wtorek, 9 lutego 2021

Resztki i nieresztki

 "Być może coś się kryło w tych haftach, pomyślał hrabia, jakaś łagodna mądrość, którą zdobywała wraz z każdą pętelką."

Dżentelmen w Moskwie, Amor Towles


nie tak dawno koleżanka zapytała mnie, w jaki sposób kupuję włóczki - czy najpierw mam konkretny plan, co zrobię, czy kupuję włóczkę, bo mi się podoba, a potem obmyślam, co z niej zrobić?

Po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że właściwie odpowiedź może być tylko jedna - kupuję włóczki w sposób nieumiarkowany.


Od razu przyznam ze wstydem, że w samej szafie też są włóczki, nie tylko w pudełkach obok. No ale, jako że z pętelkami przybywa rozumu, to i mnie po czasie długim przybyło i teraz już wiem, że jeżeli ulegamy pokusie (oczywiście mam tu na myśli takie pokusy, które szkody nie czynią drugiemu), to nie należy jej ulegać połowicznie. Bo z połowicznego ulegania nic dobrego nie wynika, o czym się przekonałam na własnej skórze, kiedy przeglądałam moje nieumiarkowane zapasy i pakowałam je według składu, okazało się, że mam cały stosik pojedynczych motków niezwykle luksusowych włóczek. Wiadomo jak to było - bardzo chciałam mieć, nie chciałam ulegać całkiem, więc ulegałam jednomotkowo. 


 Na chustę za dużo, na sweter za mało, jeżeli łączyć, to albo nie pasują grubości, albo nie pasują kolory. Oszołomiona tym marnotrawstwem, zaczęłam intensywnie myśleć i przypomniał mi się wtedy resztkowiec Małgosi, który rok temu zaczęłam robić i przestałam, bo powyciągałam wtedy jakieś grube akryle i nie bardzo mi się podobało. Teraz natomiast pojawiła się wizja swetra miękkiego, szlachetnego nie z resztek co prawda, ale nie byłam aż tak drobiazgowa. Łatwo nie było - trzy dni w pocie czoła dobierałam włóczki - przeważnie wychodziło dziwacznie i zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Każda próba kosztowała mnie godziny przewijania długaśnych precli w kłębki. Pięć razy chciałam się poddać, pięć razy stawiałam się do moralnego pionu, z frustracji zaczęłąm myśleć (to myślenie całkiem jest przydatne) i przypomniało mi się, że oprócz nieresztkowych precli mam resztki (nie takie małe) po mojej merinowej Tancie. Wzięłam Tantę, dołożyłam nieresztki i zagrało! Okazało się zresztą, że Tanta ma prawie identyczne odcienie jak moje precelki i czy to nie przyjemny zbieg okoliczności?



Chciałabym napisać, że dalej poszło jak z płatka i szybko, no ale wiadomo, nie poszło - dziergało mi się jakoś wolno i nieśmiało. 



W dodatku miałam wizytę wnuczki i wszystkie miśki wyległy na jej powitanie, natomiast w czasie wizyty nie miałam w ogóle drutów w rękach, tylko miałam na przykład takie ulice Czereśniowe, które serdecznie polecam dla dzieci - są świetne, historii w nich jest masa i można opowiadać godzinami.







Wszystko ma jednak swój koniec, nawet oba rękawy w swetrze, które zakończyłam świeżo znalezionym sposobem - jest tak dziwny, jak sięganie do lewego ucha przez prawe ramię, więc zrobiłam próbkę i dopiero wtedy się przekonałam, że działa - efekt widać trochę na pierwszym zdjęciu - nie rozpycha robótki i jest super elastyczny i nawet lekko ozdobny, jako taki skręcony łańcuszek.

Poza intensywnym myśleniem nad włóczkami, zapuściłam sobie pandemiczny kok niczym mgiełki nad rzeką



