środa, 26 maja 2021

Fanki i idole

 


- Co ci przywieźć ze Szwecji? - sama nie wiedziałam co - Może książkę?

Omatko, książkę po szwedzku, kiedy ja po szwedzku ani w ząb w mowie a co dopiero w piśmie. Książkę to nie, ale Iliadę? Iliadę to chciałam, miałam kilka już po polsku i były śliczne, więc po szwedzku na pewno tym bardziej.

I w ten sposób został zapoczątkowany mój wielojęzyczny zbiór Homerów. Stoi w otoczeniu różnych tłumaczeń polskich oraz różnych opracowań okołohomeryckich.




 Mam więc Homera ze Szwecji z piękną okładką, mam też z Włoch, przywieziony jako niespodzianka. Przyjaciółka obszukała w księgarni całą półkę na literę H i wtedy okazało się, że we Włoszech Homer nazywa się zupełnie nie na Ha, bo Omero. Mam Homera przywiezionego jako niespodziankę, ale już z Finlandii, mam z Niemiec (i tu jest piękna Saga oraz Geszeft - Geszeftem to pewnie Odyseusz się zajmował) i mam Homera przywiezionego prosto z Pragi. Mam też przywiezionego przez sąsiada z wakacji na Krecie. Sąsiad obszedł w upale pół wyspy, bo chociaż różnych rzeczy tam była obfitość, to Homera akurat nie. Smutne to byłoby, bo przecież wieszcz pisał ciepło o Krecie, że  żyzna i pełna uroków.

Na szczęście w końcu sąsiad kupił, przywiózł, usiadłam z nią w fotelu, obejrzałam okładkę, zajrzałam do środka (no, łatwo to oni nie mają z czytaniem)


obejrzałam rachunek i wydukałam z trudem "Biblia". Jak to, sąsiad kupił dla siebie Biblię i pomylił rachunki? Ale Biblię po grecku? Nie mogłam się nadziwić i dopiero po chwili mnie olśniło, że przecież biblia to po grecku książka po prostu. Niby się o tym wie, tak samo jak i o tym, że alfa to nie tylko kąt w prostokącie, ale kiedy tak się z tym zderzy na żywo, to dziwi jednak.

Patrzę na swoją Homerową półkę, nie szkoda mi na te książki miejsca, chociaż wiem, że nie nauczę się ani szwedzkiego, ani nawet greki (chociaż mam podręcznik i nie sprzedałam go - ma śliczne obrazki)




Myślę jednak, że nigdy nie można się zarzekać - nie wiadomo w jakie językowe przygody zostaniemy rzuceni przez życie albo Youtuba.
Kilka lat temu moja przyjaciółka zafascynowała się pewnym śpiewakiem operowym. Nawet jej trochę zazdrościłam, bo poza Winnetou w podstawówce nigdy nie miałam idola, a w dzisiejszych czasach przyjemnie go mieć - można go słuchać bez ograniczeń, można sobie zamówić kubek z jego zdjęciem albo kalendarz czy nawet poduszkę. Aż tu niedawno Youtube zaproponował mi filmik (wiadomo, jeżeli nie ma się wolnych kilku godzin, lepiej w takie filmiki nie wchodzić) o kuszącym tytule "Najlepszy głos męski na świecie". Nawet święty spieszący się na samolot by się nie oparł, więc i ja się nie oparłam - kliknęłam. Miesiąc później mogę powiedzieć, że mam idola (co prawda jeszcze nie mam kubeczka z jego zdjęciem, ale to kwestia czasu) i słucham go non stop, co mi się nigdy nie przytrafiło (no chyba że przy Bachu). 

W każdym razie mój idol nazywa się Dimash Qudaibergen i śpiewa anielsko, rockowo, operowo, popowo i folkowo. Jazzowo jeszcze. Jeśli ktoś lubi operowo, to najlepszy do tego jest Ogni Pietra, jeśli romantycznie to Любовь, похожая на сон, jeśli folkowo to Daididau. Najlepiej jednak sprawdzić osobiście, bo u Dimasha rock pomieszany z operą, folk z romantyzmem - ja różnych rzeczy się spodziewałam, ale że na starość będę słuchać kazachskich piosenek ludowych, to nigdy. No właśnie i tu się zaczyna moja przygoda językowa, bo Dimash jest z Kazachstanu i śpiewa w 17 językach w tym po kazachsku, mandaryńsku, rosyjsku, ukraińsku, włosku, francusku, angielsku - reszty nie umiem sobie wyobrazić. Jako jego nowa fanka nie tylko słucham piosenek w jego wykonaniu, ale obejrzałam wywiady (najtrudniej jest jak wywiad jest po kazachsku a napisy po chińsku) oraz słucham też reakcji na jego śpiew różnych trenerów głosów - to tak jak Mały Książe przesuwał sobie krzesełko i oglądał 157 razy zachód słońca - tak ja obejrzałam 157000 razy pierwszego słuchania Dimasha przez różnych ludzi . Na szczęście większość reakcji jest po angielsku, ale zdarzyło mi się obejrzeć kilka koreańskich i dwie japońskie. 

