niedziela, 28 kwietnia 2019

Plugastwa wytrwałe

"To ukochanie śpiewu, ta muzykalność pochodzi zapewne z samej przyrody kresowej, z jej czarownych dźwięków, z szumu borów, plusku fal jeziornych, rechotu żab, krzyku derkaczy i innego ptactwa wodnego, pieśni skowronka w noc majową, bulgotania cietrzewi, jęku żurawi ciągnących gdzieś w przestworzach nieba, dalekiego ujadania psów, płynie z tej potężnej symfonii ziemi kresowej, od akordów leśnych aż do ledwo uchwytnych, a tak delikatnych półtonów, że zdawać by się mogło, że płyną one nie z ziemi, ale gdzieś z nieba, gdzie promień o promień się trąca. Przyroda Kresów nie jest martwa, jak nie jest martwe powietrze tego kraju, powietrze tak aromatyczne, krzepiące a upojne jak stary trunek, powietrze pełne aromatów lasu i zapachu świeżo skoszonej trawy. Nawet zimą mroźne powietrze ma w sobie coś, co przypomina delikatny zapach migdałów."
Na skraju Imperium i inne‌ wspomnienia, Mieczysław Jałowiecki


Kiedy czytam książkę, zazwyczaj buduje mi się gdzieś za kulisami relacja z autorem. Relacja nie przekłada się na moje zdanie o książce, na ogół lubię autorów lubianych przez siebie książek, ale nie zawsze - i to jest właśnie ten przypadek.
Wspomnienia czyta się świetnie. Jest przyroda, co uwielbiam, są śpiewy kresowe, beztroska dzieciństwa, szkoła, praca, pojawia się polityka, za którą nie przepadam, ale tu nawet mi nie przeszkadza, są straszne czasy, rewolucja, wojna, nic nie szkodzi, bo wspomnienia czyta się świetnie. Jednak autor, kniaź Pierejesławski, książę Jałowiecki, autor lubić się nie da. No i właściwie nic nie szkodzi, bo moje lubienie czy nielubienie istotne za bardzo nie jest.

Dookoła księcia samo plugastwo, czerń pijana i zezwierzęcona. Dostało się bolszewikom (to można zrozumieć), dostało się Niemcom i Żydom, a już Anglikom dostało się chyba najbardziej (ponoć nawet ich małpi przodek był zdecydowanie bardziej małpi niż nasz, co zbadał szczegółowo francuski antropolog). Dostało się też mojemu ulubionemu Melchiorowi Wańkowiczowi, że leń i obibok.
Nie lubię więc autora, ale czytam z zacięciem i daję się porwać tym śpiewem, tym kawiorem, tej kawie trzygwiazdkowej, tym czasom dawnym, tym losom zadziwiającym i trudnym. No i temu spojrzeniu Kresów na nas, bo to zwykle my patrzymy na Kresy.
Chłonę z zachwytem różne antyczne smaczki w restauracjach, sklepach z antykami i smaczki językowe (swoją drogą, dużo tu tekstów rosyjskich nie przetłumaczonych, co dla młodego czytelnika może stanowić kłopot).

"Kuchnia u George’a była zdrowa, smaczna, niewybredna, przeznaczona na wiejskie apetyty. Menu było wypisywane po francusku, jako że polski był zabroniony, a rosyjskiego nikt by do ręki nie wziął. Francuszczyzna była osobliwa, jak: „L’enfant de cochon rôti” (dziecko świni pieczone) czy „Boeuf brisé” (wół siekany). Mało kto zaglądał jednak do jadłospisu, zwracając się o radę bezpośrednio do kelnera, który tradycyjnie pytał: – A co pan ma w życzeniu? Czasami kelner wracał, by oznajmić, że danie jest wyczerpane, i zaproponować w zamian coś innego: – Kaczka wyszedłszy, może gęś w życzeniu?"
Na skraju Imperium i inne‌ wspomnienia, Mieczysław Jałowiecki

Wspomnień jest trzy części, na razie przeczytałam pierwszą, z kolejnych będę jeszcze zdawać relację. Kniaź w tej chwili czeka w Gdańsku na amerykańską mąkę, a tymczasem ja skończyłam jeden sweterek i zaczęłam drugi.
Skończony sweterek jest cały z jedwabiu, zaczęłam go latem ubiegłego roku, więc trochę trwało zanim dobrnęłam do finału. Włóczki mi nie starczyło na długi rękaw, mam więc rękaw 3/4, co nawet nie wygląda źle. Wiosna akurat przechodzi fazę mokrą, ciemną i zimną, więc zdjęć na mnie chwilowo nie ma.


