czwartek, 29 stycznia 2015

Piękne katastrofy

Czasami nic nie zapowiada katastrofy i wszystko jest pięknie. Kolor, tytuł, wzór, autor, fason, okładka. A jednak, jednak, z tych pięknych zapowiedzi mamy piękne katastrofy. trudno nawet do nich mieć żal. 
Kozeta i Judasz z ulicy Iglastej. Kozeta autorstwa mojego, Judasz autorstwa Jana Tomkowskiego. 
Twórczość pana Tomkowskiego już trochę znam. "Zamieszkać w bibliotece" - marzenie chyba każdego książkowego fascynata. Pisze pięknie - o muzyce, o malarstwie holenderskim, o Prouście. Czytając go miałam wrażenie, że w białej bluzeczce siedzę w pierwszych fotelach teatralnych. Jakoś odświętnie można była dotknąć kultury. Ale ten Judasz. Ani to powieść, ani to eseje. Krótkie opowiastki o niciach, o byle jakim mydle, o hałasującej krzesłem sąsiadce. Gdyby to może było opowiedziane błyskotliwie, gdyby zakończone świetną puentą. Ale nie jest. Brnę więc przez to narzekanie na jakieś lekarskie zaświadczenia, na nieodbyte wyjazdy, na nieoświeconą brać robotniczą i oddycham z ulgą, kiedy przestaje być o autorze (narratorze), a  zaczyna o literaturze. 
"A potem przyszli cudowni mnisi, którzy nie uważali swego życia za zmarnowane, jeśli choć raz przepisali Biblię!"
I nagła zazdrość mnie ogarnia, chociaż wiem, ze oni tak na stojąco, w zimnie i na głodnego. 
Ale takich perełek jest za mało jak na 238 stron.



Kozeta jest równie piękną katastrofą. Ma same zalety. Włóczkę ma połyskliwą i gładką. Warkoczy ma w ilościach, które nawet mnie pozwoliły na wyszkolenie się w zaplataniu ich bez schematu. Skończyły się rozważania, które oczka za robótką, które przed robótką, teraz sama wiem.
Ale ta balerinka z warkoczami, to nie jest mój fason, bo on najlepiej wygląda na płaskim, a płaskiego ci u mnie mały dostatek.
Dziergam więc drugi, ostatni w niej rękaw i obmyślam kolejny projekt. I jak to jest, że najlepiej się obmyśla projekt z tej niekupionej jeszcze włóczki?
Włóczka siedzi w koszyku i czeka na wynik mojego bicia się z myślami. Ale że na horyzoncie nowy miesiąc z wypłatami, więc myśli mogą zostać pobite. Myśli myślami, tymczasem starsze dziecko zgubiło czapkę. Swoją jedyną, kupną czapkę. Poruszona w sumieniu własną niedobrocią matczyną, co ciągle dzierga młodszemu dziecku, a starszemu nic, odłożyłam na bok Kozetę i w dwa dni wyprodukowałam granatową Lopi.


 I ciągle mam chęć na sweter z tej wełny. Mimo jej niemożebnego gryzienia. I może kiedyś go sobie zrobię. Zrobię, choćbym tylko miała patrzeć na niego i myziać.

Dziękuję bardzo za komentarze i odwiedziny! Miłego dnia, chociaż już czwartek i środa już dawno minęła. :)

środa, 21 stycznia 2015

Śniegi w szale

Niespodziewanie w kalendarzu środa.

Weszłam w sobotę do pasmanterii obejrzeć guziki, bo, jak wiadomo, nie kupuję nowych włóczek. Prawie ich nie widziałam na regałach, nie widziałam jak zwijają się w motki, powiewają włoskami, kuszą kolorami. Dzielnie przeszłam mimo. Aż tu nagle błysk. Błysk na regale, błysk w moim oku.
Lubię jak błyszczy, co na to poradzić, jestem beznadziejną sroką, będąc małą dziewczynką obwieszałam się potajemnie koralami mamy i przystrajałam w jej pierścionki. Właściwie bez wyrzutów go wzięłam na akcję. Wypełni misję jednego motka jako agent 05. Kryptonim - szal w karnawale.
I taki był milutki i błyszczący (jak już wspominałam), że w domu dokupiłam mu kolegów licznych na sweterek. Ale to już mroczne oblicze nałogu w szale wyprzedaży.