Zobaczymy co dalej, na razie wiem jak jest po kazachsku "Mój kraj", a po chińsku "Dziękuję".
Poza zadimashowaniem się zrobiłam jeszcze wełniane skarpetki i mam nadzieję, że już niedługo przyjdzie wiosna i nie będą potrzebne, czego i Wam życzę.





Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

czwartek, 20 maja 2021

Pułapki w resztkach i wirusach


 "Kilka tygodni przed wylotem jadę do ambasady po wizę. By uniknąć niechybnej kompromitacji, postanawiam nie próbować mówić po wietnamsku. Gdy urzędnik ambasady czyta moją aplikację wizową, usiłuję rozszyfrować hasła informacyjne za jego plecami, z mizernym skutkiem. Urzędnik podnosi wzrok i rzuca: ”Nauka języka? W trzy tygodnie?”.

Parę dni później książka o Hanoi, napisana przez dwoje europejskich ekspatów, pociesza mnie: „Pogódź się z tym, że twoje próby mówienia po wietnamsku początkowo nie zostaną docenione. Możesz założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że za swoje wysiłki zostaniesz nagrodzony słowami: Sorry, no English!”

Babel, Gaston Dorren

Statystyki mówią, że aby móc rozmawiać z połową ludzkości, wystarczy nauczyć się dwudziestu języków. Gaston Dorren zna w różnym stopniu siedem z nich, postanowił nauczyć się jeszcze jednego – wybór padł na wietnamski. Na pozostałe dwanaście nie starczyło mu ani pieniędzy ani czasu ani cierpliwości wydawcy. Trochę szkoda, bo nie ma jednak jak doświadczenia osobiste – te językowe przeważnie są śmieszne, chociaż czasem jest to płacz przez łzy.

Nic dziwnego, że w trakcie czytania przypominały mi się liczne przygody. Jedna z bardziej stresujących przydarzyła mi się, kiedy mój dawny szef postanowił, że razem z nim odbiorę dwóch Japończyków z lotniska. Miałam stanowić ozdobę jako żeński element (to było dawno temu) oraz językowe wsparcie. Angielskie oczywiście. Żeński element ozdobny zawiódł już w momencie prezentacji, jako że Japończycy okazali się tradycyjni i kobieta w delegacji stanowiła raczej umniejszenie statusu – szefowi udało im się mnie przedstawić dopiero po trzeciej próbie. Pozostał więc angielski, niestety, już przy wyjeździe z lotniska nie zrozumiałam, co powiedział Japończyk siedzący  obok mnie w samochodzie. Na moją prośbę powtórzył trzy razy, po czym lekko się zniechęcił, ale nie poddał się i po chwili znowu mnie zagadnął. A ja znowu – nie zrozumiałam. Zapadła niezręczna cisza, wyjechaliśmy z Warszawy i Japończyk podjął jeszcze jedną próbę komunikacji. Przyznam, że straciłam nadzieję ale w momencie, kiedy on się odezwał mój wzrok padł na ogromny bilbord przydrożny i doznałam nagłego olśnienia – Fabryka??? – zapytałam. - Yes!!- bardzo ożywił się Japończyk. - Fabryka Papieru Kwidzyń? Radość nasza była ogromna – okazało się, że mój angielski nie jest tak beznadziejny, a jego czytanie polskich napisów z reklam zostało wreszcie przeze mnie docenione.

Niezależnie jednak od liczby osobistych doświadczeń autora – książka jest napisana pasjonująco. Oczywiście są języki bardziej ciekawe i nieco mniej, niektóre opisane od strony etymologicznej, niektóre od strony politycznej, historycznej, psychologicznej, co zresztą nie dziwi, bo język właśnie taki jest – cali jesteśmy w nim zanurzeni. Co mi zresztą przypomniało niedawną historię opisywaną w mediach o hiszpańskim urzędniku budowlanym, który przez 16 lat nie chodził do pracy i cały czas pobierał pensję. Wszystko mi się wyjaśniło, kiedy przeczytałam, że po hiszpańsku mówi się, że "coś się zbudowało" – nic dziwnego, można się zasugerować.

