"Autor pisze, że w rzece Indus żyje gad z wyglądu podobny do gąsienicy, która normalnie przebywa w figowcu, tyle że jest długi na siedem łokci; może też być dłuższy lub krótszy. Co do grubości, to jak powiadają, dziesięcioletni chłopiec z trudem objąłby go rękami. Te gady mają dwa kły, jeden w górnej, drugi w dolnej szczęce, i pożerają wszystko, cokolwiek nimi schwytają. W ciągu dnia przebywają w mule rzecznym, w nocy wyłażą i ten z nich, który zastanie na brzegu wołu czy wielbłąda, chwyta go kłami, porwanego wciąga do rzeki i tam pożera go całego z wyjątkiem wnętrzności."
Biblioteka, Focjusz
Czytam Bibliotekę Focjusza, czyli "Katalog i wykaz przeczytanych przez nas książek, których treść chciał dzięki nam poznać w ogólnym zarysie nasz ukochany brat Tarazjusz. Liczba ich wynosi trzysta pomniejszone o dwadzieścia jeden"
Niestety dla mnie, Focjusz mało czytał książek o gadach, Scytach, smarowaniu się masłem, Psiogłowych, skomplikowanych nad wyraz romansach czy o dzikich osłach z jednym rogiem, za to głównie czytał książki teologiczne (te słuszne i te mniej słuszne), historyczne, listy i mowy polityczne. Czytanie więc o tym, co czytał Focjusz nie jest łatwe - dużo nazwisk (w ogóle mi nieznanych), dużo miejscowości, spisków, bitew i dużo skomplikowanych koligacji rodzinnych - ale w jakimś stopniu jednak przyjemne.
Zwłaszcza, kiedy bardzo precyzyjnie i z wdziękiem opisuje styl swoich autorów.
Czytam więc sobie pomału (w taki upał zresztą nawet nie wypada nic robić szybko) i pomału dziergam temperaturowy kocyk. Kocyk jest w 40% wełniany, co wspaniale wzmacnia odczuwanie panujących obecnie temperatur, w dodatku dotarłam do ciepłych, kwietniowych kolorów, więc mam lato w jego zintensyfikowanej esencji. Słońce, wełna, koc, czerwony, słońce, słońce, koc. Wełna.
Mózg pracuje jakby gorzej niż normalnie, myśli sobie płyną leniwie, patrzę jak ładnie kolory układają się w paseczki i wspominam swoją delegację, gdzie nie było gadów zupełnie, były za to ładne domki, katedry i fontanny nawet w drodze do pracy.
Bibliotekę zakładam zakładką podróżną, czyli z gumką - bardzo praktyczna, w czasie podróży nie wypada z książki, a w dodatku ma liska i górę książek - co jest zawsze przyjemne niezależnie od okoliczności.
niedziela, 5 sierpnia 2018
niedziela, 22 lipca 2018
Pozdrowienie z delegacji
Jestem w delegacji i piszę do Was z telefonu. W delegacji jest wszystko po niemiecku, nawet robótka, a w telefonie wszystko jest okropnie malutkie.
Z trudem znalazłam serek w markecie i zdjęcia w galerii.
Ze słowa pisanego zatem będą więc tylko słowa na zakładkach (bo księgarnię znalazłam stosunkowo szybko), za to sam Goethe jedne napisał, więc to mnie trochę usprawiedliwia.
"Kto nie jest ciekawy, ten się niczego nie uczy"
Goethe
"Książka jest jak ogród, który człowiek niesie w torbie"
Krasnoludek
Pierwszy cytat przetłumaczyłam by Google, drugi sama, więc nie jestem pewna czy nie pomyliłam torby z czymś innym, bo niemiecki podchwytliwy jest i na drzwiach wcale nie każą drukować, ale pchać. (Drück)
W każdym razie, rezultaty tłumaczenia wydają się być śliczne i sensowne, zatem je prezentuję.