Dziergam zatem karnawałowo, nitka błyszczy powabnie i metalicznie. W tych błyskach czytam o śniegu i mrozie.
"Ludzie budzili się późno, bo nie było już poranków."
Uczciwa oszustka, Tove Jansson
Trocha szkoda, że mój budzik o tym nie wie. Podejrzewam, że szef też nie, więc nie chcę za bardzo sprawdzać.


Pytanie Tove - odpowiedź Muminki. Ale to nie całkiem tak jest. Tove Jansson na początku była malarką. Potem stworzyła Muminki. Potem była pisarką dla dorosłych. I chciała choć trochę uwolnić się od Muminków (jak dziwnie, bo przecież są takie kochane).
W "Uczciwej oszustce" Muminków nie ma, bo jest śnieg, a wiadomo, że jak jest śnieg to one śpią z igliwiem w brzuszkach. Uważny czytelnik dostrzeże je może, jak wymalowane w kwiatki przemykają przez las. Zupełnie do niego nie pasują, pomijamy je zatem milczeniem i patrzymy co jeszcze widać w tym śniegu.
Widać dwie kobiety, jedna starsza, wycofana nieco z życia, jakby obumarła, obciążona balastem wspomnień i nieodpisanych listów. Druga zdecydowanie młodsza, z jasnym celem i jasnym planem.
Spotykają się, co budzi oczywiście szereg napięć i szereg wątpliwości. Co jest uczciwe i co się powinno. I czy rzeczowy rozsądek jest dobry, czy czasem nie lepszy jest święty spokój i zimna grochówka z puszki. Nic się tutaj nie rozstrzyga, jak w życiu prawie.

Jest też młody chłopak i jego marzenie o łodzi. Łódź jest ważna, łódź to wolność.
Są też książki "nowiutkie, lśniące i kolorowe, kuszące przygodą." Jest też szydełkowanie pozwalające odpocząć myślom.
Czy to jest Jansson, taka jaka była, jak powinna być i o jakiej marzyła? Może tak, może nie, ale na pewno jest to niebanalna, mroczna nieco, intrygująca historia. Napisana oszczędnie, bez niepotrzebnych ozdób. Błyszczy się w niej tylko to, co musi.
I tylko ta okładka, ładna sama w sobie, do tej książki mi nie pasuje. Przynamniej bardzo pasuje do mojego szala w karnawale.

Z rzeczy skończonych mogę zaprezentować Medeę, czyli żar w popiele:


Super lekka, super wygodna i super ciepła.
Verdi Drops 07
106 g
druty nr 6 (ściągacz) i nr 7 (sweter)
Wzór Dropsa

Z rzeczy zakładających - owca (oczywiście):


Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze Pozdrawiam serdecznie, miłego wieczoru! :)

czwartek, 15 stycznia 2015

Żaba z wyzwaniem

"...mamy tu cudowny ogród, cieniste alejki, zakątki, rzeczułkę, młyn, łódkę, księżycowe noce, słowiki, indory... W rzece i stawie są bardzo inteligentne żaby. Chodzimy często na spacery, a ja zazwyczaj zamykam oczy i wyciągam ramiona, imaginując sobie, że pani też wyciąga je ku mnie..."
Czechow, listy za "Antoni Czechow jego życie i twórczość" Elsa Triolet

Znowu czytam o Czechowie. Króciutka książeczka napisana przez Rosjankę po francusku. Trochę jest Lenina w tle ale nie jest to szczególnie męczące. Sporo cytatów z samego Czechowa.
A Czechowa zawsze dobrze czytać. Jest w jego opowiadaniach, listach coś takiego co nas wrzuca bezboleśnie w jego świat. I czujemy się wtedy jakbyśmy sami słuchali tych inteligentnych żab i spacerowali w księżycową noc.