Języki ułożone są w kolejności od najmniejszej liczby użytkowników do największej – co oczywiście wzmaga suspens i każdy z języków  ma swoją metryczkę – jaka rodzina, jakie pismo, jaka gramatyka, jakie zapożyczenia. Oczywiście na końcu jest angielski ze swoim 1,5 miliardem użytkowników. Ciekawe też są rozważania co dalej – każdy kto pamięta (no, może nie osobiście) panowanie łaciny czy francuskiego zdaje sobie sprawę, że to może się zmienić. Czy będziemy wszyscy mówić po angielsku? Czy będziemy chodzić z elektronicznymi tłumaczami (które naprawdę są coraz lepsze)?

Zapomniałam tylko dlaczego na okładce jest dwadzieścia kotów. "Babel" czytałam jeszcze zimą i zaraz po niej przysypało mnie różnymi obowiązkami, a kiedy przyszła już wiosna, dopadła mnie zaraza. Nie polecam – dwa tygodnie leżałam w łóżku, trochę oglądałam mało wymagające seriale i spałam szesnaście godzin na dobę. Powoli wracam do życia i do drutów. Przed covidem natomiast szydełkowałam kwiatki. 


Zachwyciłam się kwiatkowymi kocami Arne i Carlosa tak bardzo, ze postanowiłam go zrobić. I gdyby był gdzieś na świecie podręcznik, jak NIE robić koca z kwiatków (czy czegokolwiek innego na drutach albo szydełkiem), to moje poczynania byłyby jak z tego podręcznika właśnie. Ku przestrodze więc zapisuję, jak nie należy robić:

W pierwszym kroku nakupiłam kolorowej włóczki merino

W drugim kroku (po kilku miesiącach od bolesnego wydatku) dokupiłam kolejne kolory

W trzecim kroku kupiłam wzór

I zaczęłam natychmiast robić kwiatki. Wyprodukowałam jedną czwartą i wtedy dopiero przeczytałam wzór w całości i ze zrozumieniem. Co zdecydowanie powinnam zrobić w kroku pierwszym. Bowiem okazało się, że mam nie takie kolory jak trzeba i nie w takiej ilości. Żeby nie wdawać się w żenujące szczegóły, powiem tylko, że włóczkę kupowałam w sumie chyba sześć razy i tak jak na początku miałam może dwa motki merino po dziecięcym kocyku, to teraz mam ich całą górę. Koc z kwiatków jest idealną robótką na wykorzystanie resztek, jednak w moim przypadku stopień wykorzystania włóczki uważam za mało satysfakcjonujący. Ale nic to, mam już plan i wzór na sweter w kolorowe cegiełki.

Stan włóczki po:


Za to sam kocyk zapowiada się  obiecująco:








Pozostaje go tylko połączyć. Mam na to włóczkę granatową, czy w wystarczającej ilości - na razie nie myślę, bo myślenie mam trochę wolne jeszcze.

Dziękuję bardzo za wizyty i za przemiłe komentarze, dobrego dnia! :) 


PS. Stęskniłam się już :)

PS. Babel zakładałam jeszcze zimową zakładką, ale w sumie dziś rano temperatura za oknem bliżej zera niż wiosny:

wtorek, 9 lutego 2021

Resztki i nieresztki

 "Być może coś się kryło w tych haftach, pomyślał hrabia, jakaś łagodna mądrość, którą zdobywała wraz z każdą pętelką."

Dżentelmen w Moskwie, Amor Towles


nie tak dawno koleżanka zapytała mnie, w jaki sposób kupuję włóczki - czy najpierw mam konkretny plan, co zrobię, czy kupuję włóczkę, bo mi się podoba, a potem obmyślam, co z niej zrobić?

Po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że właściwie odpowiedź może być tylko jedna - kupuję włóczki w sposób nieumiarkowany.


Od razu przyznam ze wstydem, że w samej szafie też są włóczki, nie tylko w pudełkach obok. No ale, jako że z pętelkami przybywa rozumu, to i mnie po czasie długim przybyło i teraz już wiem, że jeżeli ulegamy pokusie (oczywiście mam tu na myśli takie pokusy, które szkody nie czynią drugiemu), to nie należy jej ulegać połowicznie. Bo z połowicznego ulegania nic dobrego nie wynika, o czym się przekonałam na własnej skórze, kiedy przeglądałam moje nieumiarkowane zapasy i pakowałam je według składu, okazało się, że mam cały stosik pojedynczych motków niezwykle luksusowych włóczek. Wiadomo jak to było - bardzo chciałam mieć, nie chciałam ulegać całkiem, więc ulegałam jednomotkowo. 


