środa, 29 lipca 2015

Plan bezbożny

I znowu środa, czyli dziergamy i czytamy z Maknetą. I obmyślamy plan.


Plan możemy obmyślać w kuchni, bo kuchnia dobrze robi na twórczość.
"Biografowie Konopnickiej przyznają, że poetka w dzieciństwie musiała często przesiadywać w kuchni, przypatrując się pracy kucharki i innych osób należących do służby, dlatego poznała dość dobrze środowisko prostych ludzi, którzy w przyszłości mieli zająć tyle miejsca w jej utworach."
Rozwydrzona bezbożnica, Iwona Kienzler

Co prawda najlepiej mieć wtedy kucharkę, ja nie mam, więc siedziałam głównie w pokoju i myślałam, co dziergać dalej. Muszelki wyprane, naciągnięte razem ze słynnymi piętnastoma oczkami razem na lewo:



oraz przetestowane w pracy:


Drugi rękaw kontrowersyjnego swetra na półmetku, jeszcze tylko trzy razy zapleść warkocze i dalej prosty mankiet. Brnę przez te warkocze od października (sic!) i biję się z myślami. Niby włóczka miła, równa, czerwona, wzór ozdobny, fason jak dla mnie, bo lubię rozkloszowane:


ale razem jakoś ciężko i sztywno. Ciężko było już w oryginale i czego ja się spodziewałam? Ciężko pruć tuż przed końcem, najwyżej poczekam do zimy i wtedy spruję. Bo w lipcu jednak sweter wełniany małe ma podstawy do istnienia, a mroźna zima każdemu doda uroku. Najważniejsze, że ciepły - jak mawiała moja Babcia. Zakręcam więc warkocze i myślę nie w kuchni. Celować z projektem muszę w jesienne dni słoneczne, bo z moim tempem dziergania, jest to najbardziej realna opcja. Musi to być coś z gatunku przyodziewków, bez których nie da się obejść, bo z moimi mało licznymi półkami, nie mogę sobie pozwolić na dzierganie sobie a muzą. Musi to być też coś w miarę prostego, biorąc pod uwagę mój status dziewiarki ciągle nabierającej wprawy. Takie ekstrawagancje jak Rosina odpadają. Czternaście stron opisu! No ale te liście! No i to przekonanie irracjonalne, że jak wydziergam sobie taką Rosinę, to będę, tak samo jak autorka,  pogodną, zdolną i szczupłą panią w pięknych niemieckich plenerach i luksusowych wełnach.

Myślę zatem, myślę i czytam. Dziwna książka, ta Rozwydrzona. Kupiłam ją zaraz jak zobaczyłam u Maknety, chociaż ja nie przepadam za Konopnicką, jedynie Sierotkę Marysię uwielbiam za Podziomka i za gwarę. I przeczytałam Rozwydrzoną jednym tchem, chociaż nie napisana jest najlepiej. I mam Konopnicką w głowie od paru dni, więc coś musiało być w tej książce, bo przecież sama poetka nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia jako osoba, taka wiecznie niezadowolona ze wszystkiego.  No i matką była okropną.
Sama biografia budzi niedosyt. Nie dość jest szczegółów, nie dość przyczyn, nie dość tytułowych sensacji, nie dość dobrego stylu (owo irytujące właśnie "autorka Naszej szkapy" jak w szkolnym wypracowaniu), nie dość tła, ale w tym wszystkim, niejako podskórnie, tętni życie a sama Konopnicka przebija się energicznie przez mleczną szybę. Taka sobie zwykła kobieta, wychodzi za przeciętnego (nawet tępego nieco) szlachetkę, rodzi ośmioro dzieci, odkrywa na strychu kilka zakurzonych książek, czyta je, a potem zabiera sześcioro żyjącego drobiazgu i jedzie do Warszawy zostać poetką. Aż żałuję, że jej twórczość tak się zestarzała, poczytałabym coś sobie. Bo to właśnie taka dziwna książka, że chciałoby się jeszcze Konopnickiej. 
Może znowu popatrzeć, jak Podziomek chodzi po izbie, dziwuje się jaju i wyjada kapustę z grochem?