Bo noce faktycznie są księżycowe, nie spaceruję jednak chwilowo, ale dziergam. A dziergam na ogół w trudnych warunkach, zeszyt z wzorami ciągle się zamyka od razu na kolanach, albo zsuwa się na podłogę i tam zamyka, aż w końcu męża wzięła litość nad moją niedolą i olśniony nagłym pomysłem wyciągnął z szufladek nieużywany już pulpit na nuty.
Żeby nie być gorszą,  mnie też olśniło, zamykający się od dwóch lat zeszyt wymieniłam na kołonotatnik i mam. Wzory, ołówek, notatnik, wszystko w jednym łatwoprzestawne, łatwoprzesuwne i łatwoustawne.
To czerwone obok pulpitu to moja zaczęta w październiku (kiedy on był?) Kozeta. Zamknęłam ją w szafie trochę ze względu na wciskające się w grafik czapki, ale trochę ze względu na przełom w warkoczach. Przełom w warkoczach polegał na rozmnożeniu licznym warkoczy rozłożystych  i wpasowaniu ich w warkocze chude. Opis Dropsa nie pomagał, zamiast więc znowu poświęcić jedną niedzielę na zrozumienie opisu, przygnębiłam się i poddałam. A kiedy skończyłam wszystkie czapki i pęczki i Medee, wyciągnęłam nieszczęsną Kozetę i cały wieczór czytałam o warkoczach. Po kilku godzinach czytania, liczenia w pamięci, liczenia w kalkulatorze, omijania pułapek w opisie, okazało się wreszcie jasno, które warkocze są z przodu, które z tyłu i że razem jest ich trzynaście. Uzbrojona w tę wiedzę, kołonotatnik, pulpit przebiłam się przez korpus aż do pierwszego rękawa.

Jest to drugie zadanie (dokończenie robótki ubiegłorocznej) z podjętego niefrasobliwie wyzwania 15 projektów w rok. Niby coś mówią o odróżnianiu odwagi od głupoty, ale ja na razie czuję się odważna przeważnie.
Pierwszym zadaniem jest komplecik - znana skądinąd czapka i komin. Pozuje oczywiście Bubulina:



Komin waży 178 gram, robił się drutami nr 6 i dobrze się nosi. Pachnie na razie odrobinę owczarnią, bo na razie nei było czasu go prać, od razu poszedł w służbie ocieplającej do pracy i z powrotem.

Przyjemnego dziergania z czytaniem nieustająco, bo dziś już trochę jakby nie środa, ale czwartek.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze, miłego dnia! :)


środa, 7 stycznia 2015

Czekając na piórko z kominem


"Czas w te wieczory (od Wigilii Bożego Narodzenia do Trzech Króli) przepędzano przy ognisku domowym na śpiewaniu kolęd lub innych pieśni nabożnych i światowych, opowiadaniu starych baśni, wzajemnych odwiedzinach i rozrywkach domowych."
Gloger

Czyli jednym słowem rozrywki środowe u Maknety.

"Przestrzegano też surowo, aby po zachodzie słońca nikt nie prządł, nie motał przędziwa, nie szył i w ogóle nie pracował ostrymi narzędziami. Mówiono, że kto w te wieczory przędzie i mota, będa mu się wilki motały do obory."
Polskie tradycje świąteczne, Hanna Szymanderska

Ja jednak śmiało pracowałam drutami, brak obory zdecydowanie umacniał mnie w walce z zabobonami i w ramach rozrywek domowych opowiadałam stare baśnie. Lubiłam opowiadać baśnie, lubiłam tę precyzję fabuły, kiedy to darowane w podzięce piórko zawsze okazywało się potrzebne w kluczowym momencie. No ale potem wszyscy wyrośli, najmniej ja, ale i tak nie miałam komu opowiadać, więc wydałam swoje baśnie myśląc, że je na zawsze pamiętam. Był sobie król, miał w sadzie złotą jabłoń, która raz w roku (chyba raz w roku) rodziła złote jabłka. I ktoś te jabłka wykradał rok w rok, więc w końcu król poprosił trzech synów, to było jasne i klasyczne, pilnowali po kolei, zasypiali, najmłodszy nie zasnął, to wiadomo, no ale po co mu było to piórko? I skąd wziął się smok? A koń? Coś było z koniem, coś było z rzucaniem włóczni, chyba w innej już baśni, jakieś dłubanie przez ścianę i jakiś upajający zapach Bazylijki.