oraz na kanale ojca Adama Szustaka dowiedziałam się o fantastycznej książce i natychmiast ją kupiłam w sumie bez powodu. Ja właściwie, gdybym miała być szczera, wierzę troszeczkę w dobre duszki książkowe, nieraz co prawda przysypiają gdzieś w kącie, ale nieraz są czujne i to był właśnie ten raz. Wszystko właściwie było na nie - Moskwa, rewolucja, amerykański autor, moja kolejka do czytania, moje niekupowanie. Wbrew kolejce od razu jak ją kupiłam, od razu też przeczytałam i jaka to jest piękna książka. Rewolucja nie ma znaczenia (to znaczy ma, ale nie kluczowe), Moskwa też nie ma znaczenia (jeśli się nie ma ochoty na Moskwę, to tej ochoty się i tak nabierze), amerykański autor to już znaczenia nie ma w ogóle (jego amerykańskość na urodę książki nie wpłynęła wcale).
To jest taka historia, która jest piękna sama w sobie, zupełnie niezależnie od okoliczności. Od razu praktycznie zapatrzyłam się w hrabiego Aleksandra Rostowa, w jego rodzinną wieś, w jego rodowe biurko, w jego książki, w jego aperitify, w jego przyjaciół, w jego gry, w jego dobroć i przyzwoitość.

Dżentelmen to takie idealne spojrzenie refleksyjne na ludzi, na historię, na los - idealne bo nie przytłacza filozofią, jest tu refleksja, ale jest też dobry obiad z dobrym winem.
No i jaka cudna gra tu jest (w ogóle wszystko w tej książce ma dobry smak) - nazywa się zwyczajnie zut, ale tak sobie myślę, że mogłaby śmiało zastąpić na przykład Dixita (w dodatku nie wymaga akcesoriów) - podajemy hasło - na przykład słynne dwójki i szukamy po całym świecie - Flip i Flap na przykład. Albo Czerwone i Czarne. Albo pies z kotem. Albo książka z fotelem (no dobrze, może akurat ta dwójka nie jest taka oczywista, ale jaka przyjemna).

Wracam do swojego resztkowca, któremu brakuje tylko kawałeczka na dole i nawet jest szansa, że zdążę się w niego ubrać zimą, a zima jak najbardziej jest.




I nawet słońce było widać.
Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Chronologie i systemy


 "Susan Sontag też ustawiła książki chronologicznie. Powiedziała „New York Timesowi", że nie zniosłaby widoku Pynchona stojącego obok Platona. Zatem - chronologicznie. Z kolei nasze zbiory amerykańskie obejmowały głównie literaturę dwudziestowieczną, w większości do tego stopnia najnowszą, że podzielenie jej według czasu powstania wymagałoby talmudycznej drobiazgowości. Ergo - alfabetyzacja. George uległ w końcu naciskom, ale bardziej w imię małżeńskiej harmonii niż z autentycznego przekonania. Szczególnie nieprzyjemnie zrobiło się przy przenoszeniu z półki na półkę Szekspira. Kiedy George targał książki, ja zawołałam:

Uważaj, żeby ustawiać w tej kolejności, w jakiej zostały napisane!

Chcesz przez to powiedzieć, że mamy ustawiać chronologicznie także poszczególnych autorów? - z wrażenia ledwo mógł złapać oddech. - Ale przecież nie wiadomo nawet dokładnie, kiedy Szekspir napisał swoje sztuki!

Cóż - stwierdziłam przemądrzale - wiemy, że Burzę napisał po Romeo i Julii. I chciałabym to widzieć odzwierciedlone na naszych półkach.

George mówi, że był to jeden z nielicznych momentów, kiedy poważnie zastanawiał się nad rozwodem."

Ex libris, Anne Fadiman


Pod poprzednim postem pojawił się Pan Tadeusz, co było o tyle znamiennie, że kupiłam sobie śliczny jego egzemplarz trzy lata temu i od jakiegoś czasu zastanawiałam się, gdzie go mam. Przed remontem stał na półce, której po remoncie już nie ma. I to zastanawianie się objęło stopniowo inne tytuły, o których kiedyś wiedziałam gdzie są, a teraz zupełnie nie wiem, aż w końcu zaczęłam myśleć o uporządkowaniu swojej biblioteki. Siedziałam wygodnie w fotelu, więc nic nie przeszkadzało, żebym cofnęła się głęboko w przeszłość.

Odkąd pamiętam, moje książki były ustawiane chronologicznie, ale nie według daty napisania, ale według daty zakupu. Podejrzewam, że książki rodziców były ustawiane według tego samego systemu, co było o tyle dobre, że jeszcze przez długie lata pamiętałam co gdzie stoi i w ogóle nie zastanawiałam się czy one są amerykańskie, czy są biografią, czy są współczesne czy też przygodowe. Do dziś pamiętam, gdzie stał Ulisses w niebieskich okładkach, gdzie Winnetou, a gdzie opowiadania o zwierzętach. No i gdzie Tomek, chociaż najwięcej Tomków miała moja przyjaciółka przez ścianę. Książek przybywało powoli, półki miały jeszcze wolne miejscówki, czasy były trudne, aż tu niespodziewanie dorosłam i przeprowadziłam się ze swoją niedużą biblioteczką. Kontynuowałam system ustawiania, nic nie zapowiadało katastrofy, aż tu nagle czasy się polepszyły i na świecie pojawił się Internet z Biblionetką oraz Allegro.