 Na chustę za dużo, na sweter za mało, jeżeli łączyć, to albo nie pasują grubości, albo nie pasują kolory. Oszołomiona tym marnotrawstwem, zaczęłam intensywnie myśleć i przypomniał mi się wtedy resztkowiec Małgosi, który rok temu zaczęłam robić i przestałam, bo powyciągałam wtedy jakieś grube akryle i nie bardzo mi się podobało. Teraz natomiast pojawiła się wizja swetra miękkiego, szlachetnego nie z resztek co prawda, ale nie byłam aż tak drobiazgowa. Łatwo nie było - trzy dni w pocie czoła dobierałam włóczki - przeważnie wychodziło dziwacznie i zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Każda próba kosztowała mnie godziny przewijania długaśnych precli w kłębki. Pięć razy chciałam się poddać, pięć razy stawiałam się do moralnego pionu, z frustracji zaczęłąm myśleć (to myślenie całkiem jest przydatne) i przypomniało mi się, że oprócz nieresztkowych precli mam resztki (nie takie małe) po mojej merinowej Tancie. Wzięłam Tantę, dołożyłam nieresztki i zagrało! Okazało się zresztą, że Tanta ma prawie identyczne odcienie jak moje precelki i czy to nie przyjemny zbieg okoliczności?



Chciałabym napisać, że dalej poszło jak z płatka i szybko, no ale wiadomo, nie poszło - dziergało mi się jakoś wolno i nieśmiało. 



W dodatku miałam wizytę wnuczki i wszystkie miśki wyległy na jej powitanie, natomiast w czasie wizyty nie miałam w ogóle drutów w rękach, tylko miałam na przykład takie ulice Czereśniowe, które serdecznie polecam dla dzieci - są świetne, historii w nich jest masa i można opowiadać godzinami.







Wszystko ma jednak swój koniec, nawet oba rękawy w swetrze, które zakończyłam świeżo znalezionym sposobem - jest tak dziwny, jak sięganie do lewego ucha przez prawe ramię, więc zrobiłam próbkę i dopiero wtedy się przekonałam, że działa - efekt widać trochę na pierwszym zdjęciu - nie rozpycha robótki i jest super elastyczny i nawet lekko ozdobny, jako taki skręcony łańcuszek.

Poza intensywnym myśleniem nad włóczkami, zapuściłam sobie pandemiczny kok niczym mgiełki nad rzeką



oraz na kanale ojca Adama Szustaka dowiedziałam się o fantastycznej książce i natychmiast ją kupiłam w sumie bez powodu. Ja właściwie, gdybym miała być szczera, wierzę troszeczkę w dobre duszki książkowe, nieraz co prawda przysypiają gdzieś w kącie, ale nieraz są czujne i to był właśnie ten raz. Wszystko właściwie było na nie - Moskwa, rewolucja, amerykański autor, moja kolejka do czytania, moje niekupowanie. Wbrew kolejce od razu jak ją kupiłam, od razu też przeczytałam i jaka to jest piękna książka. Rewolucja nie ma znaczenia (to znaczy ma, ale nie kluczowe), Moskwa też nie ma znaczenia (jeśli się nie ma ochoty na Moskwę, to tej ochoty się i tak nabierze), amerykański autor to już znaczenia nie ma w ogóle (jego amerykańskość na urodę książki nie wpłynęła wcale).
To jest taka historia, która jest piękna sama w sobie, zupełnie niezależnie od okoliczności. Od razu praktycznie zapatrzyłam się w hrabiego Aleksandra Rostowa, w jego rodzinną wieś, w jego rodowe biurko, w jego książki, w jego aperitify, w jego przyjaciół, w jego gry, w jego dobroć i przyzwoitość.

Dżentelmen to takie idealne spojrzenie refleksyjne na ludzi, na historię, na los - idealne bo nie przytłacza filozofią, jest tu refleksja, ale jest też dobry obiad z dobrym winem.
No i jaka cudna gra tu jest (w ogóle wszystko w tej książce ma dobry smak) - nazywa się zwyczajnie zut, ale tak sobie myślę, że mogłaby śmiało zastąpić na przykład Dixita (w dodatku nie wymaga akcesoriów) - podajemy hasło - na przykład słynne dwójki i szukamy po całym świecie - Flip i Flap na przykład. Albo Czerwone i Czarne. Albo pies z kotem. Albo książka z fotelem (no dobrze, może akurat ta dwójka nie jest taka oczywista, ale jaka przyjemna).

Wracam do swojego resztkowca, któremu brakuje tylko kawałeczka na dole i nawet jest szansa, że zdążę się w niego ubrać zimą, a zima jak najbardziej jest.