Poza językiem (który w sumie też ma swój urok i nawet pewien czar, jak twierdzą znawcy i fani) wszystko w tej delegacji jest malownicze, słoneczne i niespieszne.
Poza lokomotywą, ale to ogólnie wiadomo, że ciężka jest i tłusta oliwa z niej spływa.
Napisałabym czius, ale nie jestem pewna pisowni, więc napiszę zwyczajnie - Cześć!
Dobrej niedzieli!
Gut Sonntag!
Akurat na niedzielę ładnie mówią. :)
Czajka z telefonu, uff
niedziela, 15 lipca 2018
Nieurlopowe nicnierobienie
"Zjechać z górki rowerem wzdłuż kwitnących latem łąk i poczuć, jak wraz z prędkością chłodny wiaterek wdziera mi się pod koszulę; pływać niczym w zawieszeniu ponad zielonymi otchłaniami jeziora, podziwiając nierealne, odwieczne piękno gór ponad moją głową; zanurzyć się w rzece dokładnie w chwili, kiedy zimorodek zniża swój lot tuż nad powierzchnią wody, ledwo mnie unikając; zatrzymać się w bretońskiej zatoczce, obserwując, jak wiatr smaga na próżno niewzruszone skały, i czuć się pobłogosławionym bryzgami fal morskich; siedzieć w starym kościele na krześle z wyplatanym siedziskiem ze słomy i poczuć, jak moja dusza się uskrzydla, słuchając głosu tenora w arii Stabat Mater Haydna(...)"
Trudna sztuka (prawie) nicnierobienia, Denis Grozdanovitch
Może nie jest to najlepsza lektura tuż przed zagraniczną podróżą służbową, która (wbrew opinii mojego szefa urlopem jednak nie jest - jej zewnętrze a tym bardziej wnętrze znanej mi skądinąd lokomotywy urlopowo nie nastraja. Ponieważ jednak ani nie jeżdżę już na rowerze, ani nie umiem pływać, ani nie będę w bretońskiej zatoczce, jedynie co może mi grozić, to siedzenie w starej, bardzo starej katedrze i słuchanie Haydna, więc nie obawiając się zbytnio spadku zawodowego entuzjazmu, śmiało wyszkoliłam się w sztuce (prawie) nicnierobienia.
Książeczka, ze ślicznym obrazkiem (niestety, jedynym) jest zbiorem lekkich artykułów pozbieranych z francuskich gazet. mamy więc tu trochę o łapaniu urokliwych chwil bieżących, trochę wdzięcznych cytatów, trochę malowniczych wsi francuskich (za to Paryż nie wypada malowniczo w ogóle), trochę bujania w hamaku i trochę strasznych opowieści o niecnym postępie technicznym.
Lektura w sam raz na lato, gdybym miała oceniać, czy trzeba koniecznie, to nie trzeba, ale jeżeli sie ma okazję, to można.
"Porządkując książki w biblioteczce znajdującej się w górnej części stodoły, odkryłem, że popielica, która już się stamtąd wyprowadziła, wygryzła wnętrze książki André Lamandé, La Vie gaillarde et sage de Montaigne (Dziarskie i mądre życie Montaigne'a) i wydrążyła tam sobie norę.
Znając pasję Montaigne'a do zwierząt i jego wielki szacunek dla ich mądrości, nie można nie być wprawionym w zachwyt niesamowitą intuicją małego gryzonia, który wybrał właśnie tę, a nie inną książkę, żeby uczynić z niej swoją kryjówkę.