Te dwa żywioły znacznie przyspieszyły moją edukację książkową i tak przepadła moja niewinność i beztroska biblioteczna. Dowiedziałam się, że nie tylko mogę czytać Panią Bovary, ale również mogę przeczytać o tym, jak czytał ją Nabokov oraz że nie trzeba się było urodzić w latach czterdziestych, żeby kupić w księgarni książkę wydaną w latach pięćdziesiątych (tak, przed Allegro antykwariaty były dla mnie czarną magią, byłam zwierzęciem księgarnianym). W dodatku przestałam mieć dwie bliskie osoby, od których się dowiadywałam, co warto przeczytać, ale nagle tych osób miałam pięćdziesiąt (plus algorytm do polecania książek). Jak to się rozwinęło w czasach, kiedy można kupić praktycznie każdą książkę? Nietrudno przewidzieć. Na moich półkach zaczęło się liczyć każde miejsce - układałam książki nie według kolorów, ale według wzrostu, bo wtedy poziomo można było bezkolizyjnie położyć następne. I nawet nie przejmowałam się opiniami na temat takiego układania książek:

"Otóż ich z kolei znajomi odnajęli na kilka miesięcy swój dom pewnemu dekoratorowi wnętrz. Po powrocie odkryli, że wszystkie książki zostały poprzestawiane według koloru i formatu. Wkrótce potem ów dekorator zginął w wypadku samochodowym. Muszę wyznać, że zebrani przy stole jednomyślnie orzekli, iż sprawiedliwości stało się zadość"

Ex libris, Anne Fadiman

Walczyłam o miejsce. Miałam książki za tapczanem, w pufach, w szafach, w fotelach, na ścianach i komodach. Z biegiem lat (a pewnie i z wiekiem) poczułam się tym stanem przytłoczona i wtedy odkryłam minimalizm, sprzedałam ciężarówkę zasobów bibliotecznych, zrobiłam (no dobrze, Czajkomąż zrobił) remont, przeniosłam w krótkim czasie setki, setki kilogramów, więc kiedy wreszcie stanęły moje dwa nowe regały, zgięta w pół dowlekłam się i wrzuciłam do nich odpakowane z folijek zabezpieczających książkowe niedobitki. I tym sposobem przestałam wiedzieć, gdzie co mam.

Minął prawie rok, w miarę odpoczęłam, zasypałam remontowe traumy i trudy różnymi przyjemnymi herbatkami z ciastem czekoladowym i wtedy zaczęły mi świtać różne pomysły i marzenia. A gdyby tak mieć całego Czechowa razem? Bo przez te wszystkie lata i remonty nawet, jedyny autor, którego mam razem to Proust. No i Musierowicz, co prawda stała obok Szekspira, ale mi to w sumie nie przeszkadzało kiedyś. Ale teraz, kiedy mam więcej miejsca, mniej książek, to jednak chciałabym mieć całego Homera  na półce z antykiem. I książki o drutach. Nie musiałabym pamiętać, gdzie stoją każde z osobna, wystarczy wiedzieć gdzie mam kstegorię z drutami. Jedyne co mnie przerażało, to sam proces przestawiania, bo ja wiem doskonale jak to wygląda - wystarczy ruszyć jedną książkę, burzy się układ dziesięciu następnych, półki są za niskie albo książki za wysokie, a ja nie wyobrażam sobie skakać przez miesiąc po domu ruchami konika szachowego:

"Przenoszenie książek przez linię Mason-Dixon, dzielącą moje północne półki od jego południowych, zajęło nam około tygodnia. Co wieczór ustawialiśmy je, przeplatając, w szeregu na podłodze, przed umieszczeniem z powrotem na półkach, a co za tym idzie, przez cały tydzień musieliśmy kluczyć ruchem konika szachowego między setkami tomów, ilekroć chcieliśmy dostać się z łazienki do kuchni albo z salonu do sypialni"