I nawet słońce było widać.
Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Chronologie i systemy


 "Susan Sontag też ustawiła książki chronologicznie. Powiedziała „New York Timesowi", że nie zniosłaby widoku Pynchona stojącego obok Platona. Zatem - chronologicznie. Z kolei nasze zbiory amerykańskie obejmowały głównie literaturę dwudziestowieczną, w większości do tego stopnia najnowszą, że podzielenie jej według czasu powstania wymagałoby talmudycznej drobiazgowości. Ergo - alfabetyzacja. George uległ w końcu naciskom, ale bardziej w imię małżeńskiej harmonii niż z autentycznego przekonania. Szczególnie nieprzyjemnie zrobiło się przy przenoszeniu z półki na półkę Szekspira. Kiedy George targał książki, ja zawołałam:

Uważaj, żeby ustawiać w tej kolejności, w jakiej zostały napisane!

Chcesz przez to powiedzieć, że mamy ustawiać chronologicznie także poszczególnych autorów? - z wrażenia ledwo mógł złapać oddech. - Ale przecież nie wiadomo nawet dokładnie, kiedy Szekspir napisał swoje sztuki!

Cóż - stwierdziłam przemądrzale - wiemy, że Burzę napisał po Romeo i Julii. I chciałabym to widzieć odzwierciedlone na naszych półkach.

George mówi, że był to jeden z nielicznych momentów, kiedy poważnie zastanawiał się nad rozwodem."

Ex libris, Anne Fadiman


Pod poprzednim postem pojawił się Pan Tadeusz, co było o tyle znamiennie, że kupiłam sobie śliczny jego egzemplarz trzy lata temu i od jakiegoś czasu zastanawiałam się, gdzie go mam. Przed remontem stał na półce, której po remoncie już nie ma. I to zastanawianie się objęło stopniowo inne tytuły, o których kiedyś wiedziałam gdzie są, a teraz zupełnie nie wiem, aż w końcu zaczęłam myśleć o uporządkowaniu swojej biblioteki. Siedziałam wygodnie w fotelu, więc nic nie przeszkadzało, żebym cofnęła się głęboko w przeszłość.

Odkąd pamiętam, moje książki były ustawiane chronologicznie, ale nie według daty napisania, ale według daty zakupu. Podejrzewam, że książki rodziców były ustawiane według tego samego systemu, co było o tyle dobre, że jeszcze przez długie lata pamiętałam co gdzie stoi i w ogóle nie zastanawiałam się czy one są amerykańskie, czy są biografią, czy są współczesne czy też przygodowe. Do dziś pamiętam, gdzie stał Ulisses w niebieskich okładkach, gdzie Winnetou, a gdzie opowiadania o zwierzętach. No i gdzie Tomek, chociaż najwięcej Tomków miała moja przyjaciółka przez ścianę. Książek przybywało powoli, półki miały jeszcze wolne miejscówki, czasy były trudne, aż tu niespodziewanie dorosłam i przeprowadziłam się ze swoją niedużą biblioteczką. Kontynuowałam system ustawiania, nic nie zapowiadało katastrofy, aż tu nagle czasy się polepszyły i na świecie pojawił się Internet z Biblionetką oraz Allegro.

Te dwa żywioły znacznie przyspieszyły moją edukację książkową i tak przepadła moja niewinność i beztroska biblioteczna. Dowiedziałam się, że nie tylko mogę czytać Panią Bovary, ale również mogę przeczytać o tym, jak czytał ją Nabokov oraz że nie trzeba się było urodzić w latach czterdziestych, żeby kupić w księgarni książkę wydaną w latach pięćdziesiątych (tak, przed Allegro antykwariaty były dla mnie czarną magią, byłam zwierzęciem księgarnianym). W dodatku przestałam mieć dwie bliskie osoby, od których się dowiadywałam, co warto przeczytać, ale nagle tych osób miałam pięćdziesiąt (plus algorytm do polecania książek). Jak to się rozwinęło w czasach, kiedy można kupić praktycznie każdą książkę? Nietrudno przewidzieć. Na moich półkach zaczęło się liczyć każde miejsce - układałam książki nie według kolorów, ale według wzrostu, bo wtedy poziomo można było bezkolizyjnie położyć następne. I nawet nie przejmowałam się opiniami na temat takiego układania książek:

"Otóż ich z kolei znajomi odnajęli na kilka miesięcy swój dom pewnemu dekoratorowi wnętrz. Po powrocie odkryli, że wszystkie książki zostały poprzestawiane według koloru i formatu. Wkrótce potem ów dekorator zginął w wypadku samochodowym. Muszę wyznać, że zebrani przy stole jednomyślnie orzekli, iż sprawiedliwości stało się zadość"

