niedziela, 5 sierpnia 2018

Lato czyli koc

"Autor pisze, że w rzece Indus żyje gad z wyglądu podobny do gąsienicy, która normalnie przebywa w figowcu, tyle że jest długi na siedem łokci; może też być dłuższy lub krótszy. Co do grubości, to jak powiadają, dziesięcioletni chłopiec z trudem objąłby go rękami. Te gady mają dwa kły, jeden w górnej, drugi w dolnej szczęce, i pożerają wszystko, cokolwiek nimi schwytają. W ciągu dnia przebywają w mule rzecznym, w nocy wyłażą i ten z nich, który zastanie na brzegu wołu czy wielbłąda, chwyta go kłami, porwanego wciąga do rzeki i tam pożera go całego z wyjątkiem wnętrzności."
Biblioteka, Focjusz


Czytam Bibliotekę Focjusza, czyli "Katalog i wykaz przeczytanych przez nas książek, których treść chciał dzięki nam poznać w ogólnym zarysie nasz ukochany brat Tarazjusz. Liczba ich wynosi trzysta pomniejszone o dwadzieścia jeden"

Niestety dla mnie, Focjusz mało czytał książek o gadach, Scytach, smarowaniu się masłem, Psiogłowych, skomplikowanych nad wyraz romansach czy o dzikich osłach z jednym rogiem, za to głównie czytał książki teologiczne (te słuszne i te mniej słuszne), historyczne, listy i mowy polityczne. Czytanie więc o tym, co czytał Focjusz nie jest łatwe - dużo nazwisk (w ogóle mi nieznanych), dużo miejscowości, spisków, bitew i dużo skomplikowanych koligacji rodzinnych - ale w jakimś stopniu jednak przyjemne.
Zwłaszcza, kiedy bardzo precyzyjnie i z wdziękiem opisuje styl swoich autorów.

Czytam więc sobie pomału (w taki upał zresztą nawet nie wypada nic robić szybko) i pomału dziergam temperaturowy kocyk. Kocyk jest w 40% wełniany, co wspaniale wzmacnia odczuwanie panujących obecnie temperatur, w dodatku dotarłam do ciepłych, kwietniowych kolorów, więc mam lato w jego zintensyfikowanej esencji. Słońce, wełna, koc, czerwony, słońce, słońce, koc. Wełna.
Mózg pracuje jakby gorzej niż normalnie, myśli sobie płyną leniwie, patrzę jak ładnie kolory układają się w paseczki i wspominam swoją delegację, gdzie nie było gadów zupełnie, były za to ładne domki, katedry i fontanny nawet w drodze do pracy.













 Bibliotekę zakładam zakładką podróżną, czyli z gumką - bardzo praktyczna, w czasie podróży nie wypada z książki, a w dodatku ma liska i górę książek - co jest zawsze przyjemne niezależnie od okoliczności.





niedziela, 22 lipca 2018

Pozdrowienie z delegacji


Jestem w delegacji i piszę do Was z telefonu. W delegacji jest wszystko po niemiecku, nawet robótka, a w telefonie wszystko jest okropnie malutkie.
Z trudem znalazłam serek w markecie i zdjęcia w galerii.
Ze słowa pisanego zatem będą więc tylko słowa na zakładkach (bo księgarnię znalazłam stosunkowo szybko), za to sam Goethe jedne napisał, więc to mnie trochę usprawiedliwia.

"Kto nie jest ciekawy, ten się niczego nie uczy"
Goethe

"Książka jest jak ogród, który człowiek niesie w torbie"
Krasnoludek

Pierwszy cytat przetłumaczyłam by Google, drugi sama, więc nie jestem pewna czy nie pomyliłam torby z czymś innym, bo niemiecki podchwytliwy jest i na drzwiach wcale nie każą drukować, ale pchać. (Drück)

W każdym razie, rezultaty tłumaczenia wydają się być śliczne i sensowne, zatem je prezentuję.

Poza językiem (który w sumie też ma swój urok i nawet pewien czar, jak twierdzą znawcy i fani) wszystko w tej delegacji jest malownicze, słoneczne i niespieszne.
Poza lokomotywą, ale to ogólnie wiadomo, że ciężka jest i tłusta oliwa z niej spływa.