Ex libris, Anne Fadiman


I wtedy pojawił się Pan Tadeusz w komentarzach, wciąż nie wiedziałam, gdzie jest, a wiedziałabym, gdyby był w poezji polskiej albo w epopejach albo na P (lub na M), to przeważyło szalę, w sobotę rano rzuciłam się do regału z planem na jedną półkę. Trzy godziny później miałam już całego Homera (oraz dużo na podłodze):


Wydawało mi się, że mam też cały antyk, niestety dziś rano znalazłam jeszcze Platona i pojawiło się też pytanie, czy na półce z antykiem ma być tylko antyk czy też o antyku? Czy Podróże z Herodotem mają stać obok samego Herodota? Czy jednak osobno?


Żeby się nie pogubić zaplanowałam stopniowe krystalizacje ogólne - czyli bajki do bajek, kuchnia do kuchni. Nad szczegółami pomyślę potem albo i nie.



W trakcie tych trzech godzin przenoszenia książek z miejsca na miejsce, pomyślałam sobie, że może ich szkoda, kiedy tak stoją na półce (niektóre w drugim rzędzie) i nikt się nimi nie zachwyca oprócz mnie? A może tak powędrować przez półki i trochę te książki ożywić i przewietrzyć? I tak zrodził się pomysł na cykl Czajka w bibliotece (biblioteka to trochę na wyrost, ale co tam), niezależny od normalnego cyklu życia codziennego Czajki.

Jedyny problem może być z nadmiarem, chociaż w sumie książek nigdy nie za dużo, czego sobie i Wam życzę.

Dziękuję za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

piątek, 15 stycznia 2021

Wizje ułomne i własne niedole


"Kiedy z rzymskiej wizji, ułomnej, ale wielkiej, na zawsze utrwalonej w tęsknocie przenikającej Eneidę Wergiliusza, spadam w otaczającą mnie rzeczywistość, Grecy tu czekają na mnie, Grecy ze swoimi wiekami i tysiącleciami doświadczenia: jak współżyli z ludami, z którymi nie mogli się porozumieć, z Persami, z Turkami. Grecy, którzy od tysiącleci wiedzą, że ludzie w ogóle rzadko mogą się ze sobą porozumieć. W Homerowej Iliadzie płaczki na pogrzebie Patrokla szlochają "pozornie nad Patroklem, lecz w sercu każda nad własną niedolą". Niemal cały grecki teatr tragiczny jest właśnie o tym, że antynomie życia, sprzeczności zawarte w świecie, są nierozwiązalne."

Nowy brewiarz Europejczyka, Zygmunt Kubiak

Eseje Zygmunta Kubiaka, filologa i wielkiego miłośnika antyku, dobre są na czasy trudne, na łatwe zresztą pewnie też. Zawsze aktualne, bo zawsze blisko ludzi współczesnych i niewspółczesnych.

Lubię go czytać, bo mam wtedy zapewnione różne piękna - piękno języka, piękno sztuki, piękno miast, piękno cytatów, piękno filozofii, muzeów, piękno strumyków z Owidiusza

"Jest gaj w Hemonii, zewsząd otoczony  

Borem na stromych stokach; zwie się Tempe.  

Przez niego Penej, który u stóp Pindu  

Wytryska, wody zapienione toczy,  

A wodospadem się waląc, wyrzuca  

W górę obłoki rozpryśniętych kropel,  

Zraszając same szczyty drzew, a dręcząc  

Łomotem przestrzeń nie tylko pobliską.."


 i piękno wieczorów z Norwida:

"Wieczór był cichy cichością jedyną,

Samemu tylko właściwą Rzymowi.

Ni wieś, ni miasto - tu Cię woły miną,

A tam wykwintna biga zastanowi..."

Tak, dobre są eseje Zygmunta Kubiaka na każdy czas, nawet na czas stuporu, w który wpadłam okołoświątecznie. W czas stuporu patrzyłam na strumyk zewsząd otoczony borem i próbowałam robić na drutach. Kiepsko mi szło, najpewniej dlatego, że w chwili roztargnienia dałam się opaść niezliczonym planom i zamiarom, co mnie oszołomiło i wytrąciło z równowagi. Miałam plan na swetry i na chusty i na lalki, i na koce i na skarpetki w dużych ilościach. Nie da się ich realizować naraz. 