Rozmiar ku mojemu zdziwieniu wyszedł idealnie, fason też, warto było dokupić cieńsze druty, spruć zawijający się w rulon dół i zrobić zdyscyplinowany ścieg francuski.
Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że lepiej poświęcić więcej czasu i powalczyć, niż poddać się, a potem nie nosić, bo nieudane.
Z takim wnioskiem zaczęłam sweterek drugi, który na razie wygląda jak kupka nieszczęścia. wszędzie nitki, agrafki, ale coś czuję, że będą z niego ludzie.


Robię go z bawełny, którą kupiłam strasznie dawno temu i nie jest to ogólnie znana wersja dla męża (wiadomo przecież, że wydatki z przeszłości się nie liczą w budżecie domowym). Jest to moje piąte (sic!!) podejście do tej włóczki. W pierwszym miał być pulowerkiem przez głowę i nie dodziergałam nawet do pach. W drugim podejściu miał być zszywanym rozpinanym kardiganem. Po drobnych przygodach (i przyszyciu przodu w miejsce rękawa) powstał, został wyposażony w guziki i obfotografowany. Nawet poświęciłam się i zabrałam go dwa razy do pracy, ale z bólem przyznałam, że nie zasługuje. Bo szwy krzywe, fason krzywy - sprułam. W trzecim połączyłam go z wiskozą i jeszcze nie sprułam, ale też w nim nie chodzę. W czwartym udziergałam korpus i po trzech latach siedzenia w szufladzie, doszłam do wniosku, że muszę mieć wzór, żeby sweter miał fason i rozmiar. Wybrałam więc dla niego Softly Hani Maciejewskiej i jestem pełna nadziei, że szczęście sprzyja wytrwałym, jakby powiedział Eneasz, gdyby robił na drutach.
Trzymajcie kciuki, żebym nie zrobiła z niego ściereczek eko, bio i zero-waste, jak mi nie wyjdzie po raz piąty. ;)

Przybywa też temperaturowego szaliczka, znacznie się ocieplił, a teraz znowu się ochładza. Ale magnolie i tak kwitną, czego i Wam życzę.


Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :))

niedziela, 21 kwietnia 2019

Świątecznie z Potopem

Radości i spokoju w dnie świątecznie i powszednie!


Taką ręcznie zrobioną pisankę dostałam i zdjęcie nie bardzo oddaje jej urodę. :D

Ja rónież swój plan wykonałam: porządki zrobione, sałatki nagotowane, mazurki upieczone, serwatka wykrochmalona i zblokowana:


A teraz siedzę sobie ze świątecznym winem i sernikiem oraz świątecznym Potopem, czego i Wam życzę! Dobrego dnia! :))

PS. Tak myślałam, że gdzieś mam z nią zdjęcie:

niedziela, 7 kwietnia 2019

Ptasie zasadzki w językach

"Piszę sztukę, którą skończę chyba nie wcześniej niż w końcu listopada. Piszę ją nie bez przyjemności, ale bezczelnie łamię prawa sceny. To komedia, trzy role kobiece, sześć męskich, cztery akty, pejzaż (widok na jezioro); mnóstwo rozmów o literaturze, mało akcji, miłości na pudy."
Dzieła, op. cit., t. XI, s. 448-449, Antoni Czechow


Dramatów za bardzo nie lubię, nigdy nie mogę bezboleśnie przebić się przez didaskalia, nie mogę zapamiętać obsady i ciągle sprawdzam w spisie, brakuje mi opisów przyrody i męczy dialog. Nie lubię dramatów, więc nie czytam właściwie, ale kiedy przeczytałam, co o Czechowie pisał Nabokov, bardzo chciałam przeczytać "Mewę". Zaczęłam jej szukać, było to dawno, nie umiałam jeszcze korzystać z Allegro, internet był wtedy jeszcze mały i dziwny, chociaż Google już miał. Szukałam "Mewy" tak zawzięcie, że kiedy wymyślałam swój login do Biblionetki, to właśnie Mewa przyszła mi do głowy. Była już zajęta, więc wykorzystałam tytuł oryginalny i tak zostałam Czajką.

Z czasem dotarłam do opowiadań Czechowa, do jego wspomnień, do wspomnień o nim, do jego listów i bardzo go polubiłam. Miałam nawet plan, żeby na biureczku postawić sobie jego zdjęcie oprawione w ramkę, ale nie miałam jeszcze wtedy swojego biureczka.


źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Anton_Czechow

Jednym słowem, polubiłam Czechowa i jako pisarza i jako człowieka. W końcu po latach znalazłam Czajkę w Wyborze dramatów i przezwyciężywszy ekonomiczne rozterki (Czechow drogim pisarzem jest, co w sumie jest budujące i cieszy), kupiłam. Kupiłam i przeczytałam. Niespodziewanie podobała mi się, mimo że dramat, może dlatego, że jak pisał sam autor:

"Przypomina raczej opowiadanie."
Dzieła, op. cit., t. XI, s. 448-449, Antoni Czechow

Nie będę pisać o sztuce, bo byłoby to tak samo nierozważne, jak gdyby filolog rozwodził się o susceptancjach, stanach nieustalonych i sterowaniu rozproszonym (zresztą istota susceptancji też jakby mi się zamgliła nieco), ale mogę napisać, co sobie pomyślałam, bo pomyśleć każdy może, nawet niebranżowy. Otóż pomyślałam sobie o pewnym programie telewizyjnym w dawnych czasach, kiedy miałam lat bardzo mało, a telewizja miała tylko jeden program. Nazywało się to "Piórkiem i węglem" i polegało na tym, że profesor Zinn opowiadał o architekturze, a opowieści swoje na żywo ilustrował tytułowymi akscesoriami. Największe wrażenie robił na mnie proces powstawania rysunku. Pojawiała się jakaś cienka kreska od niechcenia, potem grubsza jakby przypadkiem, jakaś jaśniejsza i jeszcze jedna, i jeszcze kolejna, aż wreszcie profesor stawiał ostatnią i wtem kościół czy dom, stawał przed naszymi zdumionymi oczami jak żywy.

Tak samo jest u Czechowa - jakieś rozmowy, jakieś wędki, aktorki, jezioro, konie wiecznie zajęte, wszystko od niechcenia i familiarnie, padają kolejne numery loteryjki i nagle odnajdujemy się tak bardzo blisko tych jego bohaterów i tak blisko opowiedzianej przez niego historii, że staje się ona zupełnie naszą.

Przeczytanie "Mewy" przyniosło mi też element poznawczy, otóż bowiem okazało się, że Czajka to nie Чайка, ale Чибис, co jakby od początku było wiadomo, skoro Чайка to Mewa. Jeśli zatem chcę mieć awatar z eleganckim czubeczkiem, z którym to się już utożsamiłam, to nie mogę być z Czechowa. Jeśli mam być z Czechowa, to logo powinnam mieć z czerwonym, długim dziobem i srebrzystymi skrzydłami. Zostałam więc w rozdarciu, jak ten Indianin z Ameryki i Hindus z Indii. Języki i geografia potrafią jednak być bardzo podchwytliwe i trzeba być niezwykle czujnym. Niczym Чибис.

Na pocieszenie zakładałam dramaty bardzo wdzięczną zakładką, która nic wspólnego nie ma ani z czajką, ani z mewą, ani z czibisem.


Kończę też pierwszy rękaw jedwabnej bluzeczki i chociaż przez cały czas dziergania miałam mieszane uczucia co do koloru, to musze przyznać, że po założeniu jest nawet twarzowy i korzystny.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

niedziela, 31 marca 2019

Haczyk w czasie

"Uprzywilejowani, którzy dostąpili zaszczytu uczestniczenia w rodzinnej uroczystości Forsyte'ów, mieli okazję oglądać czarujący i pouczający widok rodziny należącej do zamożnego mieszczaństwa, w pełni upierzenia."
Saga rodu Forsyte'ów, John Galsworthy


Mój komplet sagi został wydrukowany na miesiąc przed moim urodzeniem i trafił do księgarń w liczbie niewiele ponad siedem tysięcy, nie był więc chyba bestselerem. Nie wiem kto go kupił, może mój tata, a może moja babcia, ale dzięki temu mogę być nieustająco uprzywilejowana od czasu, kiedy wyrosłam z Kubusiów Puchatków (chociaż na całe szczęście, tak naprawdę z Kubusiów nigdy nie wyrosłam).
Mogę więc patrzeć na te pyszne ciotki i stryjów, w co się ubierają, co jedzą, co piją, o czym rozmawiają; mogę chłodzić się czerwcowymi londyńskimi wietrzykami albo omdlewać w podlondyńskich upałach, mogę ubolewać nad podłością Soamesa, podziwiać starego Jolyona i emocjonować tragicznym romansem.
Mogłabym bywać u nich częściej, gdyby tylko było możliwe przywrócić te dawno minione wakacje i ferie, które trwały niczym lata - każdy dzień przynosił całe oceany godzin od rana do samego wieczora.