Pamięć jednak nie jest tak wieczna jakby nam się wydawało, zapomniałam swoje ulubione baśnie, rzuciłam się więc do internetu, w nim jest prawie wszystko, moje baśnie też były, niestety okazały się baśniami cennymi nadzwyczaj. Wykazawszy się nadzwyczajnym rozsądkiem i opanowaniem wobec liczb trzycyfrowych (teraz oczywiście trochę żałuję) nabyłam egzemplarz z lekka zszargany, ale na moją kieszeń. Z bliska zszarganie okazało się być znaczące, ale piórko wróciło na miejsce, wyjaśnił się pobyt smoka w beczce z trzema obręczami oraz rzucanie włóczni, a Bazylijka rozsiewała w komnatach cesarskich upajający zapach, cesarz się nią opiekował, mówił do niej i podlewał, aż w końcu ona nocami zamieniała się w dziewczynę o długich, złotych warkoczach a on musiał wyjechać na wojnę. I wtedy nagle zabrakło ciągu dalszego, kartki były wyrwane. Rzuciłam się do internetu, zostały już w nim same drogocenne egzemplarze, bo te zszargane wykupiłam i już myślałam, że nigdy się nie dowiem, co się stało z Bazylijką, kiedy niespodziewanie bratnia dusza książkowa przysłała mi swój własny egzemplarz, szczęśliwie strony w nim były wszystkie. I już wiem, że Bazylijka została wyzwolona od niedoli i żyła potem z cesarzem długo i szczęśliwie.
Jeżeli nie musimy, nie wyrzucajmy swoich baśni. I jeśli możemy, nie kupujmy mało włóczek.

 Miałam motek szarej lopi, wrzucony do koszyka bez szczególnego planu, przy okazji zakupów czapkowych dla dziecka. Wrzuciłam motek na druty w Nowy Rok natchniona wzorem prostym na czapkę. Wydziergałam go błyskawicznie, bo naprawdę jest prosty. Na Bubulinie wygląda jak beret:
    

Ale na mnie wygląda jak czapka:


 Druty nr 6, waży 68 gram, Alafosslopi. Dzisiaj ją testowałam, było minus dziesięć stopni, czapka nic nie gryzie, jest bardzo ciepła, nieprzewiewna (to znaczy wiatr nie przewiewa) i zgrabna.
Zachęcona urodą czapki, zapragnęłam mieć do kompletu komin, wrzuciłam pozostałe 32 gramy na druty


powstało go sześć centymetrów gustownego komina, a reszta, jak można się tego domyśleć, czeka na poczcie. W postaci włóczki w paczce. No dobrze. W dwóch paczkach. Bo jak mówi starożytne przysłowie - czego z piórkiem można zapomnieć, tego z włóczką może zabraknąć.

Miłego dnie! Dziękuję bardzo za odwiedziny i miłe słowa! :)

środa, 31 grudnia 2014

Cykle i czapki

Dzisiaj środa, maiła być we wtorek, ale nie zdążyła, więc jest w środę. Czytanie z dzierganiem.
 