Z trudem wysupłałam plan o najwyższym priorytecie - okazał się on być planem na czapkę. Nie to, że czapki nie miałam. Miałam i to niejedną, ale z racji utrudnionych ostatnio kontaktów z fryzjerem niespodziewanie mam kok. Niezbyt duży, ale wszystkie dotychczasowe czapki przestały na nim siedzieć pewnie i nadobnie. Z przepastnej wieży pudeł, wyjęłam więc  włóczki pozostałe po chuście z promykami i zrobiłam do kompletu czapkę w sam raz na kok oraz inne fryzury o różnych stopniach uporządkowania.


Nawet szybko mi poszło, twarzowo i ślicznie, co prawda Bubulinie we wszystkim ślicznie, więc całkowitej pewności nie ma, czy i mnie też:


W czasie gwiazdkowym oglądałam namiętnie adwentowe podcasty Carlosa i Arnego


Nie dało się nie zrobić bombki (tym bardziej, że zrujnowałam się na ich książkę o (między innymi) bombkach:


Gorzej już było z następną robótką, beret paryski według wzoru Dorotki Knitolog zrobiłam szybko i gustownie, ale rozmiar jest dobry tylko dla Bubuliny, więc muszę zmniejszyć



Zmniejszanie jest zawsze przygnębiające, więc beret siedzi na razie w szafie i czeka na lepszy czas, który mam nadzieję, że przyjdzie szybko, czego sobie i Wam serdecznie życzę.
Dziękuję za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Nowy brewiarz zakładałam zakładką bardzo adekwatną, czyli antyczną:



środa, 18 listopada 2020

Cisza z budzikiem

"W leśniczówce było czyściutko, cicho, miałam swój pokoik na facjatce, jak Ania z Zielonego Wzgórza, i nikt absolutnie nie przeszkadzał mi w czytaniu stosów przywiezionych z miasta książek, jak też w pisaniu i rysowaniu. Okazało się, jest mi to bardzo potrzebne i że to jest mój ideał wakacji.

Godzinami śledziłam obyczaje ptaków, chodziłam sama po lesie, zbierałam jagody i jeżyny, odwiedzałam z blokiem rysunkowym pobliską wioskę i szkicowałam dzieci oraz zwierzęta. Kiedyś pani leśniczyna zapytała mnie ciekawie, kim chciałabym zostać, gdy dorosnę, a ja po namyśle odparłam:

- Lubiłabym pisać książki.

- Co też ty opowiadasz, dziecko - odparła powątpiewająco."

Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę, Małgorzata Musierowicz przy współpracy Emilii Kiereś


Tak to jest, jak człowiek pochodzi po internetach, od razu mu w oko wpadnie coś, czego po prostu nie można nie kupić. No to kupiłam. Duże jest i ciężkie, nie wiem, teraz moda chyba taka na grube i ciężkie książki. Nie szkodzi, mam do książek specjalną poduszeczkę, więc ciężkie mi nie przeszkadzają; nie żałowałam zakupu, tym bardziej, że ta biografia Jeżycjady (bo tak można mniej więcej ją określić) nadzwyczajnie przyjemna w czytaniu jest.

A dla mnie nawet podwójnie przyjemna, bo po pierwsze jako miłośniczka Jeżycjady mogłam niejako zajrzeć za kulisy, popatrzeć sobie na maszynę do pisania, w której ten cały świat Borejków się wstępnie zmaterializował, poczytać o profesorze Latawcu, który nauczał języka polskiego małą Małgosię, zwiedzić antykwariat, w którym Tygrys usiłował sprzedać matczynego Senekę, zajrzeć do kamienic na poznańskich Jeżycach. Po drugie natomiast, jako miłośniczka w pewnym już wieku, mogłam sobie nostalgicznie popatrzeć na zgrzebne peerelowskie zdjęcia i powspominać dawne czasy. 



Dużo tu zdjęć, ilustracji, dużo anegdot i dużo zaskoczeń, to co wydawało się być zmyślone, okazało się być prawdziwe i odwrotnie. Oczywiście dopadł mnie skutek uboczny, a mianowicie nieprzezwyciężona pokusa powtórzenia sobie całej Jeżycjady, która tak bardzo wrosła w rzeczywistość, że ze swoim uzupełnieniem stanowi całość.

Na razie czytam z własnych półek, ale w wolnej chwili, kto wie, może zacznę czytać o pełnych, lekko przykurzonych półkach u Borejków.

Poza czytaniem ciężkich i grubych książek, dziergałam pracowicie skarpetki, których udziergałam dwie pary i które niedługo powędrują do swojej właścicielki.




