środa, 28 grudnia 2016

Magia z choinką

I nadszedł koniec świętowania, spotykania się i wielkiego gotowania, święta minęły, dzieci wyjechały a wielki garnek po bigosie trafił z powrotem głęboko do szafki.
Tradycyjnie zapewniłam sobie miłość i zdrowie jabłkami, odpędziłam złe moce śliwkami, przyciągnęłam szczęście i pieniądze gruszkami a miodem ochraniałam się od złego i zapewniałam bogactwo ducha. Wszystko to oczywiście według pradawnych wierzeń. Gęsi tylko nie piekłam, jako że germańskiego pochodzenia jest, miałam za to staropolską kapustę z grochem na ogólną szczęśliwość i pomyślność.
Trochę czytałam, prawie nic nie dziergałam, za to z dziećmi zrobiłam sobie powrót do przeszłości. Dawno, dawno temu, grywaliśmy świątecznym czasem w grę planszową. Teraz po latach komputerowej dominacji, gry planszowe znowu są w modzie, nasza stara gra okazała się być kultową i jej nowe, bardzo gustowne i wygodne wydanie sobie kupiliśmy.


Gra nazywa się "Talizman Magia i miecz" i jest naprawdę świetnym sposobem wspólnego spędzenia kilku godzin (bo kilka wolnych godzin trzeba mieć i duży stół w dodatku). Każdy ma swoją postać z określoną siłą, mocą, zdrowiem i zdolnościami, a w trakcie gry spotykają go różne przygody dobre i pechowe. Pojawiają się też różne postacie - jedne do zaprzyjaźnienia, inne wręcz przeciwnie. Plansza składa się z bogatych krajobrazowo pól - jest las i puszcza, miasto, wioska. Można iść do karczmy i zobaczyć co nas tam spotka albo gdzie indziej. Rozgrywka w całości jest pasjonująca, a zwłaszcza na koniec i wtedy nawet własne dzieci można ograbić z przyjaciół w emocjach. Jednak poza takimi haniebnymi incydentami, gra przebiegała w atmosferze radosnej i rodzinnej. Dużo śmiechu, dużo akcji, jednym słowem - szczerze polecam.



W temacie dziergania prawie skończyłam czekoladowy sweterek (zaczęty, o zgrozo, w sierpniu), pozostały mi tylko dziury pod pachami do zaszycia.
Poza tym nic nie robiłam, patrzyłam głównie na choinkę, malutką ale pachnącą. Mam na niej akcenty robótkowe (co prawda kupne, ale w przyszłości, kto wie?)


 i akcenty bajkowo-reniferowe


i pamiątkowe bombki mojej babci



Patrzę, wspominam i obmyślam kolejność dziergania z czytaniem na Nowy Rok. :)

Dziękuję bardzo za wizyty i za przemiłe komentarze, dobrego dnia!

środa, 21 grudnia 2016

Rozrywki inaczej

Weź miodu ile chcesz, rozpuść go, nakraj korzenia różnego, poprzetłukuj. zmieszaj z miodem, potym go przesmaż nieszmnując, nakraj skórek cytrynowych w cukrze smażonych, jeśli je mieć możesz, jeśli nie, to suchych, jak przestygnie przydaj mąki pośledniej tj. gryzu, zaczyń ciasto, wynieś go do piwnicy, niech będzie przez kilka dni, choćby tydzień, potym rób pierniki, zynguj cytą miodową, wsadzaj do pieca po chlebie.
źródło: http://otoruniu.net/piernikowe-recepty/

Cóż bowiem innego można robić tuż przed Wigilią? Wzięłam zatem miodu ile miałam w przepisie (bo w przepisach cukierniczych jestem bardzo akuratna i bez wagi oraz licznych miarek nawet nie zaczynam), rozpuściłam na ogniu,



nakrajanego przez dobre Prymaty korzenia wsypałam, skórkę pomarańczową mieć mogłam, ale nie chciałam, zaczyniłam ciasto mikserem i wyniosłam do lodówki. Lodówka ma tę zaletę w porównaniu z piwnicą, że jest bardzo niedaleko miksera. Piernik więc sobie dojrzewa nowocześnie, mogłabym właściwie czytać i dziergać, bo to dzisiaj środa z Maknetą, ale okazało się, że jeden piernik świąt nie czyni. Musi koniecznie mieć w towarzystwie wyprane firanki, pomyte podłogi i stołowe zastawy, pękate torby spożywczych produktów i mniej pękate zapakowanych prezentów.
Nie dziergałam i nie czytałam, rozrywałam się inaczej, ale teraz w zamian mogę patrzeć jak połyskują w zimowym świetle moje kryształy i porcelany


