poniedziałek, 13 lipca 2020

Końce i początki

"Teraz sobie fantazjuję, że przeczytam Faraona.”
Pokaż mi swoją bibliotekę, Aleksandra Rybka




Gdybym miała jakiś szkodliwy nałóg i chciała się z niego wyleczyć, to na pewno unikałabym miejsc i ludzi zdradliwych. Nie czytałabym katalogów win, nie słuchała opowieści o papierosach wypalonych w malowniczych okolicznościach, nie studiowałabym uroku pięciu płatków marihuany.
Ponieważ jednak mój nałóg do szkodliwych nie należy, mogłam śmiało kupić sobie tę książkę - bo czym mogło mi to grozić? Kupiłam kilka książek (wielu nie kupiłam, bo już mam, kilku nie kupiłam, bo zapomniałam, że chciałam kupić), wysłuchałam kilkunastu rozmów na Youtubie (BUKBUK) – nic strasznego. Mogłam za to przez kilka godzin pławić się wręcz w różnych bibliotekach (niektórych nawet w Łodzi), mogłam cieszyć się, że nie tylko ja podglądam co czytają współpasażerowie w pociągu, mogłam odetchnąć z ulgą, że do mojego mieszkania da się wejść albo zmartwić, że u mnie też książki stoją w dwóch rzędach.

Jednym słowem – przez kilka dni myśleć tylko o książkach, książkach i książkach.
Jedyne czego mi brakowało w tych wywiadach, to krótkiego wprowadzenia, bo już jeżeli ktoś rozmawia o książkach, to chciałabym wiedzieć gdzie rozmawia i ile książek ma przy sobie na przykład.
A kiedy skończyłam czytać o książkach w bibliotekach, to zaczęłam kończyć też inne rzeczy.
Skończyłam skarpetki, które zaczęłam w górach






Skończyłam sowę i sweterek, które też zaczęłam w górach









Sowa już jest wyprana i ma bardzo mocno przyszyte oczka oraz uszka, tak samo zresztą jak mocno przyszyte są guziczki w sweterku. Jeżeli bowiem wyobrażamy sobie gaworzące niemowlę w koronkach, które w delikatnych rączkach trzyma pluszaka, to nic bardziej mylnego. Zarówno odzież jak i pluszaki narażone są obgryzanie (przy czym liczba zębów nie ma tu znaczenia, siedem może być równie skuteczne), szarpanie, rzucanie, ciąganie i zakładanie na głowę. Takie małe łapki nie są wcale delikatne, dziecko wszystko eksploruje, co ma w zasięgu, i nie bez przyczyny wzór nazywa się mały eksplorer

Skończyłam też z organizowaniem (przynajmniej tak mi się wydaje)





Teraz więc wyurlopowana i zorganizowana niczego już nie muszę kończyć, za to mogę mnóstwo rzeczy zacząć, czego i Wam życzę jak najserdeczniej, dobrego dnia! :D






Dziękuję za przemiłe komentarze i wizyty!
Książkę o książkach zakładałam zakładką z książkami, bo jakżeby inaczej?


I na koniec jeszcze trochę urlopowych kwiatków, bo kwiatków nigdy nie za dużo. 






wtorek, 23 czerwca 2020

Brzaski urlopowe i nie tylko


"W pewnym sensie można nawet rzec, że w świecie nie dzieje się nic nowego, gdyż wszystko jest powtarzaniem tych samych pierwotnych archetypów; owo powtarzanie, aktualizując moment mityczny, w którym archetypowy gest został objawiony, utrzymuje nieustannie świat w tej samej chwili brzasku początków. Czas jedynie umożliwia pojawienie się i istnienie rzeczy.
Nie ma żadnego rozstrzygającego wpływu na to istnienie - ponieważ sam bez przerwy się odnawia."
Mit wiecznego powrotu, Mircea Eliade

Człowiek jest dla mnie niezmiernie ciekawy w bardzo różnych przejawach, zachowaniach, zwyczajach i rozumieniu świata. Fascynująca jest też droga, jaką przebył od czasów przednowożytnych w spojrzeniu na siebie, na czas i na historię. A tu właśnie można sobie poczytać, jak to było z boskimi wzorcami rytuałów, z odnawianiem czasu, z nieszczęściem, historią, rozpaczą i wiarą. A ponieważ Eliade pisał ten esej dla kulturalnego niespecjalisty, więc jakby dla mnie.
Łatwo nie było, czytałam powoli, ale otwierały mi się oczy na różne rzeczy, bo nigdy wcześniej o nich nie słyszałam, a jeżeli nawet słyszałam, to nie w takim ujęciu.