Wkręciłam się w wigilijne lepienie pierogów i świąteczne odpoczywanie pod choinką. Zostałam za to nagrodzona od Mikołaja nową częścią Jeżycjady, czyli "Wnuczką do orzechów" Małgorzaty Musierowicz.
Wnuczka kusiła niebieskim spojrzeniem i niebieskimi koralami, porzuciłam więc w połowie Papierowy świat i w pierwszym tomie Dwór wiejski i rzuciłam się w świat pewnej poznańskiej rodziny, która tym razem przeniosła się ze wszystkimi swoimi książkami na łono przyrody. Mówiąc w uproszczeniu.
Cykl Małgorzaty Musierowicz jest generalnie przeznaczony dla młodych panienek, ja trafiłam na niego przypadkiem, zainteresowana jej felietonami o książkach drukowanych w Filipince (to były czasy, nie ma już teraz takich pisemek, westchnę sobie). Zastałam zajeżycowana, chociaż mlodą panienką już wtedy nie byłam zdecydowanie, ale wcale się sobie nie dziwię.
Duży stół w kuchni, błękitne kubki, herbata w dużych ilościach, świeżo pieczone ciasta i wszędzie, wszędzie książki. Na regałach, na parapetach, na fotelach, w wannie (też się chyba zdarzyło). Pojawia się też wątek dziewiarski (jedna z głównych bohaterek dziergała swetry w spółdzielni, ale nie został on potem rozwinięty).

Musierowicz ma niezwykłą umiejętność zawierania w niewielkiej w sumie objętości nie tylko fabuły i cech postaci, ale ogromną ilość szczegółów, które, o dziwo, nie ciążą na tekście, ale są tak sobie od niechcenia. Zawsze wiemy jaka jest pogoda. Co Cesia niesie w siatce. Jakie kluski mają na obiad Lewandowscy. Pod jakim numerem mieszkają Borejkowie. Mieszkają na Roosvelta 5. Byłam tam zresztą oczywiście pewnego pięknego dnia siatką pełną książek, jakżeby inaczej:

  Nie tylko ja zresztą byłam, wielbiciele Borejków tak często nawiedzali prawowitych mieszkańców, że ci musieli się wyprowadzić. Bo to właśnie jest taka literatura - niby wiadomo, że zmyślona, ale będąc w Poznaniu cały czas miałam wrażenie, że jakaś rudowłosa Borejkówna wypadnie z zadrzewionej alejki.

"Wnuczka do orzechów" zatem. Przeczytałam ją w dwa dni i z ogromną przyjemnością. Mówią, że nowe tomy, to już nie to. Ja jednak nie narzekam. Pewnie, można ponarzekać na to i owo. Ale moje oczekiwania zostały spełnione - były książki, lasy bukowe, orzechy, upał, lody porzeczkowe, miłość od pierwszego wejrzenia i pulchne ciasteczka.
Miasta tylko było mało, bo "we wszystkich miastach świata jest tak samo". To prawda, zatem Wnuczkę zakładałam zakładką z choinkami.
W chwilach wolnych od odpoczywania nad książką, odpoczywałam nad drutami. Wyprodukowałam drugą czapkę dla dziecka:


Czapka ze słynnych owiec islandzkich, bardzo ciepła i bardzo gryząca, z zabójczymi włoskami:


Dziecku czapka w miarę się podoba, ale ma jeszcze jedną koncepcję, w związku z czym znowu czekam na paczkę. Tym razem ma być chyba bez wzorków i bardziej obcisła. Jeszcze chwila i będę mogła wziąć udział w akcji dwunastu czapek. Nieuchronnie zmierzam w cykliczne dzierganie czapek.
Zwłaszcza, że nabrałam chęci na czapkę dla siebie wzorem wypatrzonym u Maknety.

Dane techniczne czapki z włoskiem:
włóczka Alafosslopi 88g
druty nr 5

Dziękuję za odwiedziny i komentarze! Oraz szczęśliwego Nowego Roku! :)

środa, 17 grudnia 2014

Rzeczy lekkie

Jedną z moich ulubionych scen jest scena z filmu "84 Charing Cross Road", w której Helen Hanff czyli Anne Bancroft siedzi na środku pokoju ze szmatką w ręce. Jest otoczona książkami powyjmowanymi z półek. Trochę sprząta, czule przecierając szmatką zakurzone grzbiety, ale głównie podczytuje. Podczytuje i się do nich uśmiecha.
Uwielbiam ten film. Film o miłości do książek, o londyńskim antykwariuszu i amerykańskiej pisarce. O starych kamienicach w Nowym Yorku i złoconych brzegach książek.