W dzisiejszych czasach dnie jakby krótsze, wpadam więc do Forsyte'ów na krótko i zachwycam się, a kiedy nie wpadam, to szydełkuję i rozmyślam o cioci Lodzi, która z szydełkiem nieodmiennie mi się kojarzy. Zawsze przychodziła do nas z szydełkiem, zupełnie nie pamiętam, co dziergała, ale było to na pewno bardzo malownicze (jaka ogromna szkoda, że Instagram wymyślono tak późno).  Podziwiałam, jak z jej nieznacznych ruchów małym haczykiem powstaje i pieni się materia w łańcuszkach i kolorach. Podziwiałam też i zazdrościłam jej pracy w kiosku Ruchu, który był dla mnie kioskiem obwitości bogatym w kolorowe pisemka, ołówki, długopisy, małe plastikowe laleczki i stosy niebieskich i brązowych zeszytów. W kiosku też szydełkowała, próbowała mnie nauczyć, ale byłam gruntem zupełnie niepodatnym, więc po kilku próbach zaprzestała.

I dopiero teraz, po tylu latach z pomocą internetu w ogóle, a filmikom na Youtube w szczególności miałam okazję zabrać się do nauki i jednak zdobyłam jakieś arkana.



Ombre oczywiście - od limonki do ciemnego granatau, Bubulina dumna, jakby wlasnoręcznie wydziergała. Wracam teraz do drutów, do mojej jedwabnej bluzeczki zaczętej w lipcu ubiegłego roku. Brakuje jej już tylko rękawów, więc mam nadzieję, że się doczekamy i ona ich i ja jej.

Sagę zakładałam nie wiem czemu słomianą laleczką w kolorowej krajce prosto ze Słowenii.

Chusta Virus niczym jagody w zielonych liściach. Za oknem jagód co prawda jeszcze nie ma, ale zielonych liści coraz więcej, więc chyba to wiosna przyszła z nadziejami. 
Czego i Wam życzę, dziękując za odwiedziny i przemiłe komentarze - dobrego dnia! :)

niedziela, 24 marca 2019

Muzyczny wirus z czajnikiem w tle

"Darwin z niekłamanym zdziwieniem pisał w O pochodzeniu człowieka: Skoro zaś ani zamiłowanie, ani zdolność do wytwarzania tonów muzycznych nie są właściwościami oddającymi najmniejszą nawet przysługę człowiekowi w jego codziennym trybie życia, musi się je zaliczyć do zdolności najbardziej tajemniczych, w które człowiek jest wyposażony."
Muzykofilia Opowieści o muzyce i mózgu, Oliver Sacks


Muzyka jest zjawiskiem fascynującym (pomimo swojej bezużytności), mózg również, więc połączenie tych dwóch tematów jest niezmiernie przyjemne. Autorem jest neurolog, więc wie o czym pisze. Zaczyna się interesująco - o nagłym uwielbieniu muzyki, muzycznych napadach, muzyce natrętnej, muzycznych halucynacjach.
Przykłady są oczywiście z życia wzięte, a objaśnienia neurologiczne zrozumiałe (na razie) dla prostego nieneurologa (czyli dla mnie).

Do czytania włączam sobie muzykę skrzypcową, no bo jak już dostać halucynacji, to najlepiej jakichś przepięknych. Słucham, w mózgu moje różne synapsy i neurony się delektują, a w wolnym międzyczasie chodzę sobie na spotkania książkowe w mieście Łodzi.
Spotkania w pierwszych dniach wiosny polegają głównie na bezie Pawlowej i spacerach, co szczegółowo udokumentowałam przezfotograficznie (spacer tylko, bo bezę zjadłam zbyt szybko, taka była dobra)

Cienie na drodze, w tym jeden z kucykiem a trzy bez:


Świeża wiosenna zieleń i świeża wiosenna woda:


Malowniczy bruk (jakoś mnie urzekł ogromnie, nie wiem czemu, może ma jakieś harmonie w sobie):


Czajka w szpilce (nie, nie, obok szpilki, bo w szpilce nie wolno było):


Zakaz z cebulą:

Niewinne rozrywki kulinarne (ale nikt nie zginął ani nie ucierpiał):


Czajka w czajniku (a właściwie obok, chociaż do czajnika niby zakazu nie było):


 W centrum wiosna, tymczasem w naszych górach, jak mi relacjonuje moj ulubiony podróżnik, wszystko naraz.