Co mi się bardzo podobało, to niezwykła rzeczowość i neutralność - cały wywód pisany jest z ogromnym szacunkiem dla interpretowanych zachowań - pięknie ale bez negatywnych emocji.
Mogłam więc spokojnie się zachwycać i zadziwiać. I tak się zadziwiałam zwłaszcza brzaskami początków, bo początki są zawsze prześliczne (no, może nie w robótce na drutach, kiedy wszystko się zwija i zapętla).
A mój coroczny urlop, to już w ogóle kwintesencja powtórzeń - wieczna Wierchomla






W tym roku dodatkowo wietrzna, chłodna i przeważnie deszczowa, ale nie szkodzi. Etui na telefon miałam ciepłe, z alpaki, sobie dokupiłam polarów a i słońce też chwilami wyszło.
Zaczęłam inne projekty na drutach i na szydełku, popatrzyłam na wnuczkę i jak dla niej wszystko jest pierwsze, dziwne i magiczne - góra, potok, trawka, serwetka.
No a potem krótka pętla, czas się odnowił, a ja znowu stoję przy swoim domowym zlewie i siedzę w domowym ofisie.
Teraz mogę wrócić do pieczenia chleba na zakwasie, który przetrwał mój urlop w stanie zasuszonym, wyglądając nieco jak obdrapany tynk, co świadczy o tym, że jednak nie wygląd jest najważniejszy, ale ukryte moce.






Mogę też wrócić do całego spektrum robótek i do szycia.
Otóż bowiem od niejakiego czasu, gdzie nie spojrzeć w sieci, tam coś szyją ślicznego na ślicznych maszynach do szycia. Ja też myślałam, że będę się wprawiać w szyciu, nakupiłam towaru na maseczki i poddałam się po czterech. Rachel z Przyjaciół nawet wiedziała dlaczego - otóż maseczki nie bardzo mnie kręciły, podobnie jak jej nie kręciło roznoszenie kawy. I tuż przed wyjazdem olśniło mnie co mnie kręci - zabawki. Nie namyślając się wiele, uszyłam prototyp cichej książeczki. Jest trochę krzywy, ale mam nadzieję nabierać biegłości.








 Wszystkie strony zostały starannie przetestowane, prawie wszystkie elementy przetrwały - niektóre strony budzą większe zainteresowanie, niektóre mniejsze. I to jest fajne, bo kolejne można szyć już zgodnie z upodobaniami i zainteresowaniami.

Książkę zakładałam metką zwykła ubraniową, bo przez tę pandemię zapomniałam zakładek.
Dziękuję wszystkim za wizyty, dziękuję za przemiłe komentarze. Za rok nowy urlop i nowe brzaski, czego i Wam życzę, dobrego dnia! :)

piątek, 8 maja 2020

Chleby, rudziki i ogrody

"Z początku wszystkie dni były dla Mary Lennox podobne do siebie. Co rano budziła się w swoim pokoju, obitym tkaninami, i zawsze spostrzegała Martę rozniecającą ogień, co rano zjadała śniadanie, ale ani odmiany żadnej, ani nic zabawnego w tym nie było. Po śniadaniu wyglądała oknem na rozległe wrzosowisko, które zdawało się ciągnąć w nieskończoność, a patrząc tak, przychodziła z wolna do wniosku, że jeśli nie wyjdzie na dwór, to będzie musiała siedzieć w swym pokoju i nic nie robić. To ją skłaniało do wyjścia."
Tajemniczy ogród, Frances Hodgson Burnett


Wiadomo, co było dalej, Mary biegała po ogrodzie, skakała przez skakankę, w końcu nabrała sił i rumieńców - polubiła nawet owsiankę.
Książka mojego dzieciństwa, jesteśmy w podobnym wieku i mamy równie podniszczone okładki. Poza owsianką jest w niej Tajemniczy ogród i wiosna i nowe narodziny, jest nadzieja i są powroty z różnych mroków.
Dobrze sobie poczytać, za oknem też wiosna, pod ręką kawa w kubku z rudzikiem (nie wiem czemu rudzik stał się polskim gilem), a na drutach energetyczna alpaka.
Nie mam tylko skakanki, chociaż właściwie mogłabym, bo teraz skakanki są sportowe i fitness, nie tylko dla małych dziewczynek jak dawno, dawno temu.