Wzięłam dwa dni urlopu sportowego i spędziłam je uprawiając liczne dyscypliny typu mycie kloszy z przeszkodami, skoki z drabiną, rzut ścierką oraz odkurzanie książek na czas.
Ja nigdy nie podczytuję. Zdyscyplinowana, biorę tom za tomem, odkurzam, wycieram półkę, stawiam na nią książki z powrotem równo, bo u mnie musi być równo. Nie podczytuję, bo wiem, że pierwszy dzień świąt by mnie tu zastał i drugi. Wyjmuję i stawiam, pierwsza półka idzie lekko, druga podobnie, ale przy trzeciej i czwartej zaczynam czuć ich ciężar.
"Niech żyją rzeczy lekkie" pisała Tove Jansson. No ba!
Pamiętam kiedy zeszłego roku w Boże Narodzenie wczesnym rankiem czytałam jej biografię przy makowcu, serniku i dwóch świeczkach, bo była długa, długa awaria. Właściwie poczytałabym jeszcze raz. Jeszcze raz popatrzyła na jej zdjęcia i na jej ilustracje. Na dwóch tomach Anny Kareniny rysunek gorsetu i lokomotywy. Jaki ładny. Właściwie poczytałabym też Annę Kareninę, o śniegu na peronie, o ich pierwszym spotkaniu, pierwszym tańcu, o koszeniu łąki, o pszczołach i ogórkach z miodem.

"Chochoły" Szostaka o ucieraniu sernika, rytuałach, uszkach w czerwonym barszczu, o kamienicy trochę w Krakowie, a trochę nie, jej pokoje maleją, powiększają się, gubią się w labiryntach, a życie trwa niezmienne. Poczytałabym jeszcze raz, ale grzecznie odstawiam na półkę. I kiedy wreszcie przeczytam te listy Seneki, kupione gdzieś w kiosku, który mieszkał nad łaźnią i narzekał na hałasy. Najbardziej dokuczał mu wyrywacz włosów spod pach, bo równie głośno piszczał on, jak i jego klienci. Na półkę.
Surowe, posępne kolory okładki, to Homer po norwesku, jeden z mojej kolekcji Homerów zapoczątkowanej przez trochę żartem przywiezioną ze Szwecji Iliadę. Nie poczytam raczej, ale jak miło, że wszędzie wydają Iliady i Odyseje:
"Jako když rolnik zasadi v zákouti sadu
do vlhké pudy zelený výhonek olivy štihlé;
vyrostl, zazelenal se, kolébán jemnými vánky"

Vyhonek oliwy kolebie się na wietrze, a ja odkurzam Kubusia, jedną z pierwszych książek, którą przeczytałam i która jest ze mną już tyle lat. Wspominam swoje dawne prezenty gwiazdkowe, imieninowe, urodzinowe, późno, późno zaczęłam sama kupować książki, wychodzić z domu bez żadnej a wracać z jedenastoma po to, żeby były czytane i żeby walczyły o miejsce na półce, bo u mnie w domu o miejsce na półce nie jest łatwo. No ale przynosiłam je w upał i w śnieg i w ulewny deszcz, martwiąc się czy nie przemokną w szmacianej torbie. Laurę Diaz przywiozłam z Gorzowa, Hamleta z warszawskiego Empiku, Lata Virginii Woolf z największego antykwariatu w Europie, który był w Warszawie, a którego już nie ma. "Jestem w raju, jestem w raju" tak w tym antykwariacie odbierała telefon moja przyjaciółka i dlugo nie można było z nią potem nawiązać kontaktu.
Biografia Milne'a spadła ze sklepowej półki wprost pod moje nogi - czy to nie był znak? Dwa tomy Czechowa z lampą naftową na okładce, kupione wręcz darmo i Propp z jego teorią bajki magicznej kupiony całkiem nie darmo. Tylko przemożna chęć przeczytania mogła osłodzić mi tę cenę.