Napisałabym czius, ale nie jestem pewna pisowni, więc napiszę zwyczajnie - Cześć!
Dobrej niedzieli!
Gut Sonntag!
Akurat na niedzielę ładnie mówią. :)
Czajka z telefonu, uff










niedziela, 15 lipca 2018

Nieurlopowe nicnierobienie


 "Zjechać z górki rowerem wzdłuż kwitnących latem łąk i poczuć, jak wraz z prędkością chłodny wiaterek wdziera mi się pod koszulę; pływać niczym w zawieszeniu ponad zielonymi otchłaniami jeziora, podziwiając nierealne, odwieczne piękno gór ponad moją głową; zanurzyć się w rzece dokładnie w chwili, kiedy zimorodek zniża swój lot tuż nad powierzchnią wody, ledwo mnie unikając; zatrzymać się w bretońskiej zatoczce, obserwując, jak wiatr smaga na próżno niewzruszone skały, i czuć się pobłogosławionym bryzgami fal morskich; siedzieć w starym kościele na krześle z wyplatanym siedziskiem ze słomy i poczuć, jak moja dusza się uskrzydla, słuchając głosu tenora w arii Stabat Mater Haydna(...)"
Trudna sztuka (prawie) nicnierobienia, Denis Grozdanovitch

Może nie jest to najlepsza lektura tuż przed zagraniczną podróżą służbową, która (wbrew opinii mojego szefa urlopem jednak nie jest - jej zewnętrze a tym bardziej wnętrze znanej mi skądinąd lokomotywy urlopowo nie nastraja. Ponieważ jednak ani nie jeżdżę już na rowerze, ani nie umiem pływać, ani nie będę w bretońskiej zatoczce, jedynie co może mi grozić, to siedzenie w starej, bardzo starej katedrze i słuchanie Haydna, więc nie obawiając się zbytnio spadku zawodowego entuzjazmu, śmiało wyszkoliłam się w sztuce (prawie) nicnierobienia.
Książeczka, ze ślicznym obrazkiem (niestety, jedynym) jest zbiorem lekkich artykułów pozbieranych z francuskich gazet. mamy więc tu trochę o łapaniu urokliwych chwil bieżących, trochę wdzięcznych cytatów, trochę malowniczych wsi francuskich (za to Paryż nie wypada malowniczo w ogóle), trochę bujania w hamaku i trochę strasznych opowieści o niecnym postępie technicznym.
Lektura w sam raz na lato, gdybym miała oceniać, czy trzeba koniecznie, to nie trzeba, ale jeżeli sie ma okazję, to można.

"Porządkując książki w biblioteczce znajdującej się w górnej części stodoły, odkryłem, że popielica, która już się stamtąd wyprowadziła, wygryzła wnętrze książki André Lamandé, La Vie gaillarde et sage de Montaigne (Dziarskie i mądre życie Montaigne'a) i wydrążyła tam sobie norę.
Znając pasję Montaigne'a do zwierząt i jego wielki szacunek dla ich mądrości, nie można nie być wprawionym w zachwyt niesamowitą intuicją małego gryzonia, który wybrał właśnie tę, a nie inną książkę, żeby uczynić z niej swoją kryjówkę.

W wolnych od nicnierobienia chwilach, zrobiłam sobie kilka (niezbyt udanych niestety) zdjęć w kompletnej Tancie:




I zaczęłam nieco cieplejsze dni w lutym mojego kocyka temperaturowego:


Nicnierobienie zakładałam zakładką podróżną, która ma gumkę i nie wypada w czasie jazdy tam i z powrotem busem albo czymś innym:



Bardzo dziękuję za wizyty i przemiłe komentarze, życzę Wam trochę nicnierobienia, bo, jak wiadomo, nicnierobienie jest bardzo przyjemne w ogóle a w lipcu zwłaszcza. Dobrego dnia!