W wolnych od nicnierobienia chwilach, zrobiłam sobie kilka (niezbyt udanych niestety) zdjęć w kompletnej Tancie:
I zaczęłam nieco cieplejsze dni w lutym mojego kocyka temperaturowego:
Nicnierobienie zakładałam zakładką podróżną, która ma gumkę i nie wypada w czasie jazdy tam i z powrotem busem albo czymś innym:
Bardzo dziękuję za wizyty i przemiłe komentarze, życzę Wam trochę nicnierobienia, bo, jak wiadomo, nicnierobienie jest bardzo przyjemne w ogóle a w lipcu zwłaszcza. Dobrego dnia!
niedziela, 8 lipca 2018
Dnie pod palcami
"Prawdziwą namiętnością pozostaje podróż: nieustanna i labiryntowa jak opowiadanie. Codziennie kupcy sprzedają swoje towary, otwierają sklepy, kupują cieszące się uznaniem towary w odległych krajach, ruszają w drogę, przemierzają gościńce i okolice, jak gdyby powierzchnia ziemi była kawałkiem delikatnej materii, zwijającej się wokół kija. Dni następują po nocach, noce po dniach, a oni wędrują bez przerwy. Ileż widzą krajów, ile dróg przemierzają przy każdej pogodzie, ileż kroków stawiają, ileż towarów do kupienia, sprzedania, wymiany... Czeka na nich morze: spokój, kiedy fale toczą się łagodnie, jak przewracane strony książki, krzyk i wściekłość burzy; ocean rozszerza się na horyzoncie i nie widać odległego lądu.
Podróż nie ma końca, od morza do morza, od jednego kontynentu do drugiego, od wyspy do wyspy, od portu do portu."
Światło nocy Wielkie mity w historii ludzkości, Pietro Citati
Jak ja lubię być w podróży. Droga rozwija się przede mną, za oknami migają drzewa, to dalekie to bliskie, chmury wysoko albo nisko, słońce czy deszcz. Nie ma tego, skąd wyjechałam i nie ma jeszcze tego, do czego jadę, jestem jakby zawieszona w drodze, wśród tych drzew i pól i nie szkoda mi niczego zostawiać, nawet jeśli to urlop, bo nie boję jechać dalej, nawet jeśli to praca.
Tymczasem jest wolność i szorstkie liście drzew, które chciałoby się pogłaskać.
Doświadczenie jednak uczy, że każda podróż ma swój początek i koniec, a zanim był początek, siedziałam wśród beskidzkich gór zalesionych i czytałam o wielkich mitach ludzkości.
Z tego samego doświadczenia wynika, że książki są różne - ciekawe lub mniej, mądre, śmieszne, pełne przygód, pełne muzyki i piękna, są takie, które trzeba przeczytać, są i takie, które niekoniecznie. Czytam już od ponad pół wieku i wiem czego mniej więcej się spodziewać, jednak nie spodziewałam się czegoś takiego. Od pierwszej strony arabeski, kolory, błyski, wszystko mieni się i skrzy, wszystko kusi i wabi, olśniewa. Czytałam w lekkim oszołomieniu i wydawało mi się, jakbym w ogóle do tej pory nic nie czytała, a nawet jeśli cokolwiek czytałam, to nic nie przeżyłam, niczym się nie zachwyciłam i nie wysnułam żadnej refleksji.
Czytałam i wydawało mi się, że nie jest się czytelnikiem, jeżeli nie czyta się książek tak, jak czytał Pietro Citati. Oczywiście jest w tym nieco egzaltacji, nieco przesady, ale Citati jest w tej swojej egzaltacji tak prawdziwy i autentyczny, nie przekracza przy tym w żadnym razie dobrego smaku. Zresztą, czy skrzynia pełna diamentów, rubinów, szmaragdów, pereł, nefrytów, może być egzaltowana? Raczej nie, może nas onieśmielić, lekko oślepić, ale koniec końców przyjemna jest i powabna. Chciałoby się natychmiast rzucić się do źródeł z tymi skarbami i nie zawahałabym się nawet przed trzema tysiącami stron średniowiecznej powieści chińskiej, która w opisie mieniła się tylu kolorami, emocjami i urokami natury oraz chińskich ogrodów dworskich, że tylko jej trudna dostępność mnie powstrzymała przed kupnem.