Oczywiście nie każdą historię pamiętam w szczegółach. Zdejmuję w zdumieniu gruby zielony tom. To ja go kupiłam w czerwcu? Zatem jak dobrze, że nie kupiłam go drugi raz we wrześniu i trzeci raz w listopadzie.
"W dawnych, dawnych czasach, kiedy życzenia jeszcze się spełniały, żył król, którego wszystkie córki były bardzo piękne, ale najmłodsza była tak urocza, że nawet słońce, które wiele przecież widziało, dziwiło się, ilekroć spojrzało w jej twarzyczkę. W pobliżu zamku królewskiego rósł wielki, ciemny las, a w tym lesie pod starą lipą była studnia."
Bohater o tysiącu twarzy, Campbell

Co to ja miałam, ach, podczytywać nie miałam, kończę odkurzanie, ustawiam aniołki, zimowe pozytywki, choinki, moją ukochaną zimową zakładkę z herbatą i z oknem. Patrzę na połyskujące porządkiem okładki. Nie są lekkie, ale co tam, i tak niech żyją.





  Bubulina przetrwała porządkowy armagedon ulokowawszy się z Misiową w fotelu wśród licznych poduszek i gdyby umiała mówić, na pewno upomniałaby się o zdjęcie, bo to dziś środa czytania z dzierganiem. Robię zdjęcie.


A książka?! Powinna być jeszcze książka! Robię zdjęcie z książką.


I z robótką.


Sama nie mogę w to uwierzyć, ale dziergam kolejną czapkę dla młodszego dziecka. W sumie to dobry patent na kupienie włóczki wtedy, kiedy żadna przyzwoitość na kupowanie włóczki już nie pozwala.
Zapytać dziecko, czy ciepło mu w czapce żakardowej dwustronnie.
- W sumie ciepło. Raczej.
- A jak wieje?
- To trochę zimno.
- Jest taka wełna z islandzkich owiec, ponoć bardzo ciepła... czy może
 - OK

Wtedy głośno powtarzając w stronę męża - dla dziecka, kupuję na czapkę dla dziecka - wrzucam swobodnie trzy (przecież mnie też się coś należy) motki w koszyk. I dziergam ścisło, żeby nie było przewiewających dziur. Wełna doskonale równiutka, ale szorstka nieco. Lekko nie jest. Wzorek się obmyśla. Muminki siedzą w dolinie.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze, miłego dnia! :)

środa, 10 grudnia 2014

Roboty we dworze

Nastał szalony czas. Czas porządków, zakupów oraz gotowania. A ja, zamiast myć pudełka do ryżu i kaszy, oddzielać w szufladzie widelce od łyżek, przecierać kafelki, znosić ze sklepów mąkę, mak, gęsi, łososie, rozpuszczać miód na piernik i obsmażać mięsa na bigos, siedzę w wyrzutach sumienia i czytam o tym, jak radzić sobie we dworze. Od tego czytania gęsi w lodówce mi nie przybywa, ale za to wyrzuty sumienia mam coraz mniejsze, albowiem uświadamiam sobie jasno, ile pracy mnie ominęło w naszych nadobnych czasach.
Otóż bowiem nie muszę doglądać leniwej służby, nie muszę wyposażać pokoi gościnnych w białe pościele i naczynia nocne, firanek obszywać w perkaliki, nie muszę pcheł przeganiać z porzuconych w kącie ubrań dziecięcych, nie muszę z zagranicznych wojaży przywozić kucharzowi chustek do nosa, żeby palcami go nie obcierał.