niedziela, 8 lipca 2018

Dnie pod palcami



"Prawdziwą namiętnością pozostaje podróż: nieustanna i labiryntowa jak opowiadanie. Codziennie kupcy sprzedają swoje towary, otwierają sklepy, kupują cieszące się uznaniem towary w odległych krajach, ruszają w drogę, przemierzają gościńce i okolice, jak gdyby powierzchnia ziemi była kawałkiem delikatnej materii, zwijającej się wokół kija. Dni następują po nocach, noce po dniach, a oni wędrują bez przerwy. Ileż widzą krajów, ile dróg przemierzają przy każdej pogodzie, ileż kroków stawiają, ileż towarów do kupienia, sprzedania, wymiany... Czeka na nich morze: spokój, kiedy fale toczą się łagodnie, jak przewracane strony książki, krzyk i wściekłość burzy; ocean rozszerza się na horyzoncie i nie widać odległego lądu.
Podróż nie ma końca, od morza do morza, od jednego kontynentu do drugiego, od wyspy do wyspy, od portu do portu."
Światło nocy Wielkie mity w historii ludzkości, Pietro Citati






Jak ja lubię być w podróży. Droga rozwija się przede mną, za oknami migają drzewa, to dalekie to bliskie, chmury wysoko albo nisko, słońce czy deszcz. Nie ma tego, skąd wyjechałam i nie ma jeszcze tego, do czego jadę, jestem jakby zawieszona w drodze, wśród tych drzew i pól i nie szkoda mi niczego zostawiać, nawet jeśli to urlop, bo nie boję jechać dalej, nawet jeśli to praca.
Tymczasem jest wolność i szorstkie liście drzew, które chciałoby się pogłaskać.

Doświadczenie jednak uczy, że każda podróż ma swój początek i koniec, a zanim był początek, siedziałam wśród beskidzkich gór zalesionych i czytałam o wielkich mitach ludzkości.
Z tego samego doświadczenia wynika, że książki są różne - ciekawe lub mniej, mądre, śmieszne, pełne przygód, pełne muzyki i piękna, są takie, które trzeba przeczytać, są i takie, które niekoniecznie. Czytam już od ponad pół wieku i wiem czego mniej więcej się spodziewać, jednak nie spodziewałam się czegoś takiego. Od pierwszej strony arabeski, kolory, błyski, wszystko mieni się i skrzy, wszystko kusi i wabi, olśniewa. Czytałam w lekkim oszołomieniu i wydawało mi się, jakbym w ogóle do tej pory nic nie czytała, a nawet jeśli cokolwiek czytałam, to nic nie przeżyłam, niczym się nie zachwyciłam i nie wysnułam żadnej refleksji.

Czytałam i wydawało mi się, że nie jest się czytelnikiem, jeżeli nie czyta się książek tak, jak czytał Pietro Citati. Oczywiście jest w tym nieco egzaltacji, nieco przesady, ale Citati jest w tej swojej egzaltacji tak prawdziwy i autentyczny, nie przekracza przy tym w żadnym razie dobrego smaku. Zresztą, czy skrzynia pełna diamentów, rubinów, szmaragdów, pereł, nefrytów, może być egzaltowana? Raczej nie, może nas onieśmielić, lekko oślepić, ale koniec końców przyjemna jest i powabna. Chciałoby się natychmiast rzucić się do źródeł z tymi skarbami i nie zawahałabym się nawet przed trzema tysiącami stron średniowiecznej powieści chińskiej, która w opisie mieniła się tylu kolorami, emocjami i urokami natury oraz chińskich ogrodów dworskich, że tylko jej trudna dostępność mnie powstrzymała przed kupnem.

Poza Chinami mamy tu Scytów, leżących teraz w swoich wysokich kurhanach pośród "dzikich tulipanów, żółtych i fioletowych irysów, maków, jaskrów, hiacyntów w barwie purpury", mamy Mykeny z ich królem, Odyseusza i Kirke, Ucztę Platona, św. Pawła i Augustyna, baśnie tysiąca i jednej nocy, Meksyk, Mozarta, nieskończoność według Leopardiego i Montaigne'a.


Citati poprzez swój opis językiem tak żywym i tak nowoczesnym wyciąga te wszystkie zamierzchłe mity spod kurzu i piasku, stawia je tu i teraz plastyczne i bardziej rzeczywiste niż nasza rzeczywistość. Stają się więc idee, religie, cywilizacje, przepiórki, rzeźby, kwiaty, liście i płatki śniegu.