Poza Chinami mamy tu Scytów, leżących teraz w swoich wysokich kurhanach pośród "dzikich tulipanów, żółtych i fioletowych irysów, maków, jaskrów, hiacyntów w barwie purpury", mamy Mykeny z ich królem, Odyseusza i Kirke, Ucztę Platona, św. Pawła i Augustyna, baśnie tysiąca i jednej nocy, Meksyk, Mozarta, nieskończoność według Leopardiego i Montaigne'a.
Citati poprzez swój opis językiem tak żywym i tak nowoczesnym wyciąga te wszystkie zamierzchłe mity spod kurzu i piasku, stawia je tu i teraz plastyczne i bardziej rzeczywiste niż nasza rzeczywistość. Stają się więc idee, religie, cywilizacje, przepiórki, rzeźby, kwiaty, liście i płatki śniegu.
"można było oglądać sklepiki zielarzy ze wszystkimi korzeniami i ziołami leczniczymi z Ameryki; zakłady balwierzy, małe zajazdy, gospody na świeżym powietrzu, gdzie kobiety podawały pasztety mięsne i ciastka z miodem, filiżanki czekolady pachnącej wanilią i sfermentowany sok z aloesu. Trochę dalej, na ulicy rzemieślników, wytwarzających przedmioty z piór, stolica ujawniała, że jest domeną zwiewności. Kupcy przywozili z Południa zielone pióra złocone guetzala, niebiesko-turkusowe xiuhtotola, czerwone i żółte pióra papug. We wnętrzu sklepu albo na zewnątrz, na oczach zdumionych Hiszpanów, rzemieślnicy robili motyla, zwierzę, kwiat, rośliny i skały albo wielką, paradną zbroję, taką, jaką Montezuma ofiarował Cortezowi. Chwytali pióra cienkimi szczypcami i przyczepiali je do płótna, pokrytego kleistą mazią, łączyli wszystkie części na miedzianej blasze i spłaszczali powierzchnię do tego stopnia, że zdawała się pokryta rysunkami pędzlem"
"Dawno temu przyjaciel powiedział mi, że zna tylko jeden sposób czytania Monteigne'a. Czytał go latem. Każdego popołudnia brał do ręki stare wydanie w trzech tomach(...); siadał pod sosną albo lipą, w pobliżu potoku. To było jego locus amoenus, gdzie również Starożytni czytali swoich poetów. Sądzę, że mój przyjaciel sie mylił. Wydaje mi się, że jedynym miejscem, w którym można czytać Montaigne'a, jest biblioteka: najlepiej jedna z tych wielkich szesnasto- albo siedemnastowiecznych bibliotek, zdobiących arystokratyczne pałace i klasztory w całej Europie. Półki pną się ku wysokiemu sufitowi, wokół wiją się galerie, umożliwiające do nich dostęp, a drewno, wypolerowane i wygładzone przez czas, zachowuje jasną lub ciemną barwę, solidność i sękowatość drzew - oliwki i orzecha, dębu i wiązu - tak że czytelnik, siedzący z książką w ręku, sądzi, że otacza go gęsty las, którego część stanowią książki."
Mnie się wydaje, że to w sumie wszystko jedno, gdzie się czyta Monteinge'a, o ile tylko będziemy czytać tak wnikliwie i z takim entuzjazmem - sami zostaniemy przeniesieni w las książek. I na plac targowy Tlatelolco.
Kiedy natomiast nie byłam na targu, ani w pracy (bo urlop mi się nieubłaganie skończył), dziergałam oczywiście Tantę z brązowego malabrigo.
Na zdjęciach Tanta bez rękawów, teraz rękawy już ma i czeka na sesję zdjęciową w całości. Jest cudownie niegryząca, i ma urokliwe ażury (czyli felery, jak mówi nieobeznany w dziewiarskich tematach Czajkomąż).
