakaś jaśniejsza i jeszcze jedna, i jeszcze kolejna, aż wreszcie profesor stawiał ostatnią i wtem kościół czy dom, stawał przed naszymi zdumionymi oczami jak żywy.

Tak samo jest u Czechowa - jakieś rozmowy, jakieś wędki, aktorki, jezioro, konie wiecznie zajęte, wszystko od niechcenia i familiarnie, padają kolejne numery loteryjki i nagle odnajdujemy się tak bardzo blisko tych jego bohaterów i tak blisko opowiedzianej przez niego historii, że staje się ona zupełnie naszą.

Przeczytanie "Mewy" przyniosło mi też element poznawczy, otóż bowiem okazało się, że Czajka to nie Чайка, ale Чибис, co jakby od początku było wiadomo, skoro Чайка to Mewa. Jeśli zatem chcę mieć awatar z eleganckim czubeczkiem, z którym to się już utożsamiłam, to nie mogę być z Czechowa. Jeśli mam być z Czechowa, to logo powinnam mieć z czerwonym, długim dziobem i srebrzystymi skrzydłami. Zostałam więc w rozdarciu, jak ten Indianin z Ameryki i Hindus z Indii. Języki i geografia potrafią jednak być bardzo podchwytliwe i trzeba być niezwykle czujnym. Niczym Чибис.

Na pocieszenie zakładałam dramaty bardzo wdzięczną zakładką, która nic wspólnego nie ma ani z czajką, ani z mewą, ani z czibisem.


Kończę też pierwszy rękaw jedwabnej bluzeczki i chociaż przez cały czas dziergania miałam mieszane uczucia co do koloru, to musze przyznać, że po założeniu jest nawet twarzowy i korzystny.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)