Dziękuję bardzo za odwiedziny i za komentarze, miłego dnia! :)

środa, 22 lipca 2015

Tradycyjnie dziergając

"Rzeczywiście, poranną porcję gorzałki zastępowała coraz popularniejsza kawa."
Historia polskiego smaku, Maja i Jan Łoziński

Zamykam oczka muszelkowego szala, popijam kawę wczesnym rankiem,  i "bez defektów rozumu" (bo kawa, chociaż uzależnia, defektów jak gorzałka nie czyni) pojadę do pracy. I kawa mi wystarczy, bo "póki albowiem nie była znajoma kawa - tłumaczył Kitowicz - biała płeć dystyngowana na ranny posiłek używała polewki robionej z piwa, wina, cukru, jajec, szafranu albo cynamonu. Ale za to po poleweczce imoście domowe przechodziły często do apteczki i tam wódeczką mdlącą poleweczkę zakrapiając, po troszę się gorzałką rozpijały i na  rozmaite jędze, dziwaczki, chimeryczki, nareszcie na pijaczki ogniste wychodziły."
Pojadę do pracy, chociaż mogłabym przecież cały dzień czytać i dziergać z Maknetą, jak to w środy bywać powinno.


No trudno, dobre i dzierganie wieczorne, najważniejsze, że jędzą nie jestem od wizyt w apteczce, chociaż Czajkomąż nieraz ma niejakie wątpliwości. Nieuzasadnione z pewnością, ale i tak je wyraża głosem zbolałym.
Poza apteczką mamy u Kitowiczów przegląd kuchni polskiej od Piastów poczynając, na Gomułce kończąc i dużo zdjęć. Ostatnim jest zdjęcie saturatora - woda z sokiem, musująca i pełna piany była latem obiektem moich (i pewnie nie tylko) wzdychań dziecięcych, ale kosztowała pięćdziesiąt groszy i w związku z tym była pewną ekstrawagancją i luksusem. Ponoć mało higienicznym.  Jej smak malinowy i chłodne łaskotanie pamiętam do dziś.

Za to w pomrokach dziejów na ogół w kuchni było jednak strasznie. Masła używano do smarowania włosów, a kiedy potraktowano je jako produkt kulinarny, to czekano aż zzielenieje, było ponoć bardziej maślane w smaku. Serwety przyszywano do obrusów, żeby służba nie ukradła, gęś kolorowano słomą wyjętą z butów, rosół nalewano szczotką, do jajecznicy sypano cynamon i cukier, nad solą wieszono a to ząb rekina a to ząb narwala, jadano raz dziennie, ale posiłek trwał dziewięć godzin, a jeśli nawet nabierano wyrafinowania, to z przesadą i biedny Rej ubolewał na te "pozłoty rozliczne, ony kury pozłociste, ony orły, ony zające, a potrawa w pośrzodku za dyjabła stoi".

Czytam sobie o różnych ciekawostkach, o grochu, o burakach, o szczupakach gotowanych, pieczonych i smażonych i patrzę na obrazki, a co jeden to ładniejszy.


Zakładam oczywiście kuchennymi akcesoriami. Szal się skończył w miarę równo:

czeka go jeszcze pranie i blokowanie. Dane techniczne:
Alize Bamboo fine
trochę ponad 100g
ok. 50cm x 180cm (żałuję trochę, że nie szerszy)

więc mogę rozmyślać nad nową robótką (wiem, wiem, mam rękaw do skończenia, ale w takie upały wełniany rękaw jest ponad moimi możliwościami). Tymczasem jadę przez pola busem do pracy, wstępuję do przydrożnego sklepu po jabłko, a brać robotnicza przede mną też owocowe zakupy czyni, bardziej południowe, bo cytryny w spirytusie. No, myślę sobie, kawa kawą, a jednak tradycje narodowe nie całkiem zanikają.
"Trunki wielkim panom były zwyczajne: rano herbathe, czasem z mlekiem, czasem bez mleka, zawsze z cukrem, potem wódka gdańska, perisco, cynamonka, dubelt-hanyż (ta dobra musiała być), ratafia, krambambula. Napiwszy się po kieliszku, przejedli konfitur albo piernika toruńskiego, po tych chleba z masłem lub sucharków cukrowych i znowu powtórzyli raz i drugi po kieliszku wódki"

Bardzo, bardzo dziękuję za odwiedziny i za komentarze. :)
Miłego dnia!