"można było oglądać sklepiki zielarzy ze wszystkimi korzeniami i ziołami leczniczymi z Ameryki; zakłady balwierzy, małe zajazdy, gospody na świeżym powietrzu, gdzie kobiety podawały pasztety mięsne i ciastka z miodem, filiżanki czekolady pachnącej wanilią i sfermentowany sok z aloesu. Trochę dalej, na ulicy rzemieślników, wytwarzających przedmioty z piór, stolica ujawniała, że jest domeną zwiewności. Kupcy przywozili z Południa zielone pióra złocone guetzala, niebiesko-turkusowe xiuhtotola, czerwone i żółte pióra papug. We wnętrzu sklepu albo na zewnątrz, na oczach zdumionych Hiszpanów, rzemieślnicy robili motyla, zwierzę, kwiat, rośliny i skały albo wielką, paradną zbroję, taką, jaką Montezuma ofiarował Cortezowi. Chwytali pióra cienkimi szczypcami i przyczepiali je do płótna, pokrytego kleistą mazią, łączyli wszystkie części na miedzianej blasze i spłaszczali powierzchnię do tego stopnia, że zdawała się pokryta rysunkami pędzlem"

"Dawno temu przyjaciel powiedział mi, że zna tylko jeden sposób czytania Monteigne'a. Czytał go latem. Każdego popołudnia brał do ręki stare wydanie w trzech tomach(...); siadał pod sosną albo lipą, w pobliżu potoku. To było jego locus amoenus, gdzie również Starożytni czytali swoich poetów. Sądzę, że mój przyjaciel sie mylił. Wydaje mi się, że jedynym miejscem, w którym można czytać Montaigne'a, jest biblioteka: najlepiej jedna z tych wielkich szesnasto- albo siedemnastowiecznych bibliotek, zdobiących arystokratyczne pałace i klasztory w całej Europie. Półki pną się ku wysokiemu sufitowi, wokół wiją się galerie, umożliwiające do nich dostęp, a drewno, wypolerowane i wygładzone przez czas, zachowuje jasną lub ciemną barwę, solidność i sękowatość drzew - oliwki i orzecha, dębu i wiązu - tak że czytelnik, siedzący z książką w ręku, sądzi, że otacza go gęsty las, którego część stanowią książki."

Mnie się wydaje, że to w sumie wszystko jedno, gdzie się czyta Monteinge'a, o ile tylko będziemy czytać tak wnikliwie i z takim entuzjazmem - sami zostaniemy przeniesieni w las książek. I na plac targowy Tlatelolco.

Kiedy natomiast nie byłam na targu, ani w pracy (bo urlop mi się nieubłaganie skończył), dziergałam oczywiście Tantę z brązowego malabrigo.






Na zdjęciach Tanta bez rękawów, teraz rękawy już ma i czeka na sesję zdjęciową w całości. Jest cudownie niegryząca, i ma urokliwe ażury (czyli felery, jak mówi nieobeznany w dziewiarskich tematach Czajkomąż).
W domu natomiast zainspirowana chyba tymi kolorami w mitach (albo stertą nakupionych włóczek, na które pomysły przeminęły z wiatrem), podjęłam decyzję dziergania temperaturowego kocyka. Temperaturowy kocyk nie zmienia koloru w zależności od pogody, ale zmienia kolory w zależności od planu dziewiarki. Ponieważ jest połowa roku, a chciałam zacząć od razu, nie czekając na styczeń (bo dla mnie rok zaczyna się jednak od początku, nawet w kocyku), spisałam z archiwum internetowego temperatury z roku ubiegłego (chciałam spisać z roku swoich urodzin, ale tak odległych dat nie mieli nawet w internecie, w którym jest prawie wszystko). To jest o tyle wygodne, że wiedziałam już jaki był zakres i dopasowałam kolory do temperatur tak, żeby każdy miał szansę się wydziergać. Najpierw ponumerowałam włóczki:


Potem w Excelu poprzydzielałam im temperatury. Potem nabrałam 250 oczek na druty nr 4 i zaczęłam kocyk. Wzór wybrałam tkany, taki jak w moim poprzednim kocu.