Ex libris, Anne Fadiman

Walczyłam o miejsce. Miałam książki za tapczanem, w pufach, w szafach, w fotelach, na ścianach i komodach. Z biegiem lat (a pewnie i z wiekiem) poczułam się tym stanem przytłoczona i wtedy odkryłam minimalizm, sprzedałam ciężarówkę zasobów bibliotecznych, zrobiłam (no dobrze, Czajkomąż zrobił) remont, przeniosłam w krótkim czasie setki, setki kilogramów, więc kiedy wreszcie stanęły moje dwa nowe regały, zgięta w pół dowlekłam się i wrzuciłam do nich odpakowane z folijek zabezpieczających książkowe niedobitki. I tym sposobem przestałam wiedzieć, gdzie co mam.

Minął prawie rok, w miarę odpoczęłam, zasypałam remontowe traumy i trudy różnymi przyjemnymi herbatkami z ciastem czekoladowym i wtedy zaczęły mi świtać różne pomysły i marzenia. A gdyby tak mieć całego Czechowa razem? Bo przez te wszystkie lata i remonty nawet, jedyny autor, którego mam razem to Proust. No i Musierowicz, co prawda stała obok Szekspira, ale mi to w sumie nie przeszkadzało kiedyś. Ale teraz, kiedy mam więcej miejsca, mniej książek, to jednak chciałabym mieć całego Homera  na półce z antykiem. I książki o drutach. Nie musiałabym pamiętać, gdzie stoją każde z osobna, wystarczy wiedzieć gdzie mam kstegorię z drutami. Jedyne co mnie przerażało, to sam proces przestawiania, bo ja wiem doskonale jak to wygląda - wystarczy ruszyć jedną książkę, burzy się układ dziesięciu następnych, półki są za niskie albo książki za wysokie, a ja nie wyobrażam sobie skakać przez miesiąc po domu ruchami konika szachowego:

"Przenoszenie książek przez linię Mason-Dixon, dzielącą moje północne półki od jego południowych, zajęło nam około tygodnia. Co wieczór ustawialiśmy je, przeplatając, w szeregu na podłodze, przed umieszczeniem z powrotem na półkach, a co za tym idzie, przez cały tydzień musieliśmy kluczyć ruchem konika szachowego między setkami tomów, ilekroć chcieliśmy dostać się z łazienki do kuchni albo z salonu do sypialni"

Ex libris, Anne Fadiman


I wtedy pojawił się Pan Tadeusz w komentarzach, wciąż nie wiedziałam, gdzie jest, a wiedziałabym, gdyby był w poezji polskiej albo w epopejach albo na P (lub na M), to przeważyło szalę, w sobotę rano rzuciłam się do regału z planem na jedną półkę. Trzy godziny później miałam już całego Homera (oraz dużo na podłodze):


Wydawało mi się, że mam też cały antyk, niestety dziś rano znalazłam jeszcze Platona i pojawiło się też pytanie, czy na półce z antykiem ma być tylko antyk czy też o antyku? Czy Podróże z Herodotem mają stać obok samego Herodota? Czy jednak osobno?


Żeby się nie pogubić zaplanowałam stopniowe krystalizacje ogólne - czyli bajki do bajek, kuchnia do kuchni. Nad szczegółami pomyślę potem albo i nie.



W trakcie tych trzech godzin przenoszenia książek z miejsca na miejsce, pomyślałam sobie, że może ich szkoda, kiedy tak stoją na półce (niektóre w drugim rzędzie) i nikt się nimi nie zachwyca oprócz mnie? A może tak powędrować przez półki i trochę te książki ożywić i przewietrzyć? I tak zrodził się pomysł na cykl Czajka w bibliotece (biblioteka to trochę na wyrost, ale co tam), niezależny od normalnego cyklu życia codziennego Czajki.

Jedyny problem może być z nadmiarem, chociaż w sumie książek nigdy nie za dużo, czego sobie i Wam życzę.

Dziękuję za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

piątek, 15 stycznia 2021

Wizje ułomne i własne niedole


"Kiedy z rzymskiej wizji, ułomnej, ale wielkiej, na zawsze utrwalonej w tęsknocie przenikającej Eneidę Wergiliusza, spadam w otaczającą mnie rzeczywistość, Grecy tu czekają na mnie, Grecy ze swoimi wiekami i tysiącleciami doświadczenia: jak współżyli z ludami, z którymi nie mogli się porozumieć, z Persami, z Turkami. Grecy, którzy od tysiącleci wiedzą, że ludzie w ogóle rzadko mogą się ze sobą porozumieć. W Homerowej Iliadzie płaczki na pogrzebie Patrokla szlochają "pozornie nad Patroklem, lecz w sercu każda nad własną niedolą". Niemal cały grecki teatr tragiczny jest właśnie o tym, że antynomie życia, sprzeczności zawarte w świecie, są nierozwiązalne."

