środa, 13 lipca 2016

Listy w paski

"Ham znów zaczęła rzeźbić łódki z korka, robi małe domki, szaleje w ogrodzie, rzuca kamieniami, jak ma siłę, dzierga, robi wszystko co ją bawi, kiedy wreszcie pogodziła się ze sobą i swoją starością."
Listy, Tove Jansson


Jao i ja, pogodzona ze sobą, czytam i dziergam, bo to dzisiaj środa u Maknety.
"Listy" to dosyć opasłe tomisko, a mimo wszystko pozostawia pewien niedosyt, bo Tove Jansson zawsze jest za mało. Chciałoby się więcej listów, więcej rysunków, więcej szczegółów. A listów Tove pisała tysiącami - do rodziny, do przyjaciół, do czytelników. Wybór jest zaledwie ułamkiem, jak sobie wyobrażam. Mamy w tym ułamku młodą Tove w Paryżu, i w Grecji, i na swoich wyspach (dwóch). Tove zafascynowaną i pełną energii, i zniechęcenia, w różnych związkach szczęśliwych i w różnych uwikłaniach.
Teraz chciałoby się koniecznie znowu wrócić do Muminków bez pośpiechu, bo listy trochę pędzą za szybko.

Tymczasem za oknem gna lato z upałami, lipcowymi burzami, z wakacyjnym morzem, które, choć daleko od pourlopowego miasta, latem narzuca mi się nieodparcie swoim słonym zapachem i kolorami. Nie było wyjścia - niebiesko-zielona woda, granatowe niebo (albo odwrotnie), rozgrzane do białości piaski na plaży - jednym słowem dziergam wakacyjny sweter w morskie paski.
Po krótkich naukach u Dropsa, paski są bez ząbków, mimo że sweter w okrążeniach:


Dobrze, jednak z malutkimi ząbkami, które po praniu być może znikną.
A co poza czytaniem i dzierganiem?
Mała sesja ogoniastego w wielkim sosnowym lesie nad zalewem (las widać, zalewu tymczasem nie)




Bardzo dobrze się nosi, nic się nie wyciąga (ale na wszelki wypadek go nie piorę, jak przyjdzie pora na pranie, to zobaczymy czy ogony będą się włóczyć po trotuarze, szkoda byłoby) i jest niezwykle milusi.

Zrobiłam też sobie selfie (wszyscy robią, więc dlaczego ja mam sobie nie zrobić):


 Listy zakładałam zakładką prosto ze Szwecji jak Muminki (chociaż prosto z Ikei też można). Wyprodukowałam ją z pudełka po pysznych bożonarodzeniowych cynamonowych ciasteczkach:


 Zakładka mnie cieszy zwłaszcza kuchennymi gadżetami, do których mam słabość. Pewnie dlatego, że kojarzą mi się z obfitością pachnących wanilią ciast i głębokim aromatem różnych bigosów oraz zup.

Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, miłego dnia! :)

środa, 22 czerwca 2016

Przekręcone Angery

 Jest lato, więc na druty wrzuciłam bardzo gorącą robótkę - cienka bawełna na grubych drutach. Niby przy moim tempie dziergania powinnam wyprzedzać pory roku o sezon (albo dwa), ale grube druty dają nadzieję, że jeszcze w tegoroczne lato pochodzę. Robótka ma być jasna, przewiewna i luźna. Co do koloru jestem pewna efektu (bo już jest fabrycznie jasny), co do fasonu - jestem przygotowana nawet na prucie. Ściągacz robiłam przekręcony - bardzo mi się podoba.
Ale zanim nastała bawełna, wykańczał się bambus. Mogę nawet powiedzieć, że się całkiem wykończył poza chowaniem nitek - ma rękawy (znowu dziergałam dwa naraz i mimo żmudnego przekładania swetra i przekręcania kłębka (jeden rękaw z wierchu kłębka, drugi z środka) to i tak jest to moja preferowana metoda - dzięki niej rękawy mam tej samej długości i szerokości, a różnie bywało.