środa, 15 lipca 2015

Córki w szalach


Czytanie i dzierganie długodystansowe z Maknetą. Jak to w środy bywa.
Mało mi było pani Gaskell ostatnio. Marudziłam, że za krótko, że niedosyt. No to teraz jestem usatysfakcjonowana - 860 stron drobnym druczkiem. Mogę się rozkoszować małym angielskim miasteczkiem, ploteczkami, skandalami, herbatkami, czepkami na co dzień i czepkami na niedzielę. Wątek romansowy jest porywający, nie mogę się wprost doczekać jak się rozstrzygnie i mam nadzieję, że tak, jak się domyślam.
Wszędzie różne robótki. A to z szyciem a to z drutami. Kobiety dobroduszne, zalotne, dobre i nieznośne.
Jednym słowem "Żony i córki" są świetne. I na słońce i na deszcz.

Synowie też są świetni, nie mogę narzekać, mam świetnych, chociaż rozmowy z nimi czasami (ale tylko czasami) mają przebieg odbiegający może nieco od oczekiwanego.
- Ładne muszelki dziergam? - podtykam pod nos starszego dziecka swoje rękodzieło.
- To? - patrzy we wzorek i stara się być miły - bardziej podobne do drzewa.
- Może odwrotnie będzie lepiej? - nie tracę nadziei i przekręcam szaliczek do góry nogami.
- Hm. Teraz do niczego nie jest podobne.

Nie zrażam się męskim niezrozumieniem wzorów artystycznych i dziergam dalej w każdej wolnej chwili. Odkąd dziurki w szaliczku się wyrównały, ochota do dziergania mi wróciły, już bym chciała go nosić, nie wymyślam żadnych prań czy prasowań, ale karmić rodzinę jednak trzeba.
- Co byś zjadł na obiad, - pytam młodszego syna i mam nadzieję, że może by zjadł pizzę z pizzerii za rogiem - może pizzę? - pomagam losowi.
- Pizzę? Nie, nie bardzo.
- To może kurczaka? - redukuję oczekiwania, ale i tak byłoby nieźle, bo czas wpakowania posolonego  kurczaka do piekarnika to jakieś pięć minut.
- Znowu? - przygnębia się dziecko. Nagle rozmarza się i ożywia najwyraźniej - Zjadłbym pierogi z jagodami.


Ech, trzeba było jako hobby wybrać myślenie z filozofią, z lepieniem pierogów pogodzić łatwiej a i pisać na blogu też byłoby co.  
Dziękuję za odwiedziny, komentarze i życzę miłego dnia!
A tymczasem idę zobaczyć co u Was się dzierga, czyta i lepi. :)

środa, 8 lipca 2015

Kwitnąca symetria

"Chciałam kupić tyle, żeby starczyło na sweter - oznajmiła Jacqueline. - Nie wiedziałam jednak, ile jej potrzeba, więc kupiłam tyle, ile mieli w sklepie."
Sklep na Blossom Street, Debbie Macomber


I jak tu nie polubić książki za taki cytat? Każda dziewiarka ma swój system kupowania włóczki. Mój mniej więcej polega na tym, że w trosce o portfel kupuję na początek skromne kilka motków, w czasie dziergania spostrzegam z przerażeniem, że braknie, loguję się do sklepu, wrzucam brakujące motki, widzę, że w sklepie został jeden, dorzucam więc sierotkę do koszyka. W sumie, jak teraz na to patrzę, moja metoda niewiele odbiega od metody Jacqueline.
A co fajnego poza cytatem? Oczywiście sklep z włóczką, w którym zbiegają się wszystkie wątki. Sama książka jest w sumie przyjemna. Przyjemna, odprężająca, obyczajowa powieść na lato. Pomimo przewidywalności (ale tu akurat chcemy, żeby wszystko się kończyło tak jak sobie wyobrażamy i mniej więcej tak właśnie się kończy). Pomimo pewnych powtórzeń i mało misternej fabuły i narracji, to jednak zaangażowałam się emocjonalnie we wszystkie historie.