W domu natomiast zainspirowana chyba tymi kolorami w mitach (albo stertą nakupionych włóczek, na które pomysły przeminęły z wiatrem), podjęłam decyzję dziergania temperaturowego kocyka. Temperaturowy kocyk nie zmienia koloru w zależności od pogody, ale zmienia kolory w zależności od planu dziewiarki. Ponieważ jest połowa roku, a chciałam zacząć od razu, nie czekając na styczeń (bo dla mnie rok zaczyna się jednak od początku, nawet w kocyku), spisałam z archiwum internetowego temperatury z roku ubiegłego (chciałam spisać z roku swoich urodzin, ale tak odległych dat nie mieli nawet w internecie, w którym jest prawie wszystko). To jest o tyle wygodne, że wiedziałam już jaki był zakres i dopasowałam kolory do temperatur tak, żeby każdy miał szansę się wydziergać. Najpierw ponumerowałam włóczki:
Potem w Excelu poprzydzielałam im temperatury. Potem nabrałam 250 oczek na druty nr 4 i zaczęłam kocyk. Wzór wybrałam tkany, taki jak w moim poprzednim kocu.
No i jestem w styczniu:
O ile dzierganie samo w sobie jest przyjemne i razem z tkaniem ma wiele metaforycznych powiązań z czasem, to dzierganie temperatury dzień po dniu podnosi tę przyjemność do kwadratu (a nawet do sześcianu). Czuje się pod palcami te dni z ich mrozem, śniegiem, wiatrem, słońcem czy deszczem i chlapą. I wplatamy je mistycznie w koc.
Zakładkę wybrałam może mało mitologiczną, za to jak najbardziej zgodną z porą roku:
Dziękuję bardzo serdecznie za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)
niedziela, 17 czerwca 2018
Kaczka z widokiem
"Człowiek o uśmiechu pogodnym jak letnie niebo, patrzył na ludzi jak Czechow."
Brzechwa nie dla dzieci, Michał Urbanek
Wychowałam się na jego wierszykach, myląc go trochę z Tuwimem (nie tylko ja zresztą) i ciesząc się tym rytmem, humorem suspensem (no, wtedy na pewno nie wiedziałam co to suspens, ale buraczki wokół zająca zaskoczyły mnie i tak), w kółko i w kółko kazałam sobie puszczać winylową bajeczkę o Czerwonym Kapturku i zazdrościłam Adasiowi Niezgódce, że może się myć w soku malinowym (niezbyt byłam praktyczna), a panu Kleksowi umiejętności gotowania przez malowanie (tego dzisiaj zazdroszczę mu jeszcze bardziej).
No ale o samym autorze nie wiedziałam nic. Wstyd się przyznać, ale nawet gdybym zobaczyła jego zdjęcie jeszcze tydzień temu, nie zgadłabym, że to Brzechwa. Brzechwa, czyli Jan Wiktor Lesman.
Urodził się na Kresach, chodził do szkół rosyjskich, jako nastolatek wrócił z rodzicami do Warszawy wskutek rewolucyjnych zawirowań. Od młodości chciał być poetą, oczywiście poetą dla dorosłych, ale niezbyt dobrze ta jego twórczość wypadała (zwłaszcza niedobrze w porównaniu do twórczości jego kuzyna, Bolesława Leśmiana, który zresztą wymyślił Brzechwę (a raczej użył jej jako pseudonim artystyczny, bo sama brzechwa była wymyślona już dużo, dużo wcześniej). Na wszelki wypadek został więc prawnikiem, który na boku pisał różne piosenki i skecze dla licznych kabaretów i teatrzyków przedwojennych, osiągając w tej pobocznej działalności pewny rozgłos i wzięcie. Zawodowo specjalizował się z bardzo dobrymi wynikami w ochronie praw autorskich, które w owych czasach praktycznie nie istniały. Zapewne nigdy nie wpadłby na to, że tak naprawdę z powołania jest bajkopisarzem, gdyby razu pewnego nie zakochał się (a kochliwy był bardzo, tak bardzo, że Szancer nie mógł zilustrować pchły Szachrajki, tyle się zgłosiło do niego pierwowzorów) w pewnej uroczej przedszkolance. I jakby nawiązując do okoliczności napisał dla swojej ukochanej kilka wdzięcznych wierszyków. Jak to nieraz drobnym rzeczom zawdzięczamy zupełnie niedrobne.