Bambus wygląda ślicznie - jest gładki, połyskliwy, lejący i ma same zgrabne oczka (no, prawie). Do dziergania (bo dzisiaj środa z Maknetą) słuchałam Balzaka, bo Balzak na lato jest równie dobry jak bambus (bez obrazy). Początek dziewiętnastego wieku, stare, ponure domostwo, stary skąpiec (skąpcy w literaturze są tak samo malowniczy jak w życiu przerażający), który świat widzi tylko przez złote dublony, stara wierna sługa, zahukana nieco żona i śliczna, cnotliwa oraz nad wyraz dobra córka. Do tego lekkomyślny kuzyn. Dosyć żeby upichcić zajmującą fabułę, przy czym nie kończy się ona w sposób przewidywalny (a przynajmniej nie za bardzo). Balzac wszystko maluje tak sugestywnie, że przyjemnością było słuchać, chociaż lektor chyba pierwszy raz spotkał się ze zjawiskiem zwanym w szerokich kręgach językiem francuskim. Czytał dosłownie, co w sumie ma tę zaletę, że zawsze wiemy o kogo chodzi i że to rodzina Grandet (a nie podejrzanie niewyraźnie Grąde). W dodatku wnosi nieco zagraniczności hiszpańskiej, mianowicie często tam jeżdżą do Angeru a nie do poczciwie francuskiego Ąże.

Bambus jeszcze bez rękawów dostąpił sesji w czasie strasznych powiewów. Powiewy napawały nadzieją na malownicze zdjęcia z furkoczącymi połami. Oczywiście jak tylko mąż włączył aparat, zapadła zupełna cisza górska i nic nie powiewało. Na końcu dopiero, kiedy już się zwijaliśmy wiatr powrócił, co mnie tak ucieszyło, że furkoczące poły wstawiam wszystkie.


















Ostatnie zdjęcie jest charakterystyczne dla praktycznie każdej sesji -poprawiamy i podziwiamy przy okazji wyrób. :)


Dziękuję za przemiłe komentarze i odwiedziny! Wszystkich serdecznie i gorąco pozdrawiam. Miłego dnia! :))

środa, 15 czerwca 2016

Dynie i bambusy

Nawet długie dnie czerwcowe są za krótkie na uprawianie moich hobby, które zapakowane w liczne torby przywiozłam w urlopowe Beskidy. Koloruję obrazki, biegam po górach z kijkami, ale najwięcej dziergam i czytam (zwłaszcza w środy z Maknetą - niezakłócone urlopem, pomimo że internet nie chce za bardzo współpracować).
Dziergam od miesiąca ogoniastego z pasiastego bambusa i słucham tego, co niechcący zabrało się w mężowym laptopie (albowiem przez te delegacyjne ekscesy przed urlopem, zapomniałam zapakować w telefon audiobooków). Na szczęście przypadkowy zbiór jest bardzo przyjemny. Mój wybór padł na Agatkę Christie, jedną z pierwszych jej powieści "Zabójstwo Rogera Ackroyda". Z panem Herkulesem Poirot rzucającymi dyniami (na zdjęciu poniżej w słuchawkach).



Z Agatką poznałam się (nie osobiście oczywiście) bardzo dawno temu, kiedy będąc nastoletnią panienką spędzającą wakacje w sennym ówcześnie Uniejowie, znalazłam kilka zaczytanych tomików jej autorstwa wciśnięte w kąt starodawnej toaletki mojej cioci. W tamtych czasach bowiem, nie wiem zupełnie czemu, nie woziło się książek na wakacje i trzeba było polegać na urokliwych wiejskich biblioteczkach albo dziwnych małych księgarenkach czy kioskach. No i na czasopismach. Poza tym królowała zasada, że szkoda dnia na siedzenie z książką w domu, zasada, która nawet dzisiaj budzi moje wyrzuty sumienia, albowiem od zawsze uwielbiałam ją łamać. Bo tak naprawdę to ja lubię siedzieć w domu z książką. Z kijkami biegam przez rozum.
Wracając do Christie. Teraz już jej nie czytam, co nie zmienia faktu, że jest mistrzynią gatunku (nawet dla niektórej młodzieży). Ma klimat, ma kulturę słowa i nie tylko. Zagadka jest zawsze jak należy, a rozwiązanie zawsze zaskakujące. W przypadku "Zabójstwo Rogera Ackroyda" nie tylko chyba dla mnie, bo dla mnie właściwie każde rozwiązanie jest zagadką, tak bardzo nie umiem dedukować.