"Jeśli potrafisz nabierać oczka i słuchać instrukcji, możesz zrobić na drutach wszystko"
Czy to nie budujące?

"Jeśli jesteś w stanie zliczyć projekty, nad którymi pracujesz, musisz zacząć kolejny, żeby mieć ich pełną gamę, od najprostszych, przy których nie trzeba myśleć, do najtrudniejszych, wymagających maksimum uwagi."

Tego nie lubię. Lubię mieć jeden. Niedługo minie trzeci tydzień, jak go mam. W dodatku jest z tych wymagających i jak to było widać w poprzednim odcinku - samowolnie asymetrycznych. Te krzywe dziurki niby mi nie przeszkadzały, ale spychały dzierganie na dalszy plan, nie da się ukryć. To przez nie wymyślałam kolejne pilne sprawy. Obejrzałam więc różne odcinki serialowe, wyprałam wszystkie zaległości urlopowe, zapastowałam podłogi, nagotowałam knedli z truskawkami, odbudowałam zasoby spożywcze w lodówce, aż w końcu przyszła niedziela i nie miałam innego wyjścia. Musiałam się zabrać za produkowanie kolejnych krzywych dziurek w kolejnych rządkach. I o dziwo, dziurki się zdyscyplinowały:


Zupełnie nie wiem jakim cudem, nie wnikam, dziergam dalej. Nie idzie to ekspresem, bo jednak trzeba liczyć i to nieraz nawet do piętnastu. Poza tym trzeba pilnować narzutów, które tylko czekają, żeby czmychnąć z drutów.
Zarys ogólny muszelki widać, chociaż niestety zdjęcia kiepskiej jakości, ale znowu mamy ranki ciemne przez te nawisłe chmury.

Chmurom wbrew życzę Wam miłego dziergania z czytaniem! I dziękuję za odwiedziny i ciepłe słowa. :)

środa, 1 lipca 2015

Muszelki w lesie

"Czas to tylko strumień, w którym łowię ryby"
Walden, Henry David Thoreau

W 1845 roku młody Thoreau przeniósł się do wybudowanej przez siebie (w znacznej mierze) drewnianej chaty nad jeziorem i żył w zgodzie z naturą. Pił czystą wodę, piekł chleb bez drożdży, hodował fasolę i patrzył jak las zmienia się latem, jesienią, zimą i wiosną. A potem napisał wspomnienia.


"Pożądane byłoby, aby człowiek ubierał się na tyle prosto, że potrafiłby się dotknąć w ciemności rękoma, aby pod każdym względem żył w takiej spoistości i gotowości, że gdyby miasto zajął wróg, mógłby je opuścić - jak pewien stary filozof - przechodząc bez obawy przez bramy z pustymi rękoma."
I chociaż generalnie zgadzam się z Thoreau, że przygniatają nas rzeczy, że pracujemy by nie tylko jeść, ale przyjemnie wypoczywać, a im bardziej ma być przyjemnie, tym bardziej musimy pracować, że zamiast jeść chleb robiony umytymi rękoma z wody i mąki, jemy bułki drożdżowe i pszenne, rogaliki maślane i pączki z konfiturą z dzikiej róży, chociaż więc zgadzam się z tym nadmiarem, to jednak, myślę sobie dziergając szal w muszelki,  nie jestem w stanie uciec przed wrogiem z pustymi rękami.
I chociaż "każde pokolenie wyśmiewa starą modę", to tak przyjemnie przecież ustroić się w nową. Muszelki w moim szalu otaczają się nieco krzywymi dziurkami, chociaż bardzo starannie trzymam się przepisu, to mnie trochę martwi:


ale same w sobie są w miarę kształtne i to mnie pociesza. A Walden? Walden ma urok, ma styl, ma dużo racji, ma jeszcze więcej uroczych cytatów, no ale nie wyrzeknę się nagle swoich zakładek, swoich porcelanowych kubeczków w fiołki i konwalie, swoich książek i swoich szali. W ramach kompromisu mogę iść z nim przez sosnowe zagajniki.
"Niekiedy udawałem się na wędrówkę przez sosnowe zagajniki strzeliste niby świątynie czy też przypominające flotylle statków na morzu, z postawionymi wszystkimi żaglami, powiewające gałęźmi, falujące światłem, tak ciche, zielone i cieniste, że druidzi porzuciliby swe dęby, aby tutaj odprawiać swe modły."
Walden, Henry David Thoreau

I mogę jeszcze z nim poczytać Homera, ale nie po grecku, bo kto teraz czyta Homera po grecku? No i mogę podziergać, ale to już nie z nim. Oczywiście z Maknetą, jak to w środy bywa.