No i jestem w styczniu:


O ile dzierganie samo w sobie jest przyjemne i razem z tkaniem ma wiele metaforycznych powiązań z czasem, to dzierganie temperatury dzień po dniu podnosi tę przyjemność do kwadratu (a nawet do sześcianu). Czuje się pod palcami te dni z ich mrozem, śniegiem, wiatrem, słońcem czy deszczem i chlapą. I wplatamy je mistycznie w koc.

Zakładkę wybrałam może mało mitologiczną, za to jak najbardziej zgodną z porą roku:

Dziękuję bardzo serdecznie za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

niedziela, 17 czerwca 2018

Kaczka z widokiem

"Człowiek o uśmiechu pogodnym jak letnie niebo, patrzył na ludzi jak Czechow."
Brzechwa nie dla dzieci, Michał Urbanek


Wychowałam się na jego wierszykach, myląc go trochę z Tuwimem (nie tylko ja zresztą) i ciesząc się tym rytmem, humorem suspensem (no, wtedy na pewno nie wiedziałam co to suspens, ale buraczki wokół zająca zaskoczyły mnie i tak), w kółko i w kółko kazałam sobie puszczać winylową bajeczkę o Czerwonym Kapturku i zazdrościłam Adasiowi Niezgódce, że może się myć w soku malinowym (niezbyt byłam praktyczna), a panu Kleksowi umiejętności gotowania przez malowanie (tego dzisiaj zazdroszczę mu jeszcze bardziej).
No ale o samym autorze nie wiedziałam nic. Wstyd się przyznać, ale nawet gdybym zobaczyła jego zdjęcie jeszcze tydzień temu, nie zgadłabym, że to Brzechwa. Brzechwa, czyli Jan Wiktor Lesman.

Urodził się na Kresach, chodził do szkół rosyjskich, jako nastolatek wrócił z rodzicami do Warszawy wskutek rewolucyjnych zawirowań. Od młodości chciał być poetą, oczywiście poetą dla dorosłych, ale niezbyt dobrze ta jego twórczość wypadała (zwłaszcza niedobrze w porównaniu do twórczości jego kuzyna, Bolesława Leśmiana, który zresztą wymyślił Brzechwę (a raczej użył jej jako pseudonim artystyczny, bo sama brzechwa była wymyślona już dużo, dużo wcześniej). Na wszelki wypadek został więc prawnikiem, który na boku pisał różne piosenki i skecze dla licznych kabaretów i teatrzyków przedwojennych, osiągając w tej pobocznej działalności pewny rozgłos i wzięcie. Zawodowo specjalizował się z bardzo dobrymi wynikami w ochronie praw autorskich, które w owych czasach praktycznie nie istniały.  Zapewne nigdy nie wpadłby na to, że tak naprawdę z powołania jest bajkopisarzem, gdyby razu pewnego nie zakochał się (a kochliwy był bardzo, tak bardzo, że Szancer nie mógł zilustrować pchły Szachrajki, tyle się zgłosiło do niego pierwowzorów) w pewnej uroczej przedszkolance. I jakby nawiązując do okoliczności napisał dla swojej ukochanej kilka wdzięcznych wierszyków. Jak to nieraz drobnym rzeczom zawdzięczamy zupełnie niedrobne.

"Nad rzeczką opodal krzaczka
Mieszkała kaczka-dziwaczka,
Lecz zamiast trzymać się rzeczki
Robiła piesze wycieczki"
Kaczka Dziwaczka, Jan Brzechwa

Było też o żuku, który szukał żony. Wierszyki nie od razu i nie zawsze miały się dobrze, bo na przykład żukowi zarzucono rasizm, sumowi nadmiar abstrakcji, a rzekom nadmiar ogólnie.
Całe szczęście, dzieci nigdy nie były tak wnikliwe jak krytyka literacka i pokochały Brzechwę od razu, co im zostało do dziś. No i bardzo dobrze i na szczęście, bo wierszyki dzisiaj też mają czasem pod górę. Otóż bowiem jak się okazuje, przynajmniej dla mnie się okazało, Brzechwa był również autorem zaangażowanym i pisał wiersze zaangażowane. O pochwale spółdzielni i przewadze kooperatywie zwierzątek nad niedźwiedziem kułakiem. Wszystko to Michał Urbanek opisuje sprawiedliwie i nienapastliwie. I wydaje mi się, że Brzechwie taka obrona się należy. W całym tym trudnym okresie powojennym nigdy nikomu nie zaszkodził, przeciwnie, starał się ludziom pomagać. "Patrzył na ludzi jak Czechow" - i to mi wystarcza. I te jego wysnute bajeczki.