Rękodzielniczo szydełkuję chustę virus. Potwierdzam na własnej osobie sprawdzoną teorię, że virus uzależnia. W dodatku jest świetnym wzorem dla początkujących - powtarzalny i zawsze wiadomo, gdzie się jest, co w przypadku szydełkowania nie jest wcale takie oczywiste.
To moja druga praca na szydełku, więc nie mogę się nadziwić, że umiem takie różne wachlarzyki i w dodatku równo.


Muzykofilię zakładam muzyczną oczywiście zakładką:


Pozostając już w bardzo wiosennym nastroju, dziękuję za Wasze odwiedziny i komentarze. Dobrego dnia! :))

niedziela, 17 marca 2019

Oko w nałogu

"Uświadom sobie, że zostajesz wysłany do prowincji Achai, do tej prawdziwej, właściwej Grecji, w której - jak to się ogólnie przyjmuje - miała swoje początki kultura, literatura, nawet płody ziemi; uświadom sobie, że zostajesz wysłany w tym celu, ażeby zaprowadzić ład wśród państw wolnych, to znaczy do ludzi, którzy są prawdziwymi ludźmi, do ludzi, którzy są jak najbardziej wolni, którzy zachowali prawa natury dzięki swoim zaletom, zasługom, życzliwości, dzięki temu, iż przestrzegają przymierzy i wreszcie - dzięki pobożności!"

"Kiepski to sposób rządzenia, kiedy władza doświadcza swojej mocy znieważając drugich, źle, jeżeli stara się pozyskać sobie drugich szerząc postrach; jeżeli chcesz coś osiągnąć, to o wiele większe znaczenie ma okazywana życzliwość, aniżeli szerzony postrach. Lęk bowiem przemija z chwilą, kiedy odchodzisz, miłość - pozostaje, i tak jak lęk przeradza się w nienawiść do ciebie, tak życzliwość w szacunek."
Pliniusz Młodszy, Listy

Takich rad udzielał Pliniusz młodemu zarządcy, no taki zaborca, to nawet przyjemny jest. Sam Pliniusz, zarządzając Bitynią, budował ludziom nowoczesne termy do kąpania, zasypywał śmierdzące rzeczki, przekopywał szlaki spławne, doprowadzał wodę źródlaną nowymi akweduktami, dbał o gimnazja i publiczne pieniądze. Walczył też z zabobonami.

"...wielu bowiem ludzi w różnym wieku, różnego stanu, obojga płci jest i nadal będzie narażonych na to niebezpieczeństwo. I nie tylko miasta, ale wsie, i wioski opanował ten zabobon jak zaraza.
Zdaje mi się, że można ją zahamować i z niej wyleczyć."

Zabobonem tym oczywiście było młode chrześcijaństwo, którego Rzymianie obawali się jako nowego stowarzyszenia, tak samo jak się bali stowarzyszenia strażaków. No cóż, nikt, nawet zaborca, nie jest jednak doskonały.

Ja tymczasem zajmuję się zupełnie nie zarządzaniem, ale czystymi przyjemnościami. W pobliskim mieście Łodzi otworzyło się bowiem miejsce pokus i uzależnień. Co miałam zrobić? Poleciałam w sobotę w samo oko nałogu.



Były zdjęcia, ciasteczka i mandarynki, a potem piłam pyszną kawę u przyjaciółki i podziwiałam nowe nabytki (no święty przecież nawet by uległ i zakupił na takie widoki). Nabytków było niewiele, zabrałam się do domu zwykłą taksówką, nie tirem, więc nawet nie mam za dużych wyrzutów sumienia.

W domowych pieleszach koszyczkowa serwetka rozwijała się systematycznie i dosyć szybko, nauczyłam się słupków potrójnych, pikotków i oczek ścisłych i bardzo jestem ze swojej nowej wiedzy zadowolona i dumna.





Pozostaje mi tylko starożytnymi sposobami nagotować krochmalu i ją zablokować. No i zabrać się za kolejną szydełkową robótkę, czyli chustę wirus.