Bardzo, bardzo dziękuję za przemiłe komentarze, odwiedziny i miłego dnia. I raczej z rzeczami. Potrafią być takie śliczne. :)

środa, 24 czerwca 2015

Krówki w bambusie

Po ostatniej serii swetrów nabrałam ochoty na coś zwiewnego i delikatnego i to zarówno w dzierganiu, jak i w czytaniu (jak to w środy u Maknety bywa).


Na drutach mam muszelkowy szal razemdziergany z Intensywnie Kreatywną, a w czytaniu "Panie z Cranford" Elizabeth Gaskell. Z szala nie wiem czy będę zadowolona, bo mam dopiero pięć rządków, jest dziergany z pozostałego mi po swetrze bambusa i ma być mocno ażurowy a krzywe conieco oczka mają się zdyscyplinować po blokowaniu.
Natomiast z lektury jestem zadowolona jak najbardziej. Jest to bardzo dobra, bardzo dowcipna i ciepła lektura na wakacyjny dzień w wiklinowym fotelu (ale nie tylko). Małe miniaturki w rozdziałach nanizane na niezobowiązującą i nienachalną nić fabuły stanowią w zasadzie całość każda w samej sobie. Akcja dzieje się w małym angielskim miasteczku na początku dziewiętnastego wieku. I świat tam jest zupełnie inny niż gdzie indziej, a nawet jeżeli ów podły świat z gdzie indziej wedrze się tam jakimś sposobem to i tak się zmieni. I można powiedzieć, że na lepszy.

W Cranford są głównie kobiety, żyją swoimi sprawami, z których jedną z ważniejszych jest kupno nowego dywanu, który potem trzeba zasłaniać gazetami przed słońcem. Panie z Cranford odwiedzają się wzajemnie i częstują herbatą, robią wykwintne podwiązki na drutach (ale to tylko niektóre), szyją flanelowe ubranie dla krowy (to tylko jedna), czytają pożółkłe listy, smarują cienko chleb masłem, ale kiedy jedna jest w potrzebie, to inne jej z pewnością pomogą. Takie tu wszystko jest miłe i przytulne, chociaż są zawiedzione nadzieje, choroby i śmierć też się zdarza. Ale jakoś ten świat trwa dalej. I wydaje się, że trwa bez wysiłku. Aż by się chciało posiedzieć z panną Matty przy kominku, przy niezapalonych świecach, dziergać pończochy i czekać aż Marta przyniesie pudding. Muszę powiedzieć, że styl pani Gaskell bardzo mi odpowiada. jest oczywiście starodawny niczym koronka u parasolki i to jest piękne, ale jest w nim też coś niezwykle współczesnego, może przez nutkę ironii, która pozwala się lekko zdystansować od nakazów, norm i obyczajów. I to nie jest nudne.
Panie wydane w przyjemnej serii "Angielski ogród" co uwidacznia się na okładce w prześlicznych różach. Przyjemne jest też to, że poza "Paniami..." dostałam również "Żony i córki", ale to w kolejnym odcinku.
Książka zakładana zakładką zintegrowaną (czytaj: niebieską wstążeczką), natomiast szal muszelkowy przekładany nowymi markerami z Magic Loop.


Markery bardzo ozdobne, przyjechały w paczce z kilkoma krówkami (Magic Loop ma ten słodki zwyczaj dorzucania do paczki) i jako mniej jadalne niż krówki, przetrwały do sesji fotograficznej. A skoro o paczce mowa, to paczki ze sklepu włóczkowego są zawsze bardzo smutne bez włóczki (mimo krówek), więc wrzuciłam do koszyka dwa moteczki Malabrigo. Mam plan zrobić z nich czapkę i szalik zimowy, a póki co ukrywa się w szafie. Nie przed upałem, więc chyba przed Czajkomężem.