Jak już skończę osiem godzin home office, w którym jestem bez zmian, idę do swojego pokoju i zajmuję się nie skakaniem, ale innymi rzeczami, które w sumie są równie wesołe i pożyteczne.
Robię poranne promienie, a właściwie zrobiłam, myślę jedynie o dorobieniu pomponików, bo jak wiadomo - pomponiki są fajne i dobre.




Chusta na razie trafiła do pudła z rzeczami na zimę, ale zanim ją w nim zamknęłam, przymierzyłam - jest bardzo lejąca, otulająca i ciepła. Trochę też gryzie, ale trudno, chuście jestem w stanie gryzienie wybaczyć. Jest też spora. Ma trochę chude i długie ogony, ale można się nimi omotać, więc liczą się jako plus.

Zaczęłam robić etui na telefon z alpaki podwójnym żakardem, więc robię powoli, ale telefon jest znacznie mniejszy niż taki telewizor na przykład, więc mam nadzieję, że niedługo skończę.



Też gryzie, ale w etui to w ogóle mi nie przeszkadza.
No i w ramach ogólnoświatowej izolacji, zabrałam się za wypiekanie chleba. Samodzielne pieczenie chleba przyszło mi na myśl mniej więcej dwa lata temu, kiedy to gospodyni w Karkonoszach obdarowała nas samodzielnie upieczonym chlebem i adresem dobrego młyna. Chleb wyglądał tak niewinnie, jakby każdy mógł go upiec, nawet ja.
Od razu zadzwoniłam do młyna, kupiłam mąkę, pobiegłam do sklepu gospodarstwa, kupiłam foremki i w zasadzie na tym moja przygoda z chlebem się skończyła. A właściwie odłożyła się na później, bo teraz myśl odżyła. Zaczęłam jednak nie od zakupów, ale od filmików instruktażowych na Youtube. Teoretycznie nauczyłam się hodowania zakwasu, zaczyniania ciasta, przekładania ciasta do foremek i psikania na niego wodą. I dopiero wtedy poleciałam na zakupy, kompromitujące szczegóły pominę, w każdym razie mam nowe foremki, dwie książki o fermentacji w paczkomacie, jedną o książkę chlebie w planach, słoiki na mąkę i mąkę samą. Lniane ściereczki. Drewniane łyżki.

No i zaczęłam zajęcia praktyczne. Mój zakwas ma już imię (prawie), swoje stanowisko koło czajnika, gdzie Czajkomąż od czasu do czasu gotuje wodę nie na herbatę, ale na ocieplenie, ma swoją ściereczkę, słoik i łyżkę drewnianą. Na początku wyglądał bardzo niepozornie


Ale karmiony i mieszany z sercem i poświęceniem (pierwsze mieszanie wypadło o pierwszej w nocy - wstałam), powoli nabiera mocy


Pierwszy chleb żytni nie urósł właściwie wcale, ale upiekł się i w smaku był lepszy od niejednego kupionego w sklepie.


Drugi właśnie dopieka się w piekarniku, urósł niewiele więcej, ale zapach to zapach wszystkich piekarni latem. Bo tylko latem jechałam na wakacje w zapadłe wioski, i w takich właśnie wioskach tak pachniał chleb.
Mam nadzieje ogromne, dużo entuzjazmu i różne mąki w planach. :)
W serialach pojawiła się nowość, czyli  Kochane kłopoty polecone przez Hannah - wciągnęłam się, jestem już gładko w trzecim sezonie:


Poza tym, jak to w izolacji, trochę śpię, trochę piekę dobre ciasta, mało patrzę przez okno. A za oknem wiosna. I tego Wam wszystkim życzę, dobrego dnia! :)

Ps. Tajemniczy ogród zakładałam ogrodem, bo jakżeby inaczej:


Dziękuję wszystkim za wizyty i za przemiłe komentarze! :)

wtorek, 21 kwietnia 2020

Kolorowe wspomagania

"Była ona wzorową panią domu, pod której okiem gospodarstwo szło jak w zegarku. Ona wiodła rej w Szwalni dla Dziewcząt, ona zajmowała się szkołą niedzielną, była jednym z filarów parafialnego Związku Pomocy i Stowarzyszenia Pomocy dla Misjonarzy nawracających dalekich pogan.
Pomimo to pani Małgorzata miała jeszcze dość wolnego czasu, aby siedząc godzinami przy oknie kuchennym, robić szydełkiem kołdry bawełniane - a zrobiła ich już szesnaście, jak pełnym czci szeptem opowiadały sobie kumoszki z Avonlea - i czujnym okiem przyglądać się gościńcowi, który tutaj właśnie skręcał w dolinę, a potem wił się w górę po stromym wzgórzu."
Ania z Zielonego Wzgórza, L. M. Montgomery



Nie jestem w pełni wzorową panią domu, ale mam czas siedzieć godzinami z szydełkiem i z braku okna na gościniec (po którym zaraz przejedzie Mateusz jadący po Anię, wiadomo) czujnym okiem przyglądać się serialom. Zgodnie z ogólnie znaną teorią o lubieniu i podobaniu się, lubię oczywiście seriale, które znam. Jest ich kilka i oglądam je na okrągło, a jednym z nich, poza Ranczem, Brzydulą i Ojcem Mateuszem, są Przyjaciele właśnie. Uważam, że jest w nich poruszony każdy temat, od tego że dzieciom zawsze spadają skarpetki aż po ten, że brzuszki w niedziele rano są męczące (dla niektórych przynajmniej).
I jak tu nie wierzyć w dobre duszki książkowe, skoro zaraz po zalogowania się w ramach testów do wypożyczalni Legimi, pierwsze, co mi się wyświetliło, to była książka o najlepszym serialu na świecie. Takich znaków nigdy nie można lekceważyć, więc przeczytałam nie zwlekając.


 Nie jest to literackie arcydzieło, nie jest to książka przeznaczona dla szerokich kręgów, powiedziałabym, że raczej dla fanów seriali. Czyli dla mnie.
Dowiedziałam się, jak się kręci seriale i jak się kręci seriale ponadczasowe. książka nie jest tylko zbiorem anegdot, ale nieco szerszym spojrzeniem na telewizję, społeczeństwo, zmiany jakie zachodzą i na publiczność. Jest też tu trochę zaplecza, czyli jak się pisze scenariusz, jak się ubiera bohaterów i jak się kręci czołówkę. Było trochę zakulisowych żartów. Przeczytałam to wszystko jednym tchem, po części dowiedziałam się a po części przypomniałam sobie, dlaczego tak lubię ten serial, jego humor i duże kubki, Nic dziwnego więc, że zaczęłam oglądać go na nowo i jestem już w czwartym sezonie.


Do serialu druty, a na drutach resztkowiec Małgosi . Taki wzór i wspólne działanie okazało się idealne na moje różne przygnębiania wirusowe. Musiałam się skupić na zrozumieniu przepisu, powyciągać z szafy reszki, ku mojemu zdumieniu okazało się, że mam bardzo mało resztek, mam za to mnóstwo włóczek z niezrealizowanych planów, co jakby na jedno wychodzi).
Jestem już na prostej pod pachami i bardzo mi się podoba konstrukcja tego swetra, bardzo nieskomplikowana, ale w przypadku ściągacza, jakim jest robiony - sweter idealnie się układa.





Nic nie gryzie, kolor mi się bardzo podoba. Niestety nitką wiodącą jest akryl, ale zaplanowany do sprucia bawełniany sweter nieoczekiwanie stawił opór, żal mi go było spruć, no i nic innego nie miałam. Akryl jest dobrej jakości, nie skrzypi i się za bardzo nie mechaci. Do tego różne wiskozy i bawełny w kolorach.
(Przepraszam za nieład w przedpokoju, ale tam mam strefę kwarantanny, więc co z Czajkomężem przyniesiemy do domu, tam wisi i się odkaża).

Na poprawę humoru oglądałam też podcasty moich ulubionych podcastowych dziewiarzy, czyli Carlosa i Arne. Bardzo dobrze działają mi na umysł, opowiadają w sposób niezwykle ciekawy o wszystkim od dziergania po mycie kryształowych żyrandoli. Uwielbiam ich dbałość o szczegóły, ich różne projekty, ich łosie w ogrodzie, ich szydełkowe kołdry. Doskonale mi się razem z nimi robi na drutach, znacznie wtedy się wyciszam i przyspieszam. Fajnie że nie są idealni, mają swoje różne słabości, więc przebywanie z nimi wirtualnie nie wbija w kompleksy, ale motywuje i podnosi na duchu. No ale jak ktoś, kto robi takie koce, może nie podnieść na duchu?