I mogę czekać na jutro, bo jutro zaczynają się dni zapachów. Będzie pachniało bigosem, grzybami i kompotem z suszonych owoców, sernikiem. Znowu sobie puszczę, jak co roku, Dziadka do orzechów, bo on bardzo pomaga przetrwać ten kuchenny maraton. Nawet jeżeli na koniec forma fizyczna jest beznadziejnie opłakana, to za to duchowa w doskonałym stanie i nastroju.

Czego i Wam życzę, dziękuję bardzo za odwiedziny i miłe komentarze. Dobrego dnia! :)

środa, 14 grudnia 2016

Wzorki w duetach

- Ludzie sami nie wiedzą, co świętują. - powiedział mój służbowy kolega po wysłuchaniu z radia kolejnej reklamy telefonu, telewizora, smarfonu, pepsi i perfum. - Myślą, że świętują prezenty.

Ech, pomyślałam sobie, ja wiem, że nie świętujemy prezentów ani choinki, ale co zrobić, kiedy lubię i jedno i drugie? Od dawnych czasów, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką, lubiłam się budzić rano w Boże Narodzenie. Choinka migocze kolorowymi lampkami, na ulicach jest cicho, czasem śnieżnie, pachnie piernikiem i pomarańczami, a na stoliku czekają prezenty, chociaż w Wigilię pojawiły się magicznie, to jednak nie znikły przez noc. Teraz, wczesnym świątecznym rankiem, kiedy zabiegana, pełna gości Wigilia minęła, można się nimi nacieszyć.
Najważniejsze były zawsze oczywiście książki, może z wyjątkiem mojej jedynej lalki z otwieranymi oczami, o wielu z nich zapomniałam, ale te, o których pamiętam zachowały ten szczególny urok zimowego, świątecznego czytania. Taki też jest "Duet" Elisabeth Kyle, czyli opowieść o Klarze i Robercie Schumannach, który dostałam na gwiazdkę od mojej ulubionej cioci.


Czytałam go wtedy zachwycając się odświętnością muzyki, koncertami, pięknymi sukniami, futrzanymi mufkami, karetami, czerwonymi jabłkami na targu.
Wróciłam do niej dzisiejszej środy z Maknetą i dalej w niej to wszystko jest. Klara ze swoją dobrocią, skromnością, umiłowaniem muzyki i wierna swojej jedynej miłości wbrew wszystkim przeszkodom.
Oczywiście, jest to książka dla młodych panienek, ale niezwykle wdzięczna i bez pretensji. Spokojnie, bardzo ładną polszczyzną prowadzi nas przez całe życie Klary, nie unikając trudnych tematów, a tych nie brakowało. Surowy, niesprawiedliwy ojciec, matka, która zostawiła ją, kiedy Klara była dzieckiem, no i choroba psychiczna Roberta. Jest też Paganini, przed którym Klara grała i dostała różową galaretkę, jest też Chopin. Jest też trochę króciutkich fragmentów z listów, co mnie bardzo ucieszyło.

"List był Tobą. Stałaś przede mną, rozmawiając i śmiejąc się, to żartobliwa, to poważna, to podnosząc, to opuszczając zasłonę jak dyplomata - krótko mówiąc list był Klarą, Doppelgängerin."
Tak pisał Robert Schumann do swojej przyszłej żony, kiedy się czyta takie listy, nabiera się ochoty na więcej.
Zupełnie inaczej jest z żakardami dwustronnymi w szaliku, kiedy szalik dobiega do ostatniego frędzla, człowiek marzy tylko o czymś, co nie ma wzorków. Tym bardziej, że do szalika dla młodszego syna dołożył swoją porcję wzorków obiecany pewnej pani komplecik:


Koniec żakardowej niewoli celebruję smarując kremem obolałe palce i okładając herbatą nadwyrężone oczy.
- Wiesz - mówi młodsze dziecko pakując szalik i duet z czapki i komina w wielką torbę - może byś mi jeszcze zrobiła taką naprawdę ciepłą czapkę w taki sam wzorek jak na szaliku. Ale to już w przyszłym roku - dodaje uspokajająco.