Dziękuję bardzo serdecznie za miłe słowa i odwiedziny. Miłego dnia! :)

środa, 17 czerwca 2015

Włoska udręka

I znowu wyczekana środa u Maknety!

„Udręka i ekstaza” Irvinga Stone'a to jedna z pierwszych biografii, jaką przeczytałam. Było to dawno dawno temu, ale zapałałam do Michała Anioła i do jego Dawida ogromną miłością, która trwa do dziś.



Nigdy nie widziałam jego dzieł na żywo, ale moja przyjaciółka widziała Pietę, stwierdziła, że Pieta jest nieco pożółkła i stoi w głębokiej niszy, przyjaciółka na ten widok nie płakała ale pani, która stała obok tak. I ja też bym chyba płakała jak ta pani.
 
Wróciłam więc po latach do Udręki napisanej z ogromną pasją i znowu wzruszałam się jak malutki Michał Anioł uczył się rozcierania farb u Ghirlandaia (który wynalazł girlandę i stąd jego nazwisko a właściwie stąd nazwisko girlandy), jak trafił do szkółki rzeźbiarskiej, jak chodził sobie po toskańskich ścieżkach, jak w końcu pozwolili mu rzeźbić w marmurze a on ten marmur krajał niczym galaretkę z pigwy. Na nowo przeżywałam jak chodził po nocach robić sekcje i jak potem walczył z kolejnymi papieżami, jak kazali mu malować w męce sufit w kaplicy, odlewać posągi z brązu (które potem głupia tłuszcza przetopiła na działa), rzeźbić dziesiątki świętych w ubraniach, chociaż każdy wie, że Michał Anioł nie lubił rzeźbić w ubraniach. Całymi upalnymi dniami siedziałam na tarasie, dziergałam oczka prawe na przemian z lewymi i słuchałam jak Michał Anioł bez reszty oddawał się pracy, jadł mało, ubierał się byle jak i dopiero trzeba było dwóch udarów i blisko dziewięćdziesiątki, żeby wytrącić mu dłuto z ręki. W rzeźbach, we freskach został na nasze szczęście jego geniusz i jego kunszt.
Myślałam sobie nad swoim kunsztem i niezbyt trudno mi było skonstatować, że znacznie odbiega od kunsztu Michała Anioła. Nie wyssałam talentu do szycia i dziania z mlekiem matki (chociaż obie moje babcie zajmowały się szyciem poniekąd zawodowo), tak jak jemu ponoć udzieliła się miłość do marmuru od jego mamki z rodziny kamieniarskiej i pamiętam do dziś mój poważniejszy debiut krawiecki. Było to w czasach głębokiego niedostatku w sklepach i w telewizji, o Internecie nikt nawet nie śnił i chyba żeby jakoś zrekompensować ów brak rozrywek pani od wuefu przykazała nam nabyć białą koszulkę i zielone spodenki. Cudem udało mi się upolować owe spodenki w żądanym ekstrawaganckim kolorze (kanoniczny był bowiem granatowy), ale cud nie obejmował rozmiaru – spodenki były dużo za duże. Wyciągnęłam więc gumkę z tunelu, zrobiłam gustowne zaszewki po bokach ściegiem intuicyjnym, po czym ze zdziwieniem się przekonałam, że z racji tych zaszewek gumki już wciągnąć się nie da. Wzorem pomysłowego Dobromira, wycięłam po dwie gustowne dziurki w okolicach zaszewek i przeciągnęłam gumkę nad. Była nieco widoczna, nie da się ukryć, ale pełniła swoją rolę, Matka koleżanki, do której te spodenki w końcu trafiły, śmiała się długo i serdecznie.