Jednym słowem, brnę jakoś z jednego dnia w drugi z kolorowymi wspomagaczami, czego i Wam życzę! Dobrego, zdrowego dnia! :)

I dziękuję bardzo bardzo za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

Ps. Z uwagi na okoliczności, zabrałam się za szycie, no kto wie, może je w końcu polubię? Moja pierwsza próba (no dobrze, trzecia, Czajkomąż twierdzi, że rzucałam brzydkimi wyrazami, ale to nieprawda. Co zrobić, nie lubię szyć.  :))



sobota, 11 kwietnia 2020

Chusta izolowana

"Przypuśćmy, że mam na sobie suche ubranie. Przypuśćmy, że mam całe, mocne buty, długi, ciepły płaszcz, wełniane pończochy i nowiutki parasol. I przypuśćmy... przypuśćmy, że w pobliżu piekarni, w której sprzedają gorące bułeczki, znajdę sześć pensów - które do nikogo nie należą... Wchodzę do sklepu, kupuję sześć najgorętszych bułeczek i zjadam je wszystkie na poczekaniu."
Mała księżniczka, Frances Hodgson Burnett


Przypuśćmy więc, że jest wiosna, są święta, siedzimy w izolacji, trochę nam smutno i bardzo musimy się pocieszyć, podchodzimy do półki i sięgamy po książkę - najlepiej działa półka z książkami dla dzieci.



Stary, znany schemat, ale to nic nie szkodzi. Na początku palą się gazowe latarnie, jest pięknie, ciepło, bogato i w koronkach. Potem następuje katastrofa, wiadomo, trzeba wytężyć siły wyobraźni, trzeba utrzymać hart ducha i dzielność. I wtedy następuje przełom w postaci hinduskiego służącego i jego małpki.
Lubiłam Małą księżniczkę dawniej, lubię i teraz, lubię ten nieco staromodny język, z urokliwymi zawijasami jak angielskie pismo, lubię te zdania złożone, staranne. I lubię ilustracje - lekkie, jakby pospieszne, ale pełne ślicznych szczegółów. Lubię falbanki, kokardy i loki, ale lubię też okruszki dla szczurzej rodziny i wróbelki za oknem. Jednym słowem, wszystko tu lubię.

Poza małymi pocieszeniami, dziergam na drutach niezmiennie poranne promienie, w tamtym tygodniu wydawało mi się, że już jestem na finiszu, więc w tym tygodniu chyba jestem. Chusta układa się miękko, ciepło i wełniście i trochę mi szkoda, że nie pasuje do nadchodzącego sezonu.


Trochę też czasu spędzam w home office  i trochę w kuchni piekąc wielkanocne baby i wielkanocne mazurki, ale wiem, że jak wrócę do pokoju, to zastanę taki widok:


Tak spojrzałam na fotel, na rozłożoną książkę i pomyślałam, że to jedna z przyjemniejszych perspektyw. Łatwiej wtedy być dzielnym.
I wielu takich chwil przyjemnych, spokojnych, pogodnych i zdrowych na nadchodzące Święta życzę jak najserdeczniej. :)


Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, Wesołych Świąt!

czwartek, 2 kwietnia 2020

Resztki postrzelonych czytników


"Jestem prawie pewien, że dwa tomy Dekameronu znajdowały się wśród niewielu rzeczy, które właściciel przywiózł z ojczyzny. Ciekawe, od ilu pokoleń przekazywano je w jego rodzinie, zanim wylądowały niechciane w zawilgoconym mieszkaniu w New Cumnock. Teraz jednak zaczyna się ich nowe życie u młodej kobiety, która dziś je kupiła, i kto wie, co je czeka przez kolejnych kilkaset lat?"
Pamiętnik księgarza, Shaun Bythell

Kiedy poszłam do wirtualnego Empiku, zobaczyć jak kusi nas obniżkami w czasach zarazy i kwarantanny, pierwszą okładką jaka wyświetliła się na moim monitorze była okładka z kotem, książkami i księgarzem. Trudno było się nie skusić, kupiłam (chociaż obiecywałam sobie, że nic nie będę kupować w tym bezdusznym empikowym molochu), załadowałam na swój czytnik i dopiero potem zrozumiałam, jakie popełniłam fopa. Bowiem to właśnie Shaun Bythell strzela do czytników, co można zobaczyć osobiście na Yotube.

 Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=6g2Kq8bt_PA

Nie poszłam w ślady strzelania, ponieważ z jednej strony rozumiem jego racje, to z drugiej strony myślę, że podobnie gliniarz, który utrzymywał się z lepienia glinianych tabliczek, mógłby strzelać do papirusu albo do pulpy drzewnej. Pewnych rzeczy nie da się powstrzymać, co prawda książka z papieru ma chyba jednak większe i dłuższe szanse niż gliniane tabliczki.
Ale wracając do rzeczy, czyli do pamiętnika. Są to roczne zapiski człowieka mieszkającego w Szkocji, który pewnego dnia wszedł do antykwariatu zapytać o książkę, a po lekkiej sugestii właściciela kupił cały antykwariat. W każdym zapisku jest data, liczba zamówień internetowych, liczba klientów i stan kasy. Jest też zwięzły opis minionego dnia i przeczytanych książek. Opisy są bardzo sugestywne, więc mamy wrażenie jakbyśmy razem z autorem jeździli po oblodzonych drogach oglądać wymarłe księgozbiory, czytali "Martwe dusze" w fotelu przy kominku, pakowali dziesiątki książek w pocztowe worki , przenosili tony literatury  w kartonach, szukali okładkowego Kapitana, który jest czarnym kotem, objadali się śmietnikowymi rarytasami czy zderzali z klientami. Każdy miesiąc poprzedzony jest cytatem z eseju o księgarzach Orwella. I z cytatów i z pamiętnika jasno wynika, że praca księgarza jest trudna i niewdzięczna, a klienci dziwni, męczący i mało kupujący.

Pomimo tych niedogodności, Shaun Bythell oczywiście nie zamieniłby tego zajęcia na inne, bo najzwyczajniej w świecie kocha książki i ma je nawet w słupkach przed sklepem (co też można zobaczyć w internecie). Nic dziwnego, skoro mieszka w Wigtown, mieście książek. Miasto książek polega na tym, że ma dużo antykwariatów, książkowych turystów i największy szkocki festiwal książkowy.
Dla książkowego mola jest to więc lektura idealna. Z klimatem, atmosferą, lekką dozą zgryźliwości. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to że wszystkiego było trochę mało, ale zawsze mogę sobie ten niedosyt zrekompensować filmikami na Youtube. Jest też trochę literówek, czyli łowienie łosi w pobliskiej rzeczce na przykład. Można za to przemyśleć swoją postawę jako klienta i się poprawić ewentualnie, czyli kupować dużo, nie targować się, nie zadawać głupich pytań ani nie sprawdzać ostentacyjnie cen na Amazonie (którego autor Pamiętnika nie znosi jeszcze chyba bardziej niż czytników i ma ku temu racjonalne powody).

Poza przebywaniem myślami w Wigtown, dziergałam na drutach. Udało mi się dorobić kilka słonecznych promieni w projekcie Poranne promienie


Zapisałam się też do nadążnego robienia na drutach swetra resztkowego. Robienie nadążne polega na tym, że Małgosia podaje w odcinkach przepis na sweter i można nadążać za nią z drutami.
Sweter resztkowy jest kolejnym dowodem na to, że każdy najmarniejszy kawałek najmarniejszej włóczki ma potencjał, tylko czeka na swój projekt, żeby się przydać i zabłysnąć urodą.
Ku mojemu minimalistycznemu zmartwieniu, wszystko trzeba trzymać - nie ma tu śmieci.




Poza dzierganiem piekę na pocieszenie ciasta, robię kolorowe kanapki, oglądam Netflixa,




a moje home office, chociaż nie wygląda już tak sterylnie jak w dniu jego otwarcia, cały czas ma miłe duszy akcenty.






Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, wszystkiego dobrego z okazji Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci! 

"Jest to Praktyczna Baryłeczka - mówił Puchatek. - Proszę. A na niej jest napisane: "Z serdecznym Powinszowaniem Urodzin od szczerze ci oddanego przyjaciela Puchatka". To jest właśnie napisane. A baryłeczka służy do przechowywania różnych różności. Proszę"
Kubuś Puchatek, A.A. Milne

Oby nasze różności były jak najlepsze i najzdrowsze! :)