O ile do czytania Agatki podchodziłam  z pewnością i wiarą w swoje siły, to do dziergania ogoniastego bambusa wręcz przeciwnie. Morze oczek, cienka włóczka (440 metry w stu gramach), druty 3,5 i spore poły. No i niepotrzebnie, bo jak ogólnie wiadomo, jeżeli się zacznie to jest zdecydowanie większa szansa, że się skończy, niż kiedy się nie zacznie. Dobiegam więc do końca korpusu i przede mną "tylko" rękawy. Dzianina jest cudownie lejąca, niewiarygodnie miękka, w ogóle bym jej nie zdjęła z grzbietu po przymiarce - przekonało mnie tylko to, że ma pomarańczowe sznurki w miejsce rękawów oraz druty, szereg markerów i papierowy licznik ze spinaczem w miejsce dolnego brzegu.
W trakcie tego morza oczek prawych napadła mnie koncepcja piórkowego sweterka
Nic dziwnego, że uległam, skoro cała Polska dzierga. Zabrałam zatem włóczkę moherkową zakupioną w czasach, kiedy to na widok każdej oglądanej w internecie pięknej chusty, kupowałam na nią włóczkę. Chust jeszcze wtedy nie umiałam dziergać. Kiedy się nauczyłam, wydziergałam trzy i doszłam do wniosku, że przy największych chęciach nie będę używać ich większej ilości, zatem zaprzestałam produkcji zostając ze sporymi zasobami chuścianych włóczek. A tu jak znalazł - wynaleziono modę na piórkowe sweterki.
Zaczęłam zatem piórkowy z mohairu. Z mohairu na okrągło. Zawsze czuję się wtedy jak dziewairski przedszkolak. Mohair skręca się natychmiast w mało gustowny za to nadzwyczaj włochaty kłąb, czepia się i stawia opór. Trzy razy prułam, dwa razy zrobiłam wstęgę Mobiusa, raz się popłakałam, aż w końcu zmieniłam druty z żyłką na skarpetkowe i wyprowadziłam gada na proste kółko. Potem już poszło szybko, mam już gotowy korpusik, brakuje rękawków, ale z nimi czekam aż się ochłodzi. Korpusik wyszedł trochę szeroki i krótki, poniekąd zgodnie z planem. Mam zamiar nosić go na gołe ciało i nie chciałam, żeby te włoski były przesadnie blisko.
 Wygląda, że nie są i wygląda, że nie gryzą. Włóczka Debbie Bliss Angel (chyba czarny, ale wygląda jak grafit). Druty nr 7. Przy okazji wyszło na jaw, że mam cztery pary drutów nr 7 na żyłce, za to ani jednej pary nr 8. Chyba będę musiała coś zaradzić w takiej sytuacji, już chyba nawet wiem w jakim sklepie. I to niezależnie od tego, że czasami moje rozmowy z mężem przebiegają tak:
- Czy mógłbyś mi przynieść robótkę? Jest w kosmetyczce w kropki.
- Ale tu jest kilka kosmetyczek, to którą? - woła z dołu skołowany mąż.
- Tę w kropki!!
- Tę otwartą z drutami?
- Tę w kropki!!!! Zamkniętą w kropki.
- Ale wiesz, w tamtej było strasznie dużo drutów, nie chciałaś tamtej? - nie poddaje się mąż wręczając mi kropki.
- W każdej są druty - mówię spokojnie, wyciągając robótkę. To przecież normalne, że robótka jest właśnie na drutach. I, jak widać, pojęcie strasznie dużo jest pojęciem strasznie względnym

Dziękuję bardzo za wizyty i miłe komentarze, miłego dnia! :)

Spacyfikowany włochaty w prostym wreszcie kółku:


Włochaty w kłębie:

 Włochaty na tle nieba:

Samo niebo (uwielbiam tutejsze chmury):


Moje buty i kijki na słonecznej dróżce:


Łąka przydrożna:


Kwiatki przydrożne:


Kwiatki przy strumyku:


środa, 8 czerwca 2016

Tam i z powrotem.