Przy okazji skarpetek z warkoczykami nauczyłam się ściągacza jak ze sklepu  Makunki i jestem tym nabieraniem oczek zachwycona, bo jest elastyczne i wygodniejsze niż nabieranie z długim końcem.

Może tu najlepiej widać:


Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu dowiedziałam się z tych filmików, że dziergam po rosyjsku. Nie przeszkadza mi to zbytnio, wiem od niedawna, że oczka mają nóżki i jak te nóżki powinny siedzieć na drutach, a więc gdzie mają przód a gdzie tył. Kiedyś o takich rzeczach się nie mówiło, robić na drutach nauczyłam się od mojej Babci, która miała kilka pogiętych metalowych drutów zakończonych korkami, żeby nie spadały z nich oczka. Włóczki w tamtych latach były podobnie zgrzebne, szorstkie wełny o brzydkich kolorach. Moim pierwszym wyrobem był sweterek dla ukochanej lalki, sweterek był w kolorze buro-musztardowym, którego bardzo długo nie mogłam polubić. Szczegółów nie pamiętam, na pewno był szyty, wiem tylko, że był intensywnie noszony. Z tej samej wełny Babcia zrobiła wersję dorosła dla dziadka, która to wersja charakteryzowała się niezliczoną ilością supłów, z pewnością więc była to wełna z kolejnego odzysku. 

Ech, może teraz ubolewać na media, ale gdyby wtedy był Instagram! Wrócić teraz do tych swetrów, do tych kolorowych wełnianych makatek nad wersalką i przypomnieć sobie, jak Babcia tłumaczy mi przerabianie oczek na prawo i na lewo. U Babci zawsze była cisza, może dlatego, ze ciszę (jak pisał Bobkowski) najlepiej się słyszy, kiedy jest podkreślona budzikiem. A budzik na radiu musiał być, widomo. Stał i tykał, jak mi się wtedy złudnie wydawało, bardzo powoli.

Tak więc, za mną skarpetki, a przede mną wiśniowy plan:


Udało mi się też odetchnąć trochę leśnym powietrzem, czego i Wam życzę na ten jesienny czas!





Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Na Jowisza! zakładałam przyszytą fabrycznie wstążeczką, ale w środku zacytowany jest cały zestaw jeżycjadowych zakładek - niektóre jadalne a niektóre wręcz przeciwnie.



poniedziałek, 2 listopada 2020

Rower z alpakami

 "Obudziło mnie słońce. Weszło przez szpary w deskach i przekroiło mój pokoik na kilkanaście części. Wstałem, narąbałem drzewa i zagotowałem kawy. Potem wypakowałem moje skarby i umeblowałem się. Cieszę się każdym głupstwem, każdym rondelkiem, puszką, nożykiem. Układam starannie, a na widok aluminiowego talerzyka z cytryną, pomidorami i jajkami na tle kraciastej serwetki popadłem w zachwyt. Położyłem na to nożyk; nabrało życia i sensu. A gdy postawiłem obok tego małą solniczkę z zielonym czubkiem i kromkę chleba, stwierdziłem, że to już prawie przeżycie. Miałem ochotę malować. I to koniecznie tak jak Cézanne.

Potem poszedłem bardzo daleko, czytałem, pływałem i drzemałem."

Szkice piórkiem, Andrzej Bobkowski


Chyba dokładnie ten cytat ze Szkiców... dostałam od koleżanki w liście i chyba prawie natychmiast je kupiłam. Myślałam, że będą tu głównie zielone solniczki, światło i kraciaste serwetki, ucieszyłam się, że w tak grubym tomie, po czym ów tom postawiłam na półkę.

Po kilku latach miałam okazję przeczytać opowiadania Bobkowskiego. Zaczęłam z pietyzmem, ale okazało się, że w opowiadaniach nie ma w ogóle zielonych solniczek, jest za to dużo rozliczeń politycznych, w moim odczuciu bardzo nachalnych, nawet nie wiem czy dokończyłam czytanie, pewne jest to, że Szkice właściwie zostały skazane przeze mnie na porośnięcie kurzem (metaforycznie oczywiście, bo tak naprawdę odkurzałam je z innymi książkami, nie to że całkowita dyskryminacja). Przetrwały też dwie wizyty antykwariuszy w moim domu i kilkuletnie czystki. No i w końcu postanowiłam, że skoro bezużytecznie stoją mniej więcej lat dwanaście, to może w końcu trzeba ją przeczytać.