Jaka szkoda, myślę sobie po cichu, że przyszły rok jest już za niecałe trzy tygodnie.
Tymczasem "Duet" zakładałam zimową zakładką:

Na szalik zużyłam 200 g włóczki Fabel Dropsa, dziergałam drutami 3,25 (brawo ja - ma 130cm długości)
Na komplet 300g akrylu Supersoft Himalaya (bardzo przyjemna jak na akryl)

Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

środa, 7 grudnia 2016

Chciwość w kwiatkach

"- I pomyślałem – ciągnął dalej łgarz – że warto wyleźć po łodydze bobu na księżyc, żeby zobaczyć, jak też tam wszystko wygląda. I niewiele myśląc, zacząłem się wspinać i wyłazić, i wspinać, aż w końcu wylazłem na księżyc.
 - Hm, to wszystko mogło się stać! – rzekł król i mrugnął znowu na kata, żeby jeszcze raz poostrzył sobie miecz."
O tym, jak jeden chłop miał trzech synów, Gustaw Morcinek (w zbiorze "U złotego źródła") 

Łgarz był oczywiście jednym z wyedukowanych w świecie synów i starał się o posadę w rządzie. Strasznie, okropnie wręcz zmyślał, ale król (którego ciągle bolał brzuch i jadł z tego powodu suszone śliwki - na obrazku miał ich cały worek za tronem) wierzył mu we wszystko aż do pewnego momentu, ale nie będę tu zdradzać pointy. 
Ten mój ulubiony łgarz z ulubionego zbioru bajek przypomniał mi się w związku z moim ostatnim czytaniem. Pomyślałam sobie, że dobry pisarz musi umieć dobrze zmyślać. Musi opowiadać w taki sposób, żebyśmy uwierzyli mu we wszystko co nam opowie. Musi opowiadać nam tak, żeby ta łodyga bobu do księżyca była dla nas bardziej rzeczywista niż taka mała łodyga w ogródku.  

A czytam teraz "Chciwość" Marty Guzowskiej.

 Marta Guzowska doskonałym łgarzem nie jest. Czyta się "Chciwość" i jest jasnym, że ona się po łodydze nie wspina, ale siedzi przy biurku i wymyśla fabułę. To minus. Fabuła jest w miarę przemyślana i trzyma się krzepko mimo upału (który jest odczuwalny). To plus. No, może z wyjątkiem gonienia głównej bohaterki traktorem po wąskich uliczkach. 
"Chciwość" to kryminał, który dzieje się współcześnie na terenach starożytnej Troi (mniej więcej), bohaterką jest młoda i śliczna oczywiście archeolożka, bardzo zdolna złodziejka, ale o tym wiemy tylko na podstawie opisów samej bohaterki, co też jest minusem. 
Napisana jest potoczyście. Ale ze straszną manierą. Manierą ową jest właśnie dzielenie co drugiego zdania na pół kropką. Jak rozumiem, zabieg ów miał na celu przyspieszyć narrację. Ale nie przyspieszył. Po dziesięciu stronach tylko irytował i śmieszył.
Podsumowując, uważam "Chciwość" za kryminał w poprawnym wydaniu szkolnym, można go przeczytać z zaciekawieniem (jest kilka zaskoczeń) o ile przymknie się oczy na styl, lekką sztuczność i lekki niedostatek zabytków. Bo skoro akcja w Troi, to ja bym chciała mnóstwo o zabytkach, a tych jest kilka w dodatku potłuczonych albo sfałszowanych.

Do czytania dziergam oczywiście, zwłaszcza że dziś środa z Maknetą.
Z dzierganiem jest jeszcze gorzej niż z Chciwością. Nieopatrznie podjęłam się pewnych zobowiązań w kwiatki norweskie i w rezultacie pochłonęły mnie całkiem, a to co miałam zaczęte i nieskończone mam nieustająco nieskończone. Udało mi się tylko dokończyć dwie mitenki z Nepalu i z powyższego zdjęcia, pochować w nich nitki o świcie ciemnym i udać się w nich do pracy. 
Gdzieś w tle pamiętam o adwentowym postanowieniu u Honoratki. Mam nauczyć się szydełkować lalki dla dzieci. I znaleźć dzieci. Szydełko jest dla mnie narzędziem zdecydowanie obcym, miałam w dzieciństwie prześlicznie szydełkującą ciocię, ale widać ten talent się nie przenosi przez sporadyczną i pospieszną obserwację. Każda moja próba szydełkiem polegała na nieustannym liczeniu i kończyła się kształtami zupełnie zaskakującymi. Teraz jednak postanowiłam przejąć władzę nad narzędziem (prostym w konstrukcji przecież), włączyłam sobie liczne filmiki na Youtube no i mam pół głowy. Tylko pół ale za to w zaplanowanym kształcie czyli całkiem okrągłym. Mam tylko nadzieję, że w tym przypadku pierwsza połówka uczyni lalkę (lub miśka).