"Nad rzeczką opodal krzaczka
Mieszkała kaczka-dziwaczka,
Lecz zamiast trzymać się rzeczki
Robiła piesze wycieczki"
Kaczka Dziwaczka, Jan Brzechwa
Było też o żuku, który szukał żony. Wierszyki nie od razu i nie zawsze miały się dobrze, bo na przykład żukowi zarzucono rasizm, sumowi nadmiar abstrakcji, a rzekom nadmiar ogólnie.
Całe szczęście, dzieci nigdy nie były tak wnikliwe jak krytyka literacka i pokochały Brzechwę od razu, co im zostało do dziś. No i bardzo dobrze i na szczęście, bo wierszyki dzisiaj też mają czasem pod górę. Otóż bowiem jak się okazuje, przynajmniej dla mnie się okazało, Brzechwa był również autorem zaangażowanym i pisał wiersze zaangażowane. O pochwale spółdzielni i przewadze kooperatywie zwierzątek nad niedźwiedziem kułakiem. Wszystko to Michał Urbanek opisuje sprawiedliwie i nienapastliwie. I wydaje mi się, że Brzechwie taka obrona się należy. W całym tym trudnym okresie powojennym nigdy nikomu nie zaszkodził, przeciwnie, starał się ludziom pomagać. "Patrzył na ludzi jak Czechow" - i to mi wystarcza. I te jego wysnute bajeczki.
Snuj się, snuj, bajeczko!
A było tak: niedaleczko,
Właśnie tutaj, nad rzeczką,
Mieszkała wdowa z córeczką
Czerwony Kapturek, Jan Brzechwa
(Jak to dobrze, że można tego dziś posłuchać sobie w internecie, bo obsada jest genialna - wilka zwłaszcza uwielbiam)
No ale nie można tylko czytać i snuć, nawet jeśli ma się urlop, trzeba coś robić pożytecznego rękoma. Robię więc. Zaczęłam dzisiaj sweterek z lnu i bawełny, robi się jak ze sznurka, ale len tak ma.
Dalej też robię brązową Tantę z Malabrigo:
Merino z kolei ma to do siebie, że zapominam o mojej ogromnej skromności i wpadam w zachwyt nad idealną równością oczek.
A poza tym mam piękny widok z balkonu w słońce i w deszcz:
Mam piękny widok na balkon:
I piękne widoki na róże, lawendy i inne kwiatki pomniejsze w kształcie szczoteczek do butelek oraz nie tylko:
czego i Wam życzę. Dziękuję bardzo za wizyty i za komentarze, dobrego dnia! :)
Brzechwa nie dla dzieci, Michał Urbanek
Wychowałam się na jego wierszykach, myląc go trochę z Tuwimem (nie tylko ja zresztą) i ciesząc się tym rytmem, humorem suspensem (no, wtedy na pewno nie wiedziałam co to suspens, ale buraczki wokół zająca zaskoczyły mnie i tak), w kółko i w kółko kazałam sobie puszczać winylową bajeczkę o Czerwonym Kapturku i zazdrościłam Adasiowi Niezgódce, że może się myć w soku malinowym (niezbyt byłam praktyczna), a panu Kleksowi umiejętności gotowania przez malowanie (tego dzisiaj zazdroszczę mu jeszcze bardziej).
No ale o samym autorze nie wiedziałam nic. Wstyd się przyznać, ale nawet gdybym zobaczyła jego zdjęcie jeszcze tydzień temu, nie zgadłabym, że to Brzechwa. Brzechwa, czyli Jan Wiktor Lesman.