Nowy brewiarz Europejczyka, Zygmunt Kubiak

Eseje Zygmunta Kubiaka, filologa i wielkiego miłośnika antyku, dobre są na czasy trudne, na łatwe zresztą pewnie też. Zawsze aktualne, bo zawsze blisko ludzi współczesnych i niewspółczesnych.

Lubię go czytać, bo mam wtedy zapewnione różne piękna - piękno języka, piękno sztuki, piękno miast, piękno cytatów, piękno filozofii, muzeów, piękno strumyków z Owidiusza

"Jest gaj w Hemonii, zewsząd otoczony  

Borem na stromych stokach; zwie się Tempe.  

Przez niego Penej, który u stóp Pindu  

Wytryska, wody zapienione toczy,  

A wodospadem się waląc, wyrzuca  

W górę obłoki rozpryśniętych kropel,  

Zraszając same szczyty drzew, a dręcząc  

Łomotem przestrzeń nie tylko pobliską.."


 i piękno wieczorów z Norwida:

"Wieczór był cichy cichością jedyną,

Samemu tylko właściwą Rzymowi.

Ni wieś, ni miasto - tu Cię woły miną,

A tam wykwintna biga zastanowi..."

Tak, dobre są eseje Zygmunta Kubiaka na każdy czas, nawet na czas stuporu, w który wpadłam okołoświątecznie. W czas stuporu patrzyłam na strumyk zewsząd otoczony borem i próbowałam robić na drutach. Kiepsko mi szło, najpewniej dlatego, że w chwili roztargnienia dałam się opaść niezliczonym planom i zamiarom, co mnie oszołomiło i wytrąciło z równowagi. Miałam plan na swetry i na chusty i na lalki, i na koce i na skarpetki w dużych ilościach. Nie da się ich realizować naraz. 

Z trudem wysupłałam plan o najwyższym priorytecie - okazał się on być planem na czapkę. Nie to, że czapki nie miałam. Miałam i to niejedną, ale z racji utrudnionych ostatnio kontaktów z fryzjerem niespodziewanie mam kok. Niezbyt duży, ale wszystkie dotychczasowe czapki przestały na nim siedzieć pewnie i nadobnie. Z przepastnej wieży pudeł, wyjęłam więc  włóczki pozostałe po chuście z promykami i zrobiłam do kompletu czapkę w sam raz na kok oraz inne fryzury o różnych stopniach uporządkowania.


Nawet szybko mi poszło, twarzowo i ślicznie, co prawda Bubulinie we wszystkim ślicznie, więc całkowitej pewności nie ma, czy i mnie też:


W czasie gwiazdkowym oglądałam namiętnie adwentowe podcasty Carlosa i Arnego


Nie dało się nie zrobić bombki (tym bardziej, że zrujnowałam się na ich książkę o (między innymi) bombkach:


Gorzej już było z następną robótką, beret paryski według wzoru Dorotki Knitolog zrobiłam szybko i gustownie, ale rozmiar jest dobry tylko dla Bubuliny, więc muszę zmniejszyć



Zmniejszanie jest zawsze przygnębiające, więc beret siedzi na razie w szafie i czeka na lepszy czas, który mam nadzieję, że przyjdzie szybko, czego sobie i Wam serdecznie życzę.
Dziękuję za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Nowy brewiarz zakładałam zakładką bardzo adekwatną, czyli antyczną:



środa, 18 listopada 2020

Cisza z budzikiem

"W leśniczówce było czyściutko, cicho, miałam swój pokoik na facjatce, jak Ania z Zielonego Wzgórza, i nikt absolutnie nie przeszkadzał mi w czytaniu stosów przywiezionych z miasta książek, jak też w pisaniu i rysowaniu. Okazało się, jest mi to bardzo potrzebne i że to jest mój ideał wakacji.

Godzinami śledziłam obyczaje ptaków, chodziłam sama po lesie, zbierałam jagody i jeżyny, odwiedzałam z blokiem rysunkowym pobliską wioskę i szkicowałam dzieci oraz zwierzęta. Kiedyś pani leśniczyna zapytała mnie ciekawie, kim chciałabym zostać, gdy dorosnę, a ja po namyśle odparłam:

- Lubiłabym pisać książki.