Snuj się, snuj, bajeczko!
A było tak: niedaleczko,
Właśnie tutaj, nad rzeczką,
Mieszkała wdowa z córeczką
Czerwony Kapturek, Jan Brzechwa
(Jak to dobrze, że można tego dziś posłuchać sobie w internecie, bo obsada jest genialna - wilka zwłaszcza uwielbiam)


No ale nie można tylko czytać i snuć, nawet jeśli ma się urlop, trzeba coś robić pożytecznego rękoma. Robię więc. Zaczęłam dzisiaj sweterek z lnu i bawełny, robi się jak ze sznurka, ale len tak ma.
Dalej też robię brązową Tantę z Malabrigo:


Merino z kolei ma to do siebie, że zapominam o mojej ogromnej skromności i wpadam w zachwyt nad idealną równością oczek.
A poza tym mam piękny widok z balkonu w słońce i w deszcz:


Mam piękny widok na balkon:


I piękne widoki na róże, lawendy i inne kwiatki pomniejsze w kształcie szczoteczek do butelek oraz nie tylko:








czego i Wam życzę. Dziękuję bardzo za wizyty i za komentarze, dobrego dnia! :)

niedziela, 10 czerwca 2018

Frazy i obrazy

"Nic nie przebije jednak frazy pewnego ośmiolatka, który usłyszawszy, że jestem z Krakowa, przyjrzał mi się badawczo i powiedział: "Pan jest zbok".
Trochę to mną wstrząsnęło, więc spytałem najuprzejmiej, co ma na myśli. "Zbok Wawelzgi" - wyjaśnił, wycierając nos rękawem."
Pypcie na języku, Michał Rusinek

Siedzę sobie w pięknych wiosennych okolicznościach urlopowych, siedzę bez kataru, więc nikogo nie wyzywam od smoków ani tym bardziej od zboków. Słońce świeci, wszystko kwitnie i się zieleni, strumyk szemrze, ptaki śpiewają. Czytam o pypciach.
Pypcie mogą być bolesne, mogą być obraźliwe (zwłaszcza jak się ma katar), mogą być zabawne. Autor jednak nie dla zabawy, ani tym bardziej nie dla wyśmiewania się je zbierał; ale dlatego, że przez pypeć najlepiej widać język. To łatwo można sprawdzić na samym sobie - normalnie, kiedy wszystko jest poprawne, stosowne i zdrowe, języka nie czuć. Jeśli tylko natomiast pojawi się pypeć, od razu wiemy, że język mamy. Skąd wziąć pypcia do doświadczeń, to już nie wiem, czasem sam się zjawia, można wtedy go wykorzystać znienacka.

Pana Michała Rusinka uwielbiam od momentu, kiedy go zobaczyłam w telewizji jako sekretarza Wisławy Szymborskiej (film "Czasami życie bywa znośne" - świetny swoją drogą) i jak tylko coś napisze, to kupuję natychmiast jak to wyjdzie albo jak tylko zauważę, że wyszło.
Pypcie wychodziły wcześniej w gazetach jako felietony, ale ponieważ ja gazet nie czytam, więc teraz z uciechą wielką i wygodą przeczytałam je zebrane w książce.
Pypcie były lekkie, śmieszne, kulturalne, życiowe, nostalgiczne, wirtualne, współczesne i komórkowe. Zapożyczone też były, a w nich wyałtsorsowane i dedykowane (mój osobisty wróg wśród pypci, przyznam z dumą niejaką, że w firmie rodzimej wypleniłam i teraz mamy nasze produkty przeznaczone, a ewentualne wiersze dedykowane).
Z językoznawczych pypeć "nieogar" nawet mi się podoba i może używałabym go, gdybym była młodsza i bardziej bezpośrednia w opiniach.