Nie muszę gniazda obrzydliwego w kredensie likwidować, gdzie "panuje najczęściej zasłużony stary brudny kredencerz z dwoma adjutantami, jeszcze brudniejszym chłopakiem i bosym strożem, uzbrojonemi w tak nazwane kwacze; tam stoi brudne łoże i brudniejsze leżą sienniki, tam psy, koty, obiadają ogryzki, tam co wieczór gawęda, gdzie prócz lokai, ogrodnik, strzelec, stangret, przybywają, gdzie włodarz, ekonom, gajowy, czekają na rozkazy pana, tam z schowanych resztek potraw i z tylu gości, tworzy się zaduch najobrzydliwszy z melonowym zapachem". Nie muszę pilnować, żeby mi pomyj z kredensu przez jadalnię noszono, ani żeby go raz na tydzień winem myto.
Nie muszę uważać, żeby czepka o kaptur ogniska nie walać, ani żeby do pracy mieć gorset krótki. Mogę gorsetu nie zakładać wcale, a w tym zaoszczędzonym szczęśliwie czasie siedzieć w fotelu i czytać dalej "Dwór wiejski". Wyrzutów sumienia już nie mam praktycznie wcale. Martwi mnie jedynie moja podłoga w kuchni, która nie ma rynewki.

"Wracając do innych przedmiotów w kuchni, radzę ci mieć w niej podłogę ceglaną; z małą rynewką przez środek, lub bokiem. Co dzień kuchenna dziewka zleje podłogę wodą po obiedzie i zamiecie ją, mocno wycierając naprzod miotłą, potem ścierką na starej osadzoną szczotce. Woda tą rynewką spływa do ścieku, który z kuchni rurą przez mur przeprowadzoną idzie do ogólnego w podwórzu kanału, o którym niżej. Bez tych wygód ani myśl o czystości w kuchni, w podwórzu i nigdzie"

No trudno, szmatą będę musiała przetrzeć i to bez dziewki. Tymczasem czytam dalej


DWÓR WIEJSKI. 
Tom 1     
dzieło poswięcone gospodyniom polskim, przydatne  i osobom w miescie mieszkającym     
przerobione z francuzkiego     
Pani Aglaë Adanson     
z wielu dodatkami i zupełnem zastosowaniem do naszych obyczajów i potrzeb,     
przez Karolinę z Potockich Nakwaską,     
w 3 Tomach.

Jak pięknie się wtedy wydawało książki, autorka zbierała od chętnych czytelniczek przedpłaty, a potem pisała dzieło i umieszczała ich listę na początku.
Czapska z Czapskich.  Dembowska z Witosławskich.  Drohojewska z Bawarowskich.  Działowska z Jezewskich.  Dzieduszycki Henryk,  Grabowska z Wyganowskich.  Łączyńska z Ponińskich.  Łączyńska z Biernackich.  Małowiejska z Morawskich.  Morawska z Szczanieckich.  Miączyńska z Potockich.  Nakwaska z Krajewskich.  Ossipowska, Józefa.  Pawlikowska z Jaworskich.  Potocka z Branickich.
Czytały "Dwór wiejski" tak jak ja, gotowały rosół na otwartym ogniu, pieczyste piekły na rożnie z kołem i spodziewam się (jak mówiła pani Nakwaska), że lubiły robótki.
To bardzo dobra lektura na ten szalony czas:

"Stoliki postaw do gry w miejscach próżnych.
Kanapę jedną dużą, drugą małą. Fortepian, jeżeli go masz. Stolik do pisania, drugi do roboty (bo spodziewam się, że roboty lubisz), niższą serwantkę na nóty. Stół okrągły lub owalny, z sukiennym nakryciem. Otóż bawialnia ładnie urządzona. Miej w niej jeszcze różne gry na czas jesienny, szachy, warcaby, krążki, twierdzę, świeże pisma czasowe, jakie albumy, karykatury; słowem wszystko, co gości rozerwać może."

Muszę się obejść bez miejsc próżnych, bez nót na niższej serwantce i stołu do roboty. Robotę za to mam jak najbardziej i robota ma już przody, tyły i kawałek rękawa. Moje milion pęczków z Dropsa


Muszę się też obejść bez gęsi, na szczęście i tak nikt u mnie gęsi nie lubi.
Zatem w dobrym samopoczuciu, przy nieco już ciemnej środzie, dziergam i czytam nie tracąc spokoju w ten nieco szalony, przedświąteczny czas. Czas zimowych kubeczków i oszronionych gałęzi.

Dziękuję za odwiedziny i komentarze. Miłego dnia! :)