Jak widać, dziury są nieduże i tylko na czubku głowy, czyli na początku mojego nauczania, dalej nawet jest ściśle, ale w dalszym ciągu szydełkowanie jest dla mnie zadziwiające.

Dziękuję za odwiedziny, przemiłe komentarze i życzę dobrego dnia! :)

środa, 30 listopada 2016

Terapia niedźwiedziem

Nadeszła środa z czytaniem i dzierganiem u Maknety, a tu Czajkomąż przywlókł z pracy jakieś zarazki z wirusami i całkiem niespodziewanie jestem chora. Mam kaszel, katar, antybiotyk, syrop oraz zakaz wychodzenia z łóżka.
- Wpadnę do was - esemesuje młodsze dziecko - Co wam kupić?
- Cztery mandarynki, - odpisuję zachrypniętym głosem - misia z Tesco.
- Jakiego?
- Tego od Maszy.
- OK - odpisuje zwięźle i konkretnie dziecko.

Jak to miło, że nie pisze nic o głupocie na starość i że nie mam już pięć lat. Bo przecież wiadomo, że w chorobie najlepsza jest gorąca herbata z cytryną, komedia romantyczna, ciepła książka, mandarynka, kolorowa robótka i miś.


Miśka w przydrożnym Tesco nie było, więc zamówiłam w elektronicznym razem z marchewkami, jajkami i śmietaną z obiadowej pierwszej potrzeby. Pan przyniósł zakupy w plastikowym kontenerku i w progu oznajmił, że są trzy zamiany. Bagietka na inną bagietkę, jajka świeże na inne ale też świeże i misiek na niedźwiedzia.
- Ale od Maszy? - zaniepokoiłam się i zajrzałam w niepokoju do kontenerka. Niedźwiedź był do połowy wciśnięty w foliówkę, od połowy natomiast wyraźnie się nie mieścił.
- Od Maszy. Ale pani zamówiła 25 cm, ten ma pół metra.
 Co zrobić. Przecież nie wyrzucę Niedźwiedzia na mróz. Mieszka w lesie, ale ma swoje łóżeczko z pierzynką i kubek w rybki na gorącą herbatę. No i każdy kto zna Maszę, wie, że Niedźwiedź ma pół metra co najmniej. Został więc razem z marchewkami; marchewki gotują się na zupę pomidorową a on siedzi na krześle.


I bardzo przystojnie wygląda w mojej nowo wydzierganej czapce na lekkie chłody:


Oficjalnie ma być moją poduszką dla śpiących na boku, nieoficjalnie czeka po prostu na Maszę.


Tymczasem "Brulion Bebe B" jest równie ciepły, nawet gorący, bo sierpniowy i przytulny. Kiedyś go mniej lubiłam, teraz czytam z przyjemnością o Poznaniu z lat osiemdziesiątych, o ulewnym deszczu i powiewających firankach. Czytam o Bernardzie, który z Francji przywiózł różową pandę jako plecak i stare guziki jako zaczątek kolekcji. Co w tych guzikach jest takiego pociągającego? Też lubię i zbieram. Można na nie patrzeć, układać we wzory, grupować kolorami albo rozmiarami, przesypywać przez palce. Za każdym stoi jakaś historia i jakaś chwila - inna za ozdobnymi od wieczorowej sukienki, inna za wesołymi od letniej bluzki, inna za drewnianymi od grubych palt zimowych. Za metalowymi od mundurów i kwiecistymi od podomek.
Czytam więc o Koziu, który lepi maski teatralne, a potem pojedzie chyba do babci jedwabińskiej na pampuchy i o Anieli, która potem wyjdzie za Bernarda, a teraz jeszcze o tym nie wie. To jest właśnie fajne w sagach, że dostajemy tyle różnych historii, zupełnie jak w dużym pudełku pełnym guzików. Wszystkie nanizane na różne krótkie i dłuższe fabularne niteczki i na różne pory roku.
Jeżycjadę uwielbiam też nie tylko za walor terapeutyczny i zdrowotny, ale językowy. Ozdobny, ale bez przesady, dowcipny, bogaty, uroczy styl. I za pokaźną porcję słodyczy na ogół domowego w wypieku oraz różne pyszne tropy do pysznych książeczek, szczęśliwie na ogół już przeze mnie nabytych.
I za pory roku, które u pani Musierowicz są piękne nadzwyczaj. Piękne w burzy i w upale, i w śniegu i nawet w chlapie z szarugą. 