Urodził się na Kresach, chodził do szkół rosyjskich, jako nastolatek wrócił z rodzicami do Warszawy wskutek rewolucyjnych zawirowań. Od młodości chciał być poetą, oczywiście poetą dla dorosłych, ale niezbyt dobrze ta jego twórczość wypadała (zwłaszcza niedobrze w porównaniu do twórczości jego kuzyna, Bolesława Leśmiana, który zresztą wymyślił Brzechwę (a raczej użył jej jako pseudonim artystyczny, bo sama brzechwa była wymyślona już dużo, dużo wcześniej). Na wszelki wypadek został więc prawnikiem, który na boku pisał różne piosenki i skecze dla licznych kabaretów i teatrzyków przedwojennych, osiągając w tej pobocznej działalności pewny rozgłos i wzięcie. Zawodowo specjalizował się z bardzo dobrymi wynikami w ochronie praw autorskich, które w owych czasach praktycznie nie istniały. Zapewne nigdy nie wpadłby na to, że tak naprawdę z powołania jest bajkopisarzem, gdyby razu pewnego nie zakochał się (a kochliwy był bardzo, tak bardzo, że Szancer nie mógł zilustrować pchły Szachrajki, tyle się zgłosiło do niego pierwowzorów) w pewnej uroczej przedszkolance. I jakby nawiązując do okoliczności napisał dla swojej ukochanej kilka wdzięcznych wierszyków. Jak to nieraz drobnym rzeczom zawdzięczamy zupełnie niedrobne.
"Nad rzeczką opodal krzaczka
Mieszkała kaczka-dziwaczka,
Lecz zamiast trzymać się rzeczki
Robiła piesze wycieczki"
Kaczka Dziwaczka, Jan Brzechwa
Było też o żuku, który szukał żony. Wierszyki nie od razu i nie zawsze miały się dobrze, bo na przykład żukowi zarzucono rasizm, sumowi nadmiar abstrakcji, a rzekom nadmiar ogólnie.
Całe szczęście, dzieci nigdy nie były tak wnikliwe jak krytyka literacka i pokochały Brzechwę od razu, co im zostało do dziś. No i bardzo dobrze i na szczęście, bo wierszyki dzisiaj też mają czasem pod górę. Otóż bowiem jak się okazuje, przynajmniej dla mnie się okazało, Brzechwa był również autorem zaangażowanym i pisał wiersze zaangażowane. O pochwale spółdzielni i przewadze kooperatywie zwierzątek nad niedźwiedziem kułakiem. Wszystko to Michał Urbanek opisuje sprawiedliwie i nienapastliwie. I wydaje mi się, że Brzechwie taka obrona się należy. W całym tym trudnym okresie powojennym nigdy nikomu nie zaszkodził, przeciwnie, starał się ludziom pomagać. "Patrzył na ludzi jak Czechow" - i to mi wystarcza. I te jego wysnute bajeczki.
Snuj się, snuj, bajeczko!
A było tak: niedaleczko,
Właśnie tutaj, nad rzeczką,
Mieszkała wdowa z córeczką
Czerwony Kapturek, Jan Brzechwa
(Jak to dobrze, że można tego dziś posłuchać sobie w internecie, bo obsada jest genialna - wilka zwłaszcza uwielbiam)
No ale nie można tylko czytać i snuć, nawet jeśli ma się urlop, trzeba coś robić pożytecznego rękoma. Robię więc. Zaczęłam dzisiaj sweterek z lnu i bawełny, robi się jak ze sznurka, ale len tak ma.
Dalej też robię brązową Tantę z Malabrigo:
Merino z kolei ma to do siebie, że zapominam o mojej ogromnej skromności i wpadam w zachwyt nad idealną równością oczek.
A poza tym mam piękny widok z balkonu w słońce i w deszcz:
Mam piękny widok na balkon:
I piękne widoki na róże, lawendy i inne kwiatki pomniejsze w kształcie szczoteczek do butelek oraz nie tylko:
czego i Wam życzę. Dziękuję bardzo za wizyty i za komentarze, dobrego dnia! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