No i przeczytałam. A właściwie pochłonęłam. Praktycznie od pierwszych stron wpada się zupełnie w tę książkę jak w srebrne księżycem morze. Weszłam w tamten świat jak przez szafę pełną stłoczonych futer i płaszczy. Bez zastrzeżeń i nie oglądając się za siebie. I tamten świat roztoczył się przede mną w całym spektrum, a spektrum było szerokie.

Były oczywiście solniczki, dużo, dużo książek, zapierające dech widoki, świeże figi, serpentyny, góry, rower, noce gwiaździste nad namiotem, czekolada, Monte Carlo i w końcu Paryż. Tylko czas był już mniej piękny. Zapiski zaczynają się w 1940 roku, Niemcy zbliżali się do Paryża. Bobkowski ze wszystkimi mężczyznami w wieku poborowym przedostaje się na 'wolne" południe Francji i już po podpisaniu rozejmu wraca rowerem do żony, do Paryża, do swojej fabryki. Okupacja i koniec zapisków w 1944 roku. 

Najbardziej sensualnie, malarsko, z rozmachem, opisane są dni na południu i cały powrót rowerem. Bobkowski jest wtedy zawieszony poza czasem, poza historią, a my razem z nim. Ale porywający też późniejszy pobyt w Paryżu, zimno, głód, zapadanie się w mroki wojny i jednocześnie tak ogromne pragnienie wolności, potrzeba wyrwania się poza ten ciasny, straszny, europejski świat. Wszystko z dystansem, ironią. Oświetleni Francuzi, Niemcy, Rosjanie. No i Polacy też. Gorzko. Niesamowicie przenikliwie.

Zazwyczaj, kiedy czytam dzienniki, na początku (potem się przyzwyczajam) czuję pewien dyskomfort a i autor dzienników trochę się żenuje. Że to niby dla siebie, ale trochę dla czytelników, takie wstydliwe jak selfi. Tutaj nie miałam w ogóle takiego wrażenia, ale na końcu, czyli w posłowiu zaczęłam podejrzewać dlaczego. Otóż zapiski zostały opracowane przez Bobkowskiego i najprawdopodobniej ta literacka wartość dodana albo oszlifowana spowodowała mój komfort od samego początku. Okazało się też przy okazji, że fragmenty niesamowitej przenikliwości autora (Katyń, Powstanie Warszawskie, Stalin) - chyba zostało to już udowodnione - zostały dodane po fakcie.

W sumie w niczym nie umniejsza to wartości książki, bo nie oceniam Bobkowskiego jako wizjonera czy polityka. Oceniam go jako pięknego, inteligentnego człowieka, który pozwolił mi spędzić z nim trochę czasu. I był to bardzo piękny czas.

Trochę pięknego czasu spędziłam również na pruciu (wskutek demokratycznego głosowania) szalonego swetra w paseczki:


 Sweter został spruty, straty odrobione, poniżej wersja przed



i wersja po:

a ciąg dalszy sweterka niewątpliwie nastąpi i będzie miał dobre zakończenie, czego i Wam życzę i sobie nie tylko w sweterkach ale i w wielu innych rzeczach.
Dziękuję za Wasze wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Szkice piórkiem zakładałam zakładką z alpakami, nie wiem czemu, może w nawiązaniu do przyszłości, bo jak wiadomo, Bobkowski wyjechał po wojnie do Gwatemali, więc blisko był. :)



poniedziałek, 26 października 2020

Uroki po kawie

 "Jednak pewnego jesiennego dnia, parę lat temu, znalazłam się na tym promie razem z mężem, trojgiem dzieci i czwartym w drodze. Towarzyszyło nam pięć naszych psów. Zrezygnowaliśmy z życia w pięknej dzielnicy w Paryżu, znaleźliśmy dom w  Médoc i – voilà – prawie byliśmy na miejscu.

Jak to się stało, że znalazła się na tym promie jedynaczka z Hongkongu, urodzona w rodzinie znanej z wielkiej miłości do kotów, której  francuska matka rzadko kiedy przekraczała progi kuchni? Dokładnie nie wiem, ale wydaje mi się, że taki wiejski styl życia był czymś, czego pragnęłam od zawsze – z dużą, gwarną rodziną, mnóstwem psów i wielką kuchnią, w której spełniają się wszystkie moje kulinarne fantazje."

Apetyt na Francję, Mimi Thorisson

Przez wiele, wiele lat miałam w domu tylko jedną książkę kucharską. Była to Kuchnia polska, kultowa, jak to niedawno przeczytałam, książka PRL. Głowna jej rola polegała na staniu w określonym miejscu półki, przez wiele więc lat byłam przekonana, że książek kucharskich się nie kupuje, skoro już jedną się ma. Cały świat przepisów funkcjonował w kolejnych zeszytach, w stertach wyblakłych postrzępionych karteczek i chybotliwych stosików kucharskich magazynów i pocztówek.

Droga przez ten świat była trudna i wyboista, wiodła przez smażone śledzie solone, zasmażki z mąki ziemniaczanej, niejadalne knedle, surowe czulenty, przypalone naleśniki oraz rosoły o smaku wody lekko posolonej. W dalszym ciągu jednak książek kucharskich nie kupowałam. Jak to się stało, że tę kupiłam, mało tego, kupiłam i przeczytałam?

Nie wiem, może urzekł mnie tytuł, a może okładka, może fascynacja, że ktoś może porzucić Paryż, a może przeczułam, że mąż autorki jest fotografem. Jak by nie było, zakup okazał się bardzo udany. Książka jest podzielona na pory roku i ma bardzo słodkie wyklejki:


Na każdej stronie jest przepis, każdy przepis poprzedzony sympatycznymi opowiastkami z życia autorki, obok przepisu jest zdjęcie. No i te zdjęcia! Można się poczuć, jakby się było na farmie wśród winorośli i w galerii sztuk wśród obrazów. Wszystko w tych zdjęciach jest piękne - od pana rzeźnika, poprzez pokruszoną bagietkę aż do brudnych filiżanek.  




Nie wiem jakim cudem brudne filiżanki po kawie mogą mieć tyle uroku. Może dlatego, że są francuskie - wdzięczne i najlepsze na świecie (i tyko Belg by się z tą opinią nie zgodził, od Belga słyszałam kiedyś straszne kalumnie rzucane na kuchnię francuską). Oglądałam różyczki na porcelanowych talerzach, stareńkie szufladki na marchew, ceglane mury, powykręcane pędy winorośli i wpadałam w podziw i estetyczne ekscytacje. 

Oczywiście sama autorka jest też pełna wdzięku i śliczna. Jest też bardzo przekonująca, co prawda nie zamienię Zgierza na farmę w Bordeaux, ale bezpośrednio pod wpływem tej książki nakupiłam różnych gatunków cebul i mam też pełną ich miskę, jak Mimi. Bo kuchnia francuska stoi cebulą, masłem i czosnkiem. No i winem też, co jest równie przyjemne jak czosnek, a może nawet bardziej.

A same przepisy? No cóż, zgodnie z moimi zasadami, stoją na półce. Mogę jednak stwierdzić, że nie są udziwnione, nie wymagają nieziemskich składników i nieziemskich technologii oraz pokładów czasu i gdyby chcieć je wykorzystać, to można.  

Tak sobie uświadomiłam, że ostatnio odkryłam w sobie potrzebę otaczania się rzeczami ładnymi, estetycznymi i niesiona tą falą, kupiłam sobie zeszyt w bogato zdobionych okładkach i nie mieszkając, przeprowadziłam się do niego ze swoimi dziewiarskimi zapiskami.







Art journal to za dużo powiedziane, ale poza praktycznymi zupełnie zapiskami dotyczącymi rozmiaru drutów, mogę w niego wklejać zdjęcia, kawałki włóczki, różne sentymentalne karteczki i inne tym podobne. Bardzo jestem z niego zadowolona.

A skoro przy dzierganiu jestem, to udało mi się wydziergać szarą czapeczkę w amarylisy.


 Wzór według Dropsa White Amarylis, włóczka też Dropsa - Alaska - 100% wełna, bardzo miękka, włochata i ciepła. Mnie gryzie, ale na głowie to może.

Książkę zakładałam stosowną okładką, nie tak śliczną jak sama książka, ale też z jedzeniem.


Samych pysznych klafutisów, słońca jak najwięcej przed zimą, dobrych lektur i dobrego wina wszystkim Wam życzę (i sobie oczywiście też).

Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Muszę przyznać, że mój poniedziałkowy, zapracowany Muminek też urokliwie wygląda po porannej kawie. 

:)