Byłam daleko, ale wróciłam. Najpierw jechałam szybką drogą na zachód.


Nie ma tu ograniczenia prędkości i można pędzić ile się chce, ale jak widać jest też czas na podziwianie okolicznej zieleni, zawieranie znajomości czy wyprowadzanie piesków.
Ja oczywiście sztrykowałam bambusowy sweterek i w tym gigantycznym, kilkugodzinnym korku przybyło go z trzy centymetry.


W podróży bardzo przydatny jest wynaleziony przez dobrą duszę internetową liczniczek:


Mało waży i jest zawsze pod ręką - można też na nim zapisać kluczowe momenty wzoru - na przykład ażurki. Spinaczem zaznaczam nieparzyste rzędy, w parzyste ustawiam spinacz pomiędzy. Bambus jest cienką nitką i na markery najlepsze są moteczki HiyaHiya - nie haczą i nie powodują drabinek (luźnych oczek).

Kiedy już przyjechałam na miejsce, czyli na sam zachód prawie, musiałam chodzić po stromej drabinie

 i mogłam służbowo podziwiać śliczne końcówki oczkowe w kolorowych tulejkach:


Nikt tam ludzkiej mowy nie zna, mówili więc do mnie najczęściej w nieludzkiej (której to nauczałam się jedynie z Czterech pancernych i Klossa) - głośno i powoli, co w pewnym stopniu ułatwiało zrozumienie, ale w bardzo nieznacznym.
Potem zapakowałam walizki z służbowymi żakietami, butami ochronnymi i dokumentacją, i ruszyłam z powrotem na wschód. Raźno przejechałam ponad tysiąc kilometrów (znowu dziergałam bambusowy sweterek) o trzeciej nad ranem padłam w domowe łóżko, zdrzemnęłam się trzy godziny, złapałam nowe walizki pilnie uważając, żeby nie zabrać żakietów i ruszyłam na urlop. I jestem znowu w sielskiej dolinie (a właściwie dwóch dolinach, chociaż nie zgłębiłam jeszcze czemu dwóch), ptaszki śpiewają, obłoczki się wdzięczą na biało z niebieskiego nieba, krowy podzwaniają dzwonkami u szyi, a potok szumi jak zwykle.

Czytam i dziergam (bo to środa z Maknetą) oczywiście.


Sweterka powoli ale przybywa w ślicznych rządkach z ażurkami gdzieniegdzie


Jest typu ogoniastego, przody można upiąć na górze albo puścić luźno, wtedy zwieszają się malowniczo. Już go lubię:




W dotyku jest nadzwyczajnie milusi (jak to bambus). Tak samo milusi jest Adam Wajrak (w czytaniu oczywiście). "To zwierzę mnie bierze" to chyba zbiór felietonów z GW - forma lekka, krótka i przyjemna. Można się dowiedzieć, dlaczego komandosi malują sobie paski pod oczami, dlaczego Anglicy zachwycali się w Polsce wiewiórką, dlaczego grzyby chodzą po pniu (wtedy to nie są grzyby, ale zapomniałam co), dlaczego żubry z puszczy są do siebie podobne.
Napisane z czułością i z pasją - to zawsze jest dobre dla ducha.
O ducha staram się dbać zabierając go na zdrowe wycieczki, kolorując kolorowanki i karmiąc zdrowym jedzeniem (bo duch jedzeniem też nie gardzi).


Hy, mała wycieczka do Google i już wiem, że to dziki czarny bez. Jest prześliczny.










Żywica w słońcu, aż chciałoby się dotknąć (ale nie dotykam, bo strasznie się lepi)



Urlopowy ogródek


Mała katastrofa pewnego jajka drozda śpiewaka (znowu Google)


I już kwatera główna:


Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłego dnia!! :))