Tak, myślałam dalej, trochę mi brak techniki, cierpliwości i precyzji wykonania, wszystko chciałabym od razu, bez ucierania farb i terminowania w wosku i bez poprawek. Jednym słowem – byle jak. Natchniona przykładem Mistrza, postanowiłam to zmienić.
Dwadzieścia razy obejrzałam serial Intensywnie Kreatywnej o włoskim zamykaniu oczek, przy czym w czasie ósmej powtórki nawet Czajkomąż zaczął identyfikować słownictwo i westchnął z bólem – przecież ten odcinek już oglądałaś, a kiedy spostrzegłam, że od tych rozmyślań o kunszcie dół przodu znacznie odbiega od wzoru kratek mauretańskich, nie namyślając się długo (no dobrze, chciałam ten błąd zostawić, ale okazało się szybko, że pomyliłam się tylko w jednym przedzie co już było widać bardzo, bo drugi się chełpił poprawnością) sprułam dzielnie kilka rzędów i poprawiłam dziada. Po czym już uważnie i w skupieniu zabrałam się do dziergania plisy. Obliczyłam w pamięci ile powinno być oczek, ucieszyłam się nieprzesadnie wysokim wynikiem, nabrałam je na druty i raz dwa udziergałam plisę. Moja radość okazała się przedwczesna. Już po zamknięciu pierwszego przodu nabrałam podejrzeń i przetestowałam plisę na organizmie żywym, czyli na mnie samej. Nie wiem jakim cudem spodziewałam się, że tak krótka plisa obsłuży długie przody i tył. Nie obsłużyła, sweter zwinął się w mało gustowną bombkę, w desperacji próbowałam rozciągnąć pliskę, która po tym zabiegu wyglądała niczym smętne rzeszoto, a elastyczne zamknięcie aż tak elastyczne się nie okazało. Bez paniki, nie jest to strzaskany marmur na przykład, da się spruć. Sprułam. Plisę pruje się łatwo bo do końca. W przeciwieństwie do nieplisy, kiedy to trzeba uważać, żeby nie spruć za dużo, więc ja pruję oczko po oczku. Nowa plisa wyglądała bardziej dziarsko, mięsiście i po dwóch dniach była gotowa. Pozostało mi jeszcze jej zamknięcie. 

Zgodnie z moim nowym programem artystycznym zamykałam oczka (326 sztuk) metodą włoską. Na każde oczko przypada sekwencja trzech  ruchów (prawie tysiąc), na każdy ruch przypada przeciągnięcie dziesięciu metrów włóczki (bałam się obciąć za krótkiej, więc ciągnęłam za igłą taką kilometrową). Zaczęłam zamykać zaraz po śniadaniu i zaraz potem straciłam kontakt z rzeczywistością. Udręka zamykania najwyraźniej objawiała się w moich oczach, czasem w wyrazach, bo Czajkomąż wykazywał się niezwyczajną dobrocią, przynosił nożyczki, pytał ile mam do końca, dopilnował żebym obejrzała odcinek mojego ulubionego serialu i przygrzała mu w tym czasie obiad, a na koniec, kiedy już zmierzchało i kiedy zakończyłam ostatnie oczka i lekko otumaniona przymierzyłam sweter, bardzo głośno i entuzjastycznie zachwalał estetykę i urodę ogólną zamknięcia. 
- Patrzysz nie na te oczka! – wykrzyknęłam po chwili – To zwykły łańcuszek!
Ale co tam, liczą się chęci. A włoskie zamknięcie – może nie ekstaza, ale naprawdę może być. Wyraźnie widać jak oczka przewieszają się przez krawędź dzianiny:



Generalnie jestem zadowolona – to znaczy jeszcze mi brakuje rękawów – fason bardzo mi odpowiada, uwielbiam kołnierze szalowe. 




 
Nauczyłam się pliski, wiem już teraz, że oczka brzegowe (czyli jedno na dwa rzędy) niezbyt współpracują, ale dałam radę na każdym zawiesić dwa i nawet nie ma dziur. Opanowałam zamykanie. Na pewno będę dziergać wariacje Mrs Skyler. Bawełna Drops loves You lekko sznurkowata i ma szereg nitek, ale do przeżycia, trzeba uważać. Nobliwa nie jest, ale do wygodnego biegania do pracy się nadaje. Nie gryzie poza tym, co jest dużym plusem.
Mam teraz ochotę na coś efemerycznego i ażurowego, żeby się wypróbować w moich nowych postanowieniach. 

Z akcentów urlopowych, kępa trawy, która okazała się być kwiatkiem ozdobnym:

 W ogóle fajnie mieć urlop wiosną, bo kiedy się kończy, przychodzi lato, które ma w sobie coś wakacyjnego. Nawet w pracy. Miłego dnia! :)

Dzięki za komentarze!