Dziękuję bardzo za odwiedziny, przemiłe i motywujące komentarze! Dobrego dnia!

środa, 23 listopada 2016

Kciuki bez zmian

Środa z czytaniem i dzierganiem:


 Ale zanim w Łodzi nastała dzisiejsza środa, to wcześniej był weekend, w nim Salon Ciekawej Książki. I ja w nim byłam, miód, herbatę piłam. W salonie poza mną i herbatą było książek mrowie a mrowie. Na półkach, na stolikach, na ladach, na regałach, w skrzyniach, w kartonach i w kocach. Kupiłam tylko dwie (wiem, minimalizm, ale minimalizm nie obowiązuje na książkowych targach, a przynajmniej nie wypada mu obowiązywać), w tym jedną grubą z listami i ilustracjami (Józefa Czapskiego), drugą chudą z autografem (Małgorzaty Musierowicz). Targi się odbyły w ślicznych okolicznościach Centralnego Muzeum Włókiennictwa


 Lubię tam bywać, ponieważ odwiedzający są oczytani i kulturalni a otoczenie sprzyja człowiekowi i jego potrzebom:


 W tym roku pomagałam ochotniczo w obsłudze stoiska i opowiadałam jak podpierać książki, żeby się nie przewracały, bo stoisko było z gustownymi podpórkami do książek produkowanymi przez moją przyjaciółkę.




Na koniec targów książki windą towarową (jako pokarm duchowy z natury jednak ciężki) rozjechały się do swoich księgarń i antykwariatów, a ja pojechałam do domu czytać sobie i dziergać z Maknetą. Z dzierganiem bez zmian. Poncha nie skończyłam, chociaż mi do końca brakuje mało. Nie skończyłam też szalika w żakard, chociaż mi brakuje mniej niż pół. Czapki nie zaczęłam, chociaż mam śliczną grafitową wełnę grubą, włochatą i ciepłą. Za to czytanie mam inne dzisiaj, w dodatku skończone, o intrygującym tytule "Kciuki, paluchy i łzy oraz inne cechy, które czynią nas ludźmi".  Uczucia po lekturze miałam mieszane, bo w sumie dalej nie wiem dlaczego mamy paluch u nogi, kciuk u ręki, postawę wyprostowaną i dlaczego zamiast zgrzebnie siedzieć w puszczy oddajemy się wytwarzaniem wyrafinowanego rękodzieła oraz innym cywilizowanym rozrywkom. Na początku zostałam wprowadzona w błąd teorią, że kiedy przestaliśmy odżywiać się mało pożywną roślinnością a przerzuciliśmy się na pożywne dania mięsne, liczne wolne od trawienia chwile spożytkowaliśmy na rozbudowywanie mózgu. Jak się nie znam dokładnie, to jednak ewolucja tak nie działa, bo jak ma wolne to po prostu się cieszy, że nie musi walczyć o przetrwanie, kładzie się i metaforycznie leży sobie.