Trochę więc się pośmiałam w jedno słoneczne popołudnie, trochę poubolewałam nad mową naszą ojczystą, ale skoro taki pypeć, to znak, że ona żyje, to trudno, niech jest.


źródło:  www.znak.com.pl

No ale nie samymi pypciami człowiek na urlopie żyje, dziergam więc też oczywiście. Dla przełamania długich szarych rządków jedwabnych, nabrałam dzisiaj na druty bardzo nieszare Malabrigo. Wybrałam dla niego wzór Tanta Hani Maciejewskiej i chciałam udziergać kawałek, a potem zrobić mu śliczne zdjęcie w miękkim świetle popołudniowym. Tymczasem światło zbiesiło się nieco, przyszła burza z deszczem i chmurą czarną, w związku z tym zdjęcie jest prawie śliczne.


Widać jednak jak równe oczka to Malabrigo produkuje i jakie jest miękkie i niegryzące (no, to może mniej widać). Wbrew pozorom jest to kołnierz, a nie plisa z dziurkami odguzikowymi.
Poniżej ptak śpiewający (tylko akurat nie w momencie sesji fotograficzne):


oraz kwiatki kwitnące (te akurat w czasie sesji jak najbardziej):


Dziękuję bardzo za wizyty i komentarze, idę kontynuować swoje aktywności i hobby, czego i Wam życzę. Dobrego dnia! :D 

niedziela, 3 czerwca 2018

Kiermasz i cuda, cuda, cuda



"Pamiętam stół, pokryty wyszywaną kapą, i olbrzymi fotel (siedzenie podwyższano dwoma poduszkami, abym mógł pisać i oglądać książki, bo panna Zofia przygotowywała mnie do szkoły). Naprzeciw moich oczu stała wielka, szklana szafa pełna cudownych książek, a między nimi właśnie trzy grube tomy ze złoconymi napisami na grzbiecie: Dramaty, Tragedie, Komedie.
Nie pamiętam, czy się czegokolwiek nauczyłem. Nie wiem czy przebrnąłem poza pierwszą stronę elementarza z literą A i obrazkiem anioła prowadzącego dzieci po górskiej kładce, wiem tylko, że w trzech grubych książkach zobaczyłem po raz pierwszy w życiu te cudowne, drzeworytnicze ilustracje, prawdziwy teatr. Pani Zofia opowiadała mi o niezwykłych sprawach, rozgrywających się na kartach książek, które napisał niejaki Szekspir.
W ten sposób poznałem Hamleta i Otella, zabłąkałem się w lesie „Snu nocy letniej”, zakochałem się jak Spodek z oślą głową w Tytanii, Ofelii, Desdemonie."
Curriculum Vita, Jan Marcin Szancer

Mam kilka lat, odświętną sukienkę z białym kołnierzykiem, sandałki, małą plastikową torebkę. Jest słoneczny dzień wiosenny i idę z tatą na kiermasz książek.
Długo, praktycznie aż do tej pory słowo kiermasz jest dla mnie synonimem słońca i święta. Nie pamiętam żadnych szczegółów, mglisty obraz długich straganów, zapach świeżo zadrukowanego papieru i lakierowanych okładek, może jakaś woda z sokiem prosto z szumiącego saturatora. Jedyne co pamiętam, to dziwne koło, kręcę nim mocno, obraca się z furkotem najpierw szybko, potem coraz wolniej, aż wreszcie plastikowy języczek zatrzymuje się między dwoma dużymi gwoździami, tata się śmieje, pan od koła też i zdejmuje wielką, grubą książkę.
Wracamy do domu, w objęciach taszczę z trudem wszystkie przygody Pana Kleksa. Nie umiem czytać, więc tylko oglądam obrazki. Dziwny staruszek (pewnie miał około czterdziestki) w obcisłej kamizelce i kraciastych spodniach i rozwianej brodzie, balansuje na krześle, osłuchuje zegar i od razu z okładki obiecuje baśniowe, szalone, niezwykłe przygody i historie. Cuda, cuda, cuda zapowiada.