W oryginale żółty nie jest żółty, ale limonkowy. I w takich limonkowych nadziejach i planach pozostaję z sympatią i szacunkiem. Dziękuję za wasze odwiedziny i przemiłe komentarze - dobrego dnia! :)

niedziela, 10 marca 2019

Mosty, techniki oraz popioły

"Cały ten czas spędziłem w niezwykle przyjemnym, całkowicie spokojnym nastroju, wśród tabliczek do pisania i książeczek.
Pytasz - jak było to możliwe? w Rzymie?"
Pliniusz Młodszy w świetle swoich listów i mów, Lidia Winniczuk


Ponieważ nie jestem w Rzymie, poza książeczkami miałam dodatkowo szydełka i druty. Czas wolny natomiast łatwo znaleźć, wystarczy unikać wyścigów konnych w cyrku oraz zarządzania posiadłościami wiejskimi. Łatwo mi przyszło jedno i drugie, mogłam więc w dużym stopniu cieszyć się obecnością Pliniusza, do którego czuję ogromną sympatię. Może dlatego, że w świetle swoich listów jawi się miłośnikiem literatury. Może dlatego też, że nie lubił rachunków i nie lubił ludzi podłych. Kochał za to sprawiedliwość, uczciwość i piękno natury. Wrażliwy, dociekliwy, hojny, dowcipny.
Największe jednak wrażenie zrobił na mnie, kiedy z poduszką nad głową uciekał razem z matką przed popiołami Wezuwiusza.
"Nieco się rozjaśniło, a nam się zdawało, że to nie nastaje dzień, lecz że to zapowiedź zbliżającego się ognia. A ogien zatrzymał się dalej, i znowu nastały ciemności, i znowu masa ciężkiego popiołu. A my podnosząc się raz po raz otrząsaliśmy się z niego, inaczej byłby nas calkiem zasypał, a może nawet przygniótł swoim ciężarem.
Mógłbym się teraz chełpić, że mimo takich niebezpieczeństw nie wydałem żadnego jęku, ani jednego słowa, które mogłoby świadczyć o moim załamaniu się, gdyby nie to, że wówczas wierzyłem, iż ginę ze wszystkimi i że wszystko ginie wraz ze mną nieszczęsnym: było to jednak wielką pociechą w świadomości, iż wszystko przemija."
Pliniusz Młodszy, list do Tacyta

Kiedy w książce od historii czytamy o datach, wydarzeniach, przyczynach, skutkach i nieszczęściach, to ludzie w tym wszystkim są  ludźmi bezpowrotnie minionymi, i dopiero tak osobista i żywa relacja, jak listy Pliniusza rzuca bezpośredni pomost między naszym, a tamtym czasem. Dopiero wtedy wiem i widzę, jak budzi się rano przy zamkniętych oknach.
W listach oczywiście jest dużo spraw urzędowych i poważnych, ale mnie i tak najbardziej podobały się cyprysy nad strumykami, bo jak sam Pliniusz pisał, nic nie jest piękniejsze od natury.
No i od nieśmiertelności.
"Moim bowiem zdaniem wszyscy ludzie powinni myśleć albo o swojej nieśmiertelności, albo o śmiertelności: pierwsi powinni czynić wysiłki, usilnie sie starać, drudzy - pędzić życie spokojnie, odpoczywać i nie utrudniać sobie życia daremnymi zajęciami"
Pliniusz Młodszy, Listy IX,3

Od razu zaliczyłam się do drugiej grupy i zaraz po pracy (bo jednak rachunki obowiązują w obu grupach) spokojnie zaczęłam serwetkę do koszyczka wielkanocnego.


Starm się, żeby było medytacyjnie i spokojnie, no i na ogół tak jest. Szydełko jest dla mnie techniką nową, więc oczka chwilowo tkwią w chaosie i poplątaniu, zamiast pozostawać policzalne i uporządkowane na drutach, ale wystarczy dobry filmik na Yotube i, najwyraźniej, nowe okulary.
Tak czy inaczej, słupków przybywa we wdzięcznych okrążeniach, za oknem wiatr bawi się z chmurami, słońce radośnie przegląda się w kałużach i mimo różnych pogłosek o garncach marcowych, robi się coraz bardziej i bliżej.




"Lecz na razie tyle. Co nowego poza tym? Cóż? nic - w innym wypadku dodałbym nowe wiadomości, bo na karcie jest jeszcze miejsce, a i dzien wolny pozwala snuć myśli dalej."
Pliniusz Młodszy

Zakładka prawie w duchu epoki:



Dziękuję za odwiedziny i przemiłe omentarze, dobrego dnia! :)