No ale potem w lekturze zrobiło się ciekawie i ożywczo. Dowiedziałam się, że śmiech jest nadzwyczajnie zdrowy dla duszy i dla ciała, że ponoć najlepszy mąż to taki, który potrafi rozśmieszyć, dlaczego matki rozśmieszają dzieci i dlaczego je noszą na ogół na lewej ręce. Dowiedziałam się też, że zasady gramatyczne mamy w mózgu od urodzenia (co pewnie zdziwiłoby niejednego ucznia, którego przydawka wprawia w zakłopotanie z udręczeniem), że niemowlęta nie mówią nie dlatego, że nie myślą, ale dlatego że nie mają jeszcze odpowiedniego gardła i dlatego najlepiej dogadać się z niemowlakiem na migi. Przeczytałam też najlepszy dowcip świata (śmieszność dowcipu została przebadana w Internecie przez dwóch naukowców) i był to dowcip straszny, co też w pewnym sensie może tłumaczyć (ale mgliście) dlaczego jako jedyni mieszkańcy Ziemi się śmiejemy. Dowiedziałam się, że Szekspir wymyślił ponad 1700 słów, a w tym plotkę, zimnokrwisty i bagaż. Dowiedziałam się też, że gdybym jakiś czas temu nie zrobiła sobie schematów do dziergania żakardów po prawej stronie i po lewej stronie robótki na zmianę, to mój mózg po miesiącu nauczyłby się automatycznie przestawiać z granatowego tła od lewej na kremowe tło od prawej.

Generalnie więc z lektury jestem zadowolona, bo dowiedziałam się dużo rzeczy, w tym wiele naprawdę dla mnie zaskakujących i ciekawych. A na koniec podobno tak zintegrujemy się z naszą technologią, jak ślimak jest zintegrowany ze swoją skorupką. Nie wiem czy ta wizja mi się podoba, chociaż  bezsprzecznie dobrze byłoby mieć wszczepione do ucha małe wifi z Mozartem czy koncertem skrzypcowym d-moll Wieniawskiego a w oko permanentne soczewki z delikatnym makijażem.
Książkę w środku zakładałam piękną rękodzielniczą zakładką z niteczek:


 a w przypisach klapeczkami, które wdzięcznie konweniują z powyższymi leżaczkami:



Tymczasem w starodawnych okularach na nosie dziękuję Wam za odwiedziny, przemiłe komentarze i życzę dobrego dnia!

środa, 16 listopada 2016

Myślenie z działaniem

"Jak koń jest stworzony do biegu, jak pies do tropienia, tak człowiek do myślenia i działania."
O najwyższym dobru i złu, Cyceron

W kategorii działania skończyłam "Słowo jest cieniem czynu" Lidii Winniczuk, w kategorii myślenia natomiast doszłam do wniosku, że szaliki są długie a szaliki żakardowe jeszcze dłuższe i że ja muszę koniecznie zrobić coś nieżakardowego, ciepłego, włochatego. I koniecznie coś takiego, co zaczyna się rano a kończy wieczorem tego samego dnia. Pobiegłam do sklepu (wiem, wiem, minimalizm, ale minimalizm w działaniu jest trudny a w myśleniu jeszcze trudniejszy), nakupiłam alpaki z wełną i rzuciłam na druty.


Druty miałam bambusowe, żyłkę do nich 40cm - nie trzeba skarpetkowych ani magicznych pętelek, bardzo się z nimi polubiłam i w jeden dzień wydziergałam czapkę z małym kominem, co Bubulina może zaświadczyć.

Chodzę sobie w niej teraz po niestarożytnym Rzymie i okopcona garkuchnia mi drogi nie zagradza, ale błoto trochę chlupie jednak.

"Zapchał kramami miasto sklepikarz zuchwały,
Nigdzie na swoich miejscach progi nie zostały.
Przestrzeń nagle twój edykt stworzył, Germaniku,
Droga - miejsce zajęła wąskiego przesmyku.
Już butle w łańcuch spięte nie wiszą na słupie,
Już błoto pretorowi pod nogą nie chlupie,
Już brzytwa o przechodnia w tłoku nie zawadza.
Okopcona garkuchnia drogi nie zagradza:
Wolna od szynków, jatek, garkuchni ulica.
Rzym dziś - gdzie ongi była targowica."
Epigramy, Marcjalis

Jak widać, nawet wtedy w Rzymie lekko nie było. Bardzo sugestywne te wypisy starożytne, można się całkiem zanurzyć w tamten świat.

"Same wróciły krowy do swej zagrody, o zmierzchu,
same wróciły z gór, białe od śniegu.
A gdzie Terimach? Wciąż śpi u stóp dębu - odkąd
raził go piorun - śpi nieprzespanym snem."
Antologia palatyńska, Leonidas z Tarentu

A ja wracam do czytania i dziergania (bo to dziś środa z Maknetą), dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

I jeszcze dla porządku dane techniczne:
Czapka z pomponem
Andes Dropsa kolor naturalny
100 g
druty nr 8 i 9

Kominek
Andes Dropsa kolor naturalny
100 g
druty nr 9