- Co też ty opowiadasz, dziecko - odparła powątpiewająco."

Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę, Małgorzata Musierowicz przy współpracy Emilii Kiereś


Tak to jest, jak człowiek pochodzi po internetach, od razu mu w oko wpadnie coś, czego po prostu nie można nie kupić. No to kupiłam. Duże jest i ciężkie, nie wiem, teraz moda chyba taka na grube i ciężkie książki. Nie szkodzi, mam do książek specjalną poduszeczkę, więc ciężkie mi nie przeszkadzają; nie żałowałam zakupu, tym bardziej, że ta biografia Jeżycjady (bo tak można mniej więcej ją określić) nadzwyczajnie przyjemna w czytaniu jest.

A dla mnie nawet podwójnie przyjemna, bo po pierwsze jako miłośniczka Jeżycjady mogłam niejako zajrzeć za kulisy, popatrzeć sobie na maszynę do pisania, w której ten cały świat Borejków się wstępnie zmaterializował, poczytać o profesorze Latawcu, który nauczał języka polskiego małą Małgosię, zwiedzić antykwariat, w którym Tygrys usiłował sprzedać matczynego Senekę, zajrzeć do kamienic na poznańskich Jeżycach. Po drugie natomiast, jako miłośniczka w pewnym już wieku, mogłam sobie nostalgicznie popatrzeć na zgrzebne peerelowskie zdjęcia i powspominać dawne czasy. 



Dużo tu zdjęć, ilustracji, dużo anegdot i dużo zaskoczeń, to co wydawało się być zmyślone, okazało się być prawdziwe i odwrotnie. Oczywiście dopadł mnie skutek uboczny, a mianowicie nieprzezwyciężona pokusa powtórzenia sobie całej Jeżycjady, która tak bardzo wrosła w rzeczywistość, że ze swoim uzupełnieniem stanowi całość.

Na razie czytam z własnych półek, ale w wolnej chwili, kto wie, może zacznę czytać o pełnych, lekko przykurzonych półkach u Borejków.

Poza czytaniem ciężkich i grubych książek, dziergałam pracowicie skarpetki, których udziergałam dwie pary i które niedługo powędrują do swojej właścicielki.




Przy okazji skarpetek z warkoczykami nauczyłam się ściągacza jak ze sklepu  Makunki i jestem tym nabieraniem oczek zachwycona, bo jest elastyczne i wygodniejsze niż nabieranie z długim końcem.

Może tu najlepiej widać:


Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu dowiedziałam się z tych filmików, że dziergam po rosyjsku. Nie przeszkadza mi to zbytnio, wiem od niedawna, że oczka mają nóżki i jak te nóżki powinny siedzieć na drutach, a więc gdzie mają przód a gdzie tył. Kiedyś o takich rzeczach się nie mówiło, robić na drutach nauczyłam się od mojej Babci, która miała kilka pogiętych metalowych drutów zakończonych korkami, żeby nie spadały z nich oczka. Włóczki w tamtych latach były podobnie zgrzebne, szorstkie wełny o brzydkich kolorach. Moim pierwszym wyrobem był sweterek dla ukochanej lalki, sweterek był w kolorze buro-musztardowym, którego bardzo długo nie mogłam polubić. Szczegółów nie pamiętam, na pewno był szyty, wiem tylko, że był intensywnie noszony. Z tej samej wełny Babcia zrobiła wersję dorosła dla dziadka, która to wersja charakteryzowała się niezliczoną ilością supłów, z pewnością więc była to wełna z kolejnego odzysku. 

Ech, może teraz ubolewać na media, ale gdyby wtedy był Instagram! Wrócić teraz do tych swetrów, do tych kolorowych wełnianych makatek nad wersalką i przypomnieć sobie, jak Babcia tłumaczy mi przerabianie oczek na prawo i na lewo. U Babci zawsze była cisza, może dlatego, ze ciszę (jak pisał Bobkowski) najlepiej się słyszy, kiedy jest podkreślona budzikiem. A budzik na radiu musiał być, widomo. Stał i tykał, jak mi się wtedy złudnie wydawało, bardzo powoli.

Tak więc, za mną skarpetki, a przede mną wiśniowy plan:


Udało mi się też odetchnąć trochę leśnym powietrzem, czego i Wam życzę na ten jesienny czas!





Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Na Jowisza! zakładałam przyszytą fabrycznie wstążeczką, ale w środku zacytowany jest cały zestaw jeżycjadowych zakładek - niektóre jadalne a niektóre wręcz przeciwnie.