Polubiliśmy się od razu. Ja i te wiotkie postaci, pełne wdzięku kwiaty, pękate krasnoludki. Pewnie długo trwało, zanim się dowiedziałam, że wszystkie moje najbardziej ulubione ilustracje są dziełem jednego autora. I że to właśnie jemu zawdzięczam tak wiele dziecięcych radości. Kolor, sugestywność postaci, zachwycające szczegóły, orientalne dzbany ze smukłymi szyjkami, swojskie kaczki na zabłoconym podwórku, mały Kaj uczepiony do wielkich sań Królowej Śniegu, ogromne poduchy na ziarnku grochu, Podziomek z zatkniętą za pas kopyścią, buchająca parą lokomotywa i krzepka rzepka w ogrodzie.
Te ilustracje w znacznym stopniu budowały moje widzenie świata, wspomagały moją wyobraźnię. I chociaż pewnie bez nich baśnie byłyby tak samo baśniowe, ptaszki równie radosne, ale z Janem Marcinem Szancerem jakoś łatwiej i przyjemniej było to wszystko zobaczyć. Kiedy więc wyszły ponownie jego wspomnienia, kupiłam od razu i bez ociągania.

Wspomnienia szczodrze ozdobione są ilustracjami, na nich możemy podziwiać nie tylko Pinokia ale i samego Janka, który z rodzicami ubranymi w gustowne stroje wypoczywa w Zoppoth i ciągnie małego ułana na małym drewnianym koniku, wydrę, która była a właściwie nie była krokodylem, czy też profesora języka niemieckiego w licznych serpentynach i konfetti.
Szancer już od koszyczka miał zmysł artystyczny i poczucie piękna i dlatego bocian upuścił go w Krakowie, przynajmniej tak opowiadała matka Szancera, jednak droga jego do malarstwa nie była taka oczywista, miał być poważnym matematykiem albo aptekarzem, a obrazki malować w wolnych chwilach. Dopiero kiedy zapałał miłością do teatru, rodzina wyraziła zgodę na studia plastyczne. Widać lepszy malarz niż aktor.
Na szczęście dla nas wszystko potoczyło się dobrze, od cioci dostał paletkę z farbami, od losu natomiast zlecenia na ilustracje.

I tak dorastał, studiował, podróżował, spał na katafalku, marzył o wielkich obrazach, retuszował fotografie, trochę pisał, trochę balował po nocach, wymyślał Płomyk, prowadził wojnę przeciwko disney’owskim schematom i kolorowankom dla nierozgarniętych dzieci, bawił się w teatr i tworzył telewizję. Odnosił sukcesy ale ponosił też porażki.  Malował w chwilach radosnych i bardzo ciężkich.
Namówiony przez żonę opisał wszystko w dwóch tomach. Niezbyt grubych, chciałoby się więcej.
„Notuję w zeszycie gamę ugrów, szarości, rudozieleni, wrysowuję białe mury domków i wysokie, proste formy dzwonnic. I tylko w miejscu rzeki stawiam znak zapytania, a obok piszę: lapis lazuli+kobalt+błękit pruski, a w przebłyskach trochę zieleni Veronese’a.”
Teatr cudów, Jan Marcin Szancer

Tymczasem u mnie same przebłyski zieleni. Beskid nowosądecki, potok, słońce, chmury, znowu słońce, ptaki śpiewają w przydomowym gaiku, kwitną dzwonki i dzikie bzy, krowy muczą, owce pobrzękują dzwoneczkami. Siedzę zanurzona w urlop i w tę zieleń, dziergam szary sweterek na chłodne wieczory, patrzę sobie na zalesione, łagodne góry i na wijącą się wśród nich dolinę.
Zakładki mam też urlopowe. Tu nawet nie wypada zakładać innymi.



 Przymierzam sweterek - rozmiar wydaje się być dobry. Taki mój mały cud dziewiarski.




Czego i Wam życzę. Samych dobrych rozmiarów i urlopowych nastrojów niezależnie od okoliczności!
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :))

PS. Wymyśliłam wreszcie sposób na uporządkowanie markerów - wystarczy parę agrafek i zawsze mam komplet.