środa, 29 marca 2017

Zdrowo w lesie

Jakie to wszystko mądre - mówiła moja babcia, która uwielbiała obserwować przyrodę na żywo i w telewizji, a potem zadziwiała się nad nią filozoficznie.
Właśnie tak mądra jest przyroda w "Sekretnym życiu drzew" Petera Wohllebena.


Tak, zupełnie dla siebie niespodziewanie i niezamierzenie wyszłam z niszy czytelniczej - czytam bestseller. Bestseller został napisany przez niemieckiego leśnika, który drzewa pokochał nietypowo, bo z pomocą turystów. Zadziwiony ich zachwytami, (tu trzeba dodać, że turysta na ogół zachwyca się krzywym i malowniczym, w przeciwieństwie do leśnika, która zachwyca się prostym i dochodowym), rzucił na swoje rewiry świeże spojrzenie, dostrzegł w nich życie, sekrety, piękno, siłę, determinację, przebiegłość, cierpliwość, chwycił za pióro i wszystko opisał. Już za to można mu wybaczyć, że napisał bestseller, bo pewnie się nie spodziewał. Bestseller jest niebanalny, emocjonalny, bezpośredni i wciągający pomimo braku fabuły.

Okazuje się, że drzewa doskonale sobie radzą bez fabuły. Mają moc. Walczą ze słońcem i o słońce. Walczą z wichurami, z deszczami i suszami. Walczą z grzybami, sarnami i dzięciołami. Cierpią w miastach. Ustalają pory roku bez kalendarza, produkują swoje własne nawozy, trują własnych wrogów i dokarmiają własnych przyjaciół. Dezynfekują otoczenie, wytwarzają chmury, regulują temperaturę, komunikują się chemicznie i dokarmiają poprzez korzenie. Mają swój rytm liczony w setkach lat. Rodzą miliony, miliony nasionek po to, żeby znikoma ich część przezwyciężyła tarapaty i kontynuowała las.

Nie będzie to odkrywcze, ale muszę powiedzieć, że "Sekretne życie drzew" zmienia. Poszerza wiedzę, ale nie to jest najważniejsze. Bo jeżeli nawet z czasem zapomnimy ile liści ma drzewo liściaste i ile w tych liściach żyje stworzonek, jeśli pomyli nam się mech z hubą a dzięcioł z sarną, to nic nie szkodzi. I tak od tej pory będziemy patrzeć na drzewa inaczej. Wdzięcznie i czule pomyślimy nad jego dzielnością i siłą - jakie to wszystko mądre.
Czasem nawet mądrzejsze od nas. 

Tymczasem garniec z marcem dobiega końca, ostatnia marcowa środa z Maknetą - czytamy i dziergamy. Dziergam koc, ale mam niejasne wrażenie, że o tym chyba już wspominałam. Trzy chude motki na zdjęciu powyżej nie są ostatnimi motkami, zatem do drugiego brzegu jeszcze trochę. Ale jestem jak młody buczek - nie spieszę się. Poza niespieszeniem, odżywiam się niezdrowo własnoręcznie upieczonymi i nieudekorowanymi ciasteczkami:


  odżywiam się zdrowo zakupionymi własnoręcznie warzywami:


fotografuję się w dawno udzierganym sweterku (w odróżnienia od koca ma oba brzegi i jest skończony):


 Sweter na bazie Rosiny, zamiast liści jest ażurek i ma trochę węższy kołnierz. Robiłam z Bomull-Lin (bawełna i len), drutami nr 5, waży 572g.

A najlepiej na pocieszenie i bez pośpiechu jest kupić sobie książkę. I Książkę.


Minimalizm książkowy całkiem w lesie, koc w lesie, ale nawet trudno mieć o to pretencje, bo wiadomo, że w lesie jest fajnie. I zdrowo.
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze (speszyłam się), dobrego dnia! :)

środa, 22 marca 2017

O demonach, kocach i Babilonach

"I chociaż góry te były wysokie i porośnięte straszliwymi krzewami, poszedłem naprzód"

I ja poszłam naprzód jako ten dzielny król babiloński. W "Życie codzienne Babilonu i Asyrii" Georgesa Contenau. I oczywiście w koc (bo dziś środa, czytamy i dziergamy z Maknetą).
Historia ma to do siebie, że z czasem wpada wszystko do niej niczym do głębokiego szybu, prasuje się tam, spłaszcza i tylko czasem jakiś król błyśnie koroną, jakaś wojna stuleciem, granice się ustalą i znowu zmienią, daty przeminą w pędzie. Dlatego tak lubię książki z dawnym życiem codziennym, bo w nich wieśniak ma czas iść na pole i na podwórko, wyhodować ptaka, co znosi jedno jajko dziennie i zawieźć go do Egiptu, ma czas pomalować ściany czerwoną farbą (od uroku a zwłaszcza od karaluchów), ozdobić dywan frędzlami, ma czas usiąść przy stole i z przyjaciółmi zjeść rybę, szarańczę albo kawał sera, ma czas się uczesać i ogolić oraz popatrzeć na księżyc (jak go widać akurat).

"Życie codzienne Babilonu i Asyrii" napisał Francuz, Francuzi, jak ogólnie wiadomo, nawet jeśli piszą o rosyjskim kawiorze, to zawsze na ogół piszą o Francji. Byłam więc na to przygotowana nawet w starożytnym Babilonie, ale i tak mnie zaskoczył wieśniak francuski na samym początku i Giełda paryska nieco później. W sumie autor był dzielny i skromny, zdecydowanie więcej jest tu Asyrii i Babilonu. Wstępnie Contenau zakreślił ramy czasowe, których dalej praktycznie wcale się nie trzymał, czasem stosował określeń "dawno i bardzo dawno temu", ale nie przeszkadzało mi to za bardzo, zwłaszcza jeżeli wzięłam pod uwagę bałagan,jaki mieli w chronologii sami Babilończycy i Asyryjczycy. Przecież i tak najważniejsze jest to, że palma miała bardzo wiele pożytków, król jako atrybut miał berło, broń i oganiaczkę od much, liczbą doskonałą było sześćdziesiąt, prawdziwego imienia nie należało zdradzać, żeby ktoś nie rzucił uroku, a na grobie należało napisać modlitwę w postaci zagadki albo krzyżówki, bo tylko wtedy przechodzień ją przeczytał z ciekawości i wprawił w moc i w czyn.

Nie wiem, czy byśmy teraz dogadali się z takim Babilończykiem, sprawia wrażenie dosyć obcego i zasklepionego w swoim świecie, obdzierał jeńców ze skóry i otaczał się straszną ilością demonów, ale zadziwia mnie i wzrusza fakt, że do dzisiaj wiążemy (w chwilach słabości) czerwone wstążeczki od uroku, godzinę dzielimy na sześćdziesiąt minut i w dalszym ciągu meteorologia ma trochę z magii i wróżbiarstwa. No i to on miał pierwszą bibliotekę z listami, bajkami i potopem. Na każdego, kto wyniósł z niej książkę, spadała bardzo nieprzyjemna klątwa.
Koc. Koc na początku dzierga się niezwykle żwawo i entuzjastycznie. Nie waży dużo i przybywa szybko. Potem długie tygodnie tkwi się niezmiennie w połowie. Aż wreszcie trzeba posadzić go na osobnym krzesełku. Nie nadaje się na robótkę podróżną. Nie wydaje się, żeby kiedyś się skończył. No ale przecież każdy koc ma dwa końce, więc i ten chyba też. Będzie miał i będzie lepszy niż najlepsze czyste masło. Idę więc naprzód. Gdzieniegdzie szare kotki w zielonych listkach i same listki bez kotków. Wiosna też idzie, nieunikniona.

Asyrię z Babilonem zakładałam idealną zakładką - w dalekim tle gotuje się obiad, w pierwszym planie siedzę przy stole, czytam o Asyrii i macham beztrosko nogami. W Asyrii Isztar ma złote lwy na granatowych frontonach świątyni.


Dziękuję bardzo za przemiłe komentarze i odwiedziny, dobrego dnia! :)

środa, 8 marca 2017

Przedwiosenne sentymenty

Wszystko się jakby zatrzymało i zwolniło. Koc w połowie (cały czas ma tylko dwa frędzle), wiosna w uwerturze (zielone prawie pączki na badylach, kotki i morze błota), sweterek za pasem, starożytny Babilon z Asyrią na sto dwudziestej stronie, a ja na przystanku, tuż obok kiosku Ruchu. Kiosk był zatrzymany z natury i za szybą miał "Przekrój".


 Kupiłam z sentymentu, bo dziś już praktycznie nie czytam gazet. Przekrój był w naszej rodzinie od początku, a nawet jeszcze wcześniej i chociaż pojawiał się zimą, jesienią czy wiosną, i chociaż były w nim Filutki, Kamyczki, Hemingway w grubym swetrze i kobiety w eleganckich szpilkach, to najbardziej kojarzy mi się z pewną słoneczną niedzielą, syrenką na pustej ulicy, filiżanką po kawie z fantazyjnie odłożoną łyżeczką i stroną z krzyżówką. No i moją mamą w białym kołnierzyku.


 Po prawej fragment okna do mojego pokoju, w którym byłam bardzo małą dziewczynką. Pokój miał żółte ściany w kolorowe kółka i półkę z książkami. Przy tym oknie czytałam wciąż i wciąż Kubusia Puchatka, doktora Dolittle jego papugą i prosięciem, Sierotkę Marysię z garem pełnym krupniku, Akademię pana Kleksa z łazienką sokiem malinowym płynącą. Wciąż i wciąż patrzyłam, jak dzieci wsadzają złą Babę Jagą do pieca, a łabędź przepływa płynnym ruchem lśniące leśne jezioro. Wciąż i wciąż, bo to właśnie jest przywilejem dzieciństwa, że czasu jest całe morza i oceany i można czytać tyle razy ile razy potrzeba, a wiadomo, że Kubusia Puchatka trzeba czytać wiele, wiele razy. Albo i więcej.

Przekroju niczym nie zakładałam, za to w sieci znalazłam zdjęcia moich starych książeczek, tak, tak, te dwa krasnale tańczyły w lewo i w prawo:


źródło: Podróż przez życie

Jadłam jabłka, powidła śliwkowe prosto ze słoika, landrynki z blaszanego pudełka. Dobrze czasem, niezbyt często, zatrzymać się na chwilę i spojrzeć trochę wstecz.

"A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.

Wejść tam nie można."
Nadzieja, Czesław Miłosz

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrej środy (z Maknetą)!

czwartek, 2 marca 2017

Zapominanie z jedwabiem w tle

"Nigdy nie czytam książki, o której mam napisać. Tak łatwo się zasugerować."
Oskar Wilde
"Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?" Pierre Bayard

 
Ja przeczytałam. I to z trzech powodów - po pierwsze, nie jestem Oskarem Wildem. Po drugie, jest dziś środa (a właściwie czwartek), więc ogólnie dziergamy i czytamy z Maknetą. I po trzecie, nie przeczytałam tej książki, żeby o niej napisać, ale piszę o niej, ponieważ ją przeczytałam. 

Podobała mi się. Podobała mi się mimo iż autor jest okropnie bluźnierczy i przewrotny, stawia straszne tezy, a najgorsze w tym jest to, że ma rację i opiera się na faktach z życia wziętych (trochę też z literatury, ale tak prawdziwych, jakby z życia były). Fakty przy tym są bardzo przepiękne i bardzo błyskotliwie omówione. Jest na przykład przytoczony Michał z Montaigne, i Człowiek bez właściwości, i Hamlet, i Stracone złudzenia, i Dzień Świstaka (który to film obejrzałam zresztą natychmiast po skończeniu książki, tak jest pięknie opisany). Dużo też jest o zapominaniu i wtedy zwłaszcza jest o Michale z Montaigne.

"Wraz z Montaigne'em zadamy sobie pytanie, czy jeśli przeczytaliśmy książkę i zapomnieliśmy, a nawet zapomnieliśmy, że ją kiedykolwiek czytaliśmy, nadal możemy powiedzieć, że ją czytaliśmy.(...)
Już w trakcie lektury zaczynamy zapominać to, co przeczytaliśmy przed chwilą. Proces ten trwa nieprzerwanie aż do chwili, w której okazuje się, że wszystko wygląda tak, jakbyśmy danej książki nigdy nie czytali; stajemy się na nowo nie-czytelnikami, a przecież mogliśmy nimi pozostać od początku, gdybyśmy tylko działali bardziej świadomie."

"Czytanie jest przede wszystkim nie-czytaniem. Nawet gdy prawdziwy czytelnik, czyli taki, który czytaniu poświęca całe swoje życie, bierze do ręki książkę i otwiera ją, gestem tym maskuje zawsze gest przeciwny - równoczesny, w związku z czym umykający naszej uwadze. Ten gest odwrotny, mimowolny, to gest pominięcia i zamknięcia wszystkich innych książek, które przy innym ułożeniu losów świata mogłyby znaleźć się na miejscu tej szczęśliwie wybranej."


Trudno nawet powiedzieć, czy te konkluzje to żart, czy nie. I czy nie lepiej czasem być bibliotekarzem Musila (który z miłości do książek ich nie czytał, za to wszystko o nich wiedział ogólnie). W sumie to i tak nie ma dla mnie znaczenia. Jestem czytelnikiem z wyboru i z nałogu, będę czytać, choćbym miała wszystkie zapominać łącznie z tytułem. One i tak przeze mną przepłyną i osadzą swoje najbardziej żyzne cząsteczki.
""Nie tylko bowiem mieścimy w sobie te wewnętrzne biblioteki, lecz także jesteśmy nimi - jesteśmy tymi wszystkimi nagromadzonymi w nich książkami, które nas stopniowo stwarzały. Nie możemy się od nich bezboleśnie oddzielić."
Wszystkie cytaty z "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?" Pierre'a Bayarda.

Książkę zakładałam oczywiście stosikiem książkowym, nie-czytaniu wbrew: 


W wolnych od czytania chwilach dziergam sweterek z jedwabiu (nie wygląda, może dlatego, że ma też merino):


Włóczka Kimono, druty numer 3, co jest miłą odmianą po  numerze 10 w kocu (koc się też dzierga w tle).

Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

środa, 22 lutego 2017

Sekretne i niemoralne


Wieje wiatr, śniegi topnieją w połyskliwe kałuże, koniec karnawału zbliża się razem z zapachem smażonych na jutro pączków, tymczasem środa z Maknetą, więc długie (no, powiedzmy, że długie) godziny po ciężkiej pracy urozmaicam sobie posypywaniem chrustów cukrem pudrem, robótkami ręcznymi i czytaniem książek, prawie zupełnie jak młode kobiety w czasach wiktoriańskich. Różnica jest taka, że ich robótki były bardziej przymusowe niż moje, a moja młodość jakby trochę bardziej miniona.
Ale rzecz nie jest ani o młodości, ani o robótkach, ale o Dickensie, a właściwie o jego sekretnej kochance i ma tytuł "Sekretna kochanka Dickensa", autorką jest Claire Tomalin. Na okładce jest Dickens w pierwszym planie i sekretna kochanka w tle.

Historia pewnie jakich wiele, wyróżnia ją to, że zdarzyła się w czasach, które stały się symbolem o ile nie moralności, to na pewno pruderyjnego zakłamania i dotyczyła mężczyzny, który był moralnym punktem odniesienia i kobiety, która była zawodową aktorką, czyli z obyczajowych nizin o ile nie gorzej.
Zrozumiałe więc, że wiele osób dokładało wielu starań, aby rzeczony romans (który w zasadzie był raczej na pewno) ukryć, listy spalić, powstające tu i ówdzie plotki zdementować. Tym większy podziw należy się autorce, która z ogromną determinacją pozbierała szczątki dowodów i umieściła w dosyć grubej książce.
Bo choćby nie wiem jak bardzo wielcy krytycy literaccy, a tym bardziej sami pisarze próbowali nas odwieść od badania życia autorów, to jednak życie to interesuje wielu, a czytanie książek przez pryzmat rzeczywistych przygód autora jest nadzwyczaj ciekawe.

W niniejszej biografii Dickens nie wypadł zbyt korzystnie poza tym, że był wręcz wielbiony przez swoich rodaków i dwa razy odmówił zaproszeniu królowej Wiktorii, twierdząc że jest zajęty. Tytułowa Nelly początkowo jawi się jako nieco bezbarwne młode dziewczątko, potem nabiera barw i wigoru.
Ogólnie bardzo sympatyczna lektura, można się zamyślić nad zmienną koleją rzeczy i obyczajów.


i tylko faworki pozostają niezmiennie słodkie, a róże ozdobne.
Na drutach koc, do czego już zdążyłam się przyzwyczaić i pogodzić. Jeszcze pewnie trochę na nich pobędzie, więc dla przełamania szarej hegemonii skończyłam czapkę bordo z włóczki Fabel, której wyszło strasznie dużo, nawet jeśli uwzględni się wielki pompon. Poniżej ustrojona w 300 gramów czapki, Bubulina. Jak zwykle w dobrym nastroju:


Za to na froncie stosikowym bez zmian, a nawet lekkie pogorszenie - stosik pnie się do góry zamiast kulturalnie zanikać:


Na froncie zakładkowym mało sekretne, ale niemniej urodziwe, niemieckie fasady:


Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia i całej sterty polukrowanych pączków! :)

środa, 15 lutego 2017

Elf versus kwark

"Czy kwarki się je? Czy możesz nimi przykryć swoje łóżko, kiedy nadchodzą chłody?"
Rozplatanie tęczy, Richard Dawkins


O Dawkinsie słyszałam już dawno, ale nie przejawiałam chęci zgłębiania jego książek, ponieważ nie lubię osób, które wiedzą wszystko najlepiej na świecie, kiedy jednak "Rozplatanie tęczy" pojawiło się w zasięgu rąk, postanowiłam zaryzykować, pożyczyć, przeczytać i zweryfikować moje uprzedzenia. Pożyczyłam więc, przeczytałam i zweryfikowałam - uprzedzenia okazały się nad wyraz słuszne.
Przez pół książki autor "Rozplatania" lamentuje jak to niecni, głupi i złośliwi ludzie na całym świecie wyśmiewają i nie poważają naukowców. Przez drugie pół ubolewa nad niecnymi, głupimi i złośliwymi ludźmi, którzy nie podzielają jego poglądów i podziwiają tęczę samą w sobie, a nie zasady rozszczepiania światła. Nie może się nadziwić Yeatsowi, że sfrustrowany pisał o elfach i pogańskich marzeniach zaledwie o godzinę drogi od największego wówczas teleskopu. Nie może się nadziwić wszystkim dokoła, że patrząc na koc widzą koc, a nie kwarki. I że są takimi ignorantami.

No cóż, może jestem ignorantką, ale kiedy w kinie oglądam Brada Pitta, staram się nie myśleć, że jest w nim 75 kilometrów żył (czy czegoś podobnego), zawsze przykrywam się kocem i naprawdę mało mnie porywa fakt, że kręcą się w nim miliardy kwarków. I chociaż szanuję naukowców, podziwiam fale grawitacji i równania Maxwella, to jestem z gatunku tych osób, które prędzej pocieszą się elfem niż odległą galaktyką, spalającą się gdzieś dawno dawno temu w ciemnościach i chłodzie.
Czytając, tak bardzo zmęczyłam się arogancją autora, że ledwie zauważyłam kilka niewątpliwie ciekawych rzeczy, jak jelito termita, bakterie na lewym czułku mrówki albo trójwymiarowe obrazy, które mózg tworzy nam w głowie (przeważnie z przyzwyczajenia) i kilka rzeczy ewidentnie nudnych, jak chociażby obliczanie współczynnika płetwowości za pomocą komputera. Za karę rozpoczęłam post cytatem, który tak naprawdę jest wypowiedzią pewnego naukowego sceptyka, cytowanego przez zbulwersowanego autora tęczy.

Wracając do koca, bo to dzisiaj środa - czytamy ale też dziergamy z Maknetą - dziergam dalej i udziergałam pewnie tryliony kwarków (czyli ponad połowę). Koc jest robótką o tyle wdzięcznego gatunku, że pełni swoją funkcję nawet wtedy, kiedy nie jest skończony (albo nawet skończony połowicznie, jak w moim przypadku) - ponieważ umiejętnie rozpostarty grzeje przemarznięte od zimy kolana. Zrobiłam mu dwa frędzle, żeby już teraz dodawały mu urody.
W nieskończoności oczek prawych oddaję się rozmyślaniom różnym, a także refleksjom ogólnym. Jedna refleksja jest taka, że kiedy idę do pracy, jest już dawno po wschodzie słońca:


i że jak jest mróz, to wszystko jest zamrożone:


 Poza tym sfotografowałam się w puchatym sweterku:




Sweterek jest bardzo, bardzo milutki, wcale nie gryzie, ma równe rękawy (co nie zawsze jest takie oczywiste) i dłuższy tył metodą rzędów skróconych (mój pierwszy raz).

Zakładałam książkę zakładką z królikiem Piotrusiem,

 
któremu w śliczności i dobremu samopoczuciu wcale nie przeszkadza ani fakt, że nie istnieje, ani fakt, że istnieje pan Dawkins, tęcza oraz pryzmat.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

środa, 8 lutego 2017

Czas zupy i czas koca

- Zdążysz przed końcem zimy?
- Nie wiem.

Zima wydaje się niekończąca ze swoim śniegiem i lodem i minusami w temperaturze, ale koc, bo robię na drutach koc, również wydaje się być nieustający. Najlepszy do takiego koca byłby Proust, którego Poszukiwanie trwa i trwa przez siedem grubych tomów drobną czcionką, ale takie trio - zima i koc i Proust - mają z pewnością moc zatrzymywania czasu, a że trochę głupio zatrzymać czas w zimie i ciemności, więc żeby mieć choćby minimalne złudzenie mijania długich ciemnych nocy i szybkiego marszu ku wiośnie i słońcu, najlepiej czytać coś à la. Jeszcze lepiej jeżeli à la jest w ilości czternastu sztuk i nadaje się do jedzenia.



Jeżeli więc mamy dużo wolnego czasu, ale w lwiej części przeznaczyliśmy go na dzierganie koca i chwilowo nie starcza nam na Prousta, Homera czy nawet na Kafkę (o ile nie chcemy czytać w pracy, a tego nie chcemy, to znaczy może nawet chcielibyśmy, ale nie bardzo wypada), najlepiej sięgnąć po "Zupę Franza Kafki" Marka Cricka, a on nam szybko i przyjemnie  przypomni te frazy, ten rytm, ten klimat i te okoliczności przyrody. I doda humoru, bo bez humoru nie ma dobrego pastiszu, a pastisze Cricka są bardzo dobre i niech nas nie zwiedzie fakt, że okładkowa zupa jest z puszki. Tak naprawdę jest z pasty miso, tofu, czterech pieczarek i kilku listków suszonych alg. 
Nie dosyć bowiem, że mamy tu pastisz, to jeszcze w formie przepisu kulinarnego jako bonus.

Jak się okazuje przepisowi nie przeszkadza mocne światło, upał, liczne owady i różne fizjologiczne czynności (Marquez Garcia oczywiście), dygotanie, tortury i upadki (markiz de Sade), dysputy z sąsiadką, przechadzki czy deliberowanie o wyższości herbaty nad kawą (Jane Austen), ani nawet łyskacz i papieros z karaluchem (Raymond Chandler).
Oczywiście znajomość przedrzeźnianych autorów podnosi w nas poziom rozbawienia i wzmaga chichoty, ale nie jest konieczna - i tak po przeczytaniu całej tej historii literatury, czujemy się tak, jakbyśmy ich znali.

"Wszechwładny Agamemnon zjawia się nareszcie,
Kroi obie cebule. Łzami zaszły oczy,
Płyną wnet jak ten strumień co ze skał się toczy.
Rozsierdził się król wielce - co i nie dziwota;
Wszak nie przystoi królom tak nędzna robota.
Achilles usiekł czosnek; i w kociołku czystym
Prażył go wraz z cebulą na kolor złocisty.
Dodał też pomidory, liść lauru, jarzyny,
Przecier; na małym ogniu grzał go ćwierć godziny."
Zupa Franza Kafki, Mark Crick

I tak mogłabym aż do końca, ale nie chcę, żeby mnie świt zastał, więc tylko zerkam na obrazek (obrazki w Zupie też są ładne):


Pstrykam zdjęcie płatkom śniegu na wystającym spod kurtki sweterku (uwielbiam widok tej konfrontacji wełny z zimą, szkoda tylko, że ta nadzwyczaj ciepła włochatość jest tak gryząca):



I rzucam okiem na pracowicie szyty patchwork, który może nie jest idealnie równy, ale jestem dumna, że tak praktycznie wykorzystałam górę przeznaczonych na śmietnik dżinsów:



Narzuta w miarę powiększania wymusza doskonalenie technik szycia i cięcia - okazuje się, że krzywe w małym jest mało widoczne, natomiast w dużym krzywe jest bardzo, bardzo, bardzo krzywe. No ale może dam radę do końca tapczanu.

I to w wszystko w środę, w czas czytania i dziergania z Maknetą, czas zupy i czas koca. Idę zajrzeć co u was.
Dziękuję za odwiedziny i za przemiłe komentarze